Słowa mają moc sprawczą

Słowa mają moc sprawczą. John A. Bargh w “Journal of Personality and Social Psychology” ogłosił wyniki badania, w którym polecił uczestnikom uporządkowanie w zdania wyrazów kojarzonych ze starszym wiekiem, takich jak “emeryt”, “pomarszczony”. Następnie zmierzył szybkość, z jaką przechodzili przez hall w drodze do windy. Zabierało im jedną do do dwóch dodatkowych sekund więcej niż innym, którzy nie poznali słów kojarzonych z emerytami. Uczestnicy eksperymentu zostali utorowani przez słowa niosące skojarzenia ze starością.
Badania nad zjawiskiem torowania wskazują, że kiedy angażujemy się w głęboką introspekcję, mającą wyjaśnić przyczyny naszych zachowań, nie dostrzegamy wielu znaczeń, uczuć, emocji mających wpływ na nasze czyny.

Facebook, czyli Światowa Zjednoczona Korporacja Internetowa [afera Cambridge Analytica]

Z Facebooka powędrowały do firmy Cambridge Analytica, być może zupełnie legalnie, dane 50 milionów użytkowników serwisu, co mogło mieć wpływ na zwycięstwo Donalda Trumpa, decyzję o Brexicie oraz wygraną Andrzeja Dudy w Polsce. Na wierzch internetowych komentarzy wybija hipokryzja, bo wychodzi na to, że mocno sprecyzowane reklamy mogą nam serwować producenci samochodów, zegarków i majonezu, ale już nie politycy i ich sztaby. Brakuje konstatacji, że demokratyczne wybory parlamentarne czy prezydenckie nie opierają się dziś na racjonalnym ważeniu argumentów, ale są niemal w pełni sterowalną kampanią reklamową, która ma zapewnić władzę.

 

Nie ma najmniejszej przesady w twierdzeniu, iż każda kampania polityczna w Stanach Zjednoczonych jest bitwą złudzeń. Kandydaci dysponujący większymi pieniędzmi, pozwalającymi na budowanie skutecznych strategii informacyjnych, mają większe szanse na zwycięstwo. Ktoś, kto nie potrafi swojej “iluzji prawdy” powtórzyć głośno  dostatecznie wiele razy, przebijając w tym oponentów i przyciągając do siebie część ich elektoratu, przegrywa. (…) W każdym roku wyborczym boję się zalewu politycznej propagandy. Robię wszystko, by jej nie oglądać, i wyczekuję chwili gdy się skończy. Zwracam uwagę na tylko jeden aspekt zjawiska: czy najczęściej powtarzane przesłania stają się decydującymi czynnikami wyborów. Niemal zawsze tak się dzieje. Czy zatem ma jakiekolwiek znaczenie prawdziwość tego, co jedni kandydaci mówią o innych – pisze David Disalvo w “Mózgu na manowcach” (Carta Blanca, Warszawa 2013). Autor podsumowuje ze smutkiem, że wystarcza zwykle, żeby ileś razy coś powtórzono. Do sukcesu nie potrzeba nawet nadmiernej świadomości i skupienia odbiorców. W tym kontekście Facebook jest idealnym miejscem do prowadzenia kampanii wyborczej, bo są tu “wszyscy”.

Mark Zuckerberg stwierdził po upublicznieniu współpracy i działań Cambridge Analytica, że jeśli Facebook nie zapewni ochrony prywatności użytkownikom serwisu, jego firma „nie zasługuje, aby służyć ludziom”. Szef portalu postanowił wpisać się w konwencję większości przekazów Facebooka i posłać ludziom “misia z serduszkiem”. Robi maślane oczy jak uczeń, który dostał w szkole dwóję i wyjaśnia rodzicom, że nauczycielka się na niego uwzięła, a kolega przeszkadzał w pisaniu klasówki. – W ostatnich dniach zarząd firmy pracował, aby zrozumieć, co dokładnie się stało i co możemy zrobić, aby nigdy się to nie powtórzyło – wyjaśniał Zuckerberg. Te słowa tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że wiedział, rozumiał i akceptował.

W API (interfejs programistyczny aplikacji), który Facebook udostępniał firmom, istniała opcja, która pozwalała na zbieranie danych nie tylko na temat osób, które biorą udział w ankiecie, czy używają aplikacji. API umożliwiało też pobieranie danych dotyczących znajomych badanej osoby. Stąd 270 tys. osób, które brały udział w ankiecie Cambridge Analytica pozwoliły na zebranie informacji o 50 milionach użytkownikach Facebooka. Dane przetworzone dzięki analizie Big Data, według założeń opracowanych przez polskiego eksperta Michala Kosinskiego, pozwoliły z niewinnych polubień i komentarzy wysnuć wnioski na temat cech użytkowników oraz sposobu, w jaki budować przekaz, by oddali głos na produkt – kandydata w kampanii prezydenckiej.

Ci, którzy oczekiwali, że media społecznościowe stworzą nowy, lepszy świat muszą się czuć zawiedzeni. Ułatwiają zawieranie znajomości, docieranie do informacji. Ale czy my, ludzie, wywodzący się genetycznie z plemiennych osad, potrzebujemy wiedzieć, co dzieje się u 50 naszych znajomych, kogo zabili w USA w stanie Kentucky i czy to prawda, że Marta Kaczyńska nie może wziąć kolejnego ślubu kościelnego?

Rejestrując konto na Facebooku, “akceptujesz regulamin”. Pozwala on na zbieranie o tobie około setki różnych informacji. Pomnożenie tych danych razy kilka milionów różnych użytkowników tworzy wyraźny profil społeczny i umożliwia docieranie z mocno sprecyzowanymi przekazami. Jak Ci się nie podoba, co najwyżej możesz usunąć konto.
Ale to wie nawet początkujący adept sztuki kampanii reklamowych na Facebooku, więc o co ta afera?

Przy liczbie użytkowników oraz wpływie, jaki Facebook posiada, można pokusić się o stwierdzenie, że stał się hybrydą o nazwie prasa, sąd, oskarżony, prokurator. Nowoczesną partią totalitarną, decydującą o słuszności naszych poglądów, które sama dostarcza.

Przy rozumieniu powyższego jednak rozczarowują mnie komentarze dotyczące tej sprawy przetaczające się przez internet. Dziennikarze sami potwierdzają w nim wszechwładność Facebooka, jakby poza nim świat nie istniał, jakby ludzie nie mieli dostępu do różnych tytułów prasowych, kanałów telewizyjnych, książek i tylko algorytm Facebooka i reklamodawców (w tym politycznych) podsuwał im treści, z  którymi mogą się utożsamiać.

Ludzie, którzy świadomie używają nowoczesnych technologii, zdają sobie sprawę, że non stop przekazują do sieci jakieś dane, które są zapisywane i będą używane w przyszłości np. do wybrania treści, którą następnego dnia zobaczy pan na Facebooku czy Twitterze. To, z czego wielu nie zdaje sobie sprawy, to to, że taka informacja może zostać przekształcona przez odpowiednie algorytmy w bardzo intymny profil ich własnej osoby, zawierający zarówno charakterystyki takie jak wiek, kolor skóry czy płeć, czy edukacja i rodzaj kariery, ale także dane psychologiczne: zaczynając od emocji, poprzez poglądy i postawy, a kończąc na inteligencji i osobowości. Ten opis może sięgnąć nawet głębiej – do problemów psychicznych. Algorytm łatwo wykryje, czy ma pan depresję.
Michal Kosinski, analityk, który dla Cambridge Analytica opracował algorytm dla danych z Facebooka
Źródło: Next.gazeta.pl

 

Ułuda powszechnego Oświecenia, czyli 63 proc. Polaków nie przeczytało żadnej książki

63 procent Polaków nie przeczytało w zeszłym roku ani jednej książki, przetoczyły się przez Internet wyniki badań czytelnictwa w Polsce przeprowadzane przez  Bibliotekę Narodową . Komentarze biegły w kierunku, że to źle, grozi Polakom wtórny analfabetyzm, sypały się ostrzeżenia redaktorów.

Pobieżna obserwacja warszawiaków w komunikacji miejskiej potwierdza powyższe. Ludzie w większości scrollują na smartfonach i jeśli już na czymś zatrzymują wzrok, to zdjęcia. Ewentualnie mają białe słuchawki w uszach. Rośnie liczba melomanów. Druga grupa zadumana patrzy przez okno. Trzecia czyta książki. Prawie nikt nie czyta gazet.

Kapitalizm w modelu zachodnim a wraz z nim oświeceniowa idea powszechnej edukacji, która miała nieść ze sobą mądrość i pokój próchnieją na naszych oczach. Kapitalizm zjada swój własny ogon, giganci przejmują wielkich, więc na dobrą sprawę wyżywić nas może pięć, siedem koncernów spożywczych. Badania pokazują, że nawet amerykańska klasa średnia kruszeje. Coraz większy majątek koncentruje się w rękach coraz mniejszej grupy ludzi.
Postępująca cyfryzacja, która miała szerzyć wartościowe treści i wiedzę pod najbardziej zapadłe strzechy, przyniosła następujący skutek:

“Badania przeprowadzone przez Microsoft wykazały, że regularnie korzystający z Internetu potrafią utrzymać koncentracje o sekundę krócej niż złota rybka”.

Bez wstrząsów wracamy do pięknego wieku XIX i wcześniejszych. Wiedza, zdolność kształtowania i wdrażania w życie idei technicznych, humanistycznych, ideologicznych skupi się ponownie w zamkniętych uniwersyteckich bibliotekach. Dziś do niektórych uczelni dołączą wielkie koncerny internetowe oraz polityczno-ekonomiczne think tanki, rekrutujące tęgie umysły z uniwersytetów.  Można z pewną goryczą uznać, że Oświecenie jako idea dogorywa.

Internet cofa nas nawet do ery jaskiniowej, obrazkowej. Wracamy do epoki odruchów, braku hierarchii emocji. Dziś każde błahe wydarzenie urasta do rangi końca świata. Kwestia alimentów Kijowskiego, kota Kaczyńskiego, nieprzyjęcia orderu od Dudy przez konsula w Meksyku rozgrzewa do białości internetowe spory. Liczba fascynujących artykułów, jakie dziennie skrollujemy na Facebooku wynosi 10, 20 a może 100.  W jaki sposób poszerza to wiedzę? Nie koncentrujemy się na treści, więc nic nie zapamiętujemy.

W 2016 roku tylko 46 procent Polaków przeczytało tekst dłuższy niż trzy strony wydruku. Jednocześnie bezustannie rośnie liczba studentów i osób z wyższym wykształceniem, frekwencja wyborcza szoruje po dnie. Świetnie ma się teoria o zamachu smoleńskim, rośnie wiarygodność wróżek jako objaśniania świata, a nawet tam i ówdzie utrzymuje się podgląd o nieistnieniu Holokaustu. Do zobaczenia na Facebooku.

Wyniki badań czytelnictwa:
http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/63-proc-polakow-nie-przeczytalo-w-ubieglym-roku-ani-jednej-ksiazki

Źródło cytatu: 
http://jagiellonski24.pl/2017/04/24/pokolenie-tldr/

O amerykańskiej klasie średniej:
http://forsal.pl/swiat/usa/artykuly/1034037,kto-zabral-majatek-amerykanskiej-klasie-sredniej-smutny-felieton-o-straconych-zludzeniach.html 

Złoto, purpura, bursztyn, wszystkie kolory Amber Gold, aktualizacja: 16.01.2016

Prawo i Sprawiedliwość zamierza ponoć powołać komisję śledczą w sprawie Amber Gold. Zobacz, jak dzięki nazwie i kolorom logo ludzie dali się omamić.

 

Amber Gold. “Amber” czyli bursztyn. Każdy, kto był nad Bałtykiem, widział sklepy i stoiska z bursztynem, naszyjnikikami i bransoletkami. Kogo nie zachwyca pomarańczowo-miodowo-brązowa barwa tej żywicznej skamieliny? Same pozytywne skojarzenia.

Gold. Złoto. Bo co innego? Srebro? Zbyt pospolite. Miedź? Zbyt elitarna i bardziej niż do masowych lokat, pasuje – przynajmniej skojarzeniowo – do instalacji elektrycznych i hydrauliki. Kawa? Do parzenia, kupienia w markecie – jak najbardziej, ale z lokatą jej nie po drodze.

Co innego złoto. Człowiek znał złoto wcześniej niż inne metale, srebro i miedź. Świadczą o tym znaleziska sprzed 4000 lat p.n. e. z Egiptu, Babilonu. Złoto swoje znaczenie i wartość zawdzięcza wyjątkowym, unikalnym zaletom: jest odporne na korozję, nie zmienia wyglądu ani na powietrzu, ani w innym środowisku, nie ulega działaniu kwasów, za wyjątkiem wody królewskiej i kwasu selenowego. Kolejne zalety złota to jego piękna barwa, połysk i rzadkość występowania. Obok renu jest ono najrzadszym metalem, a pod względem rozpowszechnienia zajmuje wśród pierwiastków dopiero 78 miejsce. Właśnie odporność na korozję, rzadkość i piękno stanowi o atrakcyjności złota jako lokaty kapitału.

Purpura. Barwnik zwarty w liściach indygowca zwany indygiem zrobił światową karierę. Był od czasów starożytnych stosowany do trwałych, pięknych, niebieskich wybarwień. Niewielka zmiana budowy cząsteczki indyga daje barwnik o zabarwieniu purpurowym, który zrobił wielką furorę w antyku. Nad Morzem Śródziemnym żyją ślimaki Murex brandaris i Murex trunculus, wydzielające z gruczołu oddechowego śluz, który pod działaniem światła zmienia się w purpurowy barwnik. Do otrzymania jednego purpury trzeba poddać obróbce 12 tysięcy ślimaków. Aby wybarwić kilogram tkaniny, trzeba 350 tysięcy ślimaków. Purpura. Oto barwnik, elita elit. Za czasów rzymskich prawo do noszenia purpurowych szat przysługiwało jedynie cesarzowi, w kościele  katolickim – kardynałom (stąd “purpuraci”), a na dworze królewskim – jedynie królowi. Magia purpury, dziś syntetyzowanej chemicznie, przetrwała do dziś.

Złoto, rozpalające hiszpańskich konkwistadorów i poszukiwaczy złota. Purpura, kolor powagi, dostojeństwa i władzy. I oddziały Amber Gold, prezentujące się jak najbardziej nobliwego banku.
Pod wpływem emocji, sprawnego marketingu rozsądek odpłynął. Jak pieniądze.

Oddział Amber Gold w Szczecinie, źródło: gazeta.pl

 

Pozycjonowanie to bzdura!

Codziennie przychodzi na moją skrzynkę mailową przynajmniej jedna oferta pozycjonowania sklepów internetowych. Tytuły idą tak: Płacisz tylko za efekty. Gwarancja TOP10, TOP3 w Google. Brzmi zachęcająco, bo w przypadku większości sklepów internetowych Google generuje przynajmniej 70 procent ruchu. Brzmi przerażająco, ponieważ firmy od pozycjonowania obiecują szybki efekt z ryzykiem otrzymania filtra od Google. Skutkuje on brakiem strony w wynikach wyszukiwania, w efekcie załamaniem sprzedaży.

Widać jednak, że cały czas jest klientela na usługi, które nie przynoszą efektów. Lub przynoszą efekty wyłącznie krótkotrwałe. Dlaczego? Wyszukiwarka Google stawia na witryny z wysokiej jakości treścią i walczy z nienaturalnym linkowaniem. Pech chce, że definicję “nienaturalnego linkowania” znają tylko bystrzaki z Mountain View.

Wyprzedziłem wyszukiwarkę Google, o kilka lat. Gdy w latach 2005-2009 zakładałem sklepy internetowe www.edumed.com.pl, www.sklep-wiazowna.pl, www.vitamarket.pl wychodziłem z założenia, że powstają one by sprzedawać (odpowiednio wysoki współczynnik konwersji). Skuteczność miały zapewnić nie tylko opisy produktów, ale przede wszystkim podstrony i powiązane blogi z tekstami, które paradoksalnie sprzedaży szkodzą. Przykład: Sklep Wiązowna oferuje suplementy diety, ale jednocześnie jego blog informuje, że większość oferowanych leków to czyste placebo.

Praca, którą wykonuję, da się stracić słowami Ernesta Hemingwaya:

Wszystko, co musisz zrobić, to napisać jedno prawdziwe zdanie. Napisz najszczerszą prawdę, jaką znasz

Wiedza, oferowanie internautom możliwie najdokładniej sprawdzonych, oryginalnych, a także szczerych – podyktowanych własnymi doświadczeniami, emocjami i pasjami – treści zapewnia powodzenie serwisu,, portalu czy sklepu internetowego.

Dziś brzmi to jak oczywista oczywistość. Ale jeszcze dwa lata temu usługi pozycjonowania stron wydały się iść odrębnym torem niż treść witryn. Teraz agencje SEO, by przetrwać, muszą stać się agencjami marketingu internetowego. Google do oceniania użyteczności stron używa nie tylko robotów. Sprawdzają ją też pracownicy Google, tzw. Human Factors.

A co z linkami?

Najlepszym sposobem “link buildingu” jest realizowanie strategii rozbudowanego content marketingu. Jeśli witryna oferuje unikalne i ciekawe treści internauci będą do niej linkować chociażby przez obecność w social media.

Właściciele stron i sklepów internetowych powinni zrozumieć, że świat nie kończy się na Google. Nie kończy się w takim sensie, że sama obecność w TOP 3 nie oznacza osiągnięcia oczekiwanego celu, np. zakupów. Przyszłość należy do sklepów, które oferują znacznie więcej niż opisy produktów. To właśnie dlatego wielkie sieci handlowe handlu tradycyjnego wydają nie tylko gazetki promocyjne, ale inwestują w magazyny wnętrzarskie (OBI), pisma skierowane do kobiet (Tesco, Biedronka) czy produkcję filmową (Leroy Merlin).

To samo staram się robić przy stronach, które mam pod opieką. Wymaga to masy lektur, pracy reasercherskiej, przygotowania własnych artykułów. Dlatego jestem spokojny, że konkurencja nawet mając tę wiedzę, niekoniecznie z niej skorzysta.