“Bezsenność w czasie karnawału” [RECENZJA]

Z panteonu wybitnych Polaków najbardziej tęsknię za Januszem Głowackim, Zbigniewem Nienackim i Martą o blond włosach, małych piersiach i dużym tyłku. Albo na odwrót, choć włosy rzeczywiście były blond, a na dodatek do połowy pleców. Tęsknota za Martą wydaje się oczywista i nie wymaga dodatkowych wyjaśnień.

“Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki

Z Nienackim też nie mam większych wątpliwości, bo współpracował z SB, uganiał się za nastolatkami, ale w książkach akurat o tym nie pisał. Szkoda. Bajał o harcerzach dzielnie tropiących skarby, dbających o przyrodę ojczystą i zwalczających wszelkie objawy handlu dziełami sztuki z “drugim obszarem płatniczym”. Przez chwilę zastanawiałem się, o czym dziś tworzyłby Nienacki. Nie wiem.

Porzucam myśl, bo miało być o “Bezsenności w czasie karnawału”, ostatnich zapiskach Janusza Głowackiego zebranych i opracowanych przez Olenę Leonenko-Głowacką. Ostatnich zarówno w sensie chronologicznym, jak i znaczenia – mocno osobiste pożegnanie się z czytelnikami bez podlizywania się, dziękowania i modlitwy.

Głowacki Nienackiemu do pięt nie dorasta, bo nie donosił, lubił dziewczyny i chwalił się tym w książkach. O Głowackim mógłbym powiedzieć, że jego książki “skrzą się” ironią, mienią sarkazmem i przytłaczają tragizmem. Otwierają oczy, pchają do jeszcze bardziej wzniosłych czynów, rozbudzają miłość do literatury i tego typu frazy na poziomie wczesnego liceum. Ale jest zupełnie inaczej, o czym ciut niżej. Co w ogóle nie znaczy, że mądrzej czy lepiej.

Chyba każdy spotyka w życiu jedną, a najwięcej trzy osoby, które czytają z duszy drugiego człowieka jak z otwartej księgi. Na nic zdają się kłamstwa opakowane w nic jak lejsy paprykowe, cytaty wyjęte z fejsbukowych memów i gorące zapewnienia, że cieszą cię niesamowicie małe i duże sukcesy bliźnich, kiedy akurat zawiść i zazdrość zaliczają się do twoich czołowych zalet.
Tymi wróżkami, medium może być ojciec, matka, a nawet bardziej, własna sąsiadka. Ksiądz, kochanka, żona, a w końcu – i to najbezpieczniejsza wersja: książka. Inny człowiek, to wiadomo, przeczyta duszę, niby chcę ją uleczyć, do rany przyłożyć, ale na koniec wywlecze jej tajemnice jak Adolf sekrety Pana Kleksa. Zdradzisz kochance, ile zarabiasz, ta jeszcze żonie powie i życie zmarnowane. A tak masz na podorędziu Głowackiego i Nienackiego, bo Marta wyszła za mąż, ma dzieci i torbiele na jajnikach.

Nikogo to nie interesuje, a nawet gdyby, to i tak nie zdradzę, co wyczytał we mnie Głowacki. Do dziś byłem pewien, że to ja czytam Głowackiego, ale doniosłe przemyślenia na podłodze w łazience podczas nomen omen bezsennej nocy z “Bezsennością” pozwoliły mi pojąć, że to Janusz Głowacki odczytał moje nastroje, zaniechania i tęsknoty. I żeby w końcu Lewandowskiemu noga się powinęła.

“Bezsenność w czasie karnawału” trochę przywodzi na myśl “Z głowy”. Jest w niej tyle samo sarkazmu, ironii i błazenady co w sławnej powieści, autobiografii, ale więcej wesołego tragizmu. Głowacki zabrał mnie w swoją ostatnią drogą, ale kondukt bardziej wygląda jak orszak weselny, w którym za autami  hałaśliwie ciągną się łańcuchy puszek po żubrach, lechach i dębowych. W tym przypadku są to wspomnienia o Himilsbachu i Maklakiewiczu, Tadeuszu Konwickim i innych literatach, kwiaciarce z Krakowskiego Przedmieścia, barach Nowego Jorku oraz o niegdysiejszych rozpustnicach, dziś emerytkach, co blokują wnukom mieszkania w dobrym punkcie Warszawy. Głowacki ostatnią drogę zamienia w wesołą stypę. Usiądźmy na grobie i wypijmy po jednym, bo piździ.

Tak Głowacki wspomina ostatnie chwile swojej matki, ale pasuje do kondycji człowieka w ogóle:

– Mój Boże, Janku, jak to szybko poszło.
A mówiła o osiemdziesięciu pięciu latach. Wtedy mi się to wydawało bardzo długo, teraz już nie. Powiedziała też: “Mój Boże”, choć dawno zerwała z religią, bo nie mogła wybaczyć Bogu tego, co zrobił z Hiobem. Obie koszmarne wojny jakoś mu wybaczyła. Rozstrzelanego jako zakładnika swojego ojca i zamordowaną w jakimś obozie matkę też. To, że jej mąż kochał całym sercem swoje kochanki i przez to umarł, a astma tylko pomogła, że ja wyemigrowałem z córką do Ameryki i zostawiłem ją samą – też. A Hioba nie. Taka jest przewaga mitu nad całą resztą.

Życie jest bajką. Czasem wesołą, czasem tragiczną. Farsą. Dawno temu w Ameryce ogłosili konkurs na sobowtóra Charliego Chaplina. Oryginał też się zgłosił, ale odpadł. Głowacki na swojego sobowtóra się nie zgłosi, ale następców nie widać. Szukam. Proszę o listę książek, bo tymczasem pierwsze miejsce najlepszych książek mojego życia nadal zajmuje “Z głowy”.
“Bezsenność w czasie karnawału” może by się nadawała, ale jednak widać, słychać i czuć, że to robota nie dokończona, szkic, wersja robocza. Czyli trochę jak w życiu. Kończy się ono zazwyczaj co prawda po obiedzie, ale przed deserem.

Jak każdy człowiek przyzwoity, ludzi przegranych nie lubię wprost wyjątkowo, a dobroci to już mi nikt zarzucić nie może, poza wróbelkami. A zapisuję to wszystko naumyślnie z nadzieją, że wywołam u czytających poczucie nie żeby zaraz zrozumienia, ale wyższości. To już coś, bo takie poczucie, że się jest lepszym, pomaga, daje sporo radości i nadaje sens życiu. No nie aż tak jak zemsta, chęć odwetu, nienawiść, bo one to już bardzo pomagają. I człowiek nawet nie zauważy, jak to życie przyjemnie i szybko przeleciało.

Daję cztery za treść, cztery za formę, bo choć krótkie lubię, to jednak za krótko też niedobrze. Ogólnie: cztery na sześć.


„Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki, W.A.B., Warszawa 2018

To pewnie bracia emeryci przestraszyli się, bo my boimy się wszystkiego. To akurat, wiem, mieszkają dwie staruszki – moje dawne koleżanki, byłe sławne modelki i jeszcze sławniejsze rozpustnice. Ale przegapiły chwilę.

Odłożyły na zakup mieszkania, wytapetowały ściany okładkami z magazynów, na których stoją dumnie i patrzą na wszystko z góry. A teraz na sztywnych, wychudzonych nogach, które kiedyś budziły wściekłe pożądanie, krążą między oknem i telewizorem. Żyją z rent i wspomnień, i mogą liczyć tylko na pieszczoty ślepej jamniczki. Palą papierosy, siedzą w oknach i trochę się boją, a jeszcze bardziej wstydzą, bo wiedzą, że żyją za długo. Blokują mieszkanie w dobrym punkcie i są na utrzymaniu suwerena, zwłaszcza że rozchodzą się alarmujące wieści, że Polacy żyją coraz dłużej kosztem nowych narodowych dzieci. Więc lepiej o sobie nie przypominać i w karnawał te okna zamykać po cichu.

Najlepsze książki mojego życia [RANKING]

 

1. “Z głowy”, Janusz Głowacki

Album “Tata Kazika” Kultu, który wpadł mi w uszy na pierwszym roku studiów, zmącił mój romantyczny obraz Polaka, który jak kocha, to Polskę, jak walczy, to o ojczyznę, a jak pije, to mleko. Ostatecznie zamazała go ni to powieść, ni to autobiografia “Z głowy” Janusza Głowackiego. Książka ostatecznie, a przynajmniej do dziś, ukształtowała moje upodobania estetyczne. Niektórzy przestali się do mnie odzywać. Inni uznali tylko za wariata.

 

Profesorowie dawali temat i trzeba było coś bez dialogu zainscenizować. Ja dostałem hasło “szach królowi”, więc posadziłem faceta w kornie, a naprzeciwko dziewczynę bez majtek z rozłożonymi nogami. Mnie się to wydawało logiczne i biegło w kierunku moich zainteresowań. Ale okazało się, że prawidłowa odpowiedź to Kordian wchodzący do sypialni cara, i profesorowie się obrazili. Zresztą jestem pewien, że i tak ukończyłbym Szkołę Teatralną z wyróżnieniem, a polskie sceny by się wzbogaciły o jeszcze jednego niezdolnego aktora, gdyby znów nie dopadły mnie wątpliwości.

 

2.  Bezlitosna łaska, M. Scott Peck

Nie da ci ojciec, nie da ci matka, tego, co da ci własna… Nie, tym razem nie sąsiadka, ale książka „Bezlitosna łaska”. Lektura obowiązkowa dla wszystkich z depresją, niedojrzałością, z pretensjami do wszystkich wokół lub do siebie. Ewentualnie tylko dla tych na wirażu życia, którzy ocierają się o brak pracy, opędzają od komorników, wylewają łzy, potykają o butelki i doświadczają innych atrakcji. „Bezlitosna łaska” (cóż za niefortunny tytuł) prostuje ścieżki.

3. Antygona w Nowym Jorku, Janusz Głowacki

Czym nasze życie, ludzi, którzy budzą się pod ciepłą kołdrą przy grzejącym grzejniku i włączają „Pytanie na śniadanie”, różni się od losu bezdomnych z „Antygony w Nowym Jorku”? Tylko tym, że my śpimy w czystej pościeli i patrzymy spokojnie na Tomasza Kammela uśmiechającego się z telewizora. Tamci, gogolowscy „byli ludzie”, w sytuacji „gdy nie ma butów ani zębów, nie można nigdzie pójść”, też tworzą swój świat utkany z marzeń, realnych doświadczeń, wspomnień, gazetowej wiedzy i obiegowych frazesów.
Większość bezdomnych, głosi wyświechtana mądrość, swój los zawdzięcza alkoholizmowi, błędom w życiu osobistym, porażkom w biznesie. Często tak jest, ale nie zawsze. W perypetiach Pchełki, Saszy i Anity możemy przejrzeć się w lustrze własnych marzeń o podróży do Kenii, dużym domu z wielkim ogrodem i żeby sąsiad to jednak miał gorzej niż my. A jeśli sąsiad akurat wozi się nowym modelem Kia, to niech będą przynajmniej ci bezdomni.

„Według ostatnich danych liczba homelesów w Nowym Jorku zwiększa się. I w końcu tego roku na każdych trzystu nowojorczyków przypadać będzie jeden bezdomny. To by znaczyło, że dzisiaj w teatrze jest co najmniej jedna osoba, która niedługo znajdzie się na ulicy. I ta osoba dobrze wie, o kim mówię” 

– zwraca się w ostatnie mowie do widzów sierżant McMurphy, pełniący w „Antygonie..” rolę greckiego chóru, komentatora.

4. “Moulin Rouge”,  Pierre La Mure

To dziecko rysuje wszędzie i wszystko. Konie na wyścigach. Matkę. Ludzi wokół. Zapowiada się dobrze. Ulega jednak wypadkowi, po którym okazuje się, że chłopiec ma wadę genetyczną i przestaje rosnąć. Matka go kocha, ale nie rozumie. Ojciec poszedł dalej. Nie kocha, nie rozumie, nie akceptuje. Chłopiec ma szczęście, bo pochodzi z bogatego domu, więc matka zapewnia mu wykształcenie plastyczne, mieszkanie.
Po ukończeniu studiów mężczyzna idzie własną artystyczną drogą. Przy okazji rozpaczliwie poszukuje bezwarunkowej miłości w ramionach i łóżkach prostytutek, aktorek. Nie znajdując jej, rozpija się. Po drodze zdobywa międzynarodową sławę. Kto? Henryk de Toulouse-Lautrec.
“Moulin Rouge” Pierre’a la Mure to świetnie napisana, genialnie przetłumaczona przez Jadwigę Dmochowską, fabularyzowana biografia francuskiego artysty. W Polsce chyba niedoceniana pozycja. Lektura obowiązkowa!
W salonie przy rue des Moulins

5. Ciąg dalszy nastąpi wkrótce…

 

A jaka jest Wasza ulubiona książka?
Napiszcie w komentarzu.
Szukam literatury, która opisze to, co dobrze wiem, ale w sposób, który powali na kolana, rozśmieszy, wyciśnie łzy.

“Zimna wojna” – taniec manekinów [RECENZJA]

W “Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego zgadza się prawie wszystko: minimalistyczne dialogi, muzyka, montaż, gra aktorska. Tylko jeden element nie pasuje, który przeszkadza uznać ten film za wybitny.

Nie będę streszczał fabuły wymyślonej przez Pawła Pawlikowskiego we współpracy z Januszem Głowackim. Dość powiedzieć, że opowiada ona historię miłości, ale – raz z powodu akcji trwającej kilkanaście lat, dwa – z zabiegu artystycznego, jedynie oświetla wybrane etapy życia głównych bohaterów Zuli (Joanna Kulig), Wiktora (Tomasz Kot), Lecha (Borys Szyc). Podglądanie ich życia przez chwilę, jakby Pawlikowski robił im zdjęcia (o tym niżej), sprawia, że rysunek postaci staje się dwuwymiarowy, brakuje mu głębi ostrości. Uczestnicy dramatu tkwią w wiecznym napięciu, nigdy nie gasnącej namiętności, werterowskich rozterkach, zaś Lech – chęci robienia kariery bez względu na okoliczności.

Zula i Wiktor nie rozmawiają. Dialogi w filmie podsumowują pewien kilkuminutowy fragment filmu pod postacią krwistych i ciętych ripost. Szło to jakoś tak:
– Michel zerżnął mnie sześć razy, nie to co polski artysta na emigracji.
Wiktor uderza Zulę w twarz. Ta, podnosząc się z ziemi, bez złości i żalu, ale z wyuzdanym zadowoleniem odpowiada:
– To ja rozumiem.

Kochający się na zabój Zula i Wiktor zastygają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec, teatr. Jedno z najlepszych ujęć w całym filmie pokazuje parę rozmawiającą w pociągowej toalecie. Rozentuzjazmowany Wiktor zdradza Zuli plan ucieczki do zachodniej części Berlina, ale wyraz twarzy kobiety studzi emocje kochanka: “Nie twórz mi tu zamków na piasku, i tak nie ucieknę”. Wiktor tego chłodu nie dostrzega. “Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam” – jak śpiewał Kazik.
W życiu ludzi silne emocje, takie dominują w “Zimnej wojnie”, albo potrzebują ciągłego paliwa, albo znajdują ujście w depresji, alkoholu lub samodyscyplinie, która pozwala je wyciszyć. W filmie nikt się nie zapija, nie umiera jako gogolowski “były człowiek”, Zula nie wyjeżdża na placówkę do “drugiego obszaru płatniczego”. Pawlikowski poszedł najkrótszą drogą, przez co zakończenie mnie rozczarowało.

Brak trójwymiarowości, pełnego rysu miłości Zuli i Wiktora, ratuje czarno-biała, mocno kontrastowa tonacja filmu, która sprawia, że widzowie skupiają się na grze aktorskiej, mistrzowskiej w wykonaniu Kota i Kulig. Trudno wskazać, kto w tym duecie był lepszy. Remis ze wskazaniem  na Kulig, która z racji roli ekspresyjnej, bezpośredniej, momentami wulgarnej roli femme fatale siłą rzeczy wypadła bardziej wyraziście.
Dyrygent Pawlikowski na tyle pozwala operatorowi zajmować się planem i tłem, na ile jest to niezbędne do pokazania zmiany miejsca akcji lub pokazania nowego: pałac, pociąg, mroczny i zimny Berlin, nostalgiczny Paryż, polski pekaes, baby w chustach, jaja w koszach. Czarno-biała taśma działa jak soczewka, nie rozprasza uwagi widza.

Zdjęcia Łukasza Żala tworzą osobne dzieło sztuki. Z wielu ujęć spokojnie można wyłowić stopklatki i wybrać zdjęcia, które przyciągnęłyby widownię najlepszych galerii fotograficznych.

Niski ukłon, moja dłoń szoruje po żerańskim bruku, kieruję w stronę Pawła Pawlikowskiego za popularyzację muzyki ludowej. Jestem pewien, że płyty z utworami “Mazowsza” znikają z antykwariatów. “Dwa serduszka, cztery oczy, oj oj oj”.

“Zimna wojna” opowiada o miłości, za którą mało kto ma odwagę, a przynajmniej chęć, podążyć. Bez względu na cenę. Szacunek dla odważnych! W filmie odnajdą się zarówno spełniający marzenia, jak i rdzewiejący na bocznicy życia. Jedni i drudzy, do kina!

“Zimna wojna”, 2018, reż. Paweł Pawlikowski

 

Dżanus [RECENZJA]

Elżbieta Baniewicz zakochała się namiętnością nastolatki w pisarstwie Janusza Głowackiego. Przez ponad trzysta stron krytyk teatralna twórczość dramaturga i felietonisty na tyle przenikliwie analizuje, że nie można znaleźć choćby sceptycznego słowa.

Autorka oprowadza nas po życiu Głowackiego, jakbyśmy byli w muzeum. Zaczynamy od małych sal poświęconych dzieciństwu i młodości, kierując się do większych, w których zapoznajemy się z czasami studenckimi, pracą w „Kulturze”,  felietonistyką oraz jakże słuszną wymową utworów Głowackiego.

Jak na muzeum z zakurzonymi eksponatami przystało, pełno w nim zdjęć, opisów, spod których nie widać Głowackiego człowieka – syna, birbanta, studenta, bywalca nocnych klubów. Baniewicz, na spotkaniu autorskim, lojalnie uprzedzała, że w książce nie ma co szukać tajemnic alkowy Głowackiego, że książka o pisarstwie jedynie traktuje; jednak płaskie, dwuwymiarowe przedstawienie autora „Kopciucha” niby daje uczucie sytości, a czytelnika  pozostawia głodnym, jak zjedzenie Big Maca.

Przejście do kluczowych ekspozycji o pisanym w Polsce „Kopciuchu”, nowojorskich czasach pisarza z newralgicznymi sztukami „Antygona w Nowym Jorku” oraz „Czwarta siostra” niczego w odbiorze wystawy nie zmienia. Zapoznajemy się ze streszczeniem dramatów, interpretacją Elżbiety Baniewicz, zdjęciami z prób i inscenizacji, plakatami. Autorka „Dżanusa” skrupulatnie wyłuskała recenzje. Za dobre wynagradza, za złe karze:

Zaczął sztuką powstałą w kraju, gdzie przyjęto ją dość chłodno, i tylko jeden Kisiel zauważył, że „Kopciuch” to „polski „Lot nad kukułczym gniazdem”.

Ironią potrafią bawić się naprawdę tylko arystokraci ducha i myśli – zauważa w formie aforyzmu Baniewicz, powściągliwością Głowackiego wobec świata i ludzi się zachwycając. Problem w tym, że ona sama bezpiecznej odległości do swoich krytyk nie trzyma. Rezerwy do własnych ocen i poglądów czytelnik nie uświadczy, jest albo ocierająca się o poniżanie zapalczywość sądów, albo bałwochwalczy zachwyt. Oto dowody na potwierdzenie tych ożywczych tez:

Przy pomocy ironii porozumiewają się inteligenci obdarzeni umiejętnością  abstrakcyjnego myślenia, gdy trafią na podobnie usposobionego partnera dialogu, bez właściwego odbiorcy ironia nie działa. 

Głowacki postanowił podjąć ryzyko walki o swoją wybitność.

Nasi krytycy pozostali nieprzemakalni na ironię, humor i przesłanie autora…

Głowacki zdobył pozycję cenionego dramaturga. Twórcy, którego warto słuchać, ponieważ ma nie tylko coś ważnego do powiedzenia, ale mówi to w sposób zaskakujący, artystycznie wyrafinowany.

Polskich krytyków Baniewicz chłoszcze niemiłosiernie. Nie odczytują podskórnych sensów, nie czują drugiego dna, nie wychwytują niuansów. Partactwo i prostactwo. Kołtun wychodzi z głowy.  Za to na Zachodzie umieją, rozumieją, doceniają. Czyżbym do spółki z Baniewicz tworzył oazę arystokratów słowa?

Stąd w utworach pisarza nie ma w zasadzie psychologii, wiwisekcji charakterów i przeżyć, człowiek oglądany jest behawiorystycznie, opisuje go to, co mówi i jak się zachowuje. Ironiczny dystans sprawia, że śmiech staje się maską tragedii. Ten właśnie sposób widzenia człowieka – bezwzględny, a jednocześnie liryczny, czuły, choć uwolniony od patosu oraz wszelkiej deklaratywności – sprawdza się pod każdą szerokością geograficzną.

Szkoda, że własnych słów autorka nie odnosi do siebie. Książka jest napisana giętkim językiem, droga Głowackiego udokumentowana, sztuki teatralne w chronologicznym, muzealnym porządku ułożone. Tylko wszelka deklaratywność ściele się gęsto.

Daję czwórkę. Sześć za znakomitą kwerendę, dwa za zachwyty godne gimnazjalistki.