“Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska [RECENZJA]

Do napisania recenzji książki dowolnej, a teraz mam na myśli “Osiecką Nikomu nie żal pięknych kobiet” Zofii Turowskiej, potrzeba przynajmniej dwóch tygodni od jej przeczytania. Musi tyle czasu upłynąć, żeby nie dać się zwieść gorącym emocjom, że w PRL-u co prawda stało się w kolejkach, ale najwyżej z ryzykiem powrotu do domu bez parówek lub papieru toaletowego.

Maryla Rodowicz śpiewała o koszulach schnących na sznurze, tworzył Seweryn Krajewski, a na Opole tata dostał wejściówki, bo zakład pracy organizował dla zasłużonych pracowników. 150 normy na 22 lipca.


“Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet” stwarza wrażenie, że świat się skończył wraz Bolkiem i Lolkiem i proszkiem do prania “E”. Spokojnie, propagandowo ten świat wrócił. Musi się wiele zmienić, by nic się nie zmieniło.

Agnieszka Osiecka? Wielką poetką była, więc jej osobowość, postać, poezję wypada kuć tylko ze złota, ewentualnie z mosiądzu lub spiżu. Fundacja Okularnicy założona przez córkę poetki, Agatę Passent, zadba, by sukcesy Osieckiej wyeksponować (zasłużenie), porażki zamienić w potknięcia (sztuki teatralne), trudne lub nieudane związki zamieść pod dywan.
Szczególnie ten, dla którego Agnieszka Osiecka rzuciła Daniela Passenta. Ciut za dużo w “Nikomu nie żal…” nagromadziło się przemilczeń, bohaterowie stoją w cieniu. Jak zwykle. Jeśli komuś warto postawić pomnik, to Danielowi Passentowi. Agnieszka mogła na niego liczyć w każdą niepogodę.

Co jeszcze zapamiętałem lub tylko tak mi się wydaje?


Zwykłych dziewczyn, które zmieniają facetów jak rękawiczki, nie stać na podróże za ocean, lub choćby do Paryża. Mają najwyżej drobne na PKS do Kocka. Zwykłe dziewczyny nasłuchałyby się od mam, ciotek, kuzynek: “Ustatkuj się, zostaniesz sama. Szklanki herbaty nikt ci na starość nie poda”. Tylko która zwykła dwudziestolatka, najładniejsza w klasie, a przynajmniej czwarta, myśli o herbacie z sokiem malinowym?
Agnieszka Osiecka pewnie też by się nasłuchała, ale świeciła niezwykłością i o herbacie nie śniła. Chyba.
Z każdym blisko i daleko zarazem. Poetyczna, efemeryczna bliskość i rzeczywista obcość dotyczyła mężczyzn, przyjaciół, kompozytorów i wykonawców.
Zwykłe dziewczyny, co pędzą przez życie wiadomo dokąd, ale nie wiadomo po co, miałby uszy pełne utyskiwań i żalów: “Po co ty tam jedziesz, zwariowałaś, odbiło ci, siedź na dupie i znajdź pracę”.
Agnieszkę Osiecką Pan Talent zwolnił z przyziemności, L4 wystawił Pan Bóg lub inna okoliczność. Dopasujcie według własnych przekonań.

Kto napisał “W szeregu”, “Wielką Wodę”, “Szpetnych, czterdziestoletnich” nic nie musi, tylko może.
Niektórym wydawało się, że usidlą Osiecką, usadzą, zamienią w kurę domową, panią domu, wierną powierniczkę i piastunkę. Agnieszka dała się złapać w sieci temu, który wcale nie zamierzał łowić albo tylko stwarzał pozory niechęci, obojętności, lekceważenia. Po potknięciach, porażkach, wirażach wracała do mamy. Normalnej dziewczynie powiedzielibyśmy, że jest rozkapryszonym bachorem, o Osieckiej – że chowała w sobie wieczną dziewczynę.

Czy te skromne wnioski płyną z akapitów “Nikomu nie żal…”? A gdzie tam! Tak radykalnych tez Zofia Turowska nie stawia. Niestety. Sam sobie je wysnułem.
Próbowałem, nie znając jej, zrozumieć Osiecką jako człowieka, żonę, partnerkę, artystkę. Piszę pokornie o próbie, bo mam pełną świadomość, że ktoś, kto nie umie pisać jak Osiecka, nie umie poetki ująć w słowa.

Przy okazji niektórzy mogą się poczuć zawiedzeni, że “Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet” jest reedycją “Agnieszki Pejzaże z Agnieszką Osiecką”. Sądziłem, że mam do czynienia z zupełnie nową książką Turowskiej o Osieckiej, świeżą treścią, czystym spojrzeniem.
Moda na Osiecką wróciła wraz z serialem TVP i pojawiła się sposobność wznowienia książki. Ale czy trzeba było uciekać się do taniego chwytu? Zapytałem o to w wydawnictwie “Marginesy”, które wypuściło “Nikomu nie żal…” na rynek. Na odpowiedź czekam.

Daję 3+ na 6.

“Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska, Marginesy, Warszawa 2021

Najlepsze filmy obejrzane w 2021 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Baza ludzi umarłych, reż. Czesław Petelski

Stefan Zabawa trafia tuż po II wojnie światowej do bazy transportowej na bieszczadzki wygwizdów. Byli partyzanci, przestępcy, wyrzutki społeczne, by uniknąć więzienia, pracują tam przy transporcie drewna Wożą tony trupami aut, więc i trup ludzki ściele się gęsto. Buntują się, chcą opuścić bieszczadzką głuszę. Zabawa ma ich zatrzymać.
Scenografia bardziej teatralna niż filmowa, błyskotliwe dialogi Marka Hłaski, oszczędna, ale wyrazista gra Leona Niemczyka, Zygmunta Kęstowicza, Emila Karewicza, Teresy Iżewskiej tworzą klimat i jakość filmu. Bieszczady hartują, łamią, zmieniają.

Leon Niemczyk, Emil Karewicz, Aleksander Fogiel
Zygmunt Kęstowicz i Emil Karewicz, na organach Roman Kłosowski

– Dobry mechanik, to go tu przysłali. Niektórzy mówią, że to przez nią.
– Przez nią?
– Puściła się podobno z jakimś tam urzędasem. Chciała z nim kombinować na boku. Masz pojęcie, jaki szum powstał. Żona ważniaka i takie rzeczy. Ustrój się może od tego zawalić. Co chcesz? Dziewczyna za Niemca nauczyła się wszystkiego.

Baza ludzi umarłych

Teresa Iżewska i Zygmunt Kęstowicz w “Bazie ludzi umarłych”

Wanda jako na dobrą żonę przystało chwyta się każdego mężczyzny, poza mężem, by uciec z dziczy. Odmawia też “Warszawiakowi” z powodu jego wyglądu. Los bywa jednak okrutny i przewrotny. Okrucieństwo i perfidia losu nie spotkały finału filmu. Ten kończy się braterstwem ludzi pracy w duchu wzajemnego zrozumienia, co Marka Hłaskę zdjęło pesymizmem. Zażądał wycofania nazwiska z filmu. Słusznie?

Gdyby nie jedynie słuszne przesłanie moralne, byłby to film bardzo dobry. “Bal na gnojnej” wygrywany na organach podczas pogrzebu “Apostoła” – majstersztyk.

“Baza ludzi umarłych” opowiada o ludzkich pragnieniach wyższego rzędu: żeby wreszcie chodzić po chodniku, leciała ciepła woda w kranie i stać mnie było na garnitur z krawatem. A przynajmniej na ładną dziewczynę.

Daję cztery plus w sześciostopniowej skali. Tyle samo, co “Królowi”, ale jednak miejsce wyżej ze względu na świetne dialogi. Trochę teatralne, trochę każdy brzmi jak cytat z książki, ale czuć talent Hłaski.


2. Polowanie, reż. Thomas Vinterberg

Mads Mikkelsen gra w “Polowaniu”, jakby nie grał, więc gra rewelacyjnie. Lucas, trochę zagubiony facet po rozwodzie, wychowawca w przedszkolu, tata nastolatka, kompan w męskich rozrywkach i w polowaniach, zostaje oskarżony o molestowanie podopiecznej. Przy okazji córki najlepszego przyjaciela.

Los Lucasa odmienia się jak za dotknięciem różdżki czarownicy. Odwracają się od niego dyrektorka przedszkola, przyjaciel, kumple. Nawet kierownik i obsługa zaprzyjaźnionego sklepu reagują agresją na jego wizytę w sklepie.

Thomas Vinterberg mierzy się z dwoma mitami. Pierwszy brzmi: dzieci nie kłamią. Fraza ta często powtarza się w filmie. Potoczna obserwacja przeczy temu powszechnemu poglądowi. Drugi mit już prawdziwy: bliźni mogą obrzucić cię błotem, które przylgnie już na zawsze. Nie istnieje sposób, by brud z siebie zmyć.

Reżyser wykorzystuje tradycyjne motywy hipokryzji i małomiasteczkowego, bo tam dzieje się akcja, kołtuństwa. Rzeczywiste przestępstwa, wina lub niewinność pozostają w cieniu samosądu sąsiadów, których nie interesują dochodzenia policji i wyrok sądu. Ważne, by spotkać się w spokoju ducha na niedzielnej mszy i przekazać sobie znak pokoju.

Jesteśmy lepsi i w dobrym nastroju, gdy innych możemy znieważyć, poniżyć, obgadać. Coachingowe przesłanie “Polowania” jest bardzo czytelne.

Daję pięć w sześciostopniowej skali. Oczko niżej niż “Baza ludzi umarłych”, ponieważ nie mogę się oprzeć magii hłaskowych dialogów z “Bazy”, choć sam film nieco słabszy niż “Polowanie”.

3. Król, reż. Jan P. Matuszyński

Nigdy nie wierzyłem w mit wspaniałego polskiego dwudziestolecia międzywojennego, ani obrazu pięknej, obsadzonej pałacami magnatów i przemysłowców Warszawy. Przed wojną wystarczyło pół godziny spaceru z pełnego ukłonów Krakowskiego Przedmieścia na Tłomackie, Miłą i Żelazną, by poczuć krew, cebulę, czosnek. Z drugiej strony Wisły, z Pragi, niósł się odór zwierzęcych odchodów z zoo.

Serial “Król” Jana P. Matuszyńskiego czerpie z klimatów “Sztukmistrza z Lublina”, “Kariery Nikodema Dyzmy”, “Śmierci frajerom”. Oprowadza po Warszawie zadymionych spelun, eleganckich burdeli, bazarów, którymi trzęsie polityk i herszt przestępczej bandy Kum Kaplica (świetny Arkadiusz Jakubik) z egzekutorem Janem Szapiro (równie świetny Michał Żurawski), psychopatycznym Doktorkiem (nieco przerysowany i jednostronny Borys Szyc).

I gdyby tylko o bijatykach i haraczach była mowa, byłby to kolejny film typu „bum bum – zabili go i uciekł”, ale Matuszyński ze Szczepanem Twardochem (współscenarzysta i autor powieści, na podstawie której powstał film) pokazują po szekspirowsku, że o ile dobro w czystej postaci czasem występuje i się mnoży powoli, albo ginie od strzału z rewolweru, o tyle zło pleni się jak pleśń. Przestępcy mają kontakty z ministrami i premierami, elity – karmią się antysemityzmem i seksualnymi aberracjami, Żydzi – marzeniami o raju w Palestynie, a przynajmniej, żeby zgnoić goja. Optymistyczne przesłanie filmu pozostaje jasne i zrozumiałe: na końcu wygrywa zło.

W filmowym “Królu” wszystko się klei. Scenografia, zdjęcia, dialogi. Nie ma zbędnych słów, wypełniaczy w rodzaju zbyt długiej muzyki lub pejzaży Mazowsza. Aż chce się odwiedzić Kercelak.

Daję cztery plus w sześciostopniowej skali.

Serial “Żywioł Saszy” [RECENZJA]

Otwierasz lodówkę, a tam Magdalena Boczarska. Gra w popularnych i kasowych produkcjach ostatnich lat. Ostatnio widziałem w “Żywiole Saszy – Ogień”.

Fot. Żywioł Saszy na FB


Pani Magda wciela się tam w Saszę Załuską, policyjną profilerkę. Zaczyna się słabo.
Wprowadza się z córką do mieszkania w Sopocie, które wygląda jak scenografia filmowa. Scenografia gra scenografię.
Za chwilę wyprowadza się już bez córki do Łodzi, by pomóc tamtejszej policji rozwikłać zagadkę podpaleń w mieście. Kilka słabości wyłazi na wierzch.
– Wykształcona pani psycholog z doświadczeniem w Scotland Yardzie, as profilerów, dedukuje na poziomie późnego liceum. Na przykład: znajdź na zdjęciach z miejsc podpaleń kilka łączących je punktów wspólnych wskazujących na sprawcę.
– Rozmowy z taksówkarzami tak szeleszczą papierem, że bardziej się nie da. Najtrudniej ułożyć najprostsze dialogi.
– Do rozwikłania zagadek Sasza nie potrzebuje wtopić się łódzki tłum i odrapane kamienice. Fascynującą Łódź widzimy jak Warszawę w “M jak miłość”. Widok na Pałac Kultury i starówkę z plaży na Pradze Północ lub z mostu Świętokrzyskiego.

Magda Boczarska nie ratuje talentem swojej słabo wymyślonej i napisanej roli. Zapowiadają się dobrze Andrzej Konopka i Arkadiusz Jakubik, ale widzą w co się gra lub nie – i gasną. Którędy do kasy?

Boczarska zagrała w stylu znanym z serialu “Zbrodnia”. Dużo uśmiechu, rzucania dużymi oczyma na lewo i prawo. – Bratanku, jak ty wyrosłeś. Ciocia Magda pozdrawia z drugiego krańca stołu.

Jak to z rodziną przy stole. Raczej nic nas mocno nie zaskoczy, ale nudy też nie będzie.

Daję 3+ w sześciostopniowej skali.

“Żywioł Saszy – Ogień”, serial TVN, 2020, reż. Kristoffer Rus

Ona jest za

Aniu
To był ten?
Tak to szło?
Ona jest
za mądra
za sprytna
za ładna
zaczytana

ma
za kurewsko zielone oczy
czemu takie zgrabne nogi
a jeśli
do tego ma
zgrabny tyłek
ponętne piersi
i
nie opuści mnie
aż do samej eutanazji
lub śmierci w mękach
to już
w ogóle się
nie nadaje.

Ja.

Tekst:
Jarek Pałyska

Najlepsze obrazy mojego życia [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Kobieta leżąca na plecach, znużenie, Henri de Toulouse-Lautrec, 1896, Muzeum Orsay, Paryż

Jestem metodą na głoda moich dzieci
Jestem rachunkiem za prąd
Jestem ratą do banku

Mogę lodowcem sięgać chmur
Mogę Niagarą spadać w dół
Mogę jak Etna zbudzić się
Więc nie złość mnie

Jestem nogami
Piersiami
Wnętrzem
bez Duszy

Jestem kobietą
Wodą ogniem burzą perłą na dnie
Wolna jak rzeka
Nigdy nigdy nigdy nigdy nie nie poddam się

Noszy rajstopy Adrian
Nie doświadczam przemocy
Nikt mnie nie bije

Jestem perłą na dnie
Jestem prześcieradłem
Jestem kobietą

Nigdy nie poddam się*

On czeka w domu z kolacją

Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

 

 

2. Ćma, reż. Tomasz Zygadło

Czy Roman Wilhelmi wznosi ten film na wyżyny sztuki? Czy może scenariusz i reżyseria Tomasza Zygadły wydobywa z aktora wszystko, co najlepsze? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że w dramacie obyczajowym, psychologicznym “Ćma” Najlepszy Polski Aktor (dotąd nie zdetronizowany) w roli Jana, spikera radiowego prowadzącego nocną audycję – rozmowy z widzami o ich problemach, odgrywa chyba większość ludzkich emocji w sposób nie do podrobienia. Wersja made in China nie występuje.

Janowi zazdroszczę żony (ładna i opiekuńcza), współczuję wyboru kochanki (symptomatyczne: “co on w niej widział”), załamuję ręce nad relacjami z synem, podziwiam umiejętność zarówno empatii i asertywności podczas trudnych rozmów ze słuchaczami. Jednocześnie jednak charakter pracy Jana, umiejętność pomagania ludziom, zdejmuje z niego odpowiedzialność za swoje życie i relacje z bliskimi.  Własny los zaczyna wymykać mu się z rąk. Jan popada w konflikty w domu, w pracy, cierpi na niezrozumienie.

Film w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami pewnie został zrobiony za niewielkie pieniądze, ale pod względem dialogów, zdjęć, montażu bije na głowę wiele współczesnych dzieł i szmir.

Stawiam piątkę, zaś samemu Wilhelmiemu – szóstkę. Bo wyżej się nie da.

 

 

3. Django, reż. Quentin Tarantino

Quentin Tarantino od pierwszych kadrów łamie konwencje i miesza gatunki filmowe. Niemiecki dentysta King Schultz (Christoph Waltz) zaprzyjaźnia się tuż przed wybuchem wojny Północy z Południem z niewolnikiem, nie trzeba mówić czarnoskórym, Django. Pokonują razem setki kilometrów, by z rąk narcystycznego, dandysowatego, psychopatycznego plantatora Calvin Candie (Leonardo DiCaprio) odbić żonę Django. W groteskowej, absurdalnej formie Tarantino przemyca ważne przesłanie antyrasistowskie.

Christoph Waltz odgrywa jedną z lepszych swoich ról.. “Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc” – mówi Schultz do Django. I jest to najprawdziwsze i najzabawniejsze zdanie filmu.

 

 

 

4. Green Book, reż. Peter Farrelly

Co zrobić, żeby ograniczyć na świecie rasizm, antysemityzm, a przynajmniej, co jest zupełnie niemożliwe, niechęć między kibicami Legii Warszawa i Wisły Kraków lub – co już podchodzi pod fantasy – Polak przestał pałać darmową nienawiścią do sąsiada? Wystarczy antagonistów wsadzić do jednego samochodu i kazać przejechać pół Polski.

Taką receptę przepisał Peter Farrelly w filmie “Green Book”. Rubaszny, nieokrzesany biały Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) zostaje szoferem i ochroniarzem w podróży przez południowe stany USA genialnego, czarnego muzyka Dona Shirleya (Mahershala Ali). Mężczyźni pokonują nie tylko setki mil, ale także własne uprzedzenia, zakorzenione stereotypy. Podróż jest przy okazji drogą do poznania nie tylko siebie nawzajem, ale również – wejrzenia w głąb siebie samego. Film napędzają świetne role, zabawno-dramatyczne sytuacje, dialogi – humorystyczne, wartkie, chwilami głębokie i ciepłe. Jak piecyk u mamy.

Film drogi toczy się przewidywalną drogą i zmierza do oczywistego finału, nie nudząc – rozczula.

Podczas seansu czujemy, że wszyscy ludzie są braćmi. Potem wychodzimy z kina i przeglądając Facebooka słyszymy panią Szydło. Utwierdzamy się w przekonaniu.

Żyjemy w epoce, gdy nie tylko wypada, ale trzeba kochać wszelkie stworzenie. Czekam na film, w którym brytyjską królową Wiktorię zagra czarnoskóra aktorka. Strach się bać czasów, gdy wahadło politycznej poprawności (choćby najbardziej słusznej) odbije w drugą stronę.

 

 

 

5. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

 

6. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

 

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

 

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

 

7. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

 

8. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

 

“Ślepnąc od świateł” [RECENZJA KSIĄŻKI]

Gromkimi brawami powitajmy na scenie Jakuba Żulczyka, odkrywającego przed państwem Amerykę, świat ze skrzyżowania Mazowieckiej ze Świętokrzyską, apartamentów na Saskiej Kępie, kipiących niedyskretnym bogactwem willi w Wilanowie. Oto autor powieści “Ślepnąc od świateł”. Żulczyk się kłania, przyjmuje uściski, poklepywania i dyplomy. I gdy już odbierze nagrody, autograf złoży na stronie tytułowej egzemplarza kupionego w promocyjnej cenie, jedziemy metrem do domu i między Wierzbnem a Młocinami zagłębiamy się w lekturę. Nie bardzo jest w co się zagłębić.

Jacek, diler kokainy z Warszawy oprowadza nas po świecie swoich przemyśleń oraz szlaku handlowym. Jeśli chodzi o pierwsze, przepraszam, że się wymądrzam, na cale 520 stron powieści znalazłem zaledwie trzy cytaty godne wynotowania, przekazania bliźnim, choćby jako rekomendację do przeczytania tej książki.

Obchód po rejonie handlowym Jacka ma być trochę pretekstem do pokazania nocnego życia warszawiaków, a bardziej – do zajrzenia za kulisy przestępczego świata.
Pierwszy powód, jeśli oczywiście taki był, kończy się już na starcie, ponieważ na kartach książki nie znajdziemy nadziei, leków i zgryzot nauczycielek, hydraulików, sprzedawczyń z “Fresh marketu”, które nie mają jak wrócić do domu po 23 i że nikogo to nie obchodzi. Ostatni autobus odszedł piętnaście minut temu, cholewka znów się oderwała od buta z CCC. Chrześniak ma za tydzień urodziny, a Ewelina sama za pokój musi zapłacić, bo współlokatorka się wyprowadziła bez słowa. I pi.. telefonów nie odbiera.
Więcej o Polakach dowiedziałem się z ‘Alternatywy 4″ Stanisława Barei.

To może warszawska gangsterka mnie czymś zaskoczy. Niespecjalnie. Piotr, szef Jacka, akurat handluje kokainą, ale równie dobrze mógłby mieć hurtownię budowlaną lub sprowadzać auta z Niemiec. Trochę choleryk, trochę niby czuje się lepszy od innych, ale to pozornie, on po prostu świata innego nie zna poza swoim, więc oczywiście dziewczęta w Sopocie – tak, ale żadnych tam wycieczek niepoprawnych politycznie, że pedały, brudasy i lewaki.
Takich kolesi spotkasz, jak budujesz dom. I też dajesz sobie z nimi radę. Albo nie. Ale co w tym nowego? “Ślepnąc od świateł” odkrywa też, że nie wszystkie dziewczyny pracują w “Żabkach”. Niektóre radzą sobie znacznie lepiej i nie mieszkają ze współlokatorkami. Mają mężów biznesmenów i parkują suvy na podjeździe z kostki brukowej. Czym ich życie różni się od dziewczyn ze sklepów spożywczych? Poza kasą, rzecz jasna.

To może psychopatyczny Dario przeraża mnie czymś niemożebnie, że po nocach się pocę. Bardziej boję się wizyty u proktologa.

Kierujemy się do podsumowań. “Ślepnąc od świateł” to znakomita lektura dla wszelkich ludków z mieszkań na kredyt za pół miliona. Ostatnim szaleństwem, jakiego dokonali, jest upicie się w Turcji na all inclusive. Podpalenie dużego śmietnika z workami po weekendzie ciągle przed nimi, ale można wcielić się na chwilę we Franza Maurera czy kogoś tam, czytając “Ślepnąc od świateł”.

Przypomniał mi się żart. Siedzą dwa szczury na wysypisku śmieci.
– Dobra ta książka.
– Tak, ale film był lepszy.

O szczurzym smaku przeczytaj tutaj.

Daję trzy plus  w sześciostopniowej skali.

„Ślepnąc od świateł”, Jakub Żulczyk, Świat Książki, Kraków 2018

(ilustracją recenzji jest okładka wcześniejszego wydania powieści)

“Zimna wojna” – taniec manekinów [RECENZJA]

W “Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego zgadza się prawie wszystko: minimalistyczne dialogi, muzyka, montaż, gra aktorska. Tylko jeden element nie pasuje, który przeszkadza uznać ten film za wybitny.

Nie będę streszczał fabuły wymyślonej przez Pawła Pawlikowskiego we współpracy z Januszem Głowackim. Dość powiedzieć, że opowiada ona historię miłości, ale – raz z powodu akcji trwającej kilkanaście lat, dwa – z zabiegu artystycznego, jedynie oświetla wybrane etapy życia głównych bohaterów Zuli (Joanna Kulig), Wiktora (Tomasz Kot), Lecha (Borys Szyc). Podglądanie ich życia przez chwilę, jakby Pawlikowski robił im zdjęcia (o tym niżej), sprawia, że rysunek postaci staje się dwuwymiarowy, brakuje mu głębi ostrości. Uczestnicy dramatu tkwią w wiecznym napięciu, nigdy nie gasnącej namiętności, werterowskich rozterkach, zaś Lech – chęci robienia kariery bez względu na okoliczności.

Zula i Wiktor nie rozmawiają. Dialogi w filmie podsumowują pewien kilkuminutowy fragment filmu pod postacią krwistych i ciętych ripost. Szło to jakoś tak:
– Michel zerżnął mnie sześć razy, nie to co polski artysta na emigracji.
Wiktor uderza Zulę w twarz. Ta, podnosząc się z ziemi, bez złości i żalu, ale z wyuzdanym zadowoleniem odpowiada:
– To ja rozumiem.

Kochający się na zabój Zula i Wiktor zastygają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec, teatr. Jedno z najlepszych ujęć w całym filmie pokazuje parę rozmawiającą w pociągowej toalecie. Rozentuzjazmowany Wiktor zdradza Zuli plan ucieczki do zachodniej części Berlina, ale wyraz twarzy kobiety studzi emocje kochanka: “Nie twórz mi tu zamków na piasku, i tak nie ucieknę”. Wiktor tego chłodu nie dostrzega. “Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam” – jak śpiewał Kazik.
W życiu ludzi silne emocje, takie dominują w “Zimnej wojnie”, albo potrzebują ciągłego paliwa, albo znajdują ujście w depresji, alkoholu lub samodyscyplinie, która pozwala je wyciszyć. W filmie nikt się nie zapija, nie umiera jako gogolowski “były człowiek”, Zula nie wyjeżdża na placówkę do “drugiego obszaru płatniczego”. Pawlikowski poszedł najkrótszą drogą, przez co zakończenie mnie rozczarowało.

Brak trójwymiarowości, pełnego rysu miłości Zuli i Wiktora, ratuje czarno-biała, mocno kontrastowa tonacja filmu, która sprawia, że widzowie skupiają się na grze aktorskiej, mistrzowskiej w wykonaniu Kota i Kulig. Trudno wskazać, kto w tym duecie był lepszy. Remis ze wskazaniem  na Kulig, która z racji roli ekspresyjnej, bezpośredniej, momentami wulgarnej roli femme fatale siłą rzeczy wypadła bardziej wyraziście.
Dyrygent Pawlikowski na tyle pozwala operatorowi zajmować się planem i tłem, na ile jest to niezbędne do pokazania zmiany miejsca akcji lub pokazania nowego: pałac, pociąg, mroczny i zimny Berlin, nostalgiczny Paryż, polski pekaes, baby w chustach, jaja w koszach. Czarno-biała taśma działa jak soczewka, nie rozprasza uwagi widza.

Zdjęcia Łukasza Żala tworzą osobne dzieło sztuki. Z wielu ujęć spokojnie można wyłowić stopklatki i wybrać zdjęcia, które przyciągnęłyby widownię najlepszych galerii fotograficznych.

Niski ukłon, moja dłoń szoruje po żerańskim bruku, kieruję w stronę Pawła Pawlikowskiego za popularyzację muzyki ludowej. Jestem pewien, że płyty z utworami “Mazowsza” znikają z antykwariatów. “Dwa serduszka, cztery oczy, oj oj oj”.

“Zimna wojna” opowiada o miłości, za którą mało kto ma odwagę, a przynajmniej chęć, podążyć. Bez względu na cenę. Szacunek dla odważnych! W filmie odnajdą się zarówno spełniający marzenia, jak i rdzewiejący na bocznicy życia. Jedni i drudzy, do kina!

“Zimna wojna”, 2018, reż. Paweł Pawlikowski

 

“Czas mroku” – swego nie macie, cudze chwalcie [RECENZJA]

Zachęcony lapidarnymi komentarzami rodaków na youtube pod filmem dokumentalnym „Winston Churchill” oceniającymi postawę brytyjskiego premiera wobec Polaków podczas drugiej wojny światowej: „Jebać go, sprzedał nas z Ameryką. Ruskim gnojom. menda sprzedajna. Alkocholik i marderca Sikorskiego! Niech gnije w PIEKLE!!!” (pisownia oryginalna) – postanowiłem wybrać się na „Czas mroku” Joe Wrighta.

 

W postać Churchilla nie tyle wcielił się Gary Oldman (ponoć murowany kandydat do Oscara za tę rolę; Oldman Oscara dostał – komentarz z 5 marca 2018 r.), ile wręcz się w niego przeobraził. Raczej szczupły, o pociągłej twarzy Oldman, w niezbędnej dla tej roli charakteryzacji, nie stał się sztuczny czy komiczny. Stworzył Churchilla charyzmatycznego, dowcipnego, chaotycznego, narcystycznego, ale przede wszystkim odważnego.

Jakbyśmy przenieśli się w czasie do 1940 r.

W tym roku rozgrywa się akcja filmu. Wojska Wehrmachtu zajmują kolejne kraje Europy: Francję, Holandię, Belgię. Nazwa „Polska” nie pada w filmie ani razu. Premier Neville Chamberlain traci poparcie w społeczeństwie i podaje się do dymisji. Odsunięty od ról głównych w polityce Churchill kisi się w oparach dymu cygar, zapachu whisky, wisielczym humorze. Król Jerzy VI powierza mu misję tworzenia rządu, pytając przy okazji:
– Może pan pić w ciągu dnia?
– Kwestia praktyki – podsumowuje Churchill.

Obejmuje urząd premiera. Oldmanowi udaje się oddać całą paletę uczuć, które mogły towarzyszyć politykowi w tych ciężkich czasach: nadzieję, strach, śmieszność, patos strzelistych mów. Churchill, przypuszczalnie choleryk, polecenia wydaje w okamgnieniu i oczekuje natychmiastowej realizacji. Opór innych polityków we własnym rządzie i partii przyjmuje z irytacją („Niech pan mi nie przerywa, jak ja panu przerywam!”), ale jednocześnie każe mu on zastanowić się nad słusznością drogi. Chwile wahania, niepewności oraz drogi dojścia do kluczowych decyzji (negocjacje pokojowe z Hitlerem czy wojna) mogły z „Czasu mroku” zrobić film wybitny.
Reżyser uciekł jednak w kicz i polityczną poprawność. Wysłał premiera, by porozmawiał w londyńskim metrze ze zwykłymi ludźmi. Ci zapewniają go, że żadnych ustępstw nie chcą, kompromisami się brzydzą, a Murzyn siedzący kilka kroków od premiera zna się na literaturze. Pomijam fakt, że przejazd od stacji St. James’ Park do Westminster zajął w filmie z pięć minut. Normalnie trwa dwie. Nie mająca oparcia w faktach rozmowa z londyńczykami przekonała Churchilla do zarzucenia planów pertraktacji pokojowych z Niemcami. Film zamyka słynne przemówienie w Izbie Gmin:

„Chociaż wielkie obszary Europy i wiele starych i sławnych państw wpadło lub może wpaść w ręce gestapo i całego ohydnego aparatu rządów nazistowskich, my nie osłabniemy ani nie ulegniemy. Wytrzymamy do końca. Będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większym przekonaniem i coraz większą siłą w powietrzu. Będziemy bronić naszej wyspy bez względu na cenę. Będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy”.

Rodakom, przeklinającym Churchilla, dedykuję cytat z książki „Obłęd ‘44” Piotra Zychowicza:Nie oburzajmy się jednak na Brytyjczyków. To, że nie brali pod uwagę olbrzymich kosztów, z jakimi wiązała się działalność bojowa polskiego podziemia, jest w pełni zrozumiałe. W końcu zadaniem rządu Wielkiej Brytanii było walczyć o interesy własnych, a nie cudzych obywateli”.

Jeśli nawet „Czas mroku” upraszcza mechanizmy wielkiej polityki, to na pewno skłania do poznania biografii Churchilla, historii Anglii, a przynajmniej nauki angielskiego. Jan Ciechanowski w książce „Powstanie Warszawskie” napisał:
„Niestety w decydującym dla nas momencie II wojny światowej, kiedy ważyły się losy nie tylko samej Warszawy, ale też Polski i Polaków, i to na długie lata, nie mieliśmy polityków i przywódców na skalę Churchill ‘a czy de Gaulle’a”.

Swego nie macie, cudze oglądajcie.

Daję czwórkę z plusem. Dałbym piątkę, gdyby nie to nieszczęsne metro.

„Czas mroku”, reż.: Joe Wright, dystr.: UIP

Najlepsze filmy obejrzane w 2018 r. [RANKING]

1. Czas mroku, reż. Joe Wright

 

W postać Churchilla nie tyle wcielił się Gary Oldman (ponoć murowany kandydat do Oscara za tę rolę), ile wręcz się w niego przeobraził. Raczej szczupły, o pociągłej twarzy Oldman, w niezbędnej dla tej roli charakteryzacji, nie stał się sztuczny czy komiczny. Stworzył Churchilla charyzmatycznego, dowcipnego, chaotycznego, narcystycznego, ale przede wszystkim odważnego.
Jakbyśmy przenieśli się w czasie do 1940 r.
Jeśli nawet „Czas mroku” upraszcza mechanizmy wielkiej polityki, to na pewno skłania do poznania biografii Churchilla, historii Anglii, a przynajmniej nauki angielskiego. Jan Ciechanowski w książce „Powstanie Warszawskie” napisał:
„Niestety w decydującym dla nas momencie II wojny światowej, kiedy ważyły się losy nie tylko samej Warszawy, ale też Polski i Polaków, i to na długie lata, nie mieliśmy polityków i przywódców na skalę Churchill ‘a czy de Gaulle’a”.

Swego nie macie, cudze oglądajcie.

 

 

 

2. Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski

Kochający się na zabój Zula i Wiktor pozostają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec.
 
 

 

3. Intruz, serial belgijski na Netflix 

Sielski, pocztówkowy landszaft belgijskiego miasteczka wywraca do góry nogami powracający do miasta z Brukseli Yoann Peeters, policjant w żałobie po stracie żony.
Ledwie się wprowadził, a w rzece znaleziono zwłoki czarnoskórego piłkarza miejscowego, trzecioligowego klubu. Miejscowa policja stwierdza samobójstwo. Peeters podważa efekty pozorowanego dochodzenia. Odkrywa, a wraz z nim widzowie, pajęczynę lokalnych zależności zawodowych, nie zawsze formalnych związków osobistych, bulgocących emocji. Obraz zawsze aktualny, niezależnie od czasu i miejsca.

 
Sophie Maréchal jako Zoé Fischer w serialu “Intruz”, najlepsza rola kobieca w tym filmie
 

 

 

4. Bez znieczulenia, reż. Andrzej Wajda

 

Dziennikarstwo radzieckie stało kiedyś na wysokim poziomie, bo jeden z redaktorów powiedział o filmie “Bez znieczulenia” (1978) Andrzeja Wajdy, że brakuje mu prawdy psychologicznej. Miał rację. Bo która żona zostawia błyskotliwego, cieszącego się renomą, światowego dziennikarza dla dwadzieścia lat młodszego znerwicowanego narcyza bez talentu? Taki przypadek w przyrodzie nie zachodzi. Ale tam, gdzie mówią o “kawiarnianych opozycjonistach”, współczesność dumnie otrząsa kurz z peerelowskiej nowomowy i wstaje z kolan.

 

 

 

 

 

 

 

 

Ewa (Ewa Dałkowska) wracającego z długiej podróży męża Jerzego (Zbigniew Zapasiewicz) częstuje, zamiast pysznym obiadem, informacją, że z córką się wyprowadza i żeby szanowny małżonek jej nie szukał. Bo i po co, skoro Ewa znalazła szczęście w ramionach Jacka (Andrzej Seweryn). Dalej historia robi się smutna, bolesna, ale klasyczna. Jerzy umawia się z adwokatem żony (Jerzy Stuhr). Ten zdumionemu, choć niczemu nie dziwiącemu się Jerzemu, niczym niepojętnemu uczniowi zdawkowo, szybko, ale konkretnie tłumaczy: “Udowodnić to można wszystko. Każdemu z nas. A wina to jest pojęcie elastyczne”.
 
Jerzy (Zbigniew Zapasiewicz)
 
 
Ewa (Ewa Dałkowska)
 
 
Jerzy zaczyna zachowywać się jakby zapadł na nieuleczalną chorobę. Szuka zrozumienia (dlaczego ja?) i wsparcia u znajomych oraz przyjaciółki żony, dentystyki Wandy (Emilia Krakowska). Wanda odgrywa tutaj rolę antycznego chóru, ale nie śpiewa, lecz wygłasza wplecione w dialogi komentarze: “zero w okularach nadęte” (o kochanku przyjaciółki), “o nowego chłopa jej chodzi, nie o wolność” (o przyczynach romansu), “zrób jej awanturę, spierz ją, każdej jest to potrzebne”  (zasady terapii małżeńskiej).
Jerzy tego typu terapii nie podejmuje.
 
Wanda (Emilia Krakowska)
 
 
Jednocześnie przez własne publikacje i popularny, choć niechętnie widziany “u góry”, program telewizyjny, wpada w tarapaty zawodowe. Traci poparcie kierownictwa redakcji, gremiów, zaprzyjaźnionego towarzysza – Brońskiego (Roman Wilhelmi). Wszyscy go rozumieją, wspierają, klepią po plecach, ale na wyjazd zagraniczny wyznaczono kogoś innego, zajęcia ze studentami na uniwersytecie odwołano. Nawet prenumeratę “Sterna” i “Newsweeka” niby przez pomyłkę skasowali. W filmie za mało jest właśnie tych drobnych porażek jak owo odebranie prenumeraty, które mogłyby w efekcie złożyć się na upadek mężczyzny porzuconego przez żonę i zdegradowanego zawodowo. Upadek toczy się za szybko, jakby fabułę grubymi nićmi szyto. Może się czepiam, bo właśnie pewna drobnostka doprowadziła do tragicznego finału.
 
Broński (Roman Wilhelmi)
 
 
Radziecki dziennikarz się zatem nie pomylił, ale może celowo. Bo film rozumiany jako zepchnięcie na boczny tor ludzi niewygodnych, bezkompromisowych i zbyt inteligentnych na rzeczywistość, w której przyszło im żyć, sprawdza się zawsze. Słowa Jacka stały się aktualne na nowo i pasują do słownika nowomowy a la profesor, tak tej, profesor: “glejty kawiarnianych autorytetów straciły ważność”.
 
Przy wymienianiu obsady filmu przy każdym aktorze chciałem napisać: “znakomity w tej roli”, “znakomita w tej roli…”. Za dużo byłoby tych ochów i achów, więc dodam tylko na koniec, że szczególnie Zbigniew Zapasiewicz, Emilia Krakowska, Jerzy Stuhr, Roman Wilhelmi, młodziutka Krystyna Janda zagrali oskarowo. Sewerynowi, a szczególnie Dałkowskiej trochę zabrakło siły perswazji, ale o radzieckim dziennikarzu już było.
 
Agata (Krystyna Janda)
 
 

 

Tak więc klęska publiczna bohatera nie budzi zaufania do niego, ale w jego dramat osobisty też trudno uwierzyć. Scenariusz zresztą usiłuje powiązać jedno z drugim w ten sposób, że wróg zawodowy i ideowy bohatera zabiera mu również żonę. Jednak ten uwodziciel pokazany jest w sposób tak karykaturalny, tak jaskrawy, tak odrażający, że pojąć nie można, co kieruje kobietą, która rzuca wspaniałego humanistę Zapasiewicza dla tego śliniącego się korniszona w okularach, zawistnego, zakompleksionego, bez talentu…
“Diabelskie Zwierciadło”, Zygmunt Kałużyński

 

5. Paddington 2

Namacalny dowód, że nie tylko Jezus miał zdolność rozpalania najzimniejszych serc, ale także niedźwiedź. Niektórzy ludzie się zarażają dobrocią. Film bawi, wzrusza, oczyszcza. Nawet Rafał Ziemkiewicz lub akcja metoo# przestają cię denerwować.

 

6. Dom z papieru, hiszpański serial na Netflix

“Dom z papieru”, czyli pozbawiony kantów Robin Hood po hiszpańsku

Jeśli widzieliście już na Netfliksie hiszpański “Dom z papieru”, możecie przeczytać ten tekst. Jeśli nie oglądaliście, też możecie (zbytek łaski!), ale film obejrzyjcie. Obiecuje wam wygraną w Lotto i znalezienie miłości życia.

“Dom z papieru” przypomina legendę o Robin Hoodzie. Współczesnym Robin Hoodem jest oczywiście Profesor (Alvaro Morte); wraz z ekipą ośmiu współpracowników, każdy jest specjalistą w wąskiej części przestępczego fachu, szykuje napad stulecia.

Tylko w tym przypadku, byleby tylko nie naruszyć podstaw współczesnego ładu społecznego, Profesor nie planuje napadu ani na zamek (czyli korporację), ani na klasztor (czyli bank), ale – co zresztą sam mówi – zamierza wykraść pieniądze niczyje, czyli włamać się do Królewskiej Mennicy Hiszpańskiej i drukować pieniądze. Rzeczywiście, jakby nikogo nie okradał.
W “Domu z papieru” występuje odpowiednik Willa Szkarłatnego, czyli Berlin (Pedro Alonso), wyrazisty, psychopatyczny na skutek doświadczeń życiowych (jak Willy), nie zaś z powodu nieodwracalnych zaburzeń osobowości. Niestety,  w społeczeństwie europejskim wcinającym makaron z cukinii i pijącym piwo bez alkoholu, nie ma miejsca na takie postaci. Tyle w tej kwestii.
– Kobiety oferują ci seks, bo ich celem jest zmanipulowanie cię i zajście w ciążę. Potem przestajesz istnieć. Zrozumiesz to podczas porodu – tłumaczy Berlin.
– Poród to najwspanialszy moment dla ojca – odparowuje naiwnie, ale szczere i z zaangażowaniem Rio.
Zdumiony naiwnością kamrata – Berlin:
– Podczas porodu między jej nogami ujrzysz niszczycielską głowicę jądrową. Grota, do której kiedyś wsadzałeś fujarę, nie będzie taka sama. A ona, przeklinając twoje imię i błagając o znieczulenie, się posra. Wiesz, co Ci tym przekaże? Że nigdy nie będzie seksowną kobietą. Od tamtej chwili ten mały tłuścioch stanie się dla niej pępkiem świata.

Ale oto pojawia Lady Marion – Raquel Murrillo (Izatar Ituno), która, zanim stanie przed szansą na rozwikłanie zagadki napadu na mennicę, boryka się z problemami powszechnymi jako korki na drodze w godzinach szczytu: rozwód, kontakty ojca z dzieckiem, chora matka.
Starcie z Profesorem rzuca ją w nurt, który poniesie ją ku lądom nieznanym, co nie znaczy nieciekawym i nudnym.

W tym klasycznym heist filmie brakuje odrobiny goryczy, której widz przewidzieć by nie zdołał. Ale to ujmujące, że nawet podczas napadu na bardzo duży bank wszystko daje się sprowadzić do poszukiwania miłości. I pieniędzy. Mam nadzieję, że w trzecim sezonie scenarzyści zliżą lukier i dadzą więcej soli. Bo miłość beztrosko się rodzi w poczuciu oblężonej twierdzy, gorzej sobie radzi, gdy nic jej nie zagraża. Nawet, gdy pławi się w bogactwie.

Dobrze, że Tokio (Ursula Corbero) przeżyła pierwsze dwa sezony. Czekam na trzeci. Czy profesor, jak Janosik, zginie powieszony za żebro?

 

 

7. Seks nocy letniej, reż. Woody Allen

 

Stare, ale jare. Woody Allen przekonuje, że lepiej zjeść kolację w domu, niż na przyjęciu ze znajomymi. Może się okazać, że na imprezie spodoba ci się inna dziewczyna niż ta, z którą przyszedłeś, a masz się żenić. Pascal (filozof, nie kucharz) powiedział kiedyś, że na świecie nie byłoby tylu problemów, gdyby ludzie pilnowali własnego ogródka.
Byłoby też nudno.
Film z muzyką Mendelssohna okazał się strzałem w 9., bo ten napisał suitę do dramatu Szekspira. Ale czy “Cztery Pory Roku” nie wstrzeliłyby się w 10.?

 

8. Polowanie na muchy, reż. Andrzej Wajda

Andrzej Wajda oprócz “Korczaka”, “Panny Nikt”, “Tataraku” zrobił też dobre filmy jak “Ziemię  Obiecaną” czy “Polowanie na muchy”. Reżyser wstydził się “Polowania…”, uważając go za film najwyraźniej za niedostatecznie “wajdowski”, nie biorący się za bary z kluczowymi narodowymi mitami, dziełami literackimi: „Bez większego namysłu chwyciłem scenariusz Janusza Głowackiego i rozgoryczony chwilowymi niepowodzeniami (z płcią przeciwną) postanowiłem rozprawić się z kobietami, które próbują kształtować nasze męskie życie. (…) Zabrakło mi dystansu do tematu i srogo musiałem za to zapłacić”.
Ale właśnie w tym filmie widać sprawną i sprawczą dyrygenturę Andrzeja Wajdy, dzięki której Małgorzata Braunek, Zbigniew Malanowicz i w epizodzie Daniel Olbrychski wzbili się na wyżyny sztuki aktorskiej.
O czym jest “Polowanie na muchy”? Damsko-męski chocholi taniec chęci, chaotycznych działań i niemożności, w którym lep, co oczywiste nie wie, ze jest lepem na owady, teoretycznie mądrzejsza mucha ciągnie do niego. Na oślep.

Małgorzata Braunek i Zbigniew Malanowicz w “Polowaniu na muchy”
Małgorzata Braunek, fot. Tadeusz Rolke, źródło: Agencja Gazeta

 

9. Gran Hotel, reż. Carlos Sedes

 
 

Motyw bajki o dziewczynce Kopciuszku, która poniżana przez macochę i przez nikogo niekochana, ostatecznie znajduje szczęście u boku księcia, jest uniwersalnym przepisem na bajkę, powtarzającym się w wielu kulturach  świata.
Teraz otrzymujemy (o, zgrozo!) Kopciuszka w wersji męskiej i tym razem po hiszpańsku. Polityczna poprawność odwraca bajki do góry nogami. Ubogi młodzieniec Julio Olmedo przybywa do tytułowego “Gran Hotelu”. Zatrudnia się w nim jako kelner, by wyjaśnić sprawę zaginięcia siostry, hotelowej pokojówki.
Julio znajduje sprzymierzeńca w córce właścicielki hotelu – Alicji Alarcón. Piękna i bogata zakochuje się, niczym książę w Kopciuszku, w pięknym i biednym, pomagając mu rozwikłać tę i inne zagadki. Hotelowe mury skrywają kłębek intryg, stertę kłamstwa, interesów oraz powiązań trzymających się na spoiwie szantaży, pieniędzy, a gdy to zawodzi – morderstwa. Kopciuszek z domieszką Hamleta.
Serial ciągnie się jak brazylijski tasiemiec, ale ogląda się dobrze, dzięki zapętleniu intryg, urodzie właścicielki hotelu, pięknym wnętrzom i eleganckim strojom.

Adriana Ozores

Ujmujące, że oszuści, szubrawcy i mordercy z wyższych sfer planują nikczemności, zachowując zimną krew. Grunt to maniery.
A kto zabił? I Czy Julio i Alicia będą żyli długo i szczęśliwie? Zobaczcie sami.

Ludzki mózg portretuje równie te same wątki mitologiczne i baśniowe, choć w opowieściach nabierają one lokalnego kolorytu. Klasycznym przykładem jest baśń o Kopciuszku. Wersja stworzona przez braci Grimm została dopasowana do niemieckiego społeczeństwa feudalnego, w którym istniały zamki i bale, w norweskim społeczeństwie chłopskim Kari Trestakk spotyka natomiast królewskiego syna przed kościołem. Zmuszona do pracy jako służąca w domu złej macochy, przyjmuje pomoc od ducha opiekuńczego, którym w wersji braci Grimm są gołębie, w wersji Asbjornsena i Moego – wół, a u Perraulta – dobra wróżka. Warto zauważyć, że Walt Disney wykorzystał właśnie ten ostatni, francuski wariant. We wszystkich wersjach po spotkaniu z księciem dziewczyna gubi pantofelek, a książę ogłasza wszem i wobec, że poślubi tylko tę, która będzie w stanie włożyć odnaleziony bucik. We wszystkich wersjach Kopciuszek na również niewiarygodnie małe stopy i dlatego jest jedyną dziewczyną w królestwie, na którą pasuje pantofelek. To dziedzictwo po chińskiej bohaterce tej baśni, Ye Xian. Małe stopy są w chińskiej kulturze wyznacznikiem kobiecego piękna, więc Kopciuszek musiał mieć oczywiście najmniejsze stopy w całym kraju. (…) We wszystkich historiach Kopciuszek i książę biorą ślub i żyją długo i szczęśliwie.

„Mózg rządzi”, Kaja Nordengen, Marginesy, Warszawa 2018