Drzewo życia

Liczba drzew rosnących dziś na całej Ziemi jest szacowna na 3 biliony (bilion to tysiąc miliardów). Zgodnie z wyliczeniami zespołu prof. Crowthera musielibyśmy w szybkim tempie zwiększyć ją o kolejny bilion. Najwięcej miejsca o zalesiania – niezajętego przez pola uprawne ani miasta – mają Rosja, USA, Kanada, Australia, Brazylia i Chiny. (…) Niestety, nawet posadzenie najbardziej odpornych drzew na ogromnych obszarach nie wystarczy, bu uchronić nas przed najgorszym scenariuszem katastrofy klimatycznej. – To nie jest panaceum, lecz tylko jeden ze sposobów na walkę ze zmianami. Jeśli nie ograniczymy zużycia paliw kopalnych, nowe lasy spowolnią zmiany, ale ich nie zatrzymają – ostrzega prof. Jaroszewicz.

Zgadzają się z nim uczeni z ekipy prof. Crowthera – wyliczyli, że jeśli zadrzewimy 900 mln hektarów, ale nadal będziemy zwiększać produkcję gazów cieplarnianych w tym tempie, co obecnie, za 22 lata wrócimy do punktu wyjścia.  [1]

Proces przetwarzania drewna w papier pochłania tyle energii, że powoduje to emisję równie dużej ilości gazów cieplarnianych, co te zawarte fizycznie w papierze.

Drewno wbudowane w budynek zatrzymuje CO2 nawet na sto lat i więcej.

Płyty CLT złożone z mocno sklejonych warstw drewna. Są one tak mocne i odporne na ogień, że mogą zastąpić beton i stal w konstrukcjach budynków. Kanadyjskie firmy budują z CLT nawet 18-piętrowe wieżowce, a w Londynie ma powstać :drewniany: drapacz chmur o wysokości aż 30 m.

Najcenniejszy składnik drewna to tzw. nanoceluloza, której włókna są tak wytrzymało jak kevlar. Można ją wykorzystywać w produkcji farb, klejów, opakowań, pieluch, a nawet elektroniki – wylicza prof. Lars Berglund, dyrektor szwedzkiego Centrum Badań nad Drewnem im. Wallenbergów [1]
Liście drzew pochłaniają do 90 proc. promieni słonecznych, a cień przez nie rzucany schładza powierzchnię gruntu nawet o 20 st. C.

Amerykańska agenda rządowa US Forest Service wyliczyła, że jeśli drzewa rosną obok budynku w odpowiednim zagęszczeni u układzie przestrzennym, pozwalają zaoszczędzić energię zarówno latem, zmniejszając koszty klimatyzacji o 30 proc, jak i zimą, osłaniając ściany budynku przed wychładzającym je wiatrem, co z kolei zmniejsza koszty ogrzewania nawet o 50 proc. – wyjaśnia prof. Jaroszewicz.

Badania wykazują, że dobrze zaprojektowana zieleń miejska obniża poziom smogu o 10 proc. [1]
Najlepiej sobie z tym radzą klon polny, lipa drobnolistna, a przede wszystkim brzoza brodawkowata.

Większość wyliczeń podaję w oparciu o funkcję i możliwości brzozy o średnicy pnia 40 cm, wiek ok. 70 lat

Cień rzucany przez koronę drzewa w czasie upałów obniża temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza.

Korzenie mogą zatrzymać 6,6 tys. litrów wody deszczowej rocznie.

[1] Focus, nr 09/2019, wrzesień 2019

 

Ważne linki:

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/1786912,1,co-moze-nas-uchronic-przed-globalnym-ociepleniem-drzewa.read?fbclid=IwAR0t5eQF6VkrAjfNdb0GVoj0y0DqEal6USXXhT-DpMo7fGSNkABWjx3xdjEhttps://www.welt.de/wissenschaft/umwelt/article196376099/Aufforstung-ist-laut-einer-Studie-am-effizientesten-gegen-Klimawandel.html?wtrid=socialmedia.socialflow….socialflow_facebook&fbclid=IwAR3kiBUeMvb2JtOmnz9VNPjcB0sG3RZG033iAKHOvJuLzSE1AfWa4j1ekQ0

Najlepsze cytaty z piosenek [RANKING]

1. Ocalić od zapomnienia, Marek Grechuta, sł. Konstanty Ildefons Gałczyński

U twych ramion płaszcz powisa
krzykliwy, z leśnego ptactwa,
długi przez cały korytarz,
przez podwórze, aż gdzie gwiazda

Venus. A tyś lot i górność
chmur, blask wody i kamienia.
Chciałbym oczu twoich chmurność
ocalić od zapomnienia.

 

2. Uciekaj moje serce, Seweryn Krajewski, sł. Agnieszka Osiecka

Uciekaj skoro świt…
Odloty nagle i wstydliwe, niezabawne
Nic nie wiedzący, a zdradzony pies czy miś
Żałośnie chuda kwiatów kiść
I nowa złuda, nowa nic
To wciąż za mało moje serce, żeby żyć

 

3. Szpetni czterdziestoletni, Magda Umer, sł. Agnieszka Osiecka

Odczuwamy trochę żalu,
że tak wcześnie jest po balu,
kiedy noga się do tańca jeszcze rwie.
Chce się tańczyć, chce się walczyć,
a tu nagle – panie starszy,
zamykamy, zamykamy, tak czy nie ?

Powtarzamy bałamutnie,
ze bywało jeszcze smutniej,
wychylamy pięćdziesiątkę albo dwie,
zazdrościmy młodszym siostrom,
cytujemy coś z “Po prostu”,
chcemy prawdy, tylko prawdy i te pe.
Czasem kogoś ktoś spotyka,
siwa chandra nagle znika,
ktoś ubiera się w kolczyki z naszych łez…
Chwilę jest się w siódmym niebie,
potem wraca się do siebie…
Tylko powiedz, tylko powiedz,
gdzie to jest ?

 

Przypomniał sobie słowa piosenki Agnieszki Osieckiej, gdy minął Francuską 31, dawną Cafe Sax, gdzie Agnieszka Osiecka rozsiewała słowa po karteczkach, serwetkach, w zeszytach. Piła dżin z tonikiem.
Niebo obniżyło się. Zapach lip, kasztanów otulił strapioną duszę Rafała. Maj, majem, ale co dalej? Z czego zapłacić te cholerne raty? Paulina jeszcze tego mieszkania nie chce sprzedać.
W Carefour tuż przed rondem Waszyngtona kupił trzy Żubry. Pomnik Żołnierzy Radzieckich okrywał się atramentowym niebem. Rafałowi wyświetlił się z przykurzonego archiwum pamięci obraz z podręcznika z podstawówki. Warszawiacy kwiatami witają radzieckich żołnierzy siedzących na czołach z czerwoną gwiazdą.

Kanały w Skaryszewskim pachniały rybami i smakiem umami. Woda stała w nich nich wysoko, bo i Wisła rozlała się majestatycznie w korycie, przypominając że człowiek jest małym orzechem laskowym w obliczu sił przyrody. Boże, o czym ja myślę, Rafał pociągnął kolejny łyk Żubra. Żubry chodzą parami czy jak to było? Z oddali dobiegał odgłosy niewyjaśnionej tajemnicy życia, rechot żabiego skrzeku.

Obok przeszła dziewczyna pachnąca perfumami owocowymi. Kołysała miarowo szerokimi biodrami, jakby elegancko kajak płynął po jeziorku Kamionkowskim.

Z recenzji spektaklu: Cafe Sax

17 stycznia 1945 r. – wyzwolenie Warszawy

Podczas wojny Niemcy zamienili w gruz 85 proc. budynków, 90 proc. zakładów przemysłowych, 30 proc. urządzeń podziemnych, wszystkie mosty. Stolica to było 20 mln metrów sześciennych gruzu, mnóstwo min i niewybuchów.

Warszawa wolna! – poszło w świat 17 stycznia 1945 r. Zaczęli wracać mieszkańcy.

***

Pojawił się pomysł, żeby zostawić Warszawę taką, jaka była. Niech będzie świadectwem niemieckiego barbarzyństwa. Stolicę przenieść gdzieś indziej. Może do Łodzi? Tam przetrwała większość przedwojennych zabudowań.

Jednak Stalin powiedział: odbudować. [Pytałem w tygodniku “NIE” o źródło tej informacji. Odpisali: “Informacja, że to Stalin kazał odbudować Warszawę jest oczywiście legendą”.]

Wzmianka na ten temat pojawiła się natomiast w tygodniku “Przegląd” nr 11/2020: “”Marszałek Stalin uważa, że Warszawa powinna być jak najszybciej odbudowana i ze swej strony pragnie przyjść nam z jak najbardziej wydajną pomocą. To przesądza dla nas sprawę, że Warszawa będzie siedzibą rządu”, relacjonował na posiedzeniu rady ministrów 21 stycznia 1945 r. Bolesław Bierut”.

***

Choć nikt na świecie nie odbudowywał tak zniszczonych miast. W lutym 1945 r. Krajowa Rada Narodowa przyjęła rezolucję. Gdyby wiernie odtworzono to, co było,  Marszałkowska wyglądałaby jak dzisiejsza Poznańska: wąsko i ciasno. Wiedziano to już za prezydentury Stefana Starzyńskiego. Powojenne plany odbudowy oparto na założeniach z tamtych lat.

***

W Biurze Odbudowy Stolicy, ukonstytuowanym w lutym 1945 r, pracowało 1400 osób o różnych poglądach politycznych.

***

Najsłynniejszym  przodownikiem pracy jest Wincenty Pstrowski. Wydobył w trakcie szychty rekordową ilość węgla. Naśladowały go włókniarki z Łodzi i murarze z Warszawy.  (…) Mimo najlepszej opieki, włącznie z konsultacjami u specjalistów we Francji, zmarł na białaczkę. “Chcesz iść szybko na Sąd Boski? Pracuj jak Wincenty Pstrowski” – rymowali ludzie. (…) Pstrowski dostał ulicę w Warszawie, która stracił na rzecz Zgrupowania AK “Kampinos”. [nie brał udziału w odbudowie Warszawy – dopisek J.P.]

***

Marzec 1945 r.: z gruzów udało się oczyścić 45 km ulic. Kwiecień 1945 r.: zaczęła działać elektrownia na Powiślu. Czerwiec 1945.: pojechały tramwaje na Pradze. Lipiec 1945 r.: popłynęła woda ze Stacji Filtrów. Lipiec – 1946 r.: ruszył pierwszy stały most – Poniatowskiego. (…)

W 1948 r. przyszedł czas na Muranów. Zgodnie z koncepcją prof. Lacherta nie wywożono gruzów. Wyrównano je, na tym przez 5 lat stawiano budynki z prefabrykatów robionych na miejscu z mielonego gruzu. Dlatego Muranów położony jest wyżej niż pozostałe dzielnice.

Szyld “Pierwsza kawiarnia” pojawił się w bramie kamienicy przy Marszałkowskiej 77. 2 czajniki na kozach, papierowe obrusy, szpan.

***

Kościół na Lesznie pw. Najświętszej Marii Panny powinien zostać rozwalony. Przeszkadzał w tworzeniu nowej arterii. Jednak przeważył pogląd, żeby oszczędzić zabytek. Wycięto fundamenty, wstawiono w to miejsce żelbetowe rusztowanie, pod niego rolki z szynami. Ludzie rękami przeciągnęli świątynię. Cud, biorąc pod uwagę to, ile waży taka budowla.

Dawny most Kierbedzia wychodził na plac Zamkowy. Tworzono trasę WZ, trzeba było przebić tunel na zachód. Metoda? Łopaty. Gruz i ziemia jechały kolejką na składowisko przy Stadionie Dziesięciolecia.

Popękał kościół pw. św. Anny. Co zrobić, żeby nie zsunął się ze skarpy? Prof. Romuald Cebertowicz postawił na utrwalenie gruntu palami żelbetowymi. Uratowali.

***

Do największych osiągnięć biura należą bezsprzecznie odbudowa Starego Miasta i Traktu Królewskiego, budowa trasy W-Z, mostów Poniatowskiego i Śląsko-Dąbrowskiego, Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej. [Przegląd, nr 11/2020]

Widok z góry na Trasę W-Z od strony ul. Targowej w kierunku Wisły, 1955, fot. Siemaszko Zbyszko, źródło: NAC

Slogan “Cały naród odbudowuje stolicę” jest prawdziwy. Każdy, niezależnie od poglądów, musiał oddać 1 proc. pensji  Potrącenie było widoczne na pasku odbieranym z wypłatą. (…) Biuro Odbudowy Warszawy rozwiązano w 1952 r. Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy w 1965 r.

Czytaj więcej…

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” [RECENZJA]

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” ratuje 3PO3 dzięki ożywczej pigułce humoru, a także nowy kumpel pozłacanego droida, którego w filmie nazywają suszarką, a mnie kojarzy się z peerelowskim odkurzaczem. 

 

W filmie zbyt często Rey ( (Daisy Ridley) z Kylo Renem (Adam Driver) biją się na miecze świetlne, nawet gdy fizycznie nie stoją naprzeciw siebie. W “El Classico” epizodach IV, V, VI walki na miecze świetlne były zarezerwowane dla kluczowych, ewentualnie finałowych scen, tu zaś broń rycerzy Jedi błyska często jak policyjny kogut na Jagiellońskiej w Warszawie.

Zupa jeszcze niedosolona? Dosypmy garść. Niebezpieczna eskapada po telluria przypomina wyprawę po złote runo, po klucz do rozwiązania zagadki. Oczywiście i klasycznie po drodze do jej rozwikłania trzeba pokonać złe smoki, duchy i wrogów. Niemal dosłownie. Epizod mało wnosi do fabuły, ale dzięki niemu poznajemy nowych bohaterów, a specjaliści od efektów specjalnych sięgają szczytów, pokazując wzburzone, gigantyczne fale oraz kolejną walkę na miecze. 

Odrobinę za często w filmie mnożą się sceny sentymentalne, rodem z “M jak Miłość”, padanie sobie w ramiona, przytulenia i ckliwe wzruszenia.

Jak przystało na końcową opowieść o losach Skywalkerów, film garściami czerpie z wcześniejszych odcinków sagi, korzystając chociażby z gościnnego Endora lub przywołując na scenę Lando (Billy Dee Williams). Efekty specjalne twórcy wykorzystują, inaczej niż w częściach I, II, VIII, do niezbędnego minimum. Rey daje radę tam, gdzie nie dali scenarzyści. Wygląda na to, że nie mogli się porozumieć w kwestii fabuły i wepchnęli do filmu wątki, dialogi, które okazywały się nie tyle najprostsze, co pachnące zgniłym kompromisem. 

Czemu piszę o tym filmie, skoro składa się z wątpliwej fabuły, zbędnych wątków, naciąganych zmartwychwstań (film roi się od duchów pogrzebanych bohaterów)?

Ponad dwugodzinna projekcja nie nudzi, dobrze się ogląda, rzeczona dawka humoru ożywia film. “Skywalker. Odrodzenie” znalazł się poniżej poziomu oczekiwań, bo trudno wzbić się ponad takie majstersztyki jak “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsta Sithów”. Jeśli odrzucimy nadzieje, otrzymujemy solidną mieszankę kina fantastycznego, batalii pierwszych chrześcijan o egzystencję, westernu. 

Disney zapowiedział ponoć, że tym filmem kończy opowieść o rodzinie Skywalkerów. Wątpię. Na pewno trzeba wyjaśnić, jak ożył wcielony diabeł Palpatine. 

Pieniądze nie pytają o przynależność do którejś ze stron konfliktu w Galaktyce. Far far away.

See you soon.

 

Stawiam czwórkę za brak nudy. Piątki i szóstki nie będzie bo zabrakło autentycznych emocji, nieprzewidywalności, a w życiu dobro rzadko wygrywa.

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” (2019), reżyseria Jeffrey Jacob Abrams, występują: Daisy Ridley, Adam Driver, John Boyega, Oscar Isaac i inni

 

Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

 

2. Ćma, reż. Tomasz Zygadło

Czy Roman Wilhelmi wznosi ten film na wyżyny sztuki? Czy może scenariusz i reżyseria Tomasza Zygadły wydobywa z aktora wszystko, co najlepsze? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że w dramacie obyczajowym, psychologicznym “Ćma” Najlepszy Polski Aktor (dotąd nie zdetronizowany) w roli Jana, spikera radiowego prowadzącego nocną audycję – rozmowy z widzami o ich problemach, odgrywa chyba większość ludzkich emocji w sposób nie do podrobienia. Wersja made in China nie występuje.

Janowi zazdroszczę żony (ładna i opiekuńcza), współczuję wyboru kochanki (symptomatyczne: “co on w niej widział”), załamuję ręce nad relacjami z synem, podziwiam umiejętność zarówno empatii i asertywności podczas trudnych rozmów ze słuchaczami. Jednocześnie jednak charakter pracy Jana, umiejętność pomagania ludziom, zdejmuje z niego odpowiedzialność za swoje życie i relacje z bliskimi.  Własny los zaczyna wymykać mu się z rąk. Jan popada w konflikty w domu, w pracy, cierpi na niezrozumienie.

Film w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami pewnie został zrobiony za niewielkie pieniądze, ale pod względem dialogów, zdjęć, montażu bije na głowę wiele współczesnych dzieł i szmir.

Stawiam piątkę, zaś samemu Wilhelmiemu – szóstkę. Bo wyżej się nie da.

 

3. Django, reż. Quentin Tarantino

Quentin Tarantino od pierwszych kadrów łamie konwencje i miesza gatunki filmowe. Niemiecki dentysta King Schultz (Christoph Waltz) zaprzyjaźnia się tuż przed wybuchem wojny Północy z Południem z niewolnikiem, nie trzeba mówić czarnoskórym, Django. Pokonują razem setki kilometrów, by z rąk narcystycznego, dandysowatego, psychopatycznego plantatora Calvin Candie (Leonardo DiCaprio) odbić żonę Django. W groteskowej, absurdalnej formie Tarantino przemyca ważne przesłanie antyrasistowskie.

Christoph Waltz odgrywa jedną z lepszych swoich ról.. “Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc” – mówi Schultz do Django. I jest to najprawdziwsze i najzabawniejsze zdanie filmu.

 

 

4. Green Book, reż. Peter Farrelly

Co zrobić, żeby ograniczyć na świecie rasizm, antysemityzm, a przynajmniej, co jest zupełnie niemożliwe, niechęć między kibicami Legii Warszawa i Wisły Kraków lub – co już podchodzi pod fantasy – Polak przestał pałać darmową nienawiścią do sąsiada? Wystarczy antagonistów wsadzić do jednego samochodu i kazać przejechać pół Polski.

Taką receptę przepisał Peter Farrelly w filmie “Green Book”. Rubaszny, nieokrzesany biały Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) zostaje szoferem i ochroniarzem w podróży przez południowe stany USA genialnego, czarnego muzyka Dona Shirleya (Mahershala Ali). Mężczyźni pokonują nie tylko setki mil, ale także własne uprzedzenia, zakorzenione stereotypy. Podróż jest przy okazji drogą do poznania nie tylko siebie nawzajem, ale również – wejrzenia w głąb siebie samego. Film napędzają świetne role, zabawno-dramatyczne sytuacje, dialogi – humorystyczne, wartkie, chwilami głębokie i ciepłe. Jak piecyk u mamy.

Film drogi toczy się przewidywalną drogą i zmierza do oczywistego finału, nie nudząc – rozczula.

Podczas seansu czujemy, że wszyscy ludzie są braćmi. Potem wychodzimy z kina i przeglądając Facebooka słyszymy panią Szydło. Utwierdzamy się w przekonaniu.

Żyjemy w epoce, gdy nie tylko wypada, ale trzeba kochać wszelkie stworzenie. Czekam na film, w którym brytyjską królową Wiktorię zagra czarnoskóra aktorka. Strach się bać czasów, gdy wahadło politycznej poprawności (choćby najbardziej słusznej) odbije w drugą stronę.

 

 

5. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

6. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

 

7. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

8. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

Pocztówki znad krawędzi

Anglia dopiero co tonęła w ulewnych deszczach. Australię trafiły pożary. W Polsce lato od kilku lat zaczyna się w kwietniu, po czym w czerwcu przechodzi w suszę i upały. Tegoroczny grudzień przypomina kwiecień niż świąteczne obrazki domów zasypanych śniegiem. Klimat się zmienia i co do tego nikt zdrowo myślący nie ma wątpliwości. Tylko co z tego?

 

Według Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO) ostatnia dekada, czyli lata 2010-19, była najgorętszą w historii globalnych pomiarów temperatury. [1]
Grenlandia dolała ponad 1 cm do wzrostu poziomu oceanu. Spełnia się najczarniejszy scenariusz. (…) Jeśli Grenlandia nadal będzie topnieć w takim tempie jak obecnie, to “pod koniec wieku będzie odpowiadać za podtopienia dotykające 100 mln ludzi – jedną czwartą z tych, których obejmie całkowity wzrost poziomu oceanu”. [2]

Niepokój ludzi towarzyszący zmianom klimatycznym wydaje się uzasadniony. Ale czemu kwestia katastrofy klimatycznej nie schodzi z czołówek gazet, skoro w XVI-XIX wieku Europę ścięła zimnem “mała epoka lodowcowa”. Przykłady bezprzykładnej suszy w historii też się zdarzały.
Anasazi to współczesna nazwa cywilizacji indian zamieszkujących południe obecnych Stanów Zjednoczonych. Najciekawsze są ich siedliska, miasta wykute w klifach skalnych, które zapewniały bezpieczeństwo. Czemu je opuścili około 13 wieku nie wiadomo. Teorie mówią o suszy spowodowanej zmianą cyrkulacji prądów morskich.

Dzisiejsze zmiany klimatyczne zatrważają, bo wyganiają nas z Edenu komfortu i przewidywalności w stylu: skoro jest zima to musi być zimno. “Sorry, taki mamy klimat”.
Ale nieprzewidywalność klimatyczna nie idzie w parze z nowożytną ideologią liberalno-kapitalistyczną, która (prawie) wszystko jest w stanie wyjaśnić, zbadać i przekuć w efektywne działanie. Kapitalizm obiecywał nieustanny wzrost dobrobytu napędzanego postępem technicznym i rosnącą efektywnością wytarzania. Droga na szczyt miała trwać wiecznie i zataczać coraz szersze kręgi ludności świata. I zatacza.
Okazało się jednak, że medal postępu z jednej strony – złoty, z drugiej pokazuje degradację środowiska, smog, góry śmieci i zmiany klimatyczne.

Homo sapiens z zasady nie przejmuje się niczym, co nie stanowi palącego problemu już dziś, dlatego kolejne szczyty klimatyczne stanowią raczej zasłonę dymną do dalszego dymienia, kopcenia i spalania.

Oczywiście na zjazdach, sympozjach i konferencjach nie brakuje pomysłów na odwrócenie niekorzystnych trendów na Ziemie. Są wśród nich:
– ograniczenie spalania paliw kopalnych
– ograniczenie produkcji opakowań plastikowych
– sadzenie drzew absorbujących CO2
– oszczędzanie wodny pitnej
Wszystkie te kroki prowadzą do jednego celu – ograniczenia zużycia zasobów Ziemi, a to z kolei wymaga przedefiniowania zasad i celów funkcjonowania światowej gospodarki – rezygnacji z priorytetu ciągłego wzrostu dochodów, wartości firm, podnoszenia PKB, schlebiania portfelom inwestorów giełdowych.
Na to się nie zanosi.

 

Za sprawą człowieka, który od wybuchu rewolucji przemysłowej dolewa do atmosfery coraz więcej gazów cieplarnianych, upadają kolejne kostki domina, a Ziemia zmierza do mniej sprzyjającemu życiu (przynajmniej takiemu, jakie znamy) “szklarniowemu” klimatowi.
Rekordowo duże stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze
“Atmosferyczne stężenie dwutlenku węgla już sięgnęło poziomu sprzed 4 mln lat, z epoki pliocenu – piszą autorzy tekstu w “Nature” – i pędzi w stronę stężenia sprzed ok. 50 mln lat, z eocenu, kiedy Ziemia była o blisko 14 st. gorętsza od tej z czasów tuż przed rewolucją przemysłową”.
Tragiczna pułapka, w jaką wpędziliśmy ludzkość i inne gatunki – podkreślają autorzy – “wymaga międzynarodowego działania, a nie pustych słów”. [3]

Zatem tradycyjnie, dopiero kataklizm we własnym domu zmusi ludzi do działania. Tymczasem w grudniu 2019 roku w Polsce krzewy puszczają pąki, a róże – kwitną.

 

 

 

***
[1] Katastrofy roku 2019. Raport Światowej Organizacji Meteorologicznej, Tomasz Ulanowski, Wyborcza.pl, 6 grudnia 2019
[2] Grenlandia dolała ponad 1 cm do wzrostu poziomu oceanu. Spełnia się najczarniejszy scenariusz, Tomasz Ulanowski, Wyborcza.pl, 12 grudnia 2019
[3] Zmiany klimatu ocierają się o punkty krytyczne. Nasza cywilizacja może posypać się jak kostki domina, Tomasz Ulanowski, Wyborcza.pl, 1 grudnia 2019

Patointeligencja

Absolwenci warszawskiego Batorego narzekają na swój pożałowania godny los – mieszkanie w trzypiętrowym domu, wakacje all inclusive i zajęcia pozalekcyjne. Z obrzydzeniem d…ją koleżanki na wycieczkach, wciągają kreskę i piją Harnasia na ławce w parku.
 
Przy tym nędznym życiu idealnie wysmażone wydaje się bytowanie na kwadracie bez łazienki na Brzeskiej, pchanie palet przez Biedrę i użeranie się z klientelą z “patointeligencji”. Autentyczne życie zaprasza. Komornik, chwilówki i sterczenie w krzakach przy Wschodnim z butelką Tatry Mocnej – w pakiecie.
Ja, absolwent elitarnego praskiego – wiem, nie liczy się – XIX L.O. im Powstańców Warszawy, wyrażam głębokie oburzenie treścią i wymową utworu, ponieważ zawiera on wiele nieprawdziwych informacji. Kreski na wycieczkach nie wciągaliśmy. “Nie ma na to zgody Polek i Polaków”.
 
“Patointeligencja” trąci banałem w modnym, dobrze zaprojektowanym opakowaniu. Bananowa młodzież na rapowo. Prowokacja szyta, tylko cienkich nici nie dowieźli. Zabrakło dystansu, humoru też poskąpili, choćby i takiego jak na poniższym memie.
 
Jednowymiarowe, płaskie, bez odcieni. Jak nowy smartfon.
Bądź z bliskimi blisko na święta. Pokaż im, jak bardzo ich kochasz, kup…
Jingle bells.
Ale wyświetlenia lecą, kaska i sława też, i elo.