“Gustaw i Ja” [RECENZJA]

Zmarłym bliskim stawiamy wielkie marmurowe, lub tylko z podrabianego marmuru, pomniki. Potem kładziemy wielkie wieńce ściętych roślin, w wersji ekonomicznej – kwiaty pachną plastikiem. Przed nimi stawiamy znicze z Matką Boską lub Janem Pawłem II. Przecież nie robimy tego dla zmarłych. Im jest wszystko jedno. Boimy się… własnej śmierci.
Życie wypełniamy jedzeniem śniadania w McDonaldzie, potem – liczymy, sprzedajemy, montujemy. Rodzimy dzieci. Wychowujemy, jak umiemy. Nie wiadomo kiedy światła rampy, na której występujemy, gasną jedno po drugim. Trochę to przeraża, trochę napawa niezrozumieniem. O co chodzi w życiu? Tak to przynajmniej widział Jean Paul Sartre w “L’Existentalisme est un humanisme”. Czy jestem egzystencjalistą?
Nie jest sztuką być pesymistą, widząc, jakie gówno rozlewa się wokół nas.

Gustaw i Ja, Magdalena Zawadzka

Ale gdy umiesz zachwycać się pięknym ciałem dziewczyny w okolicznościach przyrody piaszczystej wiślanej plaży, gdy potrafisz pochylić się na troskami i nadziejami przyjaciół, gdy czujesz, że “Mistrz i Małgorzata” dotyka fizycznie twojej duszy, wreszcie – gdy odczuwasz błogostan, zagryzając długie źdźbło trawy, leżąc wśród chabrów, os i zbóż, wiesz, że szczęście cię otula. Na chwilę.

We wspominaniach Magdaleny Zawadzkiej o Gustawie Holoubku i jej małżeństwie z nim – “Gustaw i Ja” – nie umiem poczuć ani bólu egzystencji, ani zatrzymania się czasu podczas upojnych chwil nad Wisłą. Dopiero pod koniec auto(biografii) Zawadzka dotknęła życia, ale wcześniej cegiełka po cegiełce stawiała dobrze już znane lukrowane pomniki.

Aktorka niemal encyklopedycznie ułożyła drogę artystyczną swoją i męża, przeplatając encyklopedię ciekawostkami z życia osobistego. Zerknięcie za kurtynę aż tak pasjonujące nie jest. Magdalena Zawadzka i Gustaw Holoubek za PRL-u nie stoją w kolejkach, nie polują na zwierzynę w “Społem”, pomarańcze i papier toaletowy. Natomiast jeżdżą po całym świecie z kolejnymi teatrami, w których grają, reżyserują (Holoubek). Nie wiem, czy im zazdroszczę, czy współczuję. Żywię się wyższymi uczuciami, więc to drugie na pewno nie. Ale to pierwsze – też nie. Biografia Holoubka i autobiografia Zawadzkiej trąci dwuwymiarowością. Poza ostatnim rozdziałem, w którym aktorka opisuje walkę Holoubka z chrobrą nerki i własne wiosłowanie przeciwko prądom życia, zalatuje banałem. Wieje i spadają liście jak w Święto Zmarłych.

Dla mnie Holoubek chyba na zawsze pozostanie Wolandem z “Mistrza i Małgorzaty”, serialu Macieja Wojtyszki.

Anna Dymna i Gustaw Holoubek w “Mistrzu i Małgorzacie” w reż. Macieja Wojtyszki
“Mistrz i Małgorzata”, Maria Probosz i Gustaw Holoubek w “Mistrzu i Małgorzacie”
Gustaw Holoubek w “Mistrzu i Małgorzacie”

Szkoda, że Magdalena Zawadzka niewiele w ten obraz wniosła.
Natomiast zachęciła mnie do przeczytania “Skiza” Zapolskiej i “Na pewno przyjdzie” O’Neilla.

Daję trójkę z plusem za solidną kwerendę drogi artystycznej Holoubka. Dlaczego nie mogę dać wyższej noty – napisałem powyżej.

„Gustaw i Ja”, Magdalena Zawadzka, Marginesy, Warszawa 2011


Czytaj też...

(Wizyt: 121 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.