Jak zdobyć więcej zamówień w sklepie internetowym?

Linkowanie wewnętrzne jest istotnym elementem optymalizacji i pozycjonowania sklepu internetowego. Sprzyja podniesieniu liczby zamówień, zwiększeniu wartości koszyka zakupów. Ale nawet najlepsza pajęczyna linków nie zastąpi: oryginalnych, ciekawych treści w sklepie. Dotyczy to także opisów produktów.

Generalna zasada jest taka, że robot Google odwiedza stronę główną sklepu wielokrotnie częściej niż podstrony. Jak zadbać o dobre linkowanie wewnętrzne, by Google zaczęło (częściej odwiedzało) również strony produktów czy kategorii? 

Strona główna sklepu powinna być możliwie często, żeby nie powiedzieć codziennie, aktualizowana. Na stronie głównej powinny się znajdować elementy linkujące do dalszych stron serwisu:

  • ostatnio dodane produkty
  • bestsellery
  • nowości
  • produkty w promocji
  • newsy o oryginalnej treści dotyczące sprzedawanych produktów lub tematyce związanej z profilem sklepu.

Wszystkie te elementy sprawiają, że klienci przechodzą głębiej do sklepu; do stron, na odwiedzeniu których szczególnie nam zależy.

W ten sposób starałem się i staram budować strony główne sklepów  internetowych www.edumed.com.pl, www.vitamarket.pl, www.nabudowe24.pl, antykwariatzeran.pl

Podobnie linkujemy ze strony kategorii, ale do stron w tej samej kategorii. Jeśli zatem strona kategorii traktuje o schodach strychowych, to linkujemy do poszczególnych typów schodów.

Na stronie produktu zamieszczamy produkty powiązane z tej samej kategorii plus dodatkowo prezentujemy prrodukty kupione przez klientów łącznie z tym produktem:

Zawartość produktów powiązanych i najczęściej kupowanymi powinna wyświetlać się losowo i zmieniać się przy każdorazowym odświeżeniu strony. Przy częstych wizytach robota Google’a na głównych stronach serwisu zwiększymy liczbę stron, które będzie on mógł odwiedzić w celu indeksacji.

Pomnożenie produktów na stronie konkretnego produktu (jak pokazałem wyżej) wpływa nie tylko na indeksację przez Google, ale też przyczynia się do zwiększenia wartości koszyka zakupów, ponieważ podsuwamy klientom więcej produktów, które mogą ich zainteresować.

Ale nawet najlepsze indeksowanie i linkowanie wewnętrzne nie pomoże w osiągnięciu wysokich pozycji w Google, jeśli twój sklep przypomina wiele tego typów, to znaczy, bazuje wyłącznie na opisach producentów, nie zamieszcza własnych oryginalnych i ciekawych tekstów. A jest to dziś warunek niezbędny zarówno do osiągnięcia wysokich pozycji w Google, jak i do napływania nowych zamówień.

Zajmuję się SEO, SEM. Buduję sklepy internetowe, w których celem jest: wyższa pozycja w wyszukiwarce Google, wzrost liczby unikalnych użytkowników, poprawa konwersji sklepu, czyli liczby zamówień w stosunku do odwiedzin w witrynie. Przygotowuję teksty, opisy i artykuły, które uatrakcyjniają sklep pod względem jakości treści.

Napisz: jaroslawpalyska@gmail.com

Missisipi na Kanale Żerańskim

Statek Missisipi na Kanale Żerańskim

Nad Kanałem Żerańskim wstało lipcowe słońce, odbija promienie w tafli wody. Brzegi kanału obsiedli wędkarze, po ścieżkach kręcą się właściciele psów. Pieski robią gdzie popadnie. Może nie widać, ale na pewno czuć. W tych pięknych okolicznościach przyrody żwawym krokiem brzegiem kanału maszerujemy w kierunku Płochocińskiej, gdzie cumuje statek “Missisipi”. Ulotka statku-restauracji mówi, że kilkugodzinny rejs kosztuje 150 zł. Cena zaporowa. Więc właściciele ogłosili promocję – 50 zł za osobę dorosłą, połowę za dziecko.
Żona właściciela, a jednocześnie kapitana żeglugi śródlądowej, lojalnie uprzedza, że na pokład nie wnosimy “prowiantu”, czytaj: stołujecie się w naszej restauracji. Dobra, dobra. Jasna sprawa.

Mosty na Kanale Żerański,

Odpływamy. Kanał Żerański z poziomu wody wygląda dość monotonnie. Zza krzewów i drzew wysokiego brzegu nie widać życia. Widać ściany upadłych fabryk, domów, wędkarzy, piwoszy, wczesnych amatorów słońca. Widać ciszę. Jeden za drugim nad głowami przesuwają się mosty i mosteczki.
Po prawej mijamy osiedle Regaty. Mają własną przystań. Fajnie. Fajnie też, jeśli akurat trafia się plaga komarów. Nie czepiamy się. Stwierdzamy. To w miarę nowe osiedle domów, którego mieszkańców wabiono tramwajem wodnym, a nawet wodolotem do centrum. Skończyło się na drewnianym pomoście i wypożyczalni kajaków – komentuje Jakub Chełmiński w artykule “Kanałem Żerańskim na Zegrze” z “Gazety Stołecznej” 19 lipca 2013 r.
Powódź mieszkańcom nie grozi. Poziom wody w kanale jest regulowany. Zależy od wpuszczania wody do jeziora Zegrzyńskiego przez zaporę w Dębem. Nadmiar zaś trafić może do Wisły, której poziom jest zwykle około 3 metrów niższy niż w kanale. Między Wisłą a kanałem odbywa się normalny ruch statków, dzięki usytuuowanej tuż przy Elektrociepłowni Żerań śluzie im. Tadeusza Tillingera. To polski inżynier hydrotechnik, który opracował przed wojna ich projekt. Wieść niesie, że nasza śluza długo była druga na świecie pod względem wielkości. Przebijała ją tylko ta na Nilu w Asuanie. Teraz powstały już większe konstrukcje, ale i tak możemy być dumni – pisze Jakub Chełmiński w artykule “Kanałem Żerańskim na Zegrze” z “Gazety Stołecznej” 19 lipca 2013 r. (…) Kanał zaczęto kopać w latach 50. i zanim zalano wioski i wypełniono zalew wodą, droga wodna kończyła się jazem w Nieporęcie.
Powodzi zatem nad kanałem nie będzie, a wręcz jak płynęliśmy poziom wody mieścił się w stanach dolnych. Duży statek ściągało na brzeg, wielkie koła napędowe nie miały jak nabierać wody. Ale udało się przebrnąć. Płyniemy.

Mistrzostwa Polski w wędkarstwie 21 lipca 2013
Kanał Żerański

Nad kanałem brzeg obsiedli niczym ptaki druty elektryczne dziesiątki wędkarzy. Każdy zaopatrzony w długą wędkę. Odbywały się mistrzostwa Polski w wędkarstwie. Nie wychodzi nam w piłce nożnej, przynajmniej tutaj jesteśmy mistrzami.
A na naszej łódce panowie wilki kanałowe wypili już pierwszą półlitrówkę, panie przy sterówce omawiają najnowsze trendy we wszystkim. Niektóre próbują się opalać, ale wieje, chłodno, trochę zachmurzenia. Zabieramy się do konsumpcji śniadania.

Policja rusza na patrol – Nieporęt

Nieporęt. Straż pożarna, plaża, policja. Robi się ciekawie, życie. Potem Zegrze, Jachranka, w oddali widać zaporę w Dębem. Nie, tam nie dopływamy. Statek pali 40 litrów ropy na godzinę. Ma dwa silniki. Kapitana nie stać.

Przyroda Kanału Żerańskiego

Wracamy. Na pokładzie panowie już mają z lekka w czubie, poza tym – trochę nudno. Zachwyca nas przyroda, więc robimy zdjęcia. Zbliża się godzina trzynasta. Niektórzy jedzą obiad.

Doki na Kanale Żerańskim – resztki świetności,
która nigdy nie nadeszła

Dopływamy do Płochocińskiej, płyniemy w kierunku Wisły i przy dokach portowych na wysokości Kowalczyka statek nawraca, by przodem zwinąć do swojego “portu”.
Dziękujemy, do widzenia.
Jak oceniamy rejs? Na czwórkę w skali 1-6. Miły kapitan, rejs to zawsze fajne przeżycie, jest przyroda.
Naszym zdaniem, byłoby lepiej, gdyby wypłynąć tak o 8, zwinąć do jakiegoś portu na Zalewie Zegrzyńskim. Tam pasażerowie się popalają na plaży, niektórzy zjedzą na statku. I wieczorem powrót. Czemu się tak nie dzieje? Może dlatego, że właściciele knajp w Nieporęcie, Zegrzu zajęli swoje miejsca i niechętnie wpuszczają nowych. Deliberujemy.

Widok na elektrociepłownię Żerań z wód Kanału Żerańskiego

Katastrofa smoleńska – zamach (na zdrowy rozsądek)

 

Dla jasności wywodu. Nie wiem, nie potwierdzam, nie zaprzeczam, czy 10 kwietnia 2010 r. Rosjanie dokonali zamachu na polskiego tupolewa z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Polska nie ma kluczowych dowodów: wraku samolotu i oryginalnych zapisów z czarnych skrzynek. Rzymska maksyma mówi: Czyja korzyść, tego czyn. I to jedyny komentarz.

Feralnego dnia tupolew wystartował z warszawskiego Okęcia z dużym opóźnieniem. Nad Smoleńskiem “wyszła” mgła, o czym uprzedzał kolegów POLSKI pilot POLSKIEGO Jaka-40. Dodał, że rosyjski Antonow czy Ił polecieli na lotnisko zapasowe. Rosyjscy kontrolerzy sprowadzali prezydencki samolot do lądowania, informując pilotów, że są “na ścieżce i kursie”. Pomylili się? Wprowadzili w błąd? Nie dopełnili obowiązków? Może wszystko. Ale nadal w kokpicie tupolewa siedzieli polscy lotnicy wojskowi, nie zaś rosyjscy agenci.
Od rosyjskich kontrolerów, żołnierzy wrogiego nam państwa, trudno oczekiwać, żeby w jakiś szczególny sposób odnosili się do naszych maszyn. Pewnie gdzieś w tyle głowy tliła się myśl: – Kazali nam przyjść na dyżur, przyjąć polski samolot. Coś tam będą obchodzić, nawet nie wiadomo co. Jest mgła, chcą, niech lądują. Nie nasza broszka.

I nasi podchodzili do lądowania. Nieistotne, czy mgłę rozpylili Rosjanie, czy pojawiła się sama. Wiem, że prowadząc samochód samemu, nie mówiąc o wiezieniu dzieci, nie zdecydowałbym się na jazdę przy widoczności mniejszej niż 50m i to na nieprzyjaznym terenie. Polska załoga pokpiła sprawa. Nikt nie bronił kapitanowi statku powietrznego Arkadiuszowi Protasiukowi powiedzieć: – Panie Prezydencie, przykro mi, nie wylądujemy przy obecnych warunkach.
A potem doszło do wypadku (zamachu). Niepotrzebne skreślić.

Premier Donald Tusk bratał się z premierem Putinem. Inicjatywę w sprawie śledztwa walkowerem oddaliśmy Rosjanom, bo oni się “zmienili” i chcą się z nami przyjaźnić. Wrak i czarne skrzynki nadal są w Rosji.

Niemniej Polacy sami są sobie winni. Kancelaria premiera Tuska nie umiała przygotować fachowo wizyty prezydenta, a prezydent chciał – niezależnie od rządu – prowadzić własną politykę zagraniczną, jawnie antyrosyjską.
Teraz mamy pretensję do Rosjan, jak za 1944 r. Że podczas powstania warszawskiego stali na praskim brzegu Wisły i nie pomagali, że Stalin blokował zrzuty alianckiej pomocy, że patrzył na niszczoną Warszawę. Załatwiał swój interes.

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Katastrofa smoleńska powtórzyła tę smutną prawdę.

Park Skaryszewski, kawiarnia Misianka, Drukarz, Euro 2012

Rzeźba “Rytm”
w Parku Skaryszewskim

W ostatnią niedzielę odwiedziłem ponownie mój ulubiony park Skaryszewski. Ludzi więcej niż drzew, ogród różany odnowiony, upał. Na rowerkach nieśpiesznie popylają mój przyjaciel Tomasz z żoną Magdą. W weekend majowy byli we Włoszech. Z wielu atrakcji, jakie widzieli, najbardziej zapadł im w pamięć szalet publiczny, który jest dziurą zrobioną w ziemi, wybetonowaną i wykafelkowaną. Wstęp 1,5 euro (około 6 zł), do szaletu kolejka. Tomasz z Magdą uznali, że to świetny biznes. Zgodziłem, dodając jednak, że skoro do dziury w ziemi ustawia się kolejka, by zapłacić 1,5 euro, to znaczy, że jest to biznes obstawiony przez mafię. Zdaniem Magdy, z Neapolu za daleko.
Magda naucza na uniwersytecie. Badała bezdomnych. Z badań wynika, że organizacjom publicznym, które bezdomnym pomagają, nie zależy, by oni z bezdomności wychodzili, bo z tego żyją. Bezdomnym też nie zależy, bo mieszkania na nich czekają, ale nikt się nie wprowadza, bo warunkiem jest abstynencja. Nie do przeskoczenia. Popedałowali dalej.

Kawiarnia “Misianka”, Park Skaryszewski, maj 2012 r.

W kawiarni “Misianka” kawa – 5 zł, herbata – 3 zł, sernik wiedeński – 7,5 zł porcja; całkiem spora, ale to jednak przesada jak na ten standard lokalu.
Na boisku za kanałkiem miejscowy Drukarz podejmował drużynę Bumap Sp. z o.o. Drukarz chyba wygrał, emocje były jak w Lidze Mistrzów. Jeden z kibiców: – Panie sędzio, uważaj pan, bo przez park pan będzie wracał. Drugi, nieco bardziej dosadnie: – Chuju. Niektórzy kibice pili piwo, inni wodę, do burd nie doszło. Rozeszli się spokojnie. Nie wiem jak sędzia. Zrobiłem zdjęcia zarówno “Misiance”, jak i dokumentowałem mecz. Nie zmieściły się na karcie.
Drukarz zagrał, za dwa tygodnie rozpocznie się Euro 2012.
Radek zbiera karty z wizerunkami piłkarzy. Ich kupowanie przez dzieci to wciąganie w hazard. Kupuje się zafoliowaną paczkę, nie widać zawartości, w srodku trzy karty. Radek już narzeka, że wiele kart się powtarza, na przykład Bastian Schweinsteiger (ten, co nie strzelił karnego w ostatnim finale Ligi Mistrzów Bayern – Chelsea). Natomiast ciężko utrafić Christiano Ronaldo. I mamy grę: próbuj, próbuj, może spotka cię wygrana. Jak w kasynie.

PS. Zdjęcia “Misianki” i fotoreportaż z meczu były, na innej karcie. Foto “Misianki” zamieściłem, ujęcia z meczu – za bardzo statyczne.

Garkotłuki z dyplomem

“Czuję się w obowiązku zwierzyć się Wam z bardzo przykrej tajemnicy. Nie jesteście – większość z Was – dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przy wykładowców. To oni, a przynajmniej wielu z nich, bezpodstawnie wypisali Wam świadectwa, zaliczyli egzaminy i wydali dyplomy – czasami nawet po kilka. Następnie chcący Wam się przypodobać politycy wmówili Wam i Waszym rodzicom, że dyplom jest tożsamy z posiadaniem wiedzy i umiejętności” – pisze do absolwentów uczelni w “Gazecie Wyborczej” (28-29.04.2012 r.) Jan Stanek, profesor w Zakładzie Fizyki Medycznej Instytutu Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Podpisuję się pod tym ręka prawą, a jak dam radę – to też lewą. Ludzie w w większości idą na studia nie po wiedzę, ale po papier. Uczą się w systemie weekendowych zjazdów, które są miłym przerywnikiem w rutynie życia. Bo dzisiejsi studenci też pracują. Na etacie, zleceniu, o dzieło.
Wykładowcy udają, że nauczają. Sobota i niedziela to jedyne dni, kiedy poza codziennymi obowiązkami na uczelni czy w swoich stałych miejscach pracy, można podreperować domowy budżet.
Gdy nadchodzą egzaminy, z reguły wszyscy zaliczają. Przechodzą przez studia bez szczególnego wysiłku. Znam trzy osoby, które podczas studiów naprawdę ciężko pracowały nad sobą, rozwijaniem wiedzy, nauką. Wszystkie osiągnęły sukces zawodowy i stabilizację na swoich poletkach.
A większość podchodzi do pisania i obrony pracy magisterskiej jak do zła koniecznego, byleby wynieść pracę oprawioną w granatową, zieloną czy bordową obwolutę. Są kwiaty, uściski, oblewanie.

Zaczyna się rzeczywistość

Dziś na rynku pracy liczy się doświadczenie (które trzeba zdobywać już na studiach, choćby to było zamiatanie), znajomości (ale nie w sensie wyłącznie kumplowskim, ale znajomości ludzi, którzy wiedzą o nas, że coś potrafimy, że mamy umiejętności). Ale nawet to może nie wystarczyć, gdy firma podupada, bankrutuje lub w ramach cięcia kosztów zamyka się i przenosi do Chin.
Zaczyna się wysyłanie CV. Znalezienie pracy zgodnej z umiejętnościami (jeśli są), doświadczeniem (jeśli jest) i oczekiwaniami (są na pewno) graniczy z cudem. Nawet najlepszy dyplom takiej pracy nie zapewni.
Trzeba przyjąć pracę, jaka jest. I pracować mocno nad sobą, nad tym, co może zapewnić sukces zawodowy.

Żyjemy w czasach niepewności i nadprodukcji inteligencji, o czym mówi profesor Zbigniew Bauman (Gazeta Wyborcza, 14-15 kwietnia 2012 r.): – “Nadprodukcja inteligencji tworzy sytuację potencjalnie wybuchową społecznie. U podłoża rewolucji tkwił przecież przerost oczekiwań nad realiami, a wielką w nim rolę grała właśnie nadprodukcja inteligencji”.

A winę za taki stan rzeczy ponoszą politycy, wielkie korporacje. Wciskają ludziom: uczcie się, zakładajcie firmy i kupujcie, kupujcie, kupujcie. Stać was. Nowe auto, wycieczka za granicą, znowu nowe auto, nowe meble, potem kolejne auto.
Internet, facebook, tablety – zewnętrzne znamiona postępu materialnego nie zastąpią jednak realnego życia i poczucia upokorzenia: Mam dyplom, nawet dwa, a nie mam pracy.
Wyjście jest w zasadzie jedno: nie wystawiać się na frustrację. Pogodzić z rzeczywistością: być może zostanie praca na kasie w Tesco. Uwłaczające może to być jedynie dla tych, którzy włożyli wysiłek na zdobywanie wiedzy i umiejętności, a mimo to im nie poszło. Reszta niech uderzy się we własne piersi, spojrzy w lustro i odpowie na pytanie: Czy robię wszystko, by znaleźć się w gronie inteligencji?

Historia zatoczyła koło. Nie uda się stworzyć świata, gdzie połowa ludzi to “inteligencja”. Kiedyś było prościej. Rządzili arystokraci, ludzie z pokolenia na pokolenia “ustawieni”. Ludzie na dołach znali swoje miejsce. Trudno pogodzić się z myślą, że nie każdy może być arystokratą.

PS. Pracy pewnie mogłoby być więcej, nawet dla tych, co mają dyplom, gdyby przeprowadzić wiele zmian strukturalnych, żeby gospodarka przyspieszyła, a bezrobocie wśród młodych spadło, ale to już temat na osobny tekst.

Ulica Tatrzańska a mydełko Luksja

Kilka lat temu pracowałem przy Belwederskiej w Warszawie, za budynkami stojącymi wzdłuż ulicy od wschodniej strony zaczyna się biegnąca prawie równolegle do Belwederskiej – krótka Tatrzańska. Nie pamiętam, wyasfaltowana czy tylko wyłożona betonowymi płytami. Pamiętam, że na rogu Tatrzańskiej i Górskiej był (jest?) sklep spożywczy, gdzie zaopatrywałem się w jogurty, serki, bułki oraz alkohole.

Dziś jest to zaciszne miejsce na Dolnym Mokotowie, pięć minut spacerkiem do Łazienek, trzy przystanki autobusem do Centrum, żyć nie umierać. Wiele osób marzy, by tam mieszkać. W obliczu standardu wielkomiejskiego, który wydaje się zdobyczą ludzkości od co najmniej tysiąca lat, tym większy szok przeżyłem, gdy wczoraj sięgnąłem po raz pierwszy od kilkunastu lat po “Boso, ale w ostrogach” Stanisława Grzesiuka.
Grzesiuk mieszkał przed wojną jako nastolatek na Tatrzańskiej i tak ją opisuje, zaczynając swoją powieść autobiograficzną: “Ulica Tatrzańska to mała uliczka, może około dwustu metrów długa, na której w okresie mojego dzieciństwa stało zaledwie kilka domów. (…) W tamtych czasach (lata trzydzieste XX wieku – dopisek blogera) nie było na niej bruku, chodników i latarni, a w domach światła i wody. Po wodę trzeba było chodzić na inną ulicę (…).
Dom był czteropiętrowy i mieszkało w nim czterdziestu pięciu lokatorów – nie licząc sublokatorów. Mieszkania były jednoizbowe i miały wymiar cztery i pół na trzy i pół metra, zajmowały je rodziny złożone z pięciu, siedmiu osób, a były i takie, gdzie mieszkało jedenaście osób.
Ustęp był nie skanalizowany, latem unosił się taki fetor, że można było udusić się. Wtedy niektórzy chodzili do pobliskiego, dziko rosnącego parku albo na puste ogrodzone place (…).
Zimą znów nie uprzątane nieczystości zamarzały tak wysoko, że niemożliwością było korzystanie z tego urządzenia”.
W ten sposób pryska mit o pięknej, eleganckiej, przedwojennej Warszawie, w której ludzie jak się bawili – to w operze, jak odpoczywali – to przechadzając się Karkowskim Przedmieściem, a jak wyjeżdżali – to tylko do Francji. Mit pryska, o ile taki był.
Dziś jest woda, mydło Dove i inna Luksja, ale niekiedy w autobusach i to klimatyzowanych ciężko wytrzymać. Strach pomyśleć, że dbałość o higienę nie zależy tylko od tego, czy jest woda w kranie.

Hanka Mostowiak zginęła w zderzeniu ze stertą kartonów

Najbardziej doniosłym wydarzeniem kończącego się tygodnia jest bez wątpienia śmierć Hanki Mostowiak w “M jak miłość”. Scenarzyści serialu wzbili się na wyżyny zawiązywania intrygi. Najpierw córkom Hanki wypada na podłogę czarno-białe zdjęcie, te pytają babcię: – Kto to? – Wasza mama, gdy była mała.
Parę ujęć dalej Hanka, jadąc autem, przysypia za kierownicą. Gdy budzi się, widzi idącą poboczem blond dziewczynkę, identyczną jak ta ze zdjęcia. W sferach zbliżonych do “Wróżki” oraz “Czwartego wymiaru” mówi się o tym: “Całe życie przebiegło jej przed oczami…”.

Więc jak już życie jej przebiegło przed oczyma, Hanka zderzyła się w stojącą w szczerym polu stertą tekturowych kartonów. Ktoś ni z tego ni z owego ustawił w polu piramidę z kartonów, a Hanka – no, patrz, jaki przypadek – akurat w nie wjechała. Chwilę później, gdy zestresowana nie mogła prowadzić, za kierownicą zmieniła ją siostra. Ta zagaduje Hankę, puka, stuka, a Hanka nic. Okazuje się, wzięła i umarła. Bardziej prawdopodobnej śmierci nie można sobie wyobrazić. A co z Markiem? Rozpije się? Pewnie tak, ani chybił.

Tak mnie ta śmierć poruszyła, że problemy finansowe oraz rychłe bankructwo Włoch są niczym wobec dramatu Mostowiaków. Projekt euro, jak i całej Unii Europejskiej zawali się, przypuszczam za mojego życia.  Bo jak można tworzyć wspólną walutę dla kilkunastu państw, a każde z nich prowadzi własną politykę fiskalną, gospodarczą, ma własne interesy ekonomiczne, które rozgrywa bez oglądania się, a czasami wbrew interesom państw, które w UE lub strefie euro współuczestniczą. Jak można tworzyć wspólną walutę dla państw tak historycznie, gospodarczo, kulturowo i mentalnie różnych jak Grecja i Niemcy, Włochy i Holandia.
Zarówno strefa euro, jak i cała Unii Europejska, musiałaby rychło zgodzić się: tworzymy ponadnarodowe państwo na wzór Stanów Zjednoczonych. W przeciwnym razie wszystko rozsypie się jak domek z kart, a skutki trudno przewidzieć. I nawet się nie da.
Dlatego przejdę do tego, że młodszy syn Rafał bardzo ładnie wystąpił środę w przedstawieniu Pasowanie na Przedszkolaka w przedszkolu na warszawskim Grochowie. Mi też życie przebiegło przed oczyma, bo jakbym widział siebie za czasów przedszkolnych, tylko Rafałkowi okularków brakowało. A ja nosiłem pingle wielkie jak nakrętki od weków.

Natomiast starszy syn Radek dostał trzy na szynach ze sprawdzianu z religii. Ocena nie za dobra, ale cały się buntuję, gdy ośmioletnie dziecko musi odpowiadać na pytania: Co to jest grzech pierworodny?
Czy dzieciaki z II klasy są w stanie w ogóle pojąć pytanie i zrozumieć odpowiedź?
Jako odtrutkę na ten – przepraszam – bełkot włączyłem dziś sobie i jemu audioook Anny Świederkówny “Rozmowy o biblii – Nowy Testament”. Co za rozkosz dla synaps mózgowych, już sam opis ziem Izraela z pierwszego rozdziału jest klasą samą dla siebie.

Starałem się, żeby Radek przynajmniej zapamiętał, że cały Nowy Testament został napisany po grecku. Umiem mu wyjaśnić, czym jest Nowy Testament, i dlaczego pisano go po grecku. Ale co to jest grzech pierworodny? Nie umiem wyjaśnić. A gotowej formułki nie umiem wyklepać, no, sorry.