Wołyń [RECENZJA]

“Ale niestety z wiekiem zrobiłem się bardziej podejrzliwy. I stworzona dla wygody widzów i czytelników możliwość uczestniczenia za niewielką opłatą w najpotworniejszych zbrodniach przy zachowaniu całkowitej niewinności bierze mnie bardzo malutko”.

“Tematy holokaustu budzą moją dodatkową ostrożność, bo z pewnością bezpodstawnie, z powodu wrednego charakteru, podejrzewam autorów i reżyserów o pewną kalkulację. (…) Oczywiście jestem przekonany, że kiedy Steven Spielberg szczęśliwy z lawiny Oscarów powiedział, że żałuje tylko jednego, że “Listy Schindlera” nie mogło obejrzeć sześć milionów Żydów, którzy zginęli w czasie holokaustu, nie miał na myśli – jak ktoś złośliwie sugerował – tylko ewentualnych dodatkowych zysków z biletów. Jestem pewien, że nawet gdyby, jak plotkowano, jeden z jego współpracowników miał oświadczyć, że jeśli “Lista Schindlera” nie dostałaby Oscara, to by oznaczało, że holokaust nie miał w ogóle żadnego sensu – to powiedział to pod wpływem przedoscarowej gorączki”.

Tak pisze Janusz Głowacki w “Z głowy” o filmach o tematyce zagłady Żydów. Słowe te przypomniały mi się na okoliczność “Wołynia”. Dodać tu można jeszcze jeden aspekt. Bardzo lubimy jako rasa homo sapiens napawać się ze strwozoną miną z cudzego nieszczęścia, zajadając popcorn w kinie, pijąc colę przez słomkę. Ciepło jest. Ci Niemcy, a nawet Ukraińcy, to byli potwory,  Żydzi – widomo. My to jednak mamy klawe życie. Wychodzimy z kina jakoś podniesieni na duchu. Odpalamy kia ceed lub opla astrę, włączamy klimę. Może jeszcze zdążymy na “M jak miłość”.

Reżyser “Wołynia” Wojciech Smarzowski jakby bał się tematu, który podjął. Akcja rozkręcała się powoli, jakby do kulminacyjnej rzezi miało w ogóle nie dojść, cisza i zaduch przed burzą, a jednocześnie schematycznie do niej zmierza. Na weselu w pierwszych scenach Ukraińcy przeklinają Polaków. Potem przetacza się front, zmieniają pory roku, nadchodzi krwawy rok 1943. Tylko krew, tylko trupy. Ludzie ludziom siekierami odrąbywali głowy, między końmi żywe ciała wzdłuż rwali, dzieci w rękach łamali i w studniach topili, ciężarnym nożami brzuchy otwierali. Wiernych w kościołach podczas mszy na widły nadziewali. I co? I nic. Przerażająca pustka.
Po co ten film? Nie wiem.
Mam krzyknąć “Urrra, na Kijów” czy zagrzewać do zgwałcenia i zamordowania sprzątających po polskich domach Ukrainek? Prawicowe media życzą sobie, by film budził we mnie uczucia patriotyczne. I budzi. Bo przekonany jestem od dawna, że Unia Europejska jest najlepszym gwarantem pokoju, łączącym ludzi we współpracy, powiązaniach gospodarczych, zależnościach kulturowo-społecznych.
Jeśli film jest argumentem za przyjęciem Ukrainy do Unii Europejskiej, to się udało.
Oglądanie zła, najbardziej bestialskich ludzkich emocji i czynów nijak nie wzbudza we mnie emocji artystycznych, a jednocześnie przywołuje świat, jakiego koniecznie chciałbym oszczędzić sobie i swoim dzieciom. Nie tylko w życiu, w kinie też.
Uciekam od tego świata, także emocjonalnie. Drugi raz “Wołynia” nie obejrzę.