Megalomania braci Karnowskich nie zna granic?

Bracia Karnowscy założyli opozycyjny, podziemny tygodnik “W Sieci”. Niezależni dziennikarze po warszawskich mieszkaniach piszą teksty pod prąd, teksty, których żadna reżimowa “Wyborcza” nigdy by nie opublikowała. Żony, dzieci, koledzy nasłuchują, czy na schodach nie słychać kroków tajniaków lub zomowców. Jest lepiej niż w PRL-u, bo nie trzeba pisać na maszynie do pisania i stukot klawiszy nie niesie się po bloku.

W “W Sieci” rozchodzi się w nielegalnym obiegu, ma profil na Facebooku, pewnie zakładany z amerykańskich adresów IP, redagowany co najmniej z Londynu, bo redakcja wzywa mnie “Odważ się, dołącz do nas”.
Polubienie ich na Facebooku wymaga ode mnie odwagi, heroizmu. Policja może mnie za to co najmniej spałować po piętach, ale trzeba się też liczyć z mieszkaniem na Rakowieckiej. Przecież Karnowscy już siedzą, klawisze im zdjęcie zrobili:

No, dołączyłem do nich. Też chcę siedzieć. Jestem odważny.
Aż tu wchodzę na portal wirtualnemedia.pl i oczom nie wierzę: “W sieci” jest tygodnikiem rozprowadzanym w legalnej dystrybucji. Konkuruje o czytelników z “Gościem Niedzielnym” (może być), “Uważam Rze” (już nie lubimy), “Polityką” (fu). Więcej, wydawca chce go zgłosić do Związku Kontroli Dystrybucji Prasy.
I jak tu być bohaterem?

Jesteś bogiem

Mózg artysty przypomina teatr. Na scenie stoi muzyk, światła rampy omiatają go, mikrofon pod prądem, widzowie z wypiekami na twarzy czekają na koncert.
Artysta, rzecz oczywista, potrzebuje widzów, świateł, mikrofonu. Ale nade wszystko potrzebuje właśnie siebie samego, swoich wyobrażeń o teatrze, widzach, światłach, kiblach na zapleczu, zapachu trawy i potu. Te światy, rzeczywista sala koncertowa z tą stworzoną w mózgu, często nie mają ze sobą nic wspólnego.

Piotr Łuszcz “Magik”, jeden z założycieli Paktofoniki, swój teatr zamknął 26 grudnia 2000 r. Zamknął, skacząc z okna 9. piętra bloku w Katowicach. Zgasił światło. Nieczynne na zawsze. Zostawił kolegów i fanów z rozdziawioną miną i pytaniem: Dlaczego? 

Wydaliśmy płytę. Mamy bilety. No, stary obudź się.
O tym właśnie – jak dla mnie – jest film “Jesteś bogiem” o historii Paktofoniki. O zejściu na manowce i rozpaczy bliskich. Byliśmy, mogliśmy pomóc.
Kuba Wojewódzki napisał o filmie na Facebooku: Wczoraj widziałem film Leszka Dawida Jesteś Bogiem. Gorzkie kino, gorzkie losy, gorzkie bloki, gorzka miłość. Kurwa, w tym filmie nawet winda jest gorzka. Najlepsze polskie kino o współczesności od czasu Wszystko co kocham, Jacka Borcucha. Przy tej opowieści 8 mila to kolorowy komiks. Brutalnie magiczny film.
Albo ja mało wrażliwy na sztukę jestem, albo Kuba taki uczuciowy. Winda jest gorzka, w blokach na Grochowie też były takie. Gorzkich miłości życie dostarcza co drugiej, no, co czwartej polskiej parze. Rozklekotane autobusy i poloneza caro też pamiętam. Gorzkie jest, że na ścieżkach życia “Magik” pogubił się. Że czegoś nie udźwignął. Że będąc u szczytu sławy, siebie zobaczył na śniegu pod blokiem w Katowicach. Że mając żonę i małego synka, wybrał zgaszenie światła i rozebranie teatru.
To jest gorzkie.
Nieoczekiwany koniec przedstawienia.

 

Tomasz Jachimek “Handlarze czasem” – wieje Pilchem i nudą

Nie dość, że kolega ze studiów, to jeszcze sławny, co to satyrykiem jest, co to w “Szkle kontaktowym” rzeczywistość objaśnia, co w radiu przed mikrofonem siada. Tomasz Jachimek we własnej osobie. Gdy zobaczyłem jego – jak to się ładnie mówi – debiutancką powieść “Handlarze czasem” w bibliotece na grochowskim placu Szembeka, wypożyczyłem.
Tomek opowiada historię o rodzinie, w której żyje wuj Franciszek. Wuj wymyśla maszynę do handlu czasem. Maszyna pożyteczna jest. Dziewiętnastoletnia dresiara Paulina odmładza się o 15 lat i jako czteroletnia dziewczynka zaczyna rozkręcać karierę kompozytorską. Jej narzeczony postarzały o tyle samo zostaje zawodowym menelem, staczem, żulem, “autka popilnować”. Banalne? Inne nie bardziej zaskakujące. Pomysł na maszynę do handlu czasem niezbyt oryginalny, a ubrany w opowieści o przewidywalnym zakończeniu; że emerytka, co na pietruszce na kilkadziesiąt groszy market okantuje czasu swojego się nasprzedaje, to i wzbogaci się niemożebnie, do Paryża i Mediolanu zacznie latać, na lepszą stronę życia przejdzie.
A powieść tak przegadana, jakby Tomek na ilość pisał, jakby słowo “powieść” odpowiedniego ciężaru książki wymagało. Przez pierwsze 100 stron przebrnąłem co trzeci akapit bez straty wątku. Fragment, gdzie wieceszefowa pewnej firmy wymawia do zwalnianego pracownika słowo “wypierdalasz” jest tak rozwlekły, że w międzyczasie zapomniałem, że miało być śmiesznie.
Tomasz Jachimek napisał ponad dwustostronnicowy monolog kabaretowy, więc miałem problemy z odbiorem. A jeszcze podczas lektury odnosiłem wrażenie, że literackim idolem Tomasza jest Jerzy Pilch, bo Jachimek pisze frazami w stylu: “Tomek Jachimek “Spis cudzołożnic” z wypiekami na twarzy w młodości czytał, o podbojach miłosnych marzył, rokosze i rozkosze miłosne planował. “Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” pod kołdrą przy latarce kartkował. “Bezpowrotnie utraconą leworęczność” prawą ręką dzierżył, bo lewą pokątną literaturą erotyczną zajętą miał”.
Następnej powieści z drżącą tęsknotą nie wyglądam, nie kupię, trzydzieści złotych w kieszeni oszczędzę. Ale z biblioteki wypożyczę. Słusznie Artur Andrus na okładce “Handlarzy czasem” zarekomendował, że to książka do bibliotek. Ironizował, a wyszło jak wyszło. Jak w życiu.

Hobbit – nawet szarak może zostać bohaterem

W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit… – tak zaczyna się powieść “Hobbit” J.R.R. Tolkiena. Tak zaczyna się świat, w który wprowadził mnie mój starszy syn. Dobrze zrobił.
Reżyser Peter Jackson stworzył z powieści Tolkiena baśń na dużym ekranie.
Do poczciwego, wiodącego stateczne po kranslodzku nudne życie Bilbo Bagginsa (Martin Freeman) przybywa czarodziej Gandalf (Ian McKellen), by wezwać go wraz z 13 kransoludami do misji odbicia królestwa hobbitów pod Samotną Górą, którą zawładnął potężny smok Smaug.
Tolkien i Jackson wykorzystują tu odwieczny motyw, że nawet przeciętny krasnal może zostać bohaterem. Przecież to gruby i nieporadny panda pokonał groźnego Taj Lunga w “Kung-Fu Panda”, a ewoki w “Gwiezdnych Wojnach” ścierają na pył szturmowców imperium. Bohaterstwo leży w zasięgu chęci.

Kransoludy wspierani czarami Gandalfa wyruszają w drogę. Byłem na filmie w 3D kręconym w nowatorskiej technologii 48 klatek na sekundę (HFR – High Frame Rate). Oczy trochę bolą z powodu nieostrości przy zbliżeniach. Ale nowzelandzkie pejzaże, widok lasu, a nawet owadów i zwierząt, które lecą w 3D na widzów robią wrażenie tkwienia w środku baśni. Co w “Hobbicie” ma być piękne, urzekające w sposób baśniowy pozostaje – pocztówkowe widoki, pustelnia stworka ratującego jeże od klątwy wielkiego pająka, pałac elfów, ich królowa grana przez zjawiskową Kate Blanchett. Co ma być obrzydliwe, odrażające jest, poczynając od gubiącego pierścień Golluma, a skończywszy na królu orków dosiadającym potężnego wilka – warga.

Kransnoludy w drodze ku Samotnej Górze pokonują trolli, goblinów, a w ostatecznej pozornie beznadziejnej walce – orków na wielkich wargach; życie ratują im wielkie orły. Docierają na skraj doliny, gdzie na jej horyzoncie jak przez mgłę widać utracony dom – Samotną Górę.

Niektórzy krytycy i widzowie narzekają, że film jest rozwlekły. Jackson z trzystustronicowej powieści zrobił obraz, który jest pierwszą częścią trzyczęściowej trylogii. Nieśpieszność mi nie przeszkadzała, wręcz denerwowałem się, czy orki w końcu dopadną krasnoludów, choć wiadomo, że dopaść ich nie mogli. Upadłby mit, że nawet niepozorny kransnolud stanie się wielki.

W skali od 1 do 6 daję 5. Także dlatego, że czekam na drugą część.

Przeczytaj też:

J.R.R Tolkien pisał “Hobbita” jako baśń dla dzieci

Recenzje:
Dino Mama kontra Hotel Transylwania

Hotel Transylwania kontra Dino Mama

Stałem się kinomaniakiem. Jak na wielbiciela kina przystało, pierwszą powinnością jest zaopatrzenie się w popcorn, coca-colę, chipsy, a tym objuczywszy się – drugą powinnością jest skupienie się na filmie.
Skupmy się na „Hotelu Transylwania”. Hrabia Dracula z okazji 118. urodzin swojej córki Mavis  gości na swoim zamku wszystkie najbardziej znane potwory w stylu Frankensteina, Quasimodo, wilkołaka Wayne’a. Dracula chroni córkę i inne duchy przed tymi okropnymi, złymi ludźmi, którzy sami często okazują się potworami. Trudno się z tą optyką nie zgodzić.
Nagle tuż przed imprezą urodzinową do zamku zaplątuje się człowiek, amerykański turysta Jonathan.
Człowiek zakochuje się w duchu, znaczy w Mavis. Z wzajemnością. Tata robi, co może, żeby miłość tych dwoje nie rozkwitła. Wynikają z tego bardziej lub mniej zabawne perypetie. Raczej mniej jak na standardy amerykańskich produkcji animowanych. Nic jak dotąd nie przebiło „Kung fu Panda”, pierwszego „Shreka” czy „Filmu o pszczołach”. Dość powiedzieć, że nic zabawnego z „Hotelu” nie wyniosłem. Nawet ręcznika.
Wszystko oczywiście kończy się dobrze. Tatuś Dracula pozwala iść córce własną drogą.
W życiu nie jest tak kolorowo. Albo rodzice nie pozwalają się usamodzielnić, albo dzieci się przed tym bronią.
„Hotel Transylwania”. Ocena dostateczna. W skali od 1 do 6.
Zmieńmy salę. Jest popcorn, zamiast coca-coli mamy hoop colę. „Dino mama”. Jest tu super mama układająca życie dzieci wedle zasad, reguł, nakazów. Synek Ernie psoci, nie słucha się, zwiewa,  na nogi stawia ochronę muzeum dinozaurów. I jeszcze ma siostrzyczkę Julię, która o wszystkim chętnie doniesie mamie.
Ernie wyrywa się spod kontroli, Julia go śledzi. Razem trafiają do garażu Maxa, którego tata wymyślił maszynę do przenoszenia się w czasie. Nie umie jej uruchomić.
Cała trójka dzieci wsiada do maszyny w kształcie wielkiego jaja, na pulpit sterujący wylewając napój gazowany. Maszyna zaczyna działać. Przenoszą się do epoki dinozaurów. Jajo ląduje kilkaset milionów lat wcześniej, a wykluwające się z niego dzieci traktuje jako swoje tyranozaurzyca.
Bohaterowie mają prawie zawsze wesołe przygody, po czym dzieci szczęśliwie wracają do naszych czasów. Mamusia pojmuje w końcu, że trzeba dać dzieciom trochę swobody i miłości. Dzieci – że warto słuchać mamy.
Co zauważyłem, a zauważyła też „Gazeta Wyborcza w „Co jest grane”, Erniego i Julię wychowuje samotna mama, a Maxa – tata. To duża różnica od czasów „Szczęśliwych lat” czy „Alfa”. 
Znak czasów. Ale czy każdy znak to pozytywny znak?
Tu nawet dino mama wychowuje przyszywanego dinozaura, który udanie dźwiękonaśladowczo naśladuje ludzi.
Udany dialog. Rozmawiają dwa dinozaury:
– To gorsze niż wyginięcie – podsumowuje rozmowę jeden.
– A co to jest wyginięcie – pyta drugi.
„Dino mama” dostaje czwórkę minus.
Synek Rafał daje filmowi szóstkę.

Trotyl w gazecie

W zeszły wtorek “Rzeczpospolita” znalazła trotyl na wraku tupolewa spod Smoleńska. Wszystkiego dowiedzieli się z kilku wiarygodnych źródeł. Po południu okazało się, że trotyl był tylko na łamach gazety. Na tupolewie go nie było.

Dzisiaj pracę w “Rze” stracił odkrywca trotylu Cezary Gmyz i naczelny Tomasz Wróblewski. 
Dlaczego zdecydowali się na publikację tekstu z tezami tak mocnymi, że na ich poparcie trzeba mieć mocne dowody lub wiarygodne dokumenty?
Zgadzam się z Jackiem Żakowskim, który na stronie “Polityki” napisał dziś: Pod prawicowym, konserwatywnym, patriotycznym szyldem uformowała się bowiem grupa publicystów od dwóch dekad obsesyjnie starających się wmówić odbiorcom, że żyjemy w państwie opanowanym przez jakiś potworny spisek – magdalenki, układ, sekty, czerwone pajęczyny. Istnienie spisku jest dla tej grupy bezsporne. Wciąż jednak nie ma Graala, który by stanowił ostateczny dowód. Gmyz (podobnie jak wcześniej Bronisław Wildstein i kilka innych osób) dostarczył tego wymarzonego Graala. Nic więc dziwnego, że jego artykuł przyjęto z entuzjazmem i nadano mu najwyższą rangę. Żadna redakcja – wolna od takiej dramatycznej tęsknoty za Graalem Wielkiego Spisku – tekstu Gmyza by nie opublikowała w takiej formie i bez precyzyjnego sprawdzenia.
Redakcja lub partia polityczna, której redakcja “Rzeczpospolitej” sprzyja chciała mieć ostateczny dowód. Ostateczny gwoźdź do trumny Tuska, wyciągnąć ostatecznego asa z rękawa, że dokonano zamachu w Smoleńsku, że jednak Polacy zostali oszukani. Zadać śmiertelny cios całemu układowi z Tuskiem na czele. Tryumfować  Jest trotyl, jest nitrogliceryna, całe misterne kłamstwo made by Tusk, Putin, Anodina, Miller runęło. Na razie runęła reputacja “Rzeczpospolitej”.

Ale żeby sprawiedliwości stało się zadość, prokuratura prowadząca śledztwo powinna oficjalnie zaprzeczyć tezom artykułu “Trotyl na wraku tupolewa”, że nie ma nic na rzeczy.
A może ktoś celowo wpuścił autora, Cezarego Gmyza, w maliny?

PS.
Aha, nie zamierzam głosować na PO, chyba że rozwiążą ZUS, NFZ lub przynajmniej wywiążą się z obietnicy dopuszczenia konkurencji w ubezpieczeniach zdrowotnych. Tekst powyższy nie powstał na zamówienie Tuska, PO, Putina. Powstał na zamówienie mojej głowy.
PS. 2
A kiedy w ogóle skończy się śledztwo w sprawie Smoleńska?

Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa

– Jestem jeszcze żywa, nie wypchana, mieszkam w Łazienkach.
Wilk w Muzeum Łowiectwa, Warszawa

Korzystając z długiego (jakże za krótkiego) weekendu wybrałem się z synami do Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w warszawskich Łazienkach.
Synowi szli z chęcią, szczególnie Starszy:
– Tata, ja nie chcę iść do muzeum. Możemy pójść do parku, ale nie do muzeum.
Młodszy:
– Tata, ale ja chcę.
Na to Starszy:
– Rafał, jak nie będziesz chciał pójść do muzeum, dam ci kartę z Łukaszem Piszczkiem.
– Nie. Nie chcę. Chcę pójść do muzeum – bronił swoich racji Młodszy.
Samo muzeum obfituje w wypchane wilki, żubry, dziki, lisy, kuny, a także sowy, czaple, boćki i inne ptactwo. Młodszy najbardziej zachwycał się krokodylem, Starszy też wykazywał duże zainteresowanie ekspozycją. Szczególnie prezentacjami multimedialnymi.

W sezonie zimowym od 1.10 do 20.04 muzeum czynne od środy do niedzieli w godzinach 10.00-15.00

– Jestem ryś, grzeczny kotek, ale kitty cat nie jadam.
Obraz? No, fajnie. Tylko muszę potwierdzić, kto go namalował.

Ul. Osiecka – świat, którego już nie ma

Świat mojego dzieciństwa odchodzi w przeszłość. Jeszcze trzy tygodnie temu na Osieckiej, ulicy warszawskiego Grochowa, rosły kilkudziesięcioletnie drzewa. To był czar i klimat starego Grochowa. Dwu-, trzypiętrowe kamienice, z balkonami z żeliwnymi (?) szczeblami, wąskie jezdnie, gęste nasadzenia drzew.

 

ul. Osiecka, Grochów, Warszawa, wrzesień 2012 r.
Osiecka już tak nie wygląda. Na całej długości drzewa wycięli w pień. Pani, która sprzątała przy posesji naprzeciwko szkoły, powiedziała mi, że Osiecka będzie wyglądać jak odnowiona Tarnowiecka. Poszerzą jezdnię, zasadzą młode drzewka.

Samochody wygrały z pieszymi.

Poniższe zdjęcie (trochę nieostre, z telefonu, po zmroku) to nie krajobraz po II wojnie. To Osiecka po wycięciu drzew pod koniec października 2012 r.

ul. Osiecka, październik 2012 r. po wycięciu drzew