Passa Daniel Passent [NOTATKI NA MARGINESIE]

Historia społeczeństwa podczas II wojny światowej według Daniela Passenta, “Po wojnie kraj był zniszczony i właściwie wszyscy byli biedni. Żydzi stracili wszystko, Polacy – też, z wyjątkiem tych, którzy się na Żydach wzbogacili”. Gdyby nie chodziło o Passenta, mógłbym  przestać czytać tę książkę na 25. stronie. Cytatu pozwolę sobie nie skomentować.
Dalej Passent pisze, że najszczęśliwszy był w 1962 roku podczas studiów na Princeton. Do 25 strony już dwa razy wymienia Agnieszkę Osiecką. Z nią natomiast chyba był najszczęśliwszy, pozwolę sobie przypuszczać.

Pilch w sensie ścisłym Katarzyna Kubisiowska [NOTATKI NA MARGINESIE]

Po raz drugi nie mogę oprzeć się wrażeniu, bo po raz drugi czytam biografię tytułowego bohatera “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej, że Jerzy Pilch prowadził swe życie tak, by móc je opisywać w książkach. Zwróciła na to uwagę także Magdalena Raczkowska, była partnerka Pilcha. To ona rozpoznała się (nie było to trudne, Pilch uprzedzał) w postaci Asi Katastrofy. “To zabawne, że cechy, które na co dzień uprzykrzają życie, w literaturze Jerzego uszlachetniają i stają się interesujące” – mówiła autorce biografii.

Uparłem się na tego Pilcha, nie przepraszam. Atinę, swoją partnerkę, starał się przekonać, że jest jednostką słabą, kruchą i wrażliwą. Wymagał sił, współczucia i cierpliwości, samemu nie mając chęci tymi cechami się odznaczać. Tę samą taktykę przyjął, wpływając (nie chcę użyć czasownika “manipulować”) na bliskie osoby podczas swoich ciągów alkoholowych. Przed i w trakcie picia stawał się opryskliwy, złośliwy, niemiły, by tylko dać mu spokój i pozwolić pić. Upadając nisko we własny brud i wymiociny, dzwonił po pomoc. Wytrzeźwiawszy, dziękował za wsparcie, okazywał się człowiekiem do rany przyłóż. “Przestałam litować się nad Jurkiem, gdy poczułam, że jego picie jest w pewnym sensie szantażem emocjonalnym” – mówiła Atina w “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej Atina nie chciała stać się osobą współuzależnioną, żyjącą w rytmie ciągów pijackich Jerzego Pilcha. Zrozumiała, że im częściej przychodzi mu z pomocą, tym częściej on pije. Im rzadziej zaczęła przyjeżdżać z odsieczą, tym Pilch rzadziej pił. Przez dwa tygodnie nie odbierała od niego telefonu. Udało się to tylko dzięki wyjęciu karty sim z telefonu. Po tym wydarzeniu Jerzy Pilch nie pił przez rok. Atina nie postrzega byłego partnera jedynie w czarnych barwach, wspomina jego czułość, opiekuńczość, wrażliwość, błyskotliwość. Piciu Jerzego Pilcha oraz wpływie, jaki wywoływał na bliskie osoby poświęcam tych kilka zdań dlatego, żeby uzmysłowić sobie i zwrócić waszą uwagę na to, że nas też otaczają chorzy, cierpiący, użalający się na swój los tylko w momencie rozmowy z nami. Problem w tym, że nie chodzi im o pomoc w cierpieniu i chorobie, ale rzucenie uroku, cienia na osobowość drugiej osoby, by ta poza cierpiętnikiem nie miała własnego życia. Wyjście samotne do kina, albo nie daj bóg z kimś innym ma wywoływać poczucie winy. Czy taki był Jerzy Pilch? Nie wiem. A nawet jeśli, to co? Przeżyć wystarczało mu na tematy do książek, nie starczało na życie.

“Następny do raju” Marek Hłasko [CYTATY]

Kto mnie żałuje? Gdzie życie? Gdzie młode lata? Siedzę tutaj, daleko od Warszawy, od ludzi, od miasta. Jedyna dziwka, która myje tyłek chociaż raz na miesiąc, mieszka o pięćdziesiąt kilometrów stąd i żyje ze wszystkimi kolejarzami z powiatu. Tylko drzewo, droga i wilki.


Umilkł. Oczy lśniły mu dziko.
Kiedy? – zapytał kierowca.
Dwa dni temu. Dwa dni szukaliśmy go jak wariaci. Cud, że wilki nie rozciągnęły do tej pory W zeszłym tygodniu zwalił się jeden facet z sąsiedniej bazy. Szukaliśmy go wszyscy, a kiedy wreszcie znaleźliśmy, nie wiadomo było, jak go wrzucić do trumny, bo prawie całego zżarły. Na Sąd Ostateczny będzie się meldował bez kutasa. Potrzebne ci to?


Leśnik wskazał ręką na wóz; był już naładowany prawie po szczyty kłonic.
Starczy?
Dziewiątka pokręcił głową.
Jeszcze ze dwa kubiki.
Po cholerę to panu? Całego lasu i tak pan nie wywiezie naraz….
Drzewo jest potrzebne – rzekł Dziewiątka. – Klasa robotnicza przysłała tu najlepszych swoich synów, aby wozili drzewo. Stocznie, burdele, miasta, fabryki i ciche sioła czekają na te bale, żeby je w twórczym trudzie przerobić na wykałaczki, rączki do parasolek…

Marek Hłasko o pomyśle i pracy nad książką:

To się na pewno zaczęło owego dnia, kiedy ładowaliśmy drzewo gdzieś bardzo wysoko i w duży mróz. Tak, na pewno. Wozy stały na dukcie, a my na legarach podtaczaliśmy kłody. Trzech; jeden z jednego końca, drugi z drugiego, trzeci w środku. Jeśli puści ten w środku, to ci z boku zdążą jeszcze odskoczyć. Jeśli jednak puści któryś z bocznych – wtedy właśnie puścił jeden z bocznych i oblodzony kloc zmiażdżył mu kręgosłup, a stało się to tak szybko i tak zwyczajnie, że nie było w tym nic strasznego, nic wielkiego i nie bardzo rozumiem, dlaczego to tak dobrze pamiętam. Pamiętam, że staliśmy nad tym człowiekiem i nie można go było ani podnieść, ani przenieść, ani zawieźć do miasta, bo nie było czym, i wiedzieliśmy wszyscy, że to koniec; a on wiedział także i wrzeszczał, ile razy chcieli go przenieść z drogi w bok – aby wozy mogły jechać do tartaku. Wszyscy stali nad nim , wszyscy przestępowali z nogi na nogę, bo zimno było okropnie: silniki w samochodach pracowały bez przerwy, bo z zapuszczaniem tych starych wozów zawsze był kłopot i wszyscy się wściekali i dąsali, że to tak strasznie długo trwa, a wiadomo przecież, że i tak jest po wszystkim. Więc odchodzili w bok i odlewali się, i poprawiali silniki, i tupali, bez przerwy tupali, bo naprawdę by to wyjątkowo zimny dzień i wszyscy już mieli wszystkiego dość – i jeżeli pamiętam ten dzień, to chyba tylko dlatego, że odbywało się to wielkie tupanie; to tak, jakby złościli się na niego, a jednocześnie chcieli mu dopomóc. A potem nagle zapanowała jakaś radość i ożywienie; i wszyscy stali się dla siebie lepsi i milsi – kiedy już było po wszystkim i nareszcie można było założyć z powrotem czapki. Nie wiem, dlaczego nie napisałem tej akurat sceny w książce. Może dlatego, że chciałbym umrzeć sam, nie widząc nad sobą żadnej twarzy i nie słysząc żadnych słów ani niczego. Ale to było. (…) Boję się szpitala., zastrzyków, nocników i okrucieństwa lekarzy – więc proszę mi wybaczyć.

Ani wstęp, ani posłowie do “Następnego do raju”, Marek Hłasko

Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym

Wydawałoby się – i słusznie – że felieton jest gatunkiem doraźnym. Dziennikarze wbijają szpilę kolegom po fachu, tłuką polityków słowną pałką, piętnują obyczaje tych, którzy akurat najmniej się tym przejmą, bo nie przeczytają. Najbardziej ciśnienie skacze kolegom po fachu. Kiedyś odpowiadali na zaczepki w kolejnym numerze gazety, teraz nie muszą zwlekać ani dnia. Jakość pisania na tym traci, bo polemistom brakuje dystansu i humoru.


Jerzy Pilch w wyborze felietonów “Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym” po 20 latach wciąż brzmi świeżo. Polemizuje, krytykuje, szydzi i chłoszcze teksty z pism, które właśnie kupił w kiosku, wystaw, na które się wybrał, inscenizacje, na których się wynudził. Świeżość Pilcha polega na tym, że pisarz smaga piórem sobie współczesne wydarzenia, ale jakby wszystko, co opisuje, nagle przeniosło się w czasie 20 lat wstecz. Pilch żyje i pisze poza doraźnością, poza tu i teraz. Nie myśli o jutrze. Życie pokazało jak bardzo.

“Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska [RECENZJA]

Do napisania recenzji książki dowolnej, a teraz mam na myśli “Osiecką Nikomu nie żal pięknych kobiet” Zofii Turowskiej, potrzeba przynajmniej dwóch tygodni od jej przeczytania. Musi tyle czasu upłynąć, żeby nie dać się zwieść gorącym emocjom, że w PRL-u co prawda stało się w kolejkach, ale najwyżej z ryzykiem powrotu do domu bez parówek lub papieru toaletowego.

Maryla Rodowicz śpiewała o koszulach schnących na sznurze, tworzył Seweryn Krajewski, a na Opole tata dostał wejściówki, bo zakład pracy organizował dla zasłużonych pracowników. 150 normy na 22 lipca.


“Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet” stwarza wrażenie, że świat się skończył wraz Bolkiem i Lolkiem i proszkiem do prania “E”. Spokojnie, propagandowo ten świat wrócił. Musi się wiele zmienić, by nic się nie zmieniło.

Agnieszka Osiecka? Wielką poetką była, więc jej osobowość, postać, poezję wypada kuć tylko ze złota, ewentualnie z mosiądzu lub spiżu. Fundacja Okularnicy założona przez córkę poetki, Agatę Passent, zadba, by sukcesy Osieckiej wyeksponować (zasłużenie), porażki zamienić w potknięcia (sztuki teatralne), trudne lub nieudane związki zamieść pod dywan.
Szczególnie ten, dla którego Agnieszka Osiecka rzuciła Daniela Passenta. Ciut za dużo w “Nikomu nie żal…” nagromadziło się przemilczeń, bohaterowie stoją w cieniu. Jak zwykle. Jeśli komuś warto postawić pomnik, to Danielowi Passentowi. Agnieszka mogła na niego liczyć w każdą niepogodę.

Co jeszcze zapamiętałem lub tylko tak mi się wydaje?


Zwykłych dziewczyn, które zmieniają facetów jak rękawiczki, nie stać na podróże za ocean, lub choćby do Paryża. Mają najwyżej drobne na PKS do Kocka. Zwykłe dziewczyny nasłuchałyby się od mam, ciotek, kuzynek: “Ustatkuj się, zostaniesz sama. Szklanki herbaty nikt ci na starość nie poda”. Tylko która zwykła dwudziestolatka, najładniejsza w klasie, a przynajmniej czwarta, myśli o herbacie z sokiem malinowym?
Agnieszka Osiecka pewnie też by się nasłuchała, ale świeciła niezwykłością i o herbacie nie śniła. Chyba.
Z każdym blisko i daleko zarazem. Poetyczna, efemeryczna bliskość i rzeczywista obcość dotyczyła mężczyzn, przyjaciół, kompozytorów i wykonawców.
Zwykłe dziewczyny, co pędzą przez życie wiadomo dokąd, ale nie wiadomo po co, miałby uszy pełne utyskiwań i żalów: “Po co ty tam jedziesz, zwariowałaś, odbiło ci, siedź na dupie i znajdź pracę”.
Agnieszkę Osiecką Pan Talent zwolnił z przyziemności, L4 wystawił Pan Bóg lub inna okoliczność. Dopasujcie według własnych przekonań.

Kto napisał “W szeregu”, “Wielką Wodę”, “Szpetnych, czterdziestoletnich” nic nie musi, tylko może.
Niektórym wydawało się, że usidlą Osiecką, usadzą, zamienią w kurę domową, panią domu, wierną powierniczkę i piastunkę. Agnieszka dała się złapać w sieci temu, który wcale nie zamierzał łowić albo tylko stwarzał pozory niechęci, obojętności, lekceważenia. Po potknięciach, porażkach, wirażach wracała do mamy. Normalnej dziewczynie powiedzielibyśmy, że jest rozkapryszonym bachorem, o Osieckiej – że chowała w sobie wieczną dziewczynę.

Czy te skromne wnioski płyną z akapitów “Nikomu nie żal…”? A gdzie tam! Tak radykalnych tez Zofia Turowska nie stawia. Niestety. Sam sobie je wysnułem.
Próbowałem, nie znając jej, zrozumieć Osiecką jako człowieka, żonę, partnerkę, artystkę. Piszę pokornie o próbie, bo mam pełną świadomość, że ktoś, kto nie umie pisać jak Osiecka, nie umie poetki ująć w słowa.

Przy okazji niektórzy mogą się poczuć zawiedzeni, że “Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet” jest reedycją “Agnieszki Pejzaże z Agnieszką Osiecką”. Sądziłem, że mam do czynienia z zupełnie nową książką Turowskiej o Osieckiej, świeżą treścią, czystym spojrzeniem.
Moda na Osiecką wróciła wraz z serialem TVP i pojawiła się sposobność wznowienia książki. Ale czy trzeba było uciekać się do taniego chwytu? Zapytałem o to w wydawnictwie “Marginesy”, które wypuściło “Nikomu nie żal…” na rynek. Na odpowiedź czekam.

Daję 3+ na 6.

“Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska, Marginesy, Warszawa 2021

Najlepsze filmy obejrzane w 2021 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Baza ludzi umarłych, reż. Czesław Petelski

Stefan Zabawa trafia tuż po II wojnie światowej do bazy transportowej na bieszczadzki wygwizdów. Byli partyzanci, przestępcy, wyrzutki społeczne, by uniknąć więzienia, pracują tam przy transporcie drewna Wożą tony trupami aut, więc i trup ludzki ściele się gęsto. Buntują się, chcą opuścić bieszczadzką głuszę. Zabawa ma ich zatrzymać.
Scenografia bardziej teatralna niż filmowa, błyskotliwe dialogi Marka Hłaski, oszczędna, ale wyrazista gra Leona Niemczyka, Zygmunta Kęstowicza, Emila Karewicza, Teresy Iżewskiej tworzą klimat i jakość filmu. Bieszczady hartują, łamią, zmieniają.

Leon Niemczyk, Emil Karewicz, Aleksander Fogiel
Zygmunt Kęstowicz i Emil Karewicz, na organach Roman Kłosowski

– Dobry mechanik, to go tu przysłali. Niektórzy mówią, że to przez nią.
– Przez nią?
– Puściła się podobno z jakimś tam urzędasem. Chciała z nim kombinować na boku. Masz pojęcie, jaki szum powstał. Żona ważniaka i takie rzeczy. Ustrój się może od tego zawalić. Co chcesz? Dziewczyna za Niemca nauczyła się wszystkiego.

Baza ludzi umarłych

Teresa Iżewska i Zygmunt Kęstowicz w “Bazie ludzi umarłych”

Wanda jako na dobrą żonę przystało chwyta się każdego mężczyzny, poza mężem, by uciec z dziczy. Odmawia też “Warszawiakowi” z powodu jego wyglądu. Los bywa jednak okrutny i przewrotny. Okrucieństwo i perfidia losu nie spotkały finału filmu. Ten kończy się braterstwem ludzi pracy w duchu wzajemnego zrozumienia, co Marka Hłaskę zdjęło pesymizmem. Zażądał wycofania nazwiska z filmu. Słusznie?

Gdyby nie jedynie słuszne przesłanie moralne, byłby to film bardzo dobry. “Bal na gnojnej” wygrywany na organach podczas pogrzebu “Apostoła” – majstersztyk.

“Baza ludzi umarłych” opowiada o ludzkich pragnieniach wyższego rzędu: żeby wreszcie chodzić po chodniku, leciała ciepła woda w kranie i stać mnie było na garnitur z krawatem. A przynajmniej na ładną dziewczynę.

Daję cztery plus w sześciostopniowej skali. Tyle samo, co “Królowi”, ale jednak miejsce wyżej ze względu na świetne dialogi. Trochę teatralne, trochę każdy brzmi jak cytat z książki, ale czuć talent Hłaski.


2. Polowanie, reż. Thomas Vinterberg

Mads Mikkelsen gra w “Polowaniu”, jakby nie grał, więc gra rewelacyjnie. Lucas, trochę zagubiony facet po rozwodzie, wychowawca w przedszkolu, tata nastolatka, kompan w męskich rozrywkach i w polowaniach, zostaje oskarżony o molestowanie podopiecznej. Przy okazji córki najlepszego przyjaciela.

Los Lucasa odmienia się jak za dotknięciem różdżki czarownicy. Odwracają się od niego dyrektorka przedszkola, przyjaciel, kumple. Nawet kierownik i obsługa zaprzyjaźnionego sklepu reagują agresją na jego wizytę w sklepie.

Thomas Vinterberg mierzy się z dwoma mitami. Pierwszy brzmi: dzieci nie kłamią. Fraza ta często powtarza się w filmie. Potoczna obserwacja przeczy temu powszechnemu poglądowi. Drugi mit już prawdziwy: bliźni mogą obrzucić cię błotem, które przylgnie już na zawsze. Nie istnieje sposób, by brud z siebie zmyć.

Reżyser wykorzystuje tradycyjne motywy hipokryzji i małomiasteczkowego, bo tam dzieje się akcja, kołtuństwa. Rzeczywiste przestępstwa, wina lub niewinność pozostają w cieniu samosądu sąsiadów, których nie interesują dochodzenia policji i wyrok sądu. Ważne, by spotkać się w spokoju ducha na niedzielnej mszy i przekazać sobie znak pokoju.

Jesteśmy lepsi i w dobrym nastroju, gdy innych możemy znieważyć, poniżyć, obgadać. Coachingowe przesłanie “Polowania” jest bardzo czytelne.

Daję pięć w sześciostopniowej skali. Oczko niżej niż “Baza ludzi umarłych”, ponieważ nie mogę się oprzeć magii hłaskowych dialogów z “Bazy”, choć sam film nieco słabszy niż “Polowanie”.

3. Król, reż. Jan P. Matuszyński

Nigdy nie wierzyłem w mit wspaniałego polskiego dwudziestolecia międzywojennego, ani obrazu pięknej, obsadzonej pałacami magnatów i przemysłowców Warszawy. Przed wojną wystarczyło pół godziny spaceru z pełnego ukłonów Krakowskiego Przedmieścia na Tłomackie, Miłą i Żelazną, by poczuć krew, cebulę, czosnek. Z drugiej strony Wisły, z Pragi, niósł się odór zwierzęcych odchodów z zoo.

Serial “Król” Jana P. Matuszyńskiego czerpie z klimatów “Sztukmistrza z Lublina”, “Kariery Nikodema Dyzmy”, “Śmierci frajerom”. Oprowadza po Warszawie zadymionych spelun, eleganckich burdeli, bazarów, którymi trzęsie polityk i herszt przestępczej bandy Kum Kaplica (świetny Arkadiusz Jakubik) z egzekutorem Janem Szapiro (równie świetny Michał Żurawski), psychopatycznym Doktorkiem (nieco przerysowany i jednostronny Borys Szyc).

I gdyby tylko o bijatykach i haraczach była mowa, byłby to kolejny film typu „bum bum – zabili go i uciekł”, ale Matuszyński ze Szczepanem Twardochem (współscenarzysta i autor powieści, na podstawie której powstał film) pokazują po szekspirowsku, że o ile dobro w czystej postaci czasem występuje i się mnoży powoli, albo ginie od strzału z rewolweru, o tyle zło pleni się jak pleśń. Przestępcy mają kontakty z ministrami i premierami, elity – karmią się antysemityzmem i seksualnymi aberracjami, Żydzi – marzeniami o raju w Palestynie, a przynajmniej, żeby zgnoić goja. Optymistyczne przesłanie filmu pozostaje jasne i zrozumiałe: na końcu wygrywa zło.

W filmowym “Królu” wszystko się klei. Scenografia, zdjęcia, dialogi. Nie ma zbędnych słów, wypełniaczy w rodzaju zbyt długiej muzyki lub pejzaży Mazowsza. Aż chce się odwiedzić Kercelak.

Daję cztery plus w sześciostopniowej skali.