Pieprzenie kotka

Partie opozycji, zamiast pieprzyć, że Polska jest krajem homofobicznym i że “nie ma zgody na przemoc”, powinny wynająć adwokatów dla pokrzywdzonych i doprowadzić do ukarania winnych, a także zaproponować rozwiązania, by napaść na uczestników dowolnego marszu, choćby Wiecu Poparcia dla Hetero. nie miała miejsca.

500+ to porażka

Program 500+.
1. Nie poprawił dzietności Koszt jednego dodatkowo urodzonego dziecka wynosi 3,9 miliona złotych! Jeśli pomnożyć tę kwotę przez 100, można by wybudować świetnie wyposażone przedszkole dla setki dzieci oraz zapewnić pensje dla kadry nauczycielskiej na kilka lat.
3,9 miliona nie uwzględnia rozwinięcia programu na pierwsze dziecko.

 

 

2. Jedynie 38 procent Polek i Polaków wie, że pieniądze na program 500+ pochodzą z podatków płaconych przez nich samych. 23 procent uważa, że podatki płacą inni, a prawie 40 procent nie wie skąd się biorą na to środki.

 

3. Wielki Plan Zrównoważonego Rozwoju jest fikcją. Wydatki na inwestycje spadły do najniższego poziomu od ponad 20 lat. Nie ma pieniędzy na ratowanie klimatu i 45 tys. ludzi z tego powodu w Polsce co roku umiera. Służba zdrowia się sypie, Polacy od 30 lat pierwszy raz żyją coraz krócej. Co będzie dalej? Nikt z klasy politycznej nie ma odwagi, by powiedzieć głośno prostą prawdę: nie stać nas na ten bezsensowny program. Większość wyborców wie, że nas na to nie stać, lecz każdy chce dostać swoje 500 złotych.

 

4. Taniej i efektywniej byłoby podwyższyć minimalny próg podatkowy? Zamiast dostać od państwa 500 złotych zapłacilibyśmy 500 złotych mniej w postaci podatków? Ale o tym nikt nie mówi, bo mechanizm redystrybucji, „prezentów od Kaczyńskiego” rodzi efekt wdzięczności. Partia daje, partia wymaga.

Więcej w: Rzeczpospolita

 

Sanatorium pod azbestem

Przy wytrawnym znawstwie tematu przez Łukasza Warzechę nie mam czego szukać w “Do Rzeczy” (nr 27/2019). Publicysta tygodnika wziął na tapet “Klimatyczny szwindel”, jakim są, jego zdaniem,organizacje klimatyczne, a może nawet i sama zmiana klimatu na Ziemi.

 

 

Warzecha zaczyna z grubej rury: “Jasne jest dla każdego trzeźwo myślącego człowieka, że za różnymi Grinpicami i innymi tego typu oddziałami bojowymi na rzecz klimatu kryją się potężne interesy. Fotowoltaika, siłownie wiatrowe, elektromobilność…”

Cieszę się, że za inspirującym pisaniem Warzechy nie stoją potężne siły. Stronę przed artykułem Warzechy okupują logotypy Orlenu, KGHM, Poczty Polskiej…
Trzeźwo myślący rozumieją, że państwowe koncerny dokonały rzetelnego, wspieranego rozbudowaną analizą mediaplanningu i postanowiły wspierać imprezę “Do Rzeczy”…

Dlaczego Warzesze przeszkadza fotowoltaika i elektromobilność, tego nie wyjaśnia. Dlaczego przeszkadza mu rozwój nowych technik pozyskiwania energii i napędzania aut? Nawet nie przypuszczam, że z powodu logo Orlenu gęsto rozsianego w numerze. Rozumiem, że Warzecha mieszka w domku krytym azbestem, a jego ulubionym sanatorium są wyziewy ze starych diesli?

Następnie dziennikarz zajął się akcja Ingi Zasowskiej, spędzającą niektóre wakacyjne dni pod Sejmem w ramach “Wakacyjnego strajku klimatycznego”. Dla Warzechy jest ona kompletnie niewiarygodna, ponieważ jej mama współpracuje z portalem naukaoklimacie.pl. Gdyby pracowała w jakiejś wielkiej hucie, pewnie okazałoby się, że córka kala własne gniazdo. Ciosy Warzechy padają jakieś 40 cm poniżej pasa. Pewnie lepiej iść na pielgrzymkę do Częstochowy niż zajmować się takimi bzdurami jak “zmiana klimatu”.

Warzechy krytyka organizacji ekologicznych nie wynika z jakichś osobistych animozji lub niewiedzy. Ma swoje źródło w trosce o dobrobyt “setek milionów ludzi”. Poglądy gospodarcze Warzechy zostały na etapie “Ziemi obiecanej”. Ma dymić, kopcić, truć. Niebo niech się zasnuje czarnym dymem pyłów i dwutlenku węgla. Za nowymi wynalazkami, innowacjami stoją “potężne interesy”. Za Orlenem i KGHM stoją zaś ubogie Kopciuszki i Łukasz Warzecha?

Czekam na powtórkę angielskich ruchów luddycznych XVIII wieku. Gdyby Warzecha wtedy żył, pewnie by pisał, że za przemysłem włókienniczym kryją się wrogie siły.

Zdaniem Warzechy i jego autorytetu profesora Richarda Lindzena histeria wokół zmian klimatu cofnie nas do ery przedindustrialnej. Chyba nikt “trzeźwo myślący” się tego nie domaga. Domaga się jedynie rozwoju technologii ograniczających spalanie węgla oraz emisję CO2.

 

– Średnioroczna temperatura w Warszawie w ostatnim półwieczu wzrosła z 7,5 do 9,5 st. C, a we Wrocławiu z 8,5 do 10,5 st. C, tym samym przekraczając średnioroczną temperaturę typową wcześniej dla Budapesztu (który w międzyczasie odnotował wzrost z ok. 10 do 12 st. C). Do średniej temperatury Warszawy sprzed kilkudziesięciu lat dobija zaś, położony 700 km od koła podbiegunowego, Petersburg, w którym średnioroczna temperatura wzrosła z 4,5 do 7 st. C. – wyliczają Marcin Popkiewicz, dr Aleksandra Kardaś i prof. Szymon Malinowski, autorzy książki „Nauka o klimacie”, wydawanej właśnie pod patronatem portalu WysokieNapiecie.pl.
Z danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej wynika, że w tej dekadzie dni upalnych, z temperaturą 30 stopni lub wyższą, było średnio 16 każdego roku. To aż trzykrotnie więcej niż w poprzednich czterech dekadach, kiedy takich dni było zaledwie sześć rocznie. Źródło: Polityka

 

Czy powyższe dane są mitami, pobożnym życzeniem, a może sekciarskimi wymysłami?

 

Zneutralizować emisję CO2 może sadzenie lasów. Na Ziemi lasy zajmują 2,8 mld hektarów. Zalesienie dodatkowych 900 milionów jest możliwe. Byłby to terytorium równe powierzchni USA lub 31 powierzchniom Polski. Badacze nie chcą odbierać terenów miastom i rolnikom, chodzi o wcześniej nietknięte lub zniszczone ekosystemy. Duże pole do popisu mają tu Rosja, USA, Kanada, Brazylia i Chiny.

Nowe lasy mogą pomieścić 205 miliardów ton węgla. To dwie trzecie z 300 miliardów ton, które zostały uwolnione do atmosfery od początku rewolucji przemysłowej – wylicza szwajcarski Federalny Instytut Technologii. Trzeba się jednak spieszyć, bo las potrzebuje kilkudziesięciu lat na zyskanie zdolności absorbujących dwutlenek węgla. A gruntów pod zalesienia na skutek susz ubywa.

 

Panie Warzecha, jakie “potężne interesy” stoją za sadzeniem lasów? Czy może zgodzimy się, że jest to sensowne rozwiązanie na zmianę klimatu, czymkolwiek lub przez kogokolwiek jest ona spowodowana?

Nie podkładaj świni

W niektórych portalach straszą szalejącą drożyzną. Zdrożała między innymi wieprzowina. Mam pomysł na obniżkę cen: jeść mniej świnek. Wszyscy na tym skorzystają. Planeta, bo nie będziemy wycinać roślin na paszę. My, bo czerwone mięso przyczynia się do raka jelita.

Stracą hodowcy.

Czyli będzie jak zwykle. Dopóki ludziom jako zbiorowości widmo klęski klimatycznej lub zdrowotnej nie zagląda w oczy, nic się nie zmieni.

Zawsze byłem optymistą.

Stawiam na kolej

 

W Niemczech transport drogowy wytwarza 20,3% całkowitej emisji CO2, pozostały – 2% -podaje miesięcznik tts (3/2003) w artykule “Pomiary emisji CO2 – metody porównawcze w transporcie drogowym i kolejowym” autorstwa Carli Eickman.

Z każdą osobą, która przesiada się z samochodu na pociąg obciążenie środowiska emisją zmniejsza się o 104 kg (!) CO2 na każde 100 km podróży. Carla Eickman wyliczyła, że transport szynowy powoduje pięć razy mniej emisji CO2 niż szynowy.

Są jednak pewne wyjątki. Gdyby wielkość masy towarowej, jaka przypada na samochód ciężarowy, przewożona była pociągiem towarowym z jednym wagonem, to ilość wydzielonego dwutlenku węgla byłaby znacznie większa, niż przy transporcie drogowym. Jeśli natomiast ilość przewożonej masy towarowej odpowiadałaby załadunkowi na 20 wagonów, to względna ilość wydzielonego dwutlenku węgla byłaby znacznie niższa niż przy przewozie koleją, niż w transporcie drogowym.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni?

Co cię nie zabije, to cię wzmocni – głosi popularny mit motywacyjny oraz co dziesiąty fejsbukowy mem. Większa bzdura na pewno się znajdzie, ale ta należy to czołówki rozpowszechnianych komunałów, które mają niewiele z prawdą. Więcej o motywacyjnych mitach w tekście na stronie TOK FM.

Majcherek buja w obłokach

Janusz Majcherek odkrywa w “Polityce” (“Szkoła a la carte”, nr 25, 2019) Amerykę . Jego wyśniona szkoła nie jest w ogóle potrzebna rządzącym, raczej nie rodzicom, ewentualnie – dzieciom. Ale kto by się tym przejmował.

Dziś akurat liczą się czerwone paski z wykuwania encyklopedii.

Beata Szydło zdobywająca pół miliona głosów w wyborach do europarlamentu – tak ma być. Gra się toczy o miejsce Polski w ponowoczesnym świecie internetu 5G, sztucznej inteligencji, zmian klimatycznych i koniecznej zmiany modelu gospodarki światowej. Polski te problemy się przecież nie imają.

 

 

Budujmy na zielono

 

– Średnioroczna temperatura w Warszawie w ostatnim półwieczu wzrosła z 7,5 do 9,5 st. C, a we Wrocławiu z 8,5 do 10,5 st. C, tym samym przekraczając średnioroczną temperaturę typową wcześniej dla Budapesztu (który w międzyczasie odnotował wzrost z ok. 10 do 12 st. C). Do średniej temperatury Warszawy sprzed kilkudziesięciu lat dobija zaś, położony 700 km od koła podbiegunowego, Petersburg, w którym średnioroczna temperatura wzrosła z 4,5 do 7 st. C. – wyliczają Marcin Popkiewicz, dr Aleksandra Kardaś i prof. Szymon Malinowski, autorzy książki „Nauka o klimacie”, wydawanej właśnie pod patronatem portalu WysokieNapiecie.pl.
Z danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej wynika, że w tej dekadzie dni upalnych, z temperaturą 30 stopni lub wyższą, było średnio 16 każdego roku. To aż trzykrotnie więcej niż w poprzednich czterech dekadach, kiedy takich dni było zaledwie sześć rocznie. Źródło: Polityka
Tymczasem na moim Żeraniu stare, kilkudziesięcioletnie drzewa idą pod piłę pod betonownie bloków i parkingów, czego najbardziej spektakularnym dowodem jest wycinka ponad 600 drzew pod osiedle Port Żerań w trójkącie między Kanałem Żerańskim, Modlińską a trasą A-8. Trzeba przyznać, że miasto sadzi wiele nowych drzew, ale zanim osiągną one moc absorbowania wody, chłodzenia i neutralizowania CO2 – potrzeba około 20 lat.
Właściwym nakazem prawnym powinno być wydawanie pozwoleń na budowę nowych bloków pod warunkiem nasadzenia przez dewelopera przynajmniej jednego drzewa przypadającego na jedno mieszkanie, pod rygorem sprawdzenia liczby lokali przy odbiorze budynku. Kolejne przynajmniej dwa drzewa powinny być zasadzone za każde wycięte pod budowę bloku czy osiedla.
Obowiązkowe powinno stać się zakładanie ogrodów zielonych na dach płaskich, dzieje się to w Wiedniu i Paryżu, co zmniejszyłoby nagrzewanie się budynków oraz zatrzymywało wodę po ulewnych opadach. Jej nadmiar mógłby być magazynowany do celów gospodarczych – podlewania ogródków.
Człowiek, jako gatunek, w egoistycznej i ślepej pogoni za wygodą i komfortem życia zapomniał, że ową wygodę, czyli znośne temperatury, chłodzenie lub ogrzewanie w razie nieznośnych temperatur, wodę pitną zapewnia mu ekosystem, którego jest częścią. Nie robią tego deweloperzy, sieci handlowe, IKEA i dealerzy samochodowi.
Najwyższa pora, żeby nie powiedzieć ostatni dzwonek, na czyny, czyli oddawanie przyrodzie przynajmniej części tego, co z niej wyszarpujemy.

Matka Małopolska

Wczoraj zamieściłem na Facebooku post. Bezapelacyjna wygrana Beaty Szydło w wyborach do europarlamentu skojarzyła mi się z tym, że Polacy oglądający porno w sieci najchętniej patrzą na “mamuśki”. Niewyparzona konotacja nie miała obrażać ani Szydło, ani Polaków, a już na pewno nie – aktorek porno.

Pokazywała jedynie, że znaczna część rodaków potrzebuje matki Polki, opiekunki, kogoś kto ludzi wysłucha, pokiwa głową, a nawet przytuli, jakby tkwił w nas jakiś rodzaj sierocego syndromu – opuszczenia, zaniedbania, niekochania; jakbyśmy nie potrzebowali wolności, nie chcieli podejmować decyzji, brać odpowiedzialności za własny los. Polacy potrzebują żywej Matki Boskiej.
 
Komuś się mój post nie spodobał, a Facebook uznał grafikę za “niezgodną z zasadami” i ją usunął. To może z drugiej strony.
 
Przedostania “Polityka” (nr 23/2019) piórem Anny Dąbrowskiej w tekście “Matka Beatka” analizuje przyczyny wygranej Szydło. Dostała 525 811 głosów – podaje Szydło, choć czasopismo pisze o 524 951 krzyżykach postawionych przy nazwisku polityk PiS. Gdyby Szydło, wylicza “Polityka”, była partią polityczną, zdobyłaby 3,8% głosów. Uzyskałaby subwencję.
 
Szydło o sobie mówi, że potrafi rozmawiać z ludźmi, że jest dziewczyną z prowincji, żadną celebrytką, w której ludzie widzą samych siebie. W sobotę piecze ciasto, a w niedzielę siada na mszy w tej samej ławce w kościele Matki Boskiej Częstochowskiej w Przecieszynie.
– Autentyczność. To jest podstawa. Nie może być, mówiąc kolokwialnie, ściemy. Tacy, jacy jesteśmy na co dzień, musimy być w polityce – mówiła Beata Szydło przed wyborami Wirtualnej Polsce.
Poza tym Szydło jest normalna, naturalna, niczego nie robi pod publiczkę. Jest kobietą, której nie są obojętne losy ludzi.
 
Ale takie są moje własne ciocie z okolic Garwolina. Widać to wystarczająca rekomendacja do potężnego sukcesu w wyborach w Polsce.
 
Znacznej części Polaków nie przeszkadza u Szydło nieznajomość angielskiego. Takim szczegółem jak program lub przynajmniej punktowy zestaw poglądów nikt sobie głowy nie zaprząta
 
Może dla części Polaków ważna jest konstytucja, niezawisłość sądów i takie tam wymysły, ale dla większości liczą się spokój, praca i bezpieczeństwo.
 
Prawo i Sprawiedliwość pracę domową odrobiło. Opozycja śpi.
 
Dlaczego podczas strajku nauczyciele przegrali z rządem. A po co komu edukacja i wiedza? W Niemczech Zieloni zdobyli 20,5% głosów. Ale, wiadomo, to w tych Niemczech. My mamy “Lecha”. Tego Lecha.

Lekarz, czyli kapłan, szaman i bóg w jednym

Byłem wczoraj u lekarza, więc teraz podaję post o nich – medykach, kapłanach, szamanach i bogach w jednym. Bóg, sztafeta genów naszych przodków, tryb życia, względny dobrobyt Europy, wybierzcie co chcecie, spowodowały, że organizm człowieka ma gwarancję na około 40 lat bezawaryjnego życia. Potem zaczynają się problemy. Zgadzacie się?

Nie wiem, jak szczegóły przedstawiają się u kobiet, ale u mężczyzn mogą pojawiać się następujące awarie:

– nadciśnienie

– problemy z zawieszeniem, po ludzku – prostata

– problemy z pompką, bez której żaden związek nie przetrwa 🙂

– problemy z silnikiem i układem paliwowym, czyli sercem i układem pokarmowym

Naprawdę muszę wspominać o zębach?

Co ważnego pominąłem?

Zwlekam zatem swoje ciało i zaciągam je do lekarza. Pobyt w przychodni ma coś z wizyty w kościele ze spowiedzią i komunią włącznie. Już na starcie jestem na przegranej pozycji, bo ze względu na dolegliwość czuję się gorszy niż kapłan, przepraszam, lekarz, do którego w dodatku nie zwracam się “pani Iksiński”, “panie Malinowski”, ale “doktor”. Poczucie słabego ciała w konfrontacji z tym tytułem naukowo-medycznym już stawia mnie w narożniku, na klęczkach, z pokorą przystępuję do spowiedzi. Obraziłem własne działo następującymi grzechami, tu mnie boli, tam strzyka, ówdzie ciągnie, a jako chęć poprawy przedstawiam plik wyników badań siki, krew, kupa, zdjęcie kiszek.

Lekarz jak ksiądz wysłuchuje moich żalów, ogląda albo nie wyniki badań, bada mnie albo nie, po czym orzeka: nadciśnienie, hemoroidy, wrzody, albo, nie daj bóg, ciążą (w wersji damskiej). Mając nazwaną jednostkę chorobową, czyli grzechy naszego organizmu, czuję się jeszcze mniejszy niż w poczekalni. Psychicznie i fizycznie stoją nagi przed lekarzem, który, wydaje się, wie o mnie wszystko.

Nagle choroba staje się czymś żyjącym moim kosztem, zaczynam traktować ją jak obce wojsko, chcę z nią walczyć, odeprzeć atak, przejść do kontrofensywy.

Lekarz, DOKTOR, który zdiagnozował problem, staje się powoli Bogiem. Trudno się dziwić, że lekarzy uznaje się często za arogantów zadzierających nosa. Poznał moje ciało lepiej niż matka, gdy byłem dzieckiem i kobieta, gdy się rozbieraliśmy przed sobą. Stałem się podobny do eksponatu w szkole medycznej z żylakami, halluksami, skoliozą. Lekarz jak ksiądz, mistyk, przewodnik sekty nie tylko odkrył chorobę, ale jakby wejrzał w głąb Ciebie: No, tak, nadciśnienie, pewnie dużo pije. Mój los średnio go interesuje, ale wiem, że dla niego przez chwilę stałem się alkoholikiem.

Dobrze. Rozpoznanie grzechów dokonało się. Lekarz w białych szatach, otoczony często jak modlący się Żyd w synagodze wieloma księgami staje się współczesnym szamanem wioskowym. Zamiast kolorowych szmat ma na sobie biały kitel, zamiast kadzidełek – stetoskop, zamiast ziół – recepty na leki.

Wchodząc do przychodni, wkraczam w świat wiedzy, racjonalizmu, czystości, ale jednocześnie, i wiem o tym doskonale – w krainę niedopowiedzeń, nieracjonalności, błędnych hipotez.

Lekarz, wypisując nam pokutę w formie recepty, staje się Bogiem, zmazującym nasze grzechy.

Każde nam odprawiać zdrowaśki trzy razy dziennie po jednej tabletce.

Pamiętajmy jednak, ze tak jak w przypadku grzechów nie chodzi o pacierz lub wizytę w częstochowskim klasztorze, ale o naprawienie złych uczynków, tak w przypadku tabletek nie chodzi, by to one nas wyleczyły, lecz tak naprawdę my sami!!!

Na terapeutyczny efekt wpływa nie tylko pozytywne nastawienie do lekarza i ordynowanej przez niego terapii, lecz także inne, zdawałoby się mało istotne czynniki, jak choćby kształt i kolor tabletki.

Interesujące wydają się w tym kontekście wnioski, do jakich doszli kanadyjscy naukowcy z Pacific Parkinson’s Research Center w Vancouver. Zdaniem badaczy, najlepiej jest poinformować pacjenta, iż posiada on ok. 75 proc. szans na wyleczenie. W tym momencie pojawia się silna motywacja. Przekazanie pacjentowi informacji o 100 proc. szans wydaje się antyskuteczne. W psychice chorego nie powstają żadne istotne reakcje motywacyjne.

Wszystko tkwi w potędze naszych słów i naszej wiary. Pamiętajmy o tym, dzwoniąc szósty raz na recepcję do przychodni, ale te pipy pewnie znowu odłożyły słuchawkę.