Najlepsze filmy obejrzane w 2020 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. 3:10 do Yumy, reż. James Mangold

Czy Żołnierze Wyklęci byli bohaterami? Zależy dla kogo. Są dwie szkoły: falenicka i otwocka. Czy Lech Wałęsa osłabiał, a następnie obalił? Niektórzy politycy, historycy, a nawet Janusz Głowacki, zrobili wiele, żeby go nie tylko odbrązowić, ale i zrzucić z cokała.
Bohaterem w oczach współczesnych, a już na pewno potomnych, często nie stają się sprawcy wielkich czynów, ale postaci, które politycy, przywódcy religijni i posłuszni klakierzy w imię bieżących interesów przebierają w szaty Batmana.
W skali mikro opowiada o tym western “3:10 do Yumy”. Farmer Dan Evans (Christian Bale) zgadza się za śmieszne pieniądze dowieźć niebezpiecznego przestępcę Bena Wade’a (Russell Crowe) do odległego miasteczka, z którego odjeżdża do Yumy tytułowy pociąg z wagonem więziennym. Dan Evans jest inwalidą wojennym przekonanym, że syn nim pogardza. Konwojowanie Bena Wade’a czyni z niego bohatera w oczach syna.
W jaki sposób? Obejrzyjcie. Warto.

Wspomniałem Batmana, więc przypomniały mi się cytaty z “Mrocznego rycerza”:

Bo czasami prawda to za mało, ludzie czasem zasługują na coś więcej. Na to, by ich wiara została wynagrodzona.
Był bohaterem, którego Gotham potrzebowało, ale na którego nie zasługiwało.

 

2. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, reż. Paolo Genovese

Ile par by się rozpadło, gdyby jedno zajrzało do komórki drugiego – pyta jedna z bohaterek dramatycznej komedii “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Grupa siedmiu przyjaciół, trzy pary i jeden mężczyzna, spotyka się na kolacji. W pewnej chwili ktoś wpada na pomysł, żeby rozmawiać na “głośnomówiącym”, gdy zadzwoni czyjakolwiek komórka i żeby publicznie okazywać przychodzące esemesy. Przecież znają się jak łyse konie i nie mają przed sobą tajemnic.

Atmosfera spotkania zaczyna gęstnieć. Trupy wypadają z szafy jeden po drugim. Reżyser Paolo Genovese nie stawia jednak bohaterów pod pręgierzem, nie wyzywa od dwulicowców i hipokrytów. Komediową formę lekko doprawia dramatem, ale mówi, że my ludzie nie mamy jednego wizerunku. Kimś innym jesteśmy w domu, w pracy, wśród znajomych. I w telefonie.
Księżyc nie istnieje bez swojej ciemnej strony. My też.

Ponadto, lubię filmy o bogatej i zarazem prostej fabule, z niewielką liczbą aktorów, ale z gęstym i lekiem przekazem. Jak dobry sernik. Puszysty, lekki, kaloryczny.

Pomysł, który wydaje się leżeć pod latarnią, przemyślane, naturalne dialogi, ograniczona do jednego mieszkania scenografia są znakomitym materiałem na przedstawienie teatralne. A może ktoś już to zrobił?

 

3. The International, reż. Tom Tykwer

Z bankiem – przesiąkniętym złem, handlującym bronią, finansującym wojny i rewolty – może walczyć tylko outsider zarówno o bezkompromisowym sposobie bycia (jakbyście chcieli, żeby ktoś wam dał po buzi w słusznej sprawie), jak i fizjonomii skacowanego weselnika przed poprawinami. Clive Owen we własnej osobie.

Mroczną stronę reprezentują panowie (szkoda, że nie panie), którzy wyglądają, jakby zeszli z planu “Listy Schindlera”, gdzie grali esesmańskich oprawców: rzeźbione nijakim wyrazem wyrazy (do korekty! nie poprawiać) twarzy, niebieskie oczy, blond włosy. Pamiętajcie! Zło wciela się w człowieka z krótkimi włosami blond, przenika do końca. Przesiąknięty nim delikwent nie jest w stanie wrzucić choćby złotówki na WOŚP. Zaś dobry homo sapiens musi pić, by zapić wrażliwość na ludzką krzywdę.

Czemu zatem piszę o tym filmie? Clive Owen w roli policjanta Interpolu potrafi zagrać twardego glinę na 267 sposobów.

Na końcu dobro wygrywa, ale na szczęście nie do końca i tylko na chwilę. Obcinasz hydrze głowę, a ona odrasta w innym miejscu cuchnącego ciała.

Niektóre dialogi, frazy z “The International” przyprawiają o doznania umami jak dobrze grillowana karkówka:

 

– Próbujemy dociec prawdy.
– Jasne. Musisz jednak zrozumieć, że najpierw prawdą jest to, co ludzie chcą usłyszeć, potem, w co chcą wierzyć, dalej cokolwiek innego, a dopiero na końcu jest prawda.
– I to jest w porządku? Nie mogę uwierzyć, że właśnie Ty to mówisz. Prawda to odpowiedzialność, Arnie!
– Właśnie. Dlatego każdy się jej boi.

 

Jest różnica między prawdą a fikcją. Fikcja musi mieć sens.

Clive Owen jako “Louis Salinger” w “The International”

Czytaj też...

(Wizyt: 201 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.