Nie będzie nas, będą drzewa. Wernisaż wystawy “Drzewa” w Wiązownie

Ludzie sami są sobie winni, bo od kiedy nauczyli się dokonywać pomiarów meteorologicznych, okazuje się, że temperatura na Ziemi tylko rośnie. Nie mierzyliby, nie byłoby zmartwienia.

Problemem naprawdę są termometry, a bardziej umiejętność naukowego obserwowania pogody, ponieważ skokowy postęp nauki i techniki w XX wraz z rozprzestrzenianiem się idei liberalizmu wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale ma szansę wpędzić ich w otchłań samozagłady klimatycznej. Awers postępu cieszy zmysły pełną miskę, smartfonem i samochodem; rewers męczy szybko rosnącym stężeniem gazów cieplarnianych, smogiem, degradacją środowiska. Czy potrafimy zmienić model gospodarki napędzanej chęcią zysku za wszelką cenę? Czy jesteśmy w stanie powstrzymać zmiany klimatyczne na Ziemi?

Troskę o losy przyrody, drzew w szczególności, wyraża otwarta 23 listopada 2019 r. wystawa “Drzewa” w galerii “Więzy” w Wiązownie. Więcej na niej nostalgii za przeszłością (reprodukcje obrazów Wyczółkowskiego), katastroficznych wizji niż nadziei.

Najbardziej apokaliptyczna wydaje się praca Joanny Czubak. Grupa mężczyzn w garniturach, w melonikach na głowach, siedzi na drzewie bez liści. Z nieba leje się skwar, a twarze ludzi zdają się niemo pytać:

– Cośmy zrobili z tym światem? Uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną, a ona odwraca się do nas pustynią i suszą! Czyżbyśmy źle zrozumieli słowa Pisma?

Joanna Czubak, “Życie na Ziemi”, akryl

Rajskie życie z i w zgodzie z Naturą wydaje się wyłącznie muzealnym eksponatem przywołanym na batiku Joanny Czubak, niczym widok zakurzonej maselnicy nudzącej się w skansenie Ziemi Dowolnej.

Joanna Czubak, “Drzewo Życia”, batik

Póki żyjemy, nie traćmy nadziei. Taką dają niektóre dzieła zgromadzone na wiązowskiej wystawie, między innymi ten powyżej i ten poniżej:

Wlał ją w serca także Arkadiusz Szaraniec, autor książki “Warszawa dzika”.

Chętnym rozdawał do posadzenia żołędzie. Dęby znakomicie nadają się do neutralizacji zanieczyszczeń. Przeciętne drzewo składa się w 47 procentach z węgla, dąb z racji wysokiej gęstości ma go jeszcze więcej.  Z wydobywającego się z rur wydechowych i kominów fabryk dwutlenku węgla – węgiel zostanie w drzewie, a tlen dostaniemy w prezencie. O ile sami go sobie damy. I zdążymy. Największy las świata, tropikalna Amazonia, dający Ziemi 1/4 tlenu ma za kilka lat stracić zdolność do samonawadniania się.  Homo sapiens się spieszy, tylko czy biegnie we właściwym kierunku?

Nie zaprzątajmy sobie głowy wydumanymi problemami. Zbliża się Black Friday. Może będą jakieś tanie samsungi lub przynajmniej LG. Nieliczni odwiedzą galerię “Więzy”. Ciut więcej ludzi posadzi drzewo, bo akurat mają ogródek, a jesień to pora nasadzeń.

Zatem do galerii, potem do łopat!

PS. Rafał Pałyska (lat 11) stworzył na wystawę rysunek tuszem, drzewa też posadził. Jeszcze przed wernisażem.

Rafał Pałyska, drzewo sprzed kościoła św. Wojciecha w Wiązownie, rysunek tuszem

“Drzewa”, Galeria Więzy, Wiązowna. Wystawę można zwiedzać do niedzieli 8 grudnia 2019 r.

Liście drzew pochłaniają do 90 proc. promieni słonecznych, a cień przez nie rzucany schładza powierzchnię gruntu nawet o 20 st. C.

Badania wykazują, że dobrze zaprojektowana zieleń miejska obniża poziom smogu o 10 proc.

Cień rzucany przez koronę drzewa w czasie upałów obniża temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza.

Korzenie mogą zatrzymać 6,6 tys. litrów wody deszczowej rocznie.

Liczba drzew rosnących dziś na całej Ziemi jest szacowna na 3 biliony (bilion to tysiąc miliardów). Zgodnie z wyliczeniami zespołu prof. Thomasa Crowthera musielibyśmy w szybkim tempie zwiększyć ją o kolejny bilion. Najwięcej miejsca o zalesiania – niezajętego przez pola uprawne ani miasta – mają Rosja, USA, Kanada, Australia, Brazylia i Chiny. (…) Niestety, nawet posadzenie najbardziej odpornych drzew na ogromnych obszarach nie wystarczy, bu uchronić nas przed najgorszym scenariuszem katastrofy klimatycznej. – To nie jest panaceum, lecz tylko jeden ze sposobów na walkę ze zmianami. (…) jeśli zadrzewimy 900 mln hektarów, ale nadal będziemy zwiększać produkcję gazów cieplarnianych w tym tempie, co obecnie, za 22 lata wrócimy do punktu wyjścia.  [1]

[1] Focus, nr 09/2019, wrzesień 2019

The Voice of Poland – Justyna Steczkowska wybiera

Justyna Steczkowska wybiera

Oliwia Skrzypczyk wychodzi z cienia mamy i bardzo dobrze wykonała utwór Chrisa Jonesa.

Przed występem powiedziała, że była zawsze niewystarczająca. Niezwykle ciężko wyrwać się z poczucia bycia gorszą. Justyna Steczkowska wzięła ją dalej. Oliwia się rozpłakała. Eliminacje nie wskazywały na sukces. Sade, gdyby nie żyła, przewracałaby się w grobie po jej wykonaniu “Smooth Operator”.

Śmiech Justyny bezcenny. Za każdym razem, a słyszymy go dziewięć razy na odcinek, brzmi tak samo. Królowo śpiewu, więcej wirtuozerii w śmiechu.

Potem wybrała lepszą, nie ukrywajmy, Zuzę.

Dobrze Justysia wybrała, że idą Bartek i Oliwka, ale świeża studentka Akademii Muzycznej też była świetna. Najwidoczniej Justyna uznała, że ona i tak da sobie radę. Da.

Jedna z moich ulubionych piosenek, “Zanim zrozumiesz:. Nie wiem, jak się dziewczyny nazywają. Ale zdziwiłbym się, gdyby wyższa i szczuplejsza nie przeszła. Nie zdziwiłem się. Ma na imię Maja.

Ostatecznie odrzuciła Zuzę.

Gdybym był złośliwy, a przecież nie jestem, powiedziałbym, że Justyna Steczkowska nie ma w swojej drużynie odoby do wygrania tego teleturnieju.

Pilch w sensie ścisłym Katarzyna Kubisiowska [NOTATKI NA MARGINESIE]

Po raz drugi nie mogę oprzeć się wrażeniu, bo po raz drugi czytam biografię tytułowego bohatera “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej, że Jerzy Pilch prowadził swe życie tak, by móc je opisywać w książkach. Zwróciła na to uwagę także Magdalena Raczkowska, była partnerka Pilcha. To ona rozpoznała się (nie było to trudne, Pilch uprzedzał) w postaci Asi Katastrofy. “To zabawne, że cechy, które na co dzień uprzykrzają życie, w literaturze Jerzego uszlachetniają i stają się interesujące” – mówiła autorce biografii.

Uparłem się na tego Pilcha, nie przepraszam. Atinę, swoją partnerkę, starał się przekonać, że jest jednostką słabą, kruchą i wrażliwą. Wymagał sił, współczucia i cierpliwości, samemu nie mając chęci tymi cechami się odznaczać. Tę samą taktykę przyjął, wpływając (nie chcę użyć czasownika “manipulować”) na bliskie osoby podczas swoich ciągów alkoholowych. Przed i w trakcie picia stawał się opryskliwy, złośliwy, niemiły, by tylko dać mu spokój i pozwolić pić. Upadając nisko we własny brud i wymiociny, dzwonił po pomoc. Wytrzeźwiawszy, dziękował za wsparcie, okazywał się człowiekiem do rany przyłóż. “Przestałam litować się nad Jurkiem, gdy poczułam, że jego picie jest w pewnym sensie szantażem emocjonalnym” – mówiła Atina w “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej Atina nie chciała stać się osobą współuzależnioną, żyjącą w rytmie ciągów pijackich Jerzego Pilcha. Zrozumiała, że im częściej przychodzi mu z pomocą, tym częściej on pije. Im rzadziej zaczęła przyjeżdżać z odsieczą, tym Pilch rzadziej pił. Przez dwa tygodnie nie odbierała od niego telefonu. Udało się to tylko dzięki wyjęciu karty sim z telefonu. Po tym wydarzeniu Jerzy Pilch nie pił przez rok. Atina nie postrzega byłego partnera jedynie w czarnych barwach, wspomina jego czułość, opiekuńczość, wrażliwość, błyskotliwość. Piciu Jerzego Pilcha oraz wpływie, jaki wywoływał na bliskie osoby poświęcam tych kilka zdań dlatego, żeby uzmysłowić sobie i zwrócić waszą uwagę na to, że nas też otaczają chorzy, cierpiący, użalający się na swój los tylko w momencie rozmowy z nami. Problem w tym, że nie chodzi im o pomoc w cierpieniu i chorobie, ale rzucenie uroku, cienia na osobowość drugiej osoby, by ta poza cierpiętnikiem nie miała własnego życia. Wyjście samotne do kina, albo nie daj bóg z kimś innym ma wywoływać poczucie winy. Czy taki był Jerzy Pilch? Nie wiem. A nawet jeśli, to co? Przeżyć wystarczało mu na tematy do książek, nie starczało na życie.

Wystarczy usunąć ciążę, żeby zostać Superbohaterem “Wysokich Obcasów”

Natalia Przybysz została superbohaterką “Wysokich Obcasów”. To akt hipokryzji, obłudy i apoteozy barbarzyństwa.

Przybysz zasłynęła nie ze swojej twórczości, ale dlatego, że przyznała się do dokonania aborcji. Nie chcę rozważać, czy dziecko Przybysz miało urodzić się bez rąk i nóg. Nie dociekam, czy życie pani Przybysz byłoby zagrożone, gdyby dziecko urodziła. Nie przypuszczam, żeby artystce brakowało środków do wyżywienia dziecka.

Pani Przybysz umiała uprawiać seks, zajść w ciążę, uznała jednak, że ponoszenie konsekwencji obu tych czynów jest ponad jej siły. Czy miała prawo do aborcji? Tak. Opowiadam się za wolnością, GDY nie szkodzi ona innym. Pani Przybysz wzięła spędzenia płodu na własne sumienie. Co na to niedoszły ojciec, nie wiadomo. Dziecka też nikt o zdanie nie pytał. Zaraz, dziecka? Jakiego dziecka, toż to tylko zbiór komórek.

Trudu zdawania chociażby tylko powyższych pytań nie wzięło na siebie jury “Wysokich Obcasów” i nazwało panią Natalię “Superbohaterką”. Czy jej płyty sprzedały się w tysiącach sztuk? Czy dała niezapomniany koncert? Czy odniosła sukces w Rosji, a przynajmniej w Stanach? Czy uratowała życie kilku ludzi lub choćby natchnęła je do pozytywnego działania. Nic mi na ten temat nie wiadomo.

Natomiast w uzasadnieniu werdyktu napisano:
Odsłoniła przed nami swoje człowieczeństwo. To nie było tłumaczenie się, to było świadectwo. Świadectwo bycia kobietą w Polsce – tu i teraz. Od kiedy to człowieczeństwo polega na dokonywaniu aborcji? Od kiedy przyznawanie się publiczne do najbardziej intymnych i wstydliwych czynów jest bohaterstwem? Na czym polega to świadectwo bycia kobietą w Polsce? Czy ktoś może mi przetłumaczyć to zdanie na język polski, bo nijak nie mogę go zrozumieć.
Pokazała, że pozycji gwiazdy w Polsce można użyć nie tylko po to, aby dawać rozrywkę, ale także po to, aby realnie wpływać na świat. Szczerze? Nie widzę ani wpływu jej rozrywki na świat, ani wpływu jej czynu. Żadnego. Serio. Ktoś może przytoczyć?

To nie koniec tej fascynującej opowieści. Kapituła przyznaje jej tytuł Superbohaterki za odwagę szczerego wyznania – w czasach postprawdy, propagandy i opresji kobiet. Za to, że pokazała, że jest wiele doświadczeń, które budują nas jako kobiety – ale jednym z najważniejszych jest umiejętność mówienia “nie”. “Gazeta Wyborcza” nie zna prawdy i nieprawdy. Coś nie musi być prawdziwe lub nie. Coś może być postprawdziwe. Co to znaczy? Więcej, “Gazeta” widzi gdzieś opresję kobiet. Prosiłbym o przykłady, bo chyba wzrok mi niedomaga. Dalej dowiaduję się, że czyn Przybysz to uwolnienie się od patriarchatu i droga do szczęścia. Nie wiem, co oni pili podczas obrad, ale nieładnie się nie dzielić.

Tak o to z publicznego przyznania się do aborcji zrobiono czyn na miarę odkrycia rad i polonu przez Skłodowską-Curie. Z mojego punktu widzenia, pośmiertny order bardziej należy się Annie Kaszubskiej. Ale kto by się tam zajmował mało znaną pisarką książek dla dzieci, która zmarła z radością na ustach, osierociwszy trzy córki. Najstarsza z nich obiecała, że nie zawiedzie mamy. Odnoszę wrażenie, że pani Przybysz zawiodła swoje dziecko, zanim dała mu dojść do słowa.

W najnowszej kampanii wizerunkowej fabryki rajstop Adrian widnieje zdjęcie Jyoti Amge, mieszkanki Indii, najmniejszej kobiety na świecie – ma 62,8 cm wzrostu i waży ok. 6 kg. Fotografia podpisano: „Jestem najmniejszą kobietą świata. Czy nie miałam prawa się urodzić?”.


Źródło:
http://www.wysokieobcasy.pl/akcje-specjalne/7,156847,21584776,natalia-przybysz-superbohaterka-wo-zlamala-zmowe-obludy.html?disableRedirects=true

7 Dni. Przegląd Tygodnia, czyli Pan Samochodzik był erotomanem

“7 Dni. Przegląd Tygodnia” – tak nazywa się nowy tygodnik, który wczoraj pokazał się w sklepach “Biedronka”. Tylko tam można go kupić. Przedrukowuje artykuły, które wcześniej opublikował m.in. “Newsweek”, “Dziennik Gazeta Prawna”, “Fakt”, “Forbes” i Onet. Wydawca pismo kieruje do mężczyzn. Kupi ich? Szanse oceniam na trójkę z plusem. 

 
Layout okładki zachęca do zakupu. Tytuł na czerwonym tle “7 Dni. Przegląd Tygodnia” bije po oczach, tyle że żadna zajawka na okładce nie odnosi się do wydarzeń ubiegłego tygodnia. Piłkarze ręczni nie grali, frankowicze nie wpadli w panikę, na Ukrainie się nie zabijają. Głównym problemem wedle redakcji jest utrata pracy, która otwiera drzwi do zbudowania życia na nowo.
 
Aktualności są w środku. Tekst, jak obniżyć ratę kredytu we frankach, zajmuje według mnie pierwsze miejsce w numerze pod względem jakości. Rozważa szanse uznania zapisów umowy kredytowej za niezgodne z prawem. Analizuje, czy pozostać przy skargach na przykład do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów czy sądzić się z bankiem. Odpowiedzi brakuje, ale garść wiedzy czytelnik otrzymuje.
 
Czołówkowy tekst “Zostałeś zwolniony i co dalej” ledwie dyszy jak człowiek po grypie. Sypie wyświechtanymi poradami, że świat się nie kończy na jednej pracy. Banalne wskazówki zawiera jedynie ostatni akapit tekstu.
 
Artykuł o supertacie przyprawił mnie o mdłości. Po deserku znowu ruszamy do parku. Pogoda wspaniała. Idziemy na plac zabaw. Pot spływa mi po plecach, bujam córkę, pomagam zjeżdżać, sadzam na karuzeli i obracam. Kiedy potem zaczyna płakać, wiem że jest zmęczona. No ja też. Ale to ona podrzemie w wózku kolejną godzinę. Banalne. Ogromnie wzruszające. Tatuś wybrał się z córką na spacerek. Och, ach, heros. Dzięki temu dowiedziałem się, że jestem bohaterem, bo chodzę z dziećmi do muzeum, kina, na boisko.
Pomijam fakt, że przytoczony dziennik tatusia pachnie zmyśleniem “z głowy”. Z pokorą przyjmuję ewentualne tłumaczenie, że redakcja nie mogła pokusić się o tekst o zmieniającej się roli mężczyzny w XX i XXI wieku. Kobiety ostro wchodzą w role męskie, mężczyźni – w damskie. Za trudne dla biedronkowego wyjadacza?
 
W tekście “Esbeckie komando śmierci” mamy do czynienia z manipulacją szytą grubymi nićmi. Redakcja – oczywiście “Faktu”, wyciągnęła morderstwo Jaroszewiczów, księdza Popiełuszki i kilka wstrząsających zabójstw okraszając tekst tytułem “Esbeckie komando śmierci”. Ukartowana robota określonych kół?
 
Do kogo wydawca kieruje “7 Dni. Przegląd Tygodnia”? Jest dużo – w standardowym ujęciu – dla mężczyzn – o samochodach, komandosach, historii, elektronice użytkowej, sporcie, polityce, ekonomii. Okładkowy tekst używa czasownika “straciłeś” pracę, nie żeńskiego – “straciłaś”. Niewiele, znów kierując się stereotypami, dla kobiet – kuchnia, jeden artykuł o zdrowiu.
 
Dzięki pierwszemu numerowi biedronkowej gazety Pan Samochodzik jeszcze bardziej stanie się moim ulubionym pisarzem powieści młodzieżowych nie tylko dzięki templariuszom i Stanisławowi Mikulskiemu, ale niezwykłym talentom pisarza, które dziś nazywa się umiejętnościami interpersonalnymi: Tak wizytę u przyjaciela wspominał Gierymski: – Dwie licealistki śpieszą ku nam w biegu zdejmując z ramion czerwone szkolne tarcze. Wracamy do domu Zbyszka, Bachanalia trwały do północy. Następnego dnia wstałem późno. Zbyszek wołał już o ogrodu. Mieliśmy przecież pożeglować. Dwie licealistki już na nas czekały, opalając się. Leżały nago na burcie jachtu.
 
Czy moja miłość do Pana Samochodzika wystarczy, żeby tygodnik odniósł sukces? Biedronka ma ponad 2500 sklepów. Jeśli każdy sprzeda tylko po dwadzieścia egzemplarzy, pewnie się opłaci. Warto jednak popracować nad dokładniejszym sprofilowaniem pisma i jakością artykułów.
 
Tygodniki opinii “Polityka”, “Newsweek” na urodzinach “7 dni..” nie stracą, ale “Angora” może czuć oddech konkurenta na plecach, choć jakość łódzkiej konkurencji tymczasem pozostaje tymczasem poza zasięgiem nowego wydawnictwa Axel Springer.
 
 
 
 
 
 
 
 

Wesele

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego – nabożnym głosem, robiąc za długie pauzy między słowami, głosił kazanie ksiądz w kościele gminnym około osiemdziesięciu kilometrów od stolicy, tuż przed udzieleniem ślubu.

Goście radujący się na okoliczność powołania nowej komórki społecznej zgromadzili się głównie na zewnątrz kościoła, omawiając ważne kwestie z życia rodzin bliźnich. Baśka puściła się z nauczycielem swojego synka i mąż ją wypędził. Wypędziwszy żonę, został sam w dopiero co pobudowanym domu krytym dachówką ceramiczną, po czym odnalazł sens życia w spożywaniu żołądkowej gorzkiej.
Robert, mąż Baśki, pozbiera się w końcu, doszli do zgodnego wniosku jego przyjaciele. Nadzieję swą pokładali w stu siedemdziesięciometrowym domu Roberta oraz siedmioletnim Audi A6, które rozpalały gorące uczucia u panien i rozwódek ze wsi tej, a także okolicznych. Miłości Anety nie omieszkał Robert sprawdzić na dywanie w salonie, zapewniając podczas testu o dozgonnej wierności żonie.

Drodzy nowożeńcy! Aby wasza miłość, którą się wzajemnie darzycie, stawała się mi­łością coraz bardziej dojrzałą, coraz bardziej wartościową, praw­dziwą, musicie często przypominać sobie napomnienie Chrystu­sa: “Wytrwajcie w miłości mojej – odczytywał ksiądz z książki “Homilie, kazania i mowy okolicznościowe”, która kupił w internecie za 19 zeta. Dla niepoznaki położył ją na biblii, z której codziennie miał czerpać natchnienie dla głoszenia bożej prawdy.

Nie no, ja też bym tak chciał kochać, słysząc te słowa, pomyślał Zbyszek. Jak pan Bóg przekazał, siedział z żoną gdzieś pośrodku peletonu ławek w prawej nawie. Ubrany był w jasnobeżowy garnitur kupiony na rynku w miasteczku powiatowym, z którego, garnituru, nie miasteczka, miał nie wylewać się piwny bęben. Odzienie znakomicie spełniało swoje zadanie dzięki szeroko skrojonej marynarce. Jego żona Ewa wystroiła się w kostium o kolorze świnki Piggy, dekorując dekolt sztucznymi perłami. Patrząc na nią, Zbyszek odczuwał politowanie z tkliwością. Szkoda mu było tej lekko już korpulentnej, ale wciąż atrakcyjnej kobiety w wieku trzydziestu dziewięciu lat, z którą seks uprawiał raz na miesiąc, ale tylko wtedy gdy groziła mu rozwodem. Marta to co innego. Ona znała szyfr do jego libido, dzięki czemu mógł czuć się mężczyzną trzy razy dziennie, nie, wybacz boże, trzy razy na rok, jak miał to w zwyczaju przeżywać z Iwoną, księgową z pracy z okazji imprez firmowych na wigilię, Wielkanoc i majowy wyjazd integracyjny.

Stałem w kościele obok Kaśki, nucąc w duchu Elektryczne Gitary i zastanawiając się, co ja robię tu, co ty tutaj robisz. Wzniosłe słowa o miłości przypominały, że wciąż kocham Anetę, matkę mojej córki, ale nie wyobrażałem sobie życia bez Kaśki. Zdejmowała ze mnie wymyślony przez Słowackiego jaskółczy niepokój życia, a także prorokowała cel duszy mojej. Świadomość jej wpływu na psychikę oraz zdolność okiełznania niezależności wprawiały mnie w szczerą złość. Kaśka posiadła sztukę zdzierania maski, pozy teatralnej, malutkich kłamstw. Czułem się przy niej nagi i bezbronny. Jeśli dołożyć jej wielkie piersi o dużych, ciemnych brodawkach oraz pupę Jennifer Lopez powstawało pole magnetyczne, z którego nie sposób było się wyrwać. Nie lubiłem sytuacji, która pozbawia wyjścia awaryjnego, panu B, alternatywy. Już miałem na ustach gorące zapewnienie, jak bardzo jej nienawidzę, a z letargu myślowego obudził mnie głośniejszy  głos kapłana:
Życzę wam, aby nigdy nie ustała wasza miłość, ta, o której mówi św. Paweł, że nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie pamięta złego, lecz wszystko znosi, wszystko przetrzyma. Bez niej życie małżeńskie i rodzinne nie ma ani korzenia, ani sensu. Takiej właśnie miłości: wiernej, cierpliwej, wytrwałej życzę wam z całego serca do końca waszych dni – zakończył ksiądz kazanie.

Wrzesień tamtego roku przygrzewał ostrym, niższym już oślepiającym, ale wciąż gorącym słońcem. Na  parafii uginały się jarzębiny pod dorodnymi kiściami owoców.  Wierni wypachnieni wodami toaletowymi z Lidla lub Biedronki zebrali przed krużgankami się w rodzinne grupki, które przypominały afrykańską  wioskę usianą słomianymi chatami. Mimo facebooka, twittera i google klany trzymają się mocno, pomyślałem.

– Cześć, Rafał – grzmotnął mnie po plecach brat cioteczny, Michał, rówieśnik. Oczekiwałem standardowego zestawu pytań, jak mi leci, jak dzieci i ile zarabiam. Najlepszą obroną jest atak, do którego przystąpiłem:
– Siema, Michał. No, widzę, powodzi się na pięćset plus – pochwaliłem tonem zazdrości, patrząc na wsadzony na palec srebrny sygnet z orzełkiem wpisanym w polskie barwy narodowe.
– No, masz.
– Co tam?
– A kończę rozbudowę domu.
Nie ma jak połechtać ludzi ich własną próżnością, więc pociągnąłem kwestię:
– Budujesz dom? No, no, opowiadaj.
– Wiesz, nie mieścimy się, więc teraz nasz domek będzie miał 200 metrów. Może wystarczy.
– Toż to pałac – udałem zachwyt i zainteresowanie. Michał połknął haczyk:
– Coś ty, dzieciaki będą miały po swoim pokoju – oczy zaświeciły się z dumy.

Ziarenka ryżu z torebki z napisem Polgreen spadały na Agnieszkę i Łukasza. Rozległy się oklaski i okrzyki zachwytu. Jakby liczba życzeń zdrowia, pieniędzy, a także zdrowych a mądrych dzieci mogła zagwarantować ich spełnienie, nie trzeba by kręcić Batmana, a także produkować Superniani. Na tym drugim nikt by nie stracił. W Nowym Jorku zmarłych bezdomnych zrzuca się na stertę, a potem spychacze zsuwają zwłoki do morza. Wcześniej lekarze pobierają narządy dla transplantacji i na naukę dla studentów medycyny. Szczęście szerzy się po świecie.

Dom weselny oddalony był od kościoła dziesięć minut jazdy autem. Zespól muzyczny Pakt przypominał piosenką Ireny Jarockiej, że jestem lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok. Goście zjedli drugi ciepły posiłek, mianowicie barszczyk z krokietami. W kuchni mieli za dużo majeranku, bo przykrył cała powierzchnię zupy piłkarską murawą. Kaśka gdzieś zniknęła. Ten kurwiszon zawsze zostawia mnie samego, złość na nią narastała we mnie z każdym wypitym kieliszkiem Finlandii, które przechylałem z przygodnie poznanym towarzystwem.
Zespół wygrywał balladę Elvisa Presleya ” You are allways on my mind”. Trzy czwarte gości weselnych przy wolnych rytmach nagle nauczyło się tańczyć:
Może nie traktowałem cię
Tak dobrze jak powinienem
Może nie mówiłem, że cię kocham
Tak często jak mogłem
Tyle rzeczy powinienem powiedzieć i zrobić
Ale jakoś nigdy nie było czasu
Ale zawsze byłaś w moich myślach
Zawsze byłaś w moich myślach

Kaśka pokazała się przy wejściu obwieszonym różowymi i białymi balonikami objęta w pól z panną młodą. Ucałowały się. Kaśka ruszyła ku mnie. Jej twardy, jędrny biust niepotrzebne uwypuklony push-upem unosił się w czarnej sukience. Kiecka mocno wcięta w talii podkreślała obszerne, murzyńskie biodra. Z trudem schowałem złość na samo dno duszy mając nadzieję na udane zakończenie nocy.
– Co tam, Rafuś? Pewnie podrywasz tu jakieś kurwy.
Ciebie pierwszą, odpowiedziałem jej w duchu. Nie zdążyłem, bo Kaśka z szybkością karabinu maszynowego trajkotała:
– Rafuś, nie uwierzysz. Gadałam z Agnieszką. Ten jej Łukasz pracuje w Niemczech na autobusach jeździ. Zanim wyjechał bzykali się wszędzie w przedpokoju w kuchni  w lesie. Wiesz Aga lacha jest – wyrzucała Kaśka słowa bez słyszalnych znaków przestankowych.
– No i co – udałem znudzenie. Kaśce zawdzięczałem wszystkie newsy towarzysko-obyczajowe z wioski i powiatu tutejszego, a także ościennych, ale żywiłem przekonanie że idiotyczne plotki, kto z kim spółkuje, nie dadzą mi zarobić miliona złotych, ale jednocześnie nie umiałem się bez nich obyć. Borderline, dualizm mojej psychiki wprawiał mnie w zdumienie. Przykro co rusz konstatować, że wiesz dużo mniej o swoim mózgu niż on o tobie.
– No i jak wyjechał roztył się nie puka innej bo co wieczór z Aga na skajpie tokuje. Ale jak na weekend przyjeżdża to jej nie tyka. A wcześniej już w przedpokoju. Bo zmęczony bo chce się przytulić. Aga już tam dupą macha przezroczyste gówna w Wólce Kosowskiej kupiła i nic.
– Nieźle.
– Mówi że jak po paskach przez ulice przechodzi to se wyobraża ruchanie z chłopakami co naprzeciwko niej idą.
Teraz już wiem, która to, to ją zagadnę, uśmiechnąłem się do tej nadziei, a odpowiedziałem wpisując się konwencję:
– Po chuj za niego wychodzi?
– Bo w Niemczech się dorobił i mieszkanie kupił to nowe osiedle na górce wiesz. Matka jej kazała albo mu powiesz ze koniec albo ślub jak to nie pomoże to że w ciąży jesteś.
– Miłość to piękne uczucie.
Kaśka nie wyczuła ironii:
– Rafuś ale moja mama mówi że my się to nigdy nie rozstaniemy tak się kochamy.
Nie zdążyłem zagrać cynicznej obojętności ukrytej pod maską błyskotliwej odpowiedzi typu, póki inna miłość nas nie rozdzieli, bo podchmielony wodzirej zapowiedział oczepiny. Tort przywieziony po ich zakończeniu  na wózku przypominającym te szpitalne do rozwożenia leków smakował jak każdy weselny tort. Nadmierna słodkość i mdłość przypominały gościom o ryzyku obudzenia się jutro z kacem, więc warto zaniechać dalszego picia.
Aby zminimalizować efekt the day after, zatańczyłem z Kaśką kankana. Podnosząc wysoko uda, przez chwilę pomyślałem o słowach z “Moulin Rouge”: “Kobieta, drogi panie, może być idealna żoną albo idealną kochanką, ale to za wiele wymagać od niej, żeby była i jednym i drugim dla tego samego mężczyzny”. W tamtej chwili nabrałem pewności naiwności literatury z półki z harlekinami zamęt roznoszącej po świecie. Moja i Kaśki miłość miała trwać wiecznie, pokonywać rafy złorzeczeń, upomnienia rodziców, złe spojrzenia przyjaciół.

Po kankanie przyszedł czas na “W kinie, w Lublinie”, Baśkę Wilków,  ostatecznie odtańczyliśmy mocno wtuleni w siebie “When a man loves a woman”. Kaśka poszła na szluga. Ja zaś z przyjaciółmi poznanymi około ośmiu godzin wcześniej obiecaliśmy sobie obietnice nie do spełnienia: spotykanie się co tydzień na wódce, oni mi naprawienie auta, ja im nauczanie dzieci. Wciąż za mało wypiliśmy, by przejść na poważne utyskiwanie na małżeńską nudę. Rozmowy weselne trąciły zbyt mocno przewidywalnymi konwenansami.

– Kaśka, chodź szybko – przejąłem inicjatywę. – Superpiosenka zaczyna się. Odegrałem minidialog ze wstępu do kawałka “Ich troje”:
– Kaśka!!! Kaśka!!!!
– Przestań się drzeć, ja tu serial oglądam.
– Może pani poprosić Kaśkę?
– Kaśka!! Jakiś wariat z harmonią cię woła.
Zadzwoniłem w środku lata, choć minęły już dwa lata, ty nadal nie odzywasz się. Zawsze z tobą chciałbym być tylko we dwoje.

Zatańczywszy Kaśka wróciła na peta, ja na kielicha.
– Rafuś, cymbale – miło zagaiła Kaśka po powrocie z dymka.
– Czego chcesz?
– Kojarzysz Ewę?
– Kogo – nie pamiętam, czy dziwiłem się na niby, czy już miałem za bardzo w czubie.
– Ta zona Zbyszka. Weź wypłakuje mi się że ten chuj zostawił włączony komputer a tam ma konto na sympatii. To ona wściekła bo mu majtki pierze dzieci karmi ze szkoły odbiera bo on pracuje. A ten się tłumaczy ze to nie on ze właśnie to sprawdzał bo ktoś mu mówił ze ktoś się podszywa on tu właśnie skurwiel śledztwo prowadzi. Ewka mówi ze nie wie czy ma mu wierzyć ja jej mówię wywal skurwysyna. Dyma inne na pewno.
– Zbyszek, nigdy – włączyła mi się solidarność plemników. – Kto by poleciał na takiego grubasa.

– Rafał, my już chcemy jechać – zagadnął brat Michał, ten co to pałac postawił i patriotyczny sygnet nosi. Nagle wydał mi się postacią z innej bajki. Nie pił. Jego niezliczone ilości dzieci kimały na krzesełkach jak małe borsuki. Miały zostać na noc u babci, która mieszkała kilka chałup dalej.  Żona Michała posyłała okolicznym biesiadnikom na pożegnanie promienne uśmiechy, wyszczerzając śnieżnobiałe zęby.

Siedząc z Kaśka na tylnym siedzeniu Kia Sportage, zorientowałem się, że na oparciu krzesła na sali weselnej zostawiłem żółty krawat w idiotyczne, psychodeliczne wzorki. Już chciałem po niego wracać i ocalić dobre rodowe ratowane  z pożaru, gdy Kaśka wsunęła mi język do ucha szepcząc:
– Rafuś zerżniesz mnie dziś ostro – ni to zapytała, ni to stwierdziła.
– Nie – lubiła jak się przekomarzałem.
Dotknęła mojego twardego rozporka: – Czuję.
Kolejny raz znienawidziłem ją za wchodzenie z buciorami w duszę. Wyświetlił mi się przed oczyma rozmazany przed zażyciem rutinoscorbinu cytat z “Moulin Rouge”: “Nienawiść jest widać najsilniejszym środkiem podniecającym, a posiadanie kobiety w przystępie złości jest może najbardziej szaloną rozkoszą, jakiej człowiek może doznać”

Przebrnąwszy następnego dnia w domu przez ból głowy, apap, ibuprom, kolejny seks, kawę Pedro’s, usiadłem do lektury “Wysokich Obcasów”, a w nich wywiadu z Andrzejem Depko:
“Jedni są w szponach namiętności przez miesiąc, inni pół roku, jeszcze inni dwa lata. Ale natura namiętności jest taka, że ona prędzej czy później wygasa.
– Nie ma wyjątków?
– Nie ma. Taka jest w ogóle natura emocji. Zawsze się kończą. W stałych związkach namiętność przeradza się w intymność”.

Małżeństwo to mdły i nudny obiad zaczynający się od deseru, czy to też jest cytat z Moulin Rouge nie pamiętałem, bo chciało mi się wymiotować. Nie zauważyłem, kiedy Kaśka wstała i nie zajrzawszy do mnie, wyszła palić na taras. Z kimś rozmawiała przez telefon. Gorzki ten deser, ukuło mnie powątpiewanie w sens nie wiem czego, rzuciłem w kąt “Wysokie Obcasy”. Z grającego w salonie radia Kombii wwiercało się w mózg:

Droga na sam szczyt,
A tam nie ma nic.