Wesele

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego – nabożnym głosem, robiąc za długie pauzy między słowami, głosił kazanie ksiądz w kościele gminnym około osiemdziesięciu kilometrów od stolicy, tuż przed udzieleniem ślubu.

 

Goście radujący się na okoliczność powołania nowej komórki społecznej zgromadzili się głównie na zewnątrz kościoła, omawiając ważne kwestie z życia rodzin bliźnich. Baśka puściła się z nauczycielem swojego synka i mąż ją wypędził. Wypędziwszy żonę, został sam w dopiero co pobudowanym domu krytym dachówką ceramiczną, po czym odnalazł sens życia w spożywaniu żołądkowej gorzkiej.
Robert, mąż Baśki, pozbiera się w końcu, doszli do zgodnego wniosku jego przyjaciele. Nadzieję swą pokładali w stu siedemdziesięciometrowym domu Roberta oraz siedmioletnim Audi A6, które rozpalały gorące uczucia u panien i rozwódek ze wsi tej, a także okolicznych. Miłości Anety nie omieszkał Robert sprawdzić na dywanie w salonie, zapewniając podczas testu o dozgonnej wierności żonie.

Drodzy nowożeńcy! Aby wasza miłość, którą się wzajemnie darzycie, stawała się mi­łością coraz bardziej dojrzałą, coraz bardziej wartościową, praw­dziwą, musicie często przypominać sobie napomnienie Chrystu­sa: “Wytrwajcie w miłości mojej – odczytywał ksiądz z książki “Homilie, kazania i mowy okolicznościowe”, która kupił w internecie za 19 zeta. Dla niepoznaki położył ją na biblii, z której codziennie miał czerpać natchnienie dla głoszenia bożej prawdy.

Nie no, ja też bym tak chciał kochać, słysząc te słowa, pomyślał Zbyszek. Jak pan Bóg przekazał, siedział z żoną gdzieś pośrodku peletonu ławek w prawej nawie. Ubrany był w jasnobeżowy garnitur kupiony na rynku w miasteczku powiatowym, z którego, garnituru, nie miasteczka, miał nie wylewać się piwny bęben. Odzienie znakomicie spełniało swoje zadanie dzięki szeroko skrojonej marynarce. Jego żona Ewa wystroiła się w kostium o kolorze świnki Piggy, dekorując dekolt sztucznymi perłami. Patrząc na nią, Zbyszek odczuwał politowanie z tkliwością. Szkoda mu było tej lekko już korpulentnej, ale wciąż atrakcyjnej kobiety w wieku trzydziestu dziewięciu lat, z którą seks uprawiał raz na miesiąc, ale tylko wtedy gdy groziła mu rozwodem. Marta to co innego. Ona znała szyfr do jego libido, dzięki czemu mógł czuć się mężczyzną trzy razy dziennie, nie, wybacz boże, trzy razy na rok, jak miał to w zwyczaju przeżywać z Iwoną, księgową z pracy z okazji imprez firmowych na wigilię, Wielkanoc i majowy wyjazd integracyjny.

Stałem w kościele obok Kaśki, nucąc w duchu Elektryczne Gitary i zastanawiając się, co ja robię tu, co ty tutaj robisz. Wzniosłe słowa o miłości przypominały, że wciąż kocham Anetę, matkę mojej córki, ale nie wyobrażałem sobie życia bez Kaśki. Zdejmowała ze mnie wymyślony przez Słowackiego jaskółczy niepokój życia, a także prorokowała cel duszy mojej. Świadomość jej wpływu na psychikę oraz zdolność okiełznania niezależności wprawiały mnie w szczerą złość. Kaśka posiadła sztukę zdzierania maski, pozy teatralnej, malutkich kłamstw. Czułem się przy niej nagi i bezbronny. Jeśli dołożyć jej wielkie piersi o dużych, ciemnych brodawkach oraz pupę Jennifer Lopez powstawało pole magnetyczne, z którego nie sposób było się wyrwać. Nie lubiłem sytuacji, która pozbawia wyjścia awaryjnego, panu B, alternatywy. Już miałem na ustach gorące zapewnienie, jak bardzo jej nienawidzę, a z letargu myślowego obudził mnie głośniejszy  głos kapłana:
Życzę wam, aby nigdy nie ustała wasza miłość, ta, o której mówi św. Paweł, że nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie pamięta złego, lecz wszystko znosi, wszystko przetrzyma. Bez niej życie małżeńskie i rodzinne nie ma ani korzenia, ani sensu. Takiej właśnie miłości: wiernej, cierpliwej, wytrwałej życzę wam z całego serca do końca waszych dni – zakończył ksiądz kazanie.

Wrzesień tamtego roku przygrzewał ostrym, niższym już oślepiającym, ale wciąż gorącym słońcem. Na  parafii uginały się jarzębiny pod dorodnymi kiściami owoców.  Wierni wypachnieni wodami toaletowymi z Lidla lub Biedronki zebrali przed krużgankami się w rodzinne grupki, które przypominały afrykańską  wioskę usianą słomianymi chatami. Mimo facebooka, twittera i google klany trzymają się mocno, pomyślałem.

– Cześć, Rafał – grzmotnął mnie po plecach brat cioteczny, Michał, rówieśnik. Oczekiwałem standardowego zestawu pytań, jak mi leci, jak dzieci i ile zarabiam. Najlepszą obroną jest atak, do którego przystąpiłem:
– Siema, Michał. No, widzę, powodzi się na pięćset plus – pochwaliłem tonem zazdrości, patrząc na wsadzony na palec srebrny sygnet z orzełkiem wpisanym w polskie barwy narodowe.
– No, masz.
– Co tam?
– A kończę rozbudowę domu.
Nie ma jak połechtać ludzi ich własną próżnością, więc pociągnąłem kwestię:
– Budujesz dom? No, no, opowiadaj.
– Wiesz, nie mieścimy się, więc teraz nasz domek będzie miał 200 metrów. Może wystarczy.
– Toż to pałac – udałem zachwyt i zainteresowanie. Michał połknął haczyk:
– Coś ty, dzieciaki będą miały po swoim pokoju – oczy zaświeciły się z dumy.

Ziarenka ryżu z torebki z napisem Polgreen spadały na Agnieszkę i Łukasza. Rozległy się oklaski i okrzyki zachwytu. Jakby liczba życzeń zdrowia, pieniędzy, a także zdrowych a mądrych dzieci mogła zagwarantować ich spełnienie, nie trzeba by kręcić Batmana, a także produkować Superniani. Na tym drugim nikt by nie stracił. W Nowym Jorku zmarłych bezdomnych zrzuca się na stertę, a potem spychacze zsuwają zwłoki do morza. Wcześniej lekarze pobierają narządy dla transplantacji i na naukę dla studentów medycyny. Szczęście szerzy się po świecie.

Dom weselny oddalony był od kościoła dziesięć minut jazdy autem. Zespól muzyczny Pakt przypominał piosenką Ireny Jarockiej, że jestem lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok. Goście zjedli drugi ciepły posiłek, mianowicie barszczyk z krokietami. W kuchni mieli za dużo majeranku, bo przykrył cała powierzchnię zupy piłkarską murawą. Kaśka gdzieś zniknęła. Ten kurwiszon zawsze zostawia mnie samego, złość na nią narastała we mnie z każdym wypitym kieliszkiem Finlandii, które przechylałem z przygodnie poznanym towarzystwem.
Zespół wygrywał balladę Elvisa Presleya ” You are allways on my mind”. Trzy czwarte gości weselnych przy wolnych rytmach nagle nauczyło się tańczyć:
Może nie traktowałem cię
Tak dobrze jak powinienem
Może nie mówiłem, że cię kocham
Tak często jak mogłem
Tyle rzeczy powinienem powiedzieć i zrobić
Ale jakoś nigdy nie było czasu
Ale zawsze byłaś w moich myślach
Zawsze byłaś w moich myślach

Kaśka pokazała się przy wejściu obwieszonym różowymi i białymi balonikami objęta w pól z panną młodą. Ucałowały się. Kaśka ruszyła ku mnie. Jej twardy, jędrny biust niepotrzebne uwypuklony push-upem unosił się w czarnej sukience. Kiecka mocno wcięta w talii podkreślała obszerne, murzyńskie biodra. Z trudem schowałem złość na samo dno duszy mając nadzieję na udane zakończenie nocy.
– Co tam, Rafuś? Pewnie podrywasz tu jakieś kurwy.
Ciebie pierwszą, odpowiedziałem jej w duchu. Nie zdążyłem, bo Kaśka z szybkością karabinu maszynowego trajkotała:
– Rafuś, nie uwierzysz. Gadałam z Agnieszką. Ten jej Łukasz pracuje w Niemczech na autobusach jeździ. Zanim wyjechał bzykali się wszędzie w przedpokoju w kuchni  w lesie. Wiesz Aga lacha jest – wyrzucała Kaśka słowa bez słyszalnych znaków przestankowych.
– No i co – udałem znudzenie. Kaśce zawdzięczałem wszystkie newsy towarzysko-obyczajowe z wioski i powiatu tutejszego, a także ościennych, ale żywiłem przekonanie że idiotyczne plotki, kto z kim spółkuje, nie dadzą mi zarobić miliona złotych, ale jednocześnie nie umiałem się bez nich obyć. Borderline, dualizm mojej psychiki wprawiał mnie w zdumienie. Przykro co rusz konstatować, że wiesz dużo mniej o swoim mózgu niż on o tobie.
– No i jak wyjechał roztył się nie puka innej bo co wieczór z Aga na skajpie tokuje. Ale jak na weekend przyjeżdża to jej nie tyka. A wcześniej już w przedpokoju. Bo zmęczony bo chce się przytulić. Aga już tam dupą macha przezroczyste gówna w Wólce Kosowskiej kupiła i nic.
– Nieźle.
– Mówi że jak po paskach przez ulice przechodzi to se wyobraża ruchanie z chłopakami co naprzeciwko niej idą.
Teraz już wiem, która to, to ją zagadnę, uśmiechnąłem się do tej nadziei, a odpowiedziałem wpisując się konwencję:
– Po chuj za niego wychodzi?
– Bo w Niemczech się dorobił i mieszkanie kupił to nowe osiedle na górce wiesz. Matka jej kazała albo mu powiesz ze koniec albo ślub jak to nie pomoże to że w ciąży jesteś.
– Miłość to piękne uczucie.
Kaśka nie wyczuła ironii:
– Rafuś ale moja mama mówi że my się to nigdy nie rozstaniemy tak się kochamy.
Nie zdążyłem zagrać cynicznej obojętności ukrytej pod maską błyskotliwej odpowiedzi typu, póki inna miłość nas nie rozdzieli, bo podchmielony wodzirej zapowiedział oczepiny. Tort przywieziony po ich zakończeniu  na wózku przypominającym te szpitalne do rozwożenia leków smakował jak każdy weselny tort. Nadmierna słodkość i mdłość przypominały gościom o ryzyku obudzenia się jutro z kacem, więc warto zaniechać dalszego picia.
Aby zminimalizować efekt the day after, zatańczyłem z Kaśką kankana. Podnosząc wysoko uda, przez chwilę pomyślałem o słowach z “Moulin Rouge”: “Kobieta, drogi panie, może być idealna żoną albo idealną kochanką, ale to za wiele wymagać od niej, żeby była i jednym i drugim dla tego samego mężczyzny”. W tamtej chwili nabrałem pewności naiwności literatury z półki z harlekinami zamęt roznoszącej po świecie. Moja i Kaśki miłość miała trwać wiecznie, pokonywać rafy złorzeczeń, upomnienia rodziców, złe spojrzenia przyjaciół.

Po kankanie przyszedł czas na “W kinie, w Lublinie”, Baśkę Wilków,  ostatecznie odtańczyliśmy mocno wtuleni w siebie “When a man loves a woman”. Kaśka poszła na szluga. Ja zaś z przyjaciółmi poznanymi około ośmiu godzin wcześniej obiecaliśmy sobie obietnice nie do spełnienia: spotykanie się co tydzień na wódce, oni mi naprawienie auta, ja im nauczanie dzieci. Wciąż za mało wypiliśmy, by przejść na poważne utyskiwanie na małżeńską nudę. Rozmowy weselne trąciły zbyt mocno przewidywalnymi konwenansami.

– Kaśka, chodź szybko – przejąłem inicjatywę. – Superpiosenka zaczyna się. Odegrałem minidialog ze wstępu do kawałka “Ich troje”:
– Kaśka!!! Kaśka!!!!
– Przestań się drzeć, ja tu serial oglądam.
– Może pani poprosić Kaśkę?
– Kaśka!! Jakiś wariat z harmonią cię woła.
Zadzwoniłem w środku lata, choć minęły już dwa lata, ty nadal nie odzywasz się. Zawsze z tobą chciałbym być tylko we dwoje.

Zatańczywszy Kaśka wróciła na peta, ja na kielicha.
– Rafuś, cymbale – miło zagaiła Kaśka po powrocie z dymka.
– Czego chcesz?
– Kojarzysz Ewę?
– Kogo – nie pamiętam, czy dziwiłem się na niby, czy już miałem za bardzo w czubie.
– Ta zona Zbyszka. Weź wypłakuje mi się że ten chuj zostawił włączony komputer a tam ma konto na sympatii. To ona wściekła bo mu majtki pierze dzieci karmi ze szkoły odbiera bo on pracuje. A ten się tłumaczy ze to nie on ze właśnie to sprawdzał bo ktoś mu mówił ze ktoś się podszywa on tu właśnie skurwiel śledztwo prowadzi. Ewka mówi ze nie wie czy ma mu wierzyć ja jej mówię wywal skurwysyna. Dyma inne na pewno.
– Zbyszek, nigdy – włączyła mi się solidarność plemników. – Kto by poleciał na takiego grubasa.

– Rafał, my już chcemy jechać – zagadnął brat Michał, ten co to pałac postawił i patriotyczny sygnet nosi. Nagle wydał mi się postacią z innej bajki. Nie pił. Jego niezliczone ilości dzieci kimały na krzesełkach jak małe borsuki. Miały zostać na noc u babci, która mieszkała kilka chałup dalej.  Żona Michała posyłała okolicznym biesiadnikom na pożegnanie promienne uśmiechy, wyszczerzając śnieżnobiałe zęby.

Siedząc z Kaśka na tylnym siedzeniu Kia Sportage, zorientowałem się, że na oparciu krzesła na sali weselnej zostawiłem żółty krawat w idiotyczne, psychodeliczne wzorki. Już chciałem po niego wracać i ocalić dobre rodowe ratowane  z pożaru, gdy Kaśka wsunęła mi język do ucha szepcząc:
– Rafuś zerżniesz mnie dziś ostro – ni to zapytała, ni to stwierdziła.
– Nie – lubiła jak się przekomarzałem.
Dotknęła mojego twardego rozporka: – Czuję.
Kolejny raz znienawidziłem ją za wchodzenie z buciorami w duszę. Wyświetlił mi się przed oczyma rozmazany przed zażyciem rutinoscorbinu cytat z “Moulin Rouge”: “Nienawiść jest widać najsilniejszym środkiem podniecającym, a posiadanie kobiety w przystępie złości jest może najbardziej szaloną rozkoszą, jakiej człowiek może doznać”

Przebrnąwszy następnego dnia w domu przez ból głowy, apap, ibuprom, kolejny seks, kawę Pedro’s, usiadłem do lektury “Wysokich Obcasów”, a w nich wywiadu z Andrzejem Depko:
“Jedni są w szponach namiętności przez miesiąc, inni pół roku, jeszcze inni dwa lata. Ale natura namiętności jest taka, że ona prędzej czy później wygasa.
– Nie ma wyjątków?
– Nie ma. Taka jest w ogóle natura emocji. Zawsze się kończą. W stałych związkach namiętność przeradza się w intymność”.

Małżeństwo to mdły i nudny obiad zaczynający się od deseru, czy to też jest cytat z Moulin Rouge nie pamiętałem, bo chciało mi się wymiotować. Nie zauważyłem, kiedy Kaśka wstała i nie zajrzawszy do mnie, wyszła palić na taras. Z kimś rozmawiała przez telefon. Gorzki ten deser, ukuło mnie powątpiewanie w sens nie wiem czego, rzuciłem w kąt “Wysokie Obcasy”. Z grającego w salonie radia Kombii wwiercało się w mózg:

Droga na sam szczyt,
A tam nie ma nic.

Czytaj też...

(Wizyt: 30 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *