Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

2. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

3. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

4. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

5. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

Na bezrybiu i “Colombiana” ryba

Minął styczeń, a do tej pory nie obejrzałem filmu, który mógłbym umieścić w tegorocznej edycji najlepszych filmów 2019 roku.

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

Na drugim biegunie znajduje się serial “Pachnidło”. Po obejrzeniu tego filmu czuję się podwójnie zniesmaczony. Moim zdaniem, scenarzyści chcieli, żeby widz uznał ten film za z gruntu niemiecki. Obraz obfituje w przemoc, zdradę, deprawację, które mają być stałym elementem człowieczeństwa, ale te mroczne strony życia ludzi nie są w żaden sposób złagodzone lekkością śmiechu, dystansem ironii, oparami absurdu. Film wzrusza jak buty z Deichmanna.
Nie wynika to z braku talentu scenarzystów, bo wyobraźni i warsztatu im pewnie nie brakuje, ale z celowości zabiegu prowadzącego w krainę Sodomy i Gomory, bo oni właśnie chcieli, i tu drugi powód, czemu film mnie odrzucił, żeby widz serial uznał za typowy produkt niemczyzny. Niech każdy sobie dopowie, co to znaczy.

Z braku nowych inspiracji wróciłem do “Czasu mroku”. Gary Oldman zagrał nie tylko genialnie, ale i odstawił pewnie rolę życia.

Możecie mi podać tytuł dobrego filmu? W kinie? Na platformach internetowych?

 

“Zimna wojna” – taniec manekinów [RECENZJA]

W “Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego zgadza się prawie wszystko: minimalistyczne dialogi, muzyka, montaż, gra aktorska. Tylko jeden element nie pasuje, który przeszkadza uznać ten film za wybitny.

Nie będę streszczał fabuły wymyślonej przez Pawła Pawlikowskiego we współpracy z Januszem Głowackim. Dość powiedzieć, że opowiada ona historię miłości, ale – raz z powodu akcji trwającej kilkanaście lat, dwa – z zabiegu artystycznego, jedynie oświetla wybrane etapy życia głównych bohaterów Zuli (Joanna Kulig), Wiktora (Tomasz Kot), Lecha (Borys Szyc). Podglądanie ich życia przez chwilę, jakby Pawlikowski robił im zdjęcia (o tym niżej), sprawia, że rysunek postaci staje się dwuwymiarowy, brakuje mu głębi ostrości. Uczestnicy dramatu tkwią w wiecznym napięciu, nigdy nie gasnącej namiętności, werterowskich rozterkach, zaś Lech – chęci robienia kariery bez względu na okoliczności.

Zula i Wiktor nie rozmawiają. Dialogi w filmie podsumowują pewien kilkuminutowy fragment filmu pod postacią krwistych i ciętych ripost. Szło to jakoś tak:
– Michel zerżnął mnie sześć razy, nie to co polski artysta na emigracji.
Wiktor uderza Zulę w twarz. Ta, podnosząc się z ziemi, bez złości i żalu, ale z wyuzdanym zadowoleniem odpowiada:
– To ja rozumiem.

Kochający się na zabój Zula i Wiktor zastygają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec, teatr. Jedno z najlepszych ujęć w całym filmie pokazuje parę rozmawiającą w pociągowej toalecie. Rozentuzjazmowany Wiktor zdradza Zuli plan ucieczki do zachodniej części Berlina, ale wyraz twarzy kobiety studzi emocje kochanka: “Nie twórz mi tu zamków na piasku, i tak nie ucieknę”. Wiktor tego chłodu nie dostrzega. “Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam” – jak śpiewał Kazik.
W życiu ludzi silne emocje, takie dominują w “Zimnej wojnie”, albo potrzebują ciągłego paliwa, albo znajdują ujście w depresji, alkoholu lub samodyscyplinie, która pozwala je wyciszyć. W filmie nikt się nie zapija, nie umiera jako gogolowski “były człowiek”, Zula nie wyjeżdża na placówkę do “drugiego obszaru płatniczego”. Pawlikowski poszedł najkrótszą drogą, przez co zakończenie mnie rozczarowało.

Brak trójwymiarowości, pełnego rysu miłości Zuli i Wiktora, ratuje czarno-biała, mocno kontrastowa tonacja filmu, która sprawia, że widzowie skupiają się na grze aktorskiej, mistrzowskiej w wykonaniu Kota i Kulig. Trudno wskazać, kto w tym duecie był lepszy. Remis ze wskazaniem  na Kulig, która z racji roli ekspresyjnej, bezpośredniej, momentami wulgarnej roli femme fatale siłą rzeczy wypadła bardziej wyraziście.
Dyrygent Pawlikowski na tyle pozwala operatorowi zajmować się planem i tłem, na ile jest to niezbędne do pokazania zmiany miejsca akcji lub pokazania nowego: pałac, pociąg, mroczny i zimny Berlin, nostalgiczny Paryż, polski pekaes, baby w chustach, jaja w koszach. Czarno-biała taśma działa jak soczewka, nie rozprasza uwagi widza.

Zdjęcia Łukasza Żala tworzą osobne dzieło sztuki. Z wielu ujęć spokojnie można wyłowić stopklatki i wybrać zdjęcia, które przyciągnęłyby widownię najlepszych galerii fotograficznych.

Niski ukłon, moja dłoń szoruje po żerańskim bruku, kieruję w stronę Pawła Pawlikowskiego za popularyzację muzyki ludowej. Jestem pewien, że płyty z utworami “Mazowsza” znikają z antykwariatów. “Dwa serduszka, cztery oczy, oj oj oj”.

“Zimna wojna” opowiada o miłości, za którą mało kto ma odwagę, a przynajmniej chęć, podążyć. Bez względu na cenę. Szacunek dla odważnych! W filmie odnajdą się zarówno spełniający marzenia, jak i rdzewiejący na bocznicy życia. Jedni i drudzy, do kina!

“Zimna wojna”, 2018, reż. Paweł Pawlikowski

 

Jerzy Dobrowolski: Życie i śmierć po bandzie [POMPONIK, 22.05.2018]

Takich “biernych, miernych, ale wiernych” towarzyszy na kierowniczych stanowiskach Jerzy Dobrowolski serdecznie nienawidził. Poświęcił im niejeden skecz. A jego dowcip był zabójczo celny… Miał niezwykły talent wymyślania skrótów myślowych, nowych słów i sformułowań, które wchodziły do języka potocznego.

Jerzy Dobrowolski w filmie “Nie ma róży bez ognia” /Agencja FORUM

“Normalka” – na określenie nienormalnej codzienności – to jego. “To Twoja broszka”, “Dla mnie bomba”, “Ale się porobiło” – też. “Tej wiosny, wcześniej niż zwykle, zazieleniła się kiełbasa” – szydził w kabarecie. Albo: “Zakończył się tydzień pisania listów. Teraz zacznie się miesiąc ich doręczania”.

***

Jego pierwsze małżeństwo się rozpadło, gdy poznał młodszą od siebie o 13 lat aktorkę Jolantę Zykun. Fascynacja była wzajemna. Ją urzekła jego nonszalancja, poczucie humoru, charakterystyczny głos i sposób mówienia. Sama przyznawała, że uzależniła się emocjonalnie od męża. I zapewne dzięki temu znalazła w sobie siłę, by przez lata trwać przy nim, mimo wyniszczającego nałogu.

Kiedyś oświadczyła mu ostro, że jeżeli jeszcze raz się upije, to go zabije. “Wracam do domu i już czuję alkohol – wspomina aktorka. – Patrzę, a on śpi, jak to on, na boczku, na poduszeczce. A obok, na drugiej, położył dla mnie największy nóż, jaki był w kuchni. Gdyby przypadkiem przyszło mi do głowy dotrzymać słowa…”.

Czytaj więcej…

POMPONIK, 22.05.2018

“Czas mroku” – swego nie macie, cudze chwalcie [RECENZJA]

Zachęcony lapidarnymi komentarzami rodaków na youtube pod filmem dokumentalnym „Winston Churchill” oceniającymi postawę brytyjskiego premiera wobec Polaków podczas drugiej wojny światowej: „Jebać go, sprzedał nas z Ameryką. Ruskim gnojom. menda sprzedajna. Alkocholik i marderca Sikorskiego! Niech gnije w PIEKLE!!!” (pisownia oryginalna) – postanowiłem wybrać się na „Czas mroku” Joe Wrighta.

 

W postać Churchilla nie tyle wcielił się Gary Oldman (ponoć murowany kandydat do Oscara za tę rolę; Oldman Oscara dostał – komentarz z 5 marca 2018 r.), ile wręcz się w niego przeobraził. Raczej szczupły, o pociągłej twarzy Oldman, w niezbędnej dla tej roli charakteryzacji, nie stał się sztuczny czy komiczny. Stworzył Churchilla charyzmatycznego, dowcipnego, chaotycznego, narcystycznego, ale przede wszystkim odważnego.

Jakbyśmy przenieśli się w czasie do 1940 r.

W tym roku rozgrywa się akcja filmu. Wojska Wehrmachtu zajmują kolejne kraje Europy: Francję, Holandię, Belgię. Nazwa „Polska” nie pada w filmie ani razu. Premier Neville Chamberlain traci poparcie w społeczeństwie i podaje się do dymisji. Odsunięty od ról głównych w polityce Churchill kisi się w oparach dymu cygar, zapachu whisky, wisielczym humorze. Król Jerzy VI powierza mu misję tworzenia rządu, pytając przy okazji:
– Może pan pić w ciągu dnia?
– Kwestia praktyki – podsumowuje Churchill.

Obejmuje urząd premiera. Oldmanowi udaje się oddać całą paletę uczuć, które mogły towarzyszyć politykowi w tych ciężkich czasach: nadzieję, strach, śmieszność, patos strzelistych mów. Churchill, przypuszczalnie choleryk, polecenia wydaje w okamgnieniu i oczekuje natychmiastowej realizacji. Opór innych polityków we własnym rządzie i partii przyjmuje z irytacją („Niech pan mi nie przerywa, jak ja panu przerywam!”), ale jednocześnie każe mu on zastanowić się nad słusznością drogi. Chwile wahania, niepewności oraz drogi dojścia do kluczowych decyzji (negocjacje pokojowe z Hitlerem czy wojna) mogły z „Czasu mroku” zrobić film wybitny.
Reżyser uciekł jednak w kicz i polityczną poprawność. Wysłał premiera, by porozmawiał w londyńskim metrze ze zwykłymi ludźmi. Ci zapewniają go, że żadnych ustępstw nie chcą, kompromisami się brzydzą, a Murzyn siedzący kilka kroków od premiera zna się na literaturze. Pomijam fakt, że przejazd od stacji St. James’ Park do Westminster zajął w filmie z pięć minut. Normalnie trwa dwie. Nie mająca oparcia w faktach rozmowa z londyńczykami przekonała Churchilla do zarzucenia planów pertraktacji pokojowych z Niemcami. Film zamyka słynne przemówienie w Izbie Gmin:

„Chociaż wielkie obszary Europy i wiele starych i sławnych państw wpadło lub może wpaść w ręce gestapo i całego ohydnego aparatu rządów nazistowskich, my nie osłabniemy ani nie ulegniemy. Wytrzymamy do końca. Będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większym przekonaniem i coraz większą siłą w powietrzu. Będziemy bronić naszej wyspy bez względu na cenę. Będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy”.

Rodakom, przeklinającym Churchilla, dedykuję cytat z książki „Obłęd ‘44” Piotra Zychowicza:Nie oburzajmy się jednak na Brytyjczyków. To, że nie brali pod uwagę olbrzymich kosztów, z jakimi wiązała się działalność bojowa polskiego podziemia, jest w pełni zrozumiałe. W końcu zadaniem rządu Wielkiej Brytanii było walczyć o interesy własnych, a nie cudzych obywateli”.

Jeśli nawet „Czas mroku” upraszcza mechanizmy wielkiej polityki, to na pewno skłania do poznania biografii Churchilla, historii Anglii, a przynajmniej nauki angielskiego. Jan Ciechanowski w książce „Powstanie Warszawskie” napisał:
„Niestety w decydującym dla nas momencie II wojny światowej, kiedy ważyły się losy nie tylko samej Warszawy, ale też Polski i Polaków, i to na długie lata, nie mieliśmy polityków i przywódców na skalę Churchill ‘a czy de Gaulle’a”.

Swego nie macie, cudze oglądajcie.

Daję czwórkę z plusem. Dałbym piątkę, gdyby nie to nieszczęsne metro.

„Czas mroku”, reż.: Joe Wright, dystr.: UIP

Najlepsze filmy obejrzane w 2018 r. [RANKING]

1. Czas mroku, reż. Joe Wright

W postać Churchilla nie tyle wcielił się Gary Oldman (ponoć murowany kandydat do Oscara za tę rolę), ile wręcz się w niego przeobraził. Raczej szczupły, o pociągłej twarzy Oldman, w niezbędnej dla tej roli charakteryzacji, nie stał się sztuczny czy komiczny. Stworzył Churchilla charyzmatycznego, dowcipnego, chaotycznego, narcystycznego, ale przede wszystkim odważnego.
Jakbyśmy przenieśli się w czasie do 1940 r.
Jeśli nawet „Czas mroku” upraszcza mechanizmy wielkiej polityki, to na pewno skłania do poznania biografii Churchilla, historii Anglii, a przynajmniej nauki angielskiego. Jan Ciechanowski w książce „Powstanie Warszawskie” napisał:
„Niestety w decydującym dla nas momencie II wojny światowej, kiedy ważyły się losy nie tylko samej Warszawy, ale też Polski i Polaków, i to na długie lata, nie mieliśmy polityków i przywódców na skalę Churchill ‘a czy de Gaulle’a”.

Swego nie macie, cudze oglądajcie.

 

 

2. Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski

Kochający się na zabój Zula i Wiktor pozostają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec.
 
 

 

3. Intruz, serial belgijski na Netflix 

Sielski, pocztówkowy landszaft belgijskiego miasteczka wywraca do góry nogami powracający do miasta z Brukseli Yoann Peeters, policjant w żałobie po stracie żony.
Ledwie się wprowadził, a w rzece znaleziono zwłoki czarnoskórego piłkarza miejscowego, trzecioligowego klubu. Miejscowa policja stwierdza samobójstwo. Peeters podważa efekty pozorowanego dochodzenia. Odkrywa, a wraz z nim widzowie, pajęczynę lokalnych zależności zawodowych, nie zawsze formalnych związków osobistych, bulgocących emocji. Obraz zawsze aktualny, niezależnie od czasu i miejsca.

 

Sophie Maréchal jako Zoé Fischer w serialu “Intruz”, najlepsza rola kobieca w tym filmie

 

 

4. Bez znieczulenia, reż. Andrzej Wajda

 

Dziennikarstwo radzieckie stało kiedyś na wysokim poziomie, bo jeden z redaktorów powiedział o filmie “Bez znieczulenia” (1978) Andrzeja Wajdy, że brakuje mu prawdy psychologicznej. Miał rację. Bo która żona zostawia błyskotliwego, cieszącego się renomą, światowego dziennikarza dla dwadzieścia lat młodszego znerwicowanego narcyza bez talentu? Taki przypadek w przyrodzie nie zachodzi. Ale tam, gdzie mówią o “kawiarnianych opozycjonistach”, współczesność dumnie otrząsa kurz z peerelowskiej nowomowy i wstaje z kolan.

 

 

 

 

 

 

 

 

Ewa (Ewa Dałkowska) wracającego z długiej podróży męża Jerzego (Zbigniew Zapasiewicz) częstuje, zamiast pysznym obiadem, informacją, że z córką się wyprowadza i żeby szanowny małżonek jej nie szukał. Bo i po co, skoro Ewa znalazła szczęście w ramionach Jacka (Andrzej Seweryn). Dalej historia robi się smutna, bolesna, ale klasyczna. Jerzy umawia się z adwokatem żony (Jerzy Stuhr). Ten zdumionemu, choć niczemu nie dziwiącemu się Jerzemu, niczym niepojętnemu uczniowi zdawkowo, szybko, ale konkretnie tłumaczy: “Udowodnić to można wszystko. Każdemu z nas. A wina to jest pojęcie elastyczne”.
Jerzy (Zbigniew Zapasiewicz)
Ewa (Ewa Dałkowska)
Jerzy zaczyna zachowywać się jakby zapadł na nieuleczalną chorobę. Szuka zrozumienia (dlaczego ja?) i wsparcia u znajomych oraz przyjaciółki żony, dentystyki Wandy (Emilia Krakowska). Wanda odgrywa tutaj rolę antycznego chóru, ale nie śpiewa, lecz wygłasza wplecione w dialogi komentarze: “zero w okularach nadęte” (o kochanku przyjaciółki), “o nowego chłopa jej chodzi, nie o wolność” (o przyczynach romansu), “zrób jej awanturę, spierz ją, każdej jest to potrzebne”  (zasady terapii małżeńskiej).
Jerzy tego typu terapii nie podejmuje.
Wanda (Emilia Krakowska)
Jednocześnie przez własne publikacje i popularny, choć niechętnie widziany “u góry”, program telewizyjny, wpada w tarapaty zawodowe. Traci poparcie kierownictwa redakcji, gremiów, zaprzyjaźnionego towarzysza – Brońskiego (Roman Wilhelmi). Wszyscy go rozumieją, wspierają, klepią po plecach, ale na wyjazd zagraniczny wyznaczono kogoś innego, zajęcia ze studentami na uniwersytecie odwołano. Nawet prenumeratę “Sterna” i “Newsweeka” niby przez pomyłkę skasowali. W filmie za mało jest właśnie tych drobnych porażek jak owo odebranie prenumeraty, które mogłyby w efekcie złożyć się na upadek mężczyzny porzuconego przez żonę i zdegradowanego zawodowo. Upadek toczy się za szybko, jakby fabułę grubymi nićmi szyto. Może się czepiam, bo właśnie pewna drobnostka doprowadziła do tragicznego finału.
Broński (Roman Wilhelmi)
Radziecki dziennikarz się zatem nie pomylił, ale może celowo. Bo film rozumiany jako zepchnięcie na boczny tor ludzi niewygodnych, bezkompromisowych i zbyt inteligentnych na rzeczywistość, w której przyszło im żyć, sprawdza się zawsze. Słowa Jacka stały się aktualne na nowo i pasują do słownika nowomowy a la profesor, tak tej, profesor: “glejty kawiarnianych autorytetów straciły ważność”.
Przy wymienianiu obsady filmu przy każdym aktorze chciałem napisać: “znakomity w tej roli”, “znakomita w tej roli…”. Za dużo byłoby tych ochów i achów, więc dodam tylko na koniec, że szczególnie Zbigniew Zapasiewicz, Emilia Krakowska, Jerzy Stuhr, Roman Wilhelmi, młodziutka Krystyna Janda zagrali oskarowo. Sewerynowi, a szczególnie Dałkowskiej trochę zabrakło siły perswazji, ale o radzieckim dziennikarzu już było.
Agata (Krystyna Janda)

 

Tak więc klęska publiczna bohatera nie budzi zaufania do niego, ale w jego dramat osobisty też trudno uwierzyć. Scenariusz zresztą usiłuje powiązać jedno z drugim w ten sposób, że wróg zawodowy i ideowy bohatera zabiera mu również żonę. Jednak ten uwodziciel pokazany jest w sposób tak karykaturalny, tak jaskrawy, tak odrażający, że pojąć nie można, co kieruje kobietą, która rzuca wspaniałego humanistę Zapasiewicza dla tego śliniącego się korniszona w okularach, zawistnego, zakompleksionego, bez talentu…
“Diabelskie Zwierciadło”, Zygmunt Kałużyński

 

5. Paddington 2

Namacalny dowód, że nie tylko Jezus miał zdolność rozpalania najzimniejszych serc, ale także niedźwiedź. Niektórzy ludzie się zarażają dobrocią. Film bawi, wzrusza, oczyszcza. Nawet Rafał Ziemkiewicz lub akcja metoo# przestają cię denerwować.

 

6. Dom z papieru, hiszpański serial na Netflix

“Dom z papieru”, czyli pozbawiony kantów Robin Hood po hiszpańsku

Jeśli widzieliście już na Netfliksie hiszpański “Dom z papieru”, możecie przeczytać ten tekst. Jeśli nie oglądaliście, też możecie (zbytek łaski!), ale film obejrzyjcie. Obiecuje wam wygraną w Lotto i znalezienie miłości życia.

“Dom z papieru” przypomina legendę o Robin Hoodzie. Współczesnym Robin Hoodem jest oczywiście Profesor (Alvaro Morte); wraz z ekipą ośmiu współpracowników, każdy jest specjalistą w wąskiej części przestępczego fachu, szykuje napad stulecia.

Tylko w tym przypadku, byleby tylko nie naruszyć podstaw współczesnego ładu społecznego, Profesor nie planuje napadu ani na zamek (czyli korporację), ani na klasztor (czyli bank), ale – co zresztą sam mówi – zamierza wykraść pieniądze niczyje, czyli włamać się do Królewskiej Mennicy Hiszpańskiej i drukować pieniądze. Rzeczywiście, jakby nikogo nie okradał.
W “Domu z papieru” występuje odpowiednik Willa Szkarłatnego, czyli Berlin (Pedro Alonso), wyrazisty, psychopatyczny na skutek doświadczeń życiowych (jak Willy), nie zaś z powodu nieodwracalnych zaburzeń osobowości. Niestety,  w społeczeństwie europejskim wcinającym makaron z cukinii i pijącym piwo bez alkoholu, nie ma miejsca na takie postaci. Tyle w tej kwestii.
– Kobiety oferują ci seks, bo ich celem jest zmanipulowanie cię i zajście w ciążę. Potem przestajesz istnieć. Zrozumiesz to podczas porodu – tłumaczy Berlin.
– Poród to najwspanialszy moment dla ojca – odparowuje naiwnie, ale szczere i z zaangażowaniem Rio.
Zdumiony naiwnością kamrata – Berlin:
– Podczas porodu między jej nogami ujrzysz niszczycielską głowicę jądrową. Grota, do której kiedyś wsadzałeś fujarę, nie będzie taka sama. A ona, przeklinając twoje imię i błagając o znieczulenie, się posra. Wiesz, co Ci tym przekaże? Że nigdy nie będzie seksowną kobietą. Od tamtej chwili ten mały tłuścioch stanie się dla niej pępkiem świata.

Ale oto pojawia Lady Marion – Raquel Murrillo (Izatar Ituno), która, zanim stanie przed szansą na rozwikłanie zagadki napadu na mennicę, boryka się z problemami powszechnymi jako korki na drodze w godzinach szczytu: rozwód, kontakty ojca z dzieckiem, chora matka.
Starcie z Profesorem rzuca ją w nurt, który poniesie ją ku lądom nieznanym, co nie znaczy nieciekawym i nudnym.

W tym klasycznym heist filmie brakuje odrobiny goryczy, której widz przewidzieć by nie zdołał. Ale to ujmujące, że nawet podczas napadu na bardzo duży bank wszystko daje się sprowadzić do poszukiwania miłości. I pieniędzy. Mam nadzieję, że w trzecim sezonie scenarzyści zliżą lukier i dadzą więcej soli. Bo miłość beztrosko się rodzi w poczuciu oblężonej twierdzy, gorzej sobie radzi, gdy nic jej nie zagraża. Nawet, gdy pławi się w bogactwie.

Dobrze, że Tokio (Ursula Corbero) przeżyła pierwsze dwa sezony. Czekam na trzeci. Czy profesor, jak Janosik, zginie powieszony za żebro?

 

7. Seks nocy letniej, reż. Woody Allen

Stare, ale jare. Woody Allen przekonuje, że lepiej zjeść kolację w domu, niż na przyjęciu ze znajomymi. Może się okazać, że na imprezie spodoba ci się inna dziewczyna niż ta, z którą przyszedłeś, a masz się żenić. Pascal (filozof, nie kucharz) powiedział kiedyś, że na świecie nie byłoby tylu problemów, gdyby ludzie pilnowali własnego ogródka.
Byłoby też nudno.
Film z muzyką Mendelssohna okazał się strzałem w 9., bo ten napisał suitę do dramatu Szekspira. Ale czy “Cztery Pory Roku” nie wstrzeliłyby się w 10.?

 

 

8. Polowanie na muchy, reż. Andrzej Wajda

 

Andrzej Wajda oprócz “Korczaka”, “Panny Nikt”, “Tataraku” zrobił też dobre filmy jak “Ziemię  Obiecaną” czy “Polowanie na muchy”. Reżyser wstydził się “Polowania…”, uważając go za film najwyraźniej za niedostatecznie “wajdowski”, nie biorący się za bary z kluczowymi narodowymi mitami, dziełami literackimi: „Bez większego namysłu chwyciłem scenariusz Janusza Głowackiego i rozgoryczony chwilowymi niepowodzeniami (z płcią przeciwną) postanowiłem rozprawić się z kobietami, które próbują kształtować nasze męskie życie. (…) Zabrakło mi dystansu do tematu i srogo musiałem za to zapłacić”.
Ale właśnie w tym filmie widać sprawną i sprawczą dyrygenturę Andrzeja Wajdy, dzięki której Małgorzata Braunek, Zbigniew Malanowicz i w epizodzie Daniel Olbrychski wzbili się na wyżyny sztuki aktorskiej.
O czym jest “Polowanie na muchy”? Damsko-męski chocholi taniec chęci, chaotycznych działań i niemożności, w którym lep, co oczywiste nie wie, ze jest lepem na owady, teoretycznie mądrzejsza mucha ciągnie do niego. Na oślep.

Małgorzata Braunek i Zbigniew Malanowicz w “Polowaniu na muchy”
Małgorzata Braunek, fot. Tadeusz Rolke, źródło: Agencja Gazeta

 

 

9. Gran Hotel, reż. Carlos Sedes

Motyw bajki o dziewczynce Kopciuszku, która poniżana przez macochę i przez nikogo niekochana, ostatecznie znajduje szczęście u boku księcia, jest uniwersalnym przepisem na bajkę, powtarzającym się w wielu kulturach  świata.
Teraz otrzymujemy (o, zgrozo!) Kopciuszka w wersji męskiej i tym razem po hiszpańsku. Polityczna poprawność odwraca bajki do góry nogami. Ubogi młodzieniec Julio Olmedo przybywa do tytułowego “Gran Hotelu”. Zatrudnia się w nim jako kelner, by wyjaśnić sprawę zaginięcia siostry, hotelowej pokojówki.
Julio znajduje sprzymierzeńca w córce właścicielki hotelu – Alicji Alarcón. Piękna i bogata zakochuje się, niczym książę w Kopciuszku, w pięknym i biednym, pomagając mu rozwikłać tę i inne zagadki. Hotelowe mury skrywają kłębek intryg, stertę kłamstwa, interesów oraz powiązań trzymających się na spoiwie szantaży, pieniędzy, a gdy to zawodzi – morderstwa. Kopciuszek z domieszką Hamleta.
Serial ciągnie się jak brazylijski tasiemiec, ale ogląda się dobrze, dzięki zapętleniu intryg, urodzie właścicielki hotelu, pięknym wnętrzom i eleganckim strojom.

Adriana Ozores

Ujmujące, że oszuści, szubrawcy i mordercy z wyższych sfer planują nikczemności, zachowując zimną krew. Grunt to maniery.
A kto zabił? I Czy Julio i Alicia będą żyli długo i szczęśliwie? Zobaczcie sami.

 

Ludzki mózg portretuje równie te same wątki mitologiczne i baśniowe, choć w opowieściach nabierają one lokalnego kolorytu. Klasycznym przykładem jest baśń o Kopciuszku. Wersja stworzona przez braci Grimm została dopasowana do niemieckiego społeczeństwa feudalnego, w którym istniały zamki i bale, w norweskim społeczeństwie chłopskim Kari Trestakk spotyka natomiast królewskiego syna przed kościołem. Zmuszona do pracy jako służąca w domu złej macochy, przyjmuje pomoc od ducha opiekuńczego, którym w wersji braci Grimm są gołębie, w wersji Asbjornsena i Moego – wół, a u Perraulta – dobra wróżka. Warto zauważyć, że Walt Disney wykorzystał właśnie ten ostatni, francuski wariant. We wszystkich wersjach po spotkaniu z księciem dziewczyna gubi pantofelek, a książę ogłasza wszem i wobec, że poślubi tylko tę, która będzie w stanie włożyć odnaleziony bucik. We wszystkich wersjach Kopciuszek na również niewiarygodnie małe stopy i dlatego jest jedyną dziewczyną w królestwie, na którą pasuje pantofelek. To dziedzictwo po chińskiej bohaterce tej baśni, Ye Xian. Małe stopy są w chińskiej kulturze wyznacznikiem kobiecego piękna, więc Kopciuszek musiał mieć oczywiście najmniejsze stopy w całym kraju. (…) We wszystkich historiach Kopciuszek i książę biorą ślub i żyją długo i szczęśliwie.

„Mózg rządzi”, Kaja Nordengen, Marginesy, Warszawa 2018

“Atak paniki” [RECENZJA]

Odcięty od świata ciemnym prostopadłościanem sali kinowej zanurzasz się w fotelu z dziurką na napój obok. Za dopłatą 5 zł możesz poczuć się jeszcze lepiej, bo usiądziesz na tronie VIP, który tym odróżnia się od zwykłego krzesełka, że  dopłacasz 5 zł.

Pierwsze ziarna prażonego popcornu z mega zestawu w promocyjnej cenie 32 zł spadają na podłogę. W ogóle to dziś już 28 stycznia, a ty masz 18 groszy do pierwszego, ale popcornu byś w kinie nie kupił? Co ty jakiś dziad? Lecą reklamy, więc czytasz na Facebooku: „Syn ma 5 lat (i moje nazwisko) a biologiczny ojciec ma pozbawione prawa oraz zasadzone alimenty , które płaci mi fundusz alimentacyjny. Teraz pytanko jeśli wzięła bym slub z obecnym partnerem i zmienila nazwisko swoje i syna to czy ten biologiczny nadal mial by obowiazek płacić ?” (pisownia oryginalna). Ludzie są jednak pojebani, a może tylko samotni. Ślub ślubem, miłość miłością, ale te 500 zł to jednak kluczowe by było dla sprawy i stosunków polsko-żydowskich. Z reklamy na wielkim ekranie dowiadujesz się, że kinder bueno najlepiej smakuje w wagoniku orient expressu. Przesuwasz paluszkiem, (o, różowe serduszka!), a na nim napis:

I już wiesz, że warto mieć facebooka, bo rozszerza nie tylko horyzonty, ale i gałki oczne.

Zaczyna się. Mózg na ścianie. Potem inny facet umiera w samolocie. Małżeństwo (Dorota Segda, Artur Żmijewski) siedzi obok trupa, który przed chwilą żywy gadał jak najęty. Wpadają w tytułową panikę, robaczo nieruchomieją ze strachu, nie informując obsługi. Przyszedłeś na komedię, więc się śmiejesz. Co za pojeby! Czemu oni nie poinformowali obsługi? Czego oni się boją? I przez chwilę zapominasz, że przez miesiąc robiłeś content marketing dla firmy od zbilansowanych diet i jeszcze ci nie zapłacili. Zbilansowane diety i wyciskane soki powoli zastępują religię. Kiedyś od zła świata osłaniał cię pan bóg, a teraz swoje zdrowie składasz w ręce błonnika i probiotyków.

Sympatyczna ta dziewczyna (Aleksandra Pisula) i ciekawą ma pracę. Gra w filmach akcji, bo strzela z pistoletu na naboje imitującymi spermę. Jej serial z rozbudowanym monologiem “want to cum on me” cieszy się popularnością, czego dowodzą wpłaty widzów on- line. Prawdziwe pay per view. Tylko po co to łzawe moralizatorstwo na koniec, że kobieta, pakując plecak i wyjeżdżając do Peru, czy gdzieś, ucieka od samotności i słodkich a pustych jak wata cukrowa znajomości. Nie może sobie tak popracować, zarobić, a potem spokojnie wyjść za mąż za policjanta lub biznesmena? Przecież znasz takie dziewczyny. Może kiedyś były nieszczęśliwe, bo tata pił, a mama handlowała na bazarze. I co? Nic.

Bardzo cię mało bierze numer z dorosłym facetem (Bartłomiej Kotschedoff), mieszkającym z mamusią, uzależnionym od gier komputerowych, ponieważ masz znajomą pedagożkę szkolną, która codziennie przeprowadza rozmowy w stylu:
– Dlaczego syn nie chodzi do szkoły?
– Bo zasypia i śpi do południa.
– A ma w nocy dostęp do telefonu i komputera?.
– No, ma, ale jakie to ma znaczenie?
– Proszę mu zabrać telefon.
– Ale jak mam mu zabrać?
Także ten, że tak powiem, ale to już było. Film jest właśnie o tym, że w życiu gramy. Gramy bohaterów gier strategicznych, a nie umiemy rozmawiać z matką czy szefem. Trzęsiemy się jak galareta na widok trupa w samolocie, ale nakładamy na głowę opaskę z migoczącymi uszkami i napisem “Terminator” po środku. Byle do nocy, byle do jutra. Tłucze się w tobie litania smutna. Życie to jest teatr. Ktoś kocha ciebie, ty kochasz kogoś. Czasem jesteście razem, ale bardzo często nie. I co? Nic.

Rozpisałeś się tyle o “Ataku paniki” tylko dlatego, że okazało się, że recenzenci internetowo-prasowi byli na tym samym, ale zupełnie innym filmie. Wyszedłeś na ignoranta, ponieważ, żeby docenić film Pawła Maślony powinieneś znać “Magmę” tegoż reżysera, dzieła Altmana, Andersona, Aronofsky’ego i zastępu innych (filmweb.pl) albo “11 minut” Jerzego Skolimowskiego (wpolityce.pl). “Film Maślony łatwo bowiem odczytać jako apel o wytworzenie się poczucia wspólnoty w świecie przeżartym przez zwulgaryzowaną do cna formę indywidualizmu” – – zachwyca się recenzent Dziennika.

Rzadko pociągamy za sznurki, częściej jesteśmy pacynkami. I właśnie w tej odciętej od życia i świata ciemnej sali kinowej możemy pośmiać się z innych lalek. I co? Nic.

Daję trójkę z plusem.

„Atak Paniki”, reż: Paweł Maślona

“Mother!”, czyli filmowa “Kartoteka” [RECENZJA]

Za siedmioma górami na polanie pośród nieprzebytych borów mieszka w wielkim domu małżeństwo. On (Javier Bardem) jest sławnym pisarzem podchodzącym pod pięćdziesiątkę, cierpiącym na niemoc twórczą, przeżywającym kryzys wieku średniego. Jego o kilkanaście lat młodsza żona (Jennifer Lawrence) wzięła na swoje barki wszystkie obowiązki domowe. Chodzi cichutko na paluszkach, żeby tylko na  męża spłynęła dawno niewidziana wena twórcza. 

 

Życie dwojga wpadło w koleiny rutyny, przypomina dawno uśpiony wulkan, którego wzgórza porosły drzewami i wydaje się on na zawsze wygasły. Banał, zwyczajne czynności, nawet pospolitych utarczek brak. Małżonkowie seksu nie uprawiają, co skutkuje serią uników w wykonaniu męża oraz dobrotliwych uśmiechów żony.

Ożywienie w nudną codzienność wnosi pojawienie się w domu nieznajomego (Ed Harris). Pisarz, najwyraźniej złakniony wrażeń, wylewnie wita się z gościem, proponując nocleg, ku widocznej niechęci żony. W ślad za nieznajomym, podającym się za wielbiciela twórczości pisarza, przybywa jego seksowna żona (Michelle Pfeiffer), nie pozbawiona tupetu i wygłaszająca lapidarne wnioski, niczym podsumowujący wydarzenia na scenie antyczny chór. Kobieta wprost zwraca uwagę gospodyni, że jeśli ta chce mieć seks, niech włoży seksowną bieliznę, a nie barchany na wielki mróz.

W repertuarze kinowym film został oznaczony jako horror, co jest zarówno zabiegiem marketingowym, jaki i być może reżyserskim. Marketingowym, bo gatunek horror sprzeda się lepiej niż dramat. Autorskim reżysera, bo Darren Aronofsky, posługując się trikami z horrorów (plamy krwi na podłodze, zjawy wychodzące ze ścian, skrzypiące okna), daje do zrozumienia, że absurdalne, surrealistyczne sytuacje należą do świata magii i czarów, i Wam, drodzy widzowie, nic się takiego nie przytrafi, oglądajcie, jedzcie popcorn, sączcie colę przez słomkę.

Nazwa “horror” oraz przynależne do gatunku sztuczki, zabrakło co prawda wilkołaków, ale pojawia się oddział komandosów, zapewniają frekwencję w kinach, ale zamiast filmu bardzo dobrego, a może wybitnego, otrzymujemy film dobry. Przecież miłosna para, czyli on podtatusiały pan, ona – naładowana hormonami kilkanaście lat młodsza kobieta, mogą dostarczyć ciekawego scenariusza, szczególnie, jeśli w ich życiu pojawia się nieznajomy. Jakiś czas temu Ryszard Rynkowski został zatrzymany pijany z bronią w ręku przed własnym domem. Piosenkarz, co za zbieg okoliczności, ma młodą żonę. Już te dwa lakoniczne fakty tworzą wielorakość możliwych przyczyn, dlaczego Rynkowski stał z bronią w ręku na ulicy. Naprawdę nie trzeba tu efektów specjalnych.

Frustracja, złość, irytacja głównej bohaterki “Mother!” rosną w miarę zwiększania absurdu w filmie.  Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oglądam skomercjalizowaną “Kartotekę” Tadeusza Różewicza. Sceną jest dom, a filmowy pisarz mógłby zakrzyknąć za polskim:

BOHATER z rozpaczą w głosie. Krzyczy Jestem poetą, jestem poetą!! Bohater śmieje się jestem poeta, jestem poetą, jestem… Bohater płacze

Im więcej w domu na odludziu przybywa nieproszonych gości,chaosu, kwantowej nieprzewidywalności, tym bardziej pisarz odżywa. Stworzył wreszcie olśniewający wiersz, jakby czerpał siły z innych ludzi, z własnej żony, niczym Jerzy Pilch, który wdawał się w romanse, związki, pijaństwa, by opisywać je później w swoich książkach. Główna bohaterka “Mother!” w końcu doprowadzona do kresu wykrzykuje: “nie potrafisz mnie nawet dobrze zerżnąć”.

Film opowiada o niełatwym życiu narcystycznego artysty w związku z kobietą, która pragnie posiąść go na wyłączność fizycznie i psychicznie. Obraz jest też krytyką niedojrzałości, kapryśności i niezdecydowania współczesnych mężczyzn, którzy chcieliby zachować przywileje bycia samcem (baba upierze, ugotuje, posprząta), ale zrzucić obowiązki (zarabianie, dawanie stabilności domowi, dbałość o dzieci). Tylko czy do przekazania tego przesłania potrzebne były nużące momentami sceny absurdu.

W filmowych scenach apokaliptycznej przemocy legnie w gruzach stary porządek.

I co?

Właśnie. Banalny koniec nie uzasadnia groteskowych fajerwerków, to chyba główna słabość filmu. Za pomysł, rosnące napięcie, wiodące do groteskowego, ale przekombinowanego finału daję czwórkę z plusem (4+).

Mother! (2017), reżysera Darren Aronofsky, występują: Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer

W rytmie serca [RECENZJA]

Polsat pokazał w ostatnią niedzielę pierwsze dwa odcinki nowego serialu “W rytmie serca”. To kompletna szmira, sądząc po dobrych wynikach oglądalności. Film jest krzyżówką serialu medycznego, obyczajowego i kryminału.

Andrzej Żmuda (Mateusz Damięcki) jedzie z Warszawy do Afryki pracować jako lekarz bez granic przez Kazimierz Dolny, gdzie się urodził. Po drodze ulega wypadkowi i łamie nos. Nastawia mu go kazimierski doktor (w tej roli Piotr Fronczewski), przyjmując bez kolejki, NFZ i rentgena. Utrwala się polskie kumoterstwo. Za karę Fronczewski dostaje zawału czy wylewu, ale zaraz mu przechodzi bez paraliżu.

Film trochę mi się skojarzył z Batmanem, bo doktor Żmuda chwilę po przyjeździe rozwiązuje dwie zagadki kryminalno-medyczne. Czemu nikt wcześniej tego nie zrobił, nie wiadomo. Ale z drugiej strony nie ma się co dziwić. W Szkocji w sierocińcu pod opieką sióstr katolickich umarły setki dzieci i nikomu to nie przeszkadzało. W tych okolicznościach rośnie popyt na herosów filmowych.

Fronczewski miał szansę w filmie zaistnieć jako zmęczony błędami życiowymi, alkoholem i kobietami starszy pan doktor, który ratuje resztki sensu istnienia w przyzwoitym traktowaniu pacjentów, ale scenarzyści tak się zapatrzyli w Akademię Pana Kleksa, że przydzielili mu rolę zgorzkniałego od niechcenia świętego Franciszka. Mam nadzieję, że wyjdą jakiejś pozytywne cechy lekarza typu branie łapówek, łykanie wiagry lub błędy medyczne, bo inaczej mnie zemdli.

Trójkąt głównych bohaterów domyka siostrzyczka Barbara Kurdej-Szatan. Kocha ona wszelkie stworzenie, wzrusza się i ma dziecko.

Występują też policjanci. Szefowa kobieta z jajami (ociera się o śmierć, ale ta forma zboczenia jej nie interesuje i rezygnuje) oraz jej podwładny, safandułowaty roztropek. Jestem spokojny o kazimierskich przestępców oraz los mężczyzn.

Na razie nie wiadomo, o czym będzie serial, ale pokazują Kazimierz Dolny w mgielnej poświacie, wieczornych światłach, więc chyba ma być ładnie i bez ostrych krawędzi, także w scenariuszu.

W każdym polskim serialu pokazują lekarzy, prawników, policjantów stojących na straży zdrowia, praworządności, bezpieczeństwa Polaków. Czy kiedyś doczekamy się filmu o salowych, kasjerkach z Biedronki lub bezdomnych?

Syberiada Polska [RECENZJA}

Wszelkie filmy wojenne i martyrologiczne biorą mnie malutko, bo wystarczy pokazać, jak jeden drugiego morduje, a trzeci nie chce zabijania, by wyszedł hit (“Pianista”, “Lista Schindlera”, “Wołyń”, “Katyń”). “Syberiada Polska” nie wzięła mnie zupełnie, bo tu nikt nikogo nie ukatrupia. Film z DVD odleżał na półce przynajmniej dwa lata w dziewiczym opakowaniu, więc przedwczoraj obejrzałem go w telewizji.

W 1939 r. żołnierze radzieccy wkraczają, wiadomo, na kresy wschodnie. Deportują setki tysięcy Polaków na Syberię, w tym bohaterów “Sybieriady” – Jana Dolinę (Adam Woronowicz) z rodziną, samotną matkę Irenę (Sonia Bohosiewicz), a także wielu innych. Podróż przebiega w wagonach towarowych, niby głód panuje i zimno zabija, ale Polacy docierają na Sybir ubrani w grube ciuchy, dobrze wyżywieni, nawet czyści.

W obozie przesiedleńczym nie wiedzieć czemu oficer NKWD zwraca uwagę na oficerskie buty Doliny i nazywa go oficerem. Rosjanin (jakżeby inaczej, pijany) oczywiście nienawidzi Polaków, bo zabili mu ojca „polskie pany”. Nasi rodacy znoszą katorżniczą pracę, chłód i głód z powagą oraz mesjanistycznym cierpieniem, choć pokazanie niedostatków losu Zaorskiemu kompletnie nie wyszło. Nie widać rozpaczy na twarzy przechodzącej w otępienie, zapadłych policzków, wychudzonych nóg. Nawet tyfus żony Doliny wygląda co najwyżej na grypę.

Trup nie ściele się gęsto, Jak już ktoś umiera w liczbie sztuk 6 (czyli tyle ile ostatnio w jeden dzień w województwie podlaskim na drogach), to robi mu się zgrzebną trumienkę i z honorami grzebie. Są oczywiście dobrzy Rosjanie, czyli lekarz i jego córka – pielęgniarka. Jakie to wyświechtane. Żadnego tam humanitarnego uśmiercania za pomocą zastrzyków.

Najbardziej przekonująca w filmie jest Irena, matka trojga dzieci, w której zakochuje się radziecki oficer. Ona w nim też, bo jej smarkacze głodne chodzą. Zakochani wiodą fajne życie. Uprawiają seks, piją, siedzą w bani. Sielanka się kończy, gdy nauczyciel od tajnych kompletów i polska Żydówka zostają aresztowani. Irenka, matka boska, polska Sybiru, unosi się honorem i mówi, że dupy już nie będzie dawać. Rosjanin zapewnia, że będzie, ale tylko zapewnia. Nawet jej porządnie nie zbił, to co to za miłość.

Bardzo mnie rozczuliła obozowa Wielkanoc: chleb i potrawy na stole, wzniosłe przemówienia z inwokacją do ojczyzny oraz marzenia o powrocie do Polski. Jakby oglądało się zebranie sytej Polonii, nie zaś przerwę w wyrębie tajgi w niedostępnym klimacie.

Zaorski zrobił film, żeby broń Boże nikogo nie obrazić. Rosjanie są okropni, ale tylko tak gadają, bo NKWD zamienia się w kółko dyskusyjne oraz przedstawienie wymachiwania pistoletem, który jak już strzela, to nie w potylicę, ale w powietrze. Polacy są bohaterami, a Dolina robi za archetypicznego strażnika nie tylko rodu, ale i polskości. Rolę tę lepiej wypełniła Irena.

PS. Zdjęcia nagiej Soni Bohosiewicz można znaleźć tylko na rosyjskich portalach. Widać, matka Polka w Polsce oddaje się mężowi tylko pod kołdrą, a jak wyjeżdża, to nawet kołdry nie potrzebuje, choć to jednak Syberia.

Syberiada Polska (2013), reż. Janusz Zaorski