Passa Daniel Passent [NOTATKI NA MARGINESIE]

Historia społeczeństwa podczas II wojny światowej według Daniela Passenta, “Po wojnie kraj był zniszczony i właściwie wszyscy byli biedni. Żydzi stracili wszystko, Polacy – też, z wyjątkiem tych, którzy się na Żydach wzbogacili”. Gdyby nie chodziło o Passenta, mógłbym  przestać czytać tę książkę na 25. stronie. Cytatu pozwolę sobie nie skomentować.
Dalej Passent pisze, że najszczęśliwszy był w 1962 roku podczas studiów na Princeton. Do 25 strony już dwa razy wymienia Agnieszkę Osiecką. Z nią natomiast chyba był najszczęśliwszy, pozwolę sobie przypuszczać.

Pilch w sensie ścisłym Katarzyna Kubisiowska [NOTATKI NA MARGINESIE]

Po raz drugi nie mogę oprzeć się wrażeniu, bo po raz drugi czytam biografię tytułowego bohatera “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej, że Jerzy Pilch prowadził swe życie tak, by móc je opisywać w książkach. Zwróciła na to uwagę także Magdalena Raczkowska, była partnerka Pilcha. To ona rozpoznała się (nie było to trudne, Pilch uprzedzał) w postaci Asi Katastrofy. “To zabawne, że cechy, które na co dzień uprzykrzają życie, w literaturze Jerzego uszlachetniają i stają się interesujące” – mówiła autorce biografii.

Uparłem się na tego Pilcha, nie przepraszam. Atinę, swoją partnerkę, starał się przekonać, że jest jednostką słabą, kruchą i wrażliwą. Wymagał sił, współczucia i cierpliwości, samemu nie mając chęci tymi cechami się odznaczać. Tę samą taktykę przyjął, wpływając (nie chcę użyć czasownika “manipulować”) na bliskie osoby podczas swoich ciągów alkoholowych. Przed i w trakcie picia stawał się opryskliwy, złośliwy, niemiły, by tylko dać mu spokój i pozwolić pić. Upadając nisko we własny brud i wymiociny, dzwonił po pomoc. Wytrzeźwiawszy, dziękował za wsparcie, okazywał się człowiekiem do rany przyłóż. “Przestałam litować się nad Jurkiem, gdy poczułam, że jego picie jest w pewnym sensie szantażem emocjonalnym” – mówiła Atina w “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej Atina nie chciała stać się osobą współuzależnioną, żyjącą w rytmie ciągów pijackich Jerzego Pilcha. Zrozumiała, że im częściej przychodzi mu z pomocą, tym częściej on pije. Im rzadziej zaczęła przyjeżdżać z odsieczą, tym Pilch rzadziej pił. Przez dwa tygodnie nie odbierała od niego telefonu. Udało się to tylko dzięki wyjęciu karty sim z telefonu. Po tym wydarzeniu Jerzy Pilch nie pił przez rok. Atina nie postrzega byłego partnera jedynie w czarnych barwach, wspomina jego czułość, opiekuńczość, wrażliwość, błyskotliwość. Piciu Jerzego Pilcha oraz wpływie, jaki wywoływał na bliskie osoby poświęcam tych kilka zdań dlatego, żeby uzmysłowić sobie i zwrócić waszą uwagę na to, że nas też otaczają chorzy, cierpiący, użalający się na swój los tylko w momencie rozmowy z nami. Problem w tym, że nie chodzi im o pomoc w cierpieniu i chorobie, ale rzucenie uroku, cienia na osobowość drugiej osoby, by ta poza cierpiętnikiem nie miała własnego życia. Wyjście samotne do kina, albo nie daj bóg z kimś innym ma wywoływać poczucie winy. Czy taki był Jerzy Pilch? Nie wiem. A nawet jeśli, to co? Przeżyć wystarczało mu na tematy do książek, nie starczało na życie.

“Następny do raju” Marek Hłasko [CYTATY]

Kto mnie żałuje? Gdzie życie? Gdzie młode lata? Siedzę tutaj, daleko od Warszawy, od ludzi, od miasta. Jedyna dziwka, która myje tyłek chociaż raz na miesiąc, mieszka o pięćdziesiąt kilometrów stąd i żyje ze wszystkimi kolejarzami z powiatu. Tylko drzewo, droga i wilki.


Umilkł. Oczy lśniły mu dziko.
Kiedy? – zapytał kierowca.
Dwa dni temu. Dwa dni szukaliśmy go jak wariaci. Cud, że wilki nie rozciągnęły do tej pory W zeszłym tygodniu zwalił się jeden facet z sąsiedniej bazy. Szukaliśmy go wszyscy, a kiedy wreszcie znaleźliśmy, nie wiadomo było, jak go wrzucić do trumny, bo prawie całego zżarły. Na Sąd Ostateczny będzie się meldował bez kutasa. Potrzebne ci to?


Leśnik wskazał ręką na wóz; był już naładowany prawie po szczyty kłonic.
Starczy?
Dziewiątka pokręcił głową.
Jeszcze ze dwa kubiki.
Po cholerę to panu? Całego lasu i tak pan nie wywiezie naraz….
Drzewo jest potrzebne – rzekł Dziewiątka. – Klasa robotnicza przysłała tu najlepszych swoich synów, aby wozili drzewo. Stocznie, burdele, miasta, fabryki i ciche sioła czekają na te bale, żeby je w twórczym trudzie przerobić na wykałaczki, rączki do parasolek…

Marek Hłasko o pomyśle i pracy nad książką:

To się na pewno zaczęło owego dnia, kiedy ładowaliśmy drzewo gdzieś bardzo wysoko i w duży mróz. Tak, na pewno. Wozy stały na dukcie, a my na legarach podtaczaliśmy kłody. Trzech; jeden z jednego końca, drugi z drugiego, trzeci w środku. Jeśli puści ten w środku, to ci z boku zdążą jeszcze odskoczyć. Jeśli jednak puści któryś z bocznych – wtedy właśnie puścił jeden z bocznych i oblodzony kloc zmiażdżył mu kręgosłup, a stało się to tak szybko i tak zwyczajnie, że nie było w tym nic strasznego, nic wielkiego i nie bardzo rozumiem, dlaczego to tak dobrze pamiętam. Pamiętam, że staliśmy nad tym człowiekiem i nie można go było ani podnieść, ani przenieść, ani zawieźć do miasta, bo nie było czym, i wiedzieliśmy wszyscy, że to koniec; a on wiedział także i wrzeszczał, ile razy chcieli go przenieść z drogi w bok – aby wozy mogły jechać do tartaku. Wszyscy stali nad nim , wszyscy przestępowali z nogi na nogę, bo zimno było okropnie: silniki w samochodach pracowały bez przerwy, bo z zapuszczaniem tych starych wozów zawsze był kłopot i wszyscy się wściekali i dąsali, że to tak strasznie długo trwa, a wiadomo przecież, że i tak jest po wszystkim. Więc odchodzili w bok i odlewali się, i poprawiali silniki, i tupali, bez przerwy tupali, bo naprawdę by to wyjątkowo zimny dzień i wszyscy już mieli wszystkiego dość – i jeżeli pamiętam ten dzień, to chyba tylko dlatego, że odbywało się to wielkie tupanie; to tak, jakby złościli się na niego, a jednocześnie chcieli mu dopomóc. A potem nagle zapanowała jakaś radość i ożywienie; i wszyscy stali się dla siebie lepsi i milsi – kiedy już było po wszystkim i nareszcie można było założyć z powrotem czapki. Nie wiem, dlaczego nie napisałem tej akurat sceny w książce. Może dlatego, że chciałbym umrzeć sam, nie widząc nad sobą żadnej twarzy i nie słysząc żadnych słów ani niczego. Ale to było. (…) Boję się szpitala., zastrzyków, nocników i okrucieństwa lekarzy – więc proszę mi wybaczyć.

Ani wstęp, ani posłowie do “Następnego do raju”, Marek Hłasko

Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym

Wydawałoby się – i słusznie – że felieton jest gatunkiem doraźnym. Dziennikarze wbijają szpilę kolegom po fachu, tłuką polityków słowną pałką, piętnują obyczaje tych, którzy akurat najmniej się tym przejmą, bo nie przeczytają. Najbardziej ciśnienie skacze kolegom po fachu. Kiedyś odpowiadali na zaczepki w kolejnym numerze gazety, teraz nie muszą zwlekać ani dnia. Jakość pisania na tym traci, bo polemistom brakuje dystansu i humoru.


Jerzy Pilch w wyborze felietonów “Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym” po 20 latach wciąż brzmi świeżo. Polemizuje, krytykuje, szydzi i chłoszcze teksty z pism, które właśnie kupił w kiosku, wystaw, na które się wybrał, inscenizacje, na których się wynudził. Świeżość Pilcha polega na tym, że pisarz smaga piórem sobie współczesne wydarzenia, ale jakby wszystko, co opisuje, nagle przeniosło się w czasie 20 lat wstecz. Pilch żyje i pisze poza doraźnością, poza tu i teraz. Nie myśli o jutrze. Życie pokazało jak bardzo.

“Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska [RECENZJA]

Do napisania recenzji książki dowolnej, a teraz mam na myśli “Osiecką Nikomu nie żal pięknych kobiet” Zofii Turowskiej, potrzeba przynajmniej dwóch tygodni od jej przeczytania. Musi tyle czasu upłynąć, żeby nie dać się zwieść gorącym emocjom, że w PRL-u co prawda stało się w kolejkach, ale najwyżej z ryzykiem powrotu do domu bez parówek lub papieru toaletowego.

Maryla Rodowicz śpiewała o koszulach schnących na sznurze, tworzył Seweryn Krajewski, a na Opole tata dostał wejściówki, bo zakład pracy organizował dla zasłużonych pracowników. 150 normy na 22 lipca.


“Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet” stwarza wrażenie, że świat się skończył wraz Bolkiem i Lolkiem i proszkiem do prania “E”. Spokojnie, propagandowo ten świat wrócił. Musi się wiele zmienić, by nic się nie zmieniło.

Agnieszka Osiecka? Wielką poetką była, więc jej osobowość, postać, poezję wypada kuć tylko ze złota, ewentualnie z mosiądzu lub spiżu. Fundacja Okularnicy założona przez córkę poetki, Agatę Passent, zadba, by sukcesy Osieckiej wyeksponować (zasłużenie), porażki zamienić w potknięcia (sztuki teatralne), trudne lub nieudane związki zamieść pod dywan.
Szczególnie ten, dla którego Agnieszka Osiecka rzuciła Daniela Passenta. Ciut za dużo w “Nikomu nie żal…” nagromadziło się przemilczeń, bohaterowie stoją w cieniu. Jak zwykle. Jeśli komuś warto postawić pomnik, to Danielowi Passentowi. Agnieszka mogła na niego liczyć w każdą niepogodę.

Co jeszcze zapamiętałem lub tylko tak mi się wydaje?


Zwykłych dziewczyn, które zmieniają facetów jak rękawiczki, nie stać na podróże za ocean, lub choćby do Paryża. Mają najwyżej drobne na PKS do Kocka. Zwykłe dziewczyny nasłuchałyby się od mam, ciotek, kuzynek: “Ustatkuj się, zostaniesz sama. Szklanki herbaty nikt ci na starość nie poda”. Tylko która zwykła dwudziestolatka, najładniejsza w klasie, a przynajmniej czwarta, myśli o herbacie z sokiem malinowym?
Agnieszka Osiecka pewnie też by się nasłuchała, ale świeciła niezwykłością i o herbacie nie śniła. Chyba.
Z każdym blisko i daleko zarazem. Poetyczna, efemeryczna bliskość i rzeczywista obcość dotyczyła mężczyzn, przyjaciół, kompozytorów i wykonawców.
Zwykłe dziewczyny, co pędzą przez życie wiadomo dokąd, ale nie wiadomo po co, miałby uszy pełne utyskiwań i żalów: “Po co ty tam jedziesz, zwariowałaś, odbiło ci, siedź na dupie i znajdź pracę”.
Agnieszkę Osiecką Pan Talent zwolnił z przyziemności, L4 wystawił Pan Bóg lub inna okoliczność. Dopasujcie według własnych przekonań.

Kto napisał “W szeregu”, “Wielką Wodę”, “Szpetnych, czterdziestoletnich” nic nie musi, tylko może.
Niektórym wydawało się, że usidlą Osiecką, usadzą, zamienią w kurę domową, panią domu, wierną powierniczkę i piastunkę. Agnieszka dała się złapać w sieci temu, który wcale nie zamierzał łowić albo tylko stwarzał pozory niechęci, obojętności, lekceważenia. Po potknięciach, porażkach, wirażach wracała do mamy. Normalnej dziewczynie powiedzielibyśmy, że jest rozkapryszonym bachorem, o Osieckiej – że chowała w sobie wieczną dziewczynę.

Czy te skromne wnioski płyną z akapitów “Nikomu nie żal…”? A gdzie tam! Tak radykalnych tez Zofia Turowska nie stawia. Niestety. Sam sobie je wysnułem.
Próbowałem, nie znając jej, zrozumieć Osiecką jako człowieka, żonę, partnerkę, artystkę. Piszę pokornie o próbie, bo mam pełną świadomość, że ktoś, kto nie umie pisać jak Osiecka, nie umie poetki ująć w słowa.

Przy okazji niektórzy mogą się poczuć zawiedzeni, że “Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet” jest reedycją “Agnieszki Pejzaże z Agnieszką Osiecką”. Sądziłem, że mam do czynienia z zupełnie nową książką Turowskiej o Osieckiej, świeżą treścią, czystym spojrzeniem.
Moda na Osiecką wróciła wraz z serialem TVP i pojawiła się sposobność wznowienia książki. Ale czy trzeba było uciekać się do taniego chwytu? Zapytałem o to w wydawnictwie “Marginesy”, które wypuściło “Nikomu nie żal…” na rynek. Na odpowiedź czekam.

Daję 3+ na 6.

“Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska, Marginesy, Warszawa 2021

“Moulin Rouge”, Pierre La Mure [CYTATY]

W najtajniejszej głębi serca Henryk czynił jednak pewne zastrzeżenia, jeśli chodziło o osobę Pana Boga. Niewątpliwie był bardzo potężny. Zarówno katechizm, jak Pismo Święte pełne były jego czynów i olbrzymich dzieł, których dokonał. Jednakże, jeśli poddawał Go próbie, nie okazywał się bynajmniej wszechmocny. Ile razy Henryk z wielką czcią prosił Go o dokonanie paru bardzo prostych cudów, tyle razy pan Bóg  albo nie słyszał jego modlitw, albo był zbyt zajęty, żeby się do nich przychylić.
Henryk doszedł w końcu do przekonania, że Pan Bóg jest bardzo  hojny i potężny, ale niezmiernie oględny w udzielaniu swych darów i okazywaniu swej mocy. Był ttrochę podobny do wuja Odona, który uchodził za krezusa, ale nigdy jeszcze nie przysłał mu żadnego prezentu poza kartka pocztową na gwiazdkę.
Dlaczego ludzie, którzy nie lubią się uczyć, starają się tak ośmieszyć naukę, a wychwalać nieuctwo, jak gdyby ono było czymś trudnym do zdobycia?
***
Wkrótce jednak lokatorzy zdążyli się zorientować, jak zgubna atmosfera moralna panowała w tej dzielnicy. Powracający wieczorem ojcowie rodzin musieli sobie torować drogę pomiędzy rojem prostytutek śmiało biorących ich pod rękę, obiecujących silne i wyrafinowane rozkosze, jakich żony niezdolne byłyby im zapewnić. Niektórzy z tych panów trafiali do domu, inni zaś nie. Wynikały z tego gwałtowne sceny małżeńskie.
***
– A co ja mam zrobić? Zakochać się? Kobiety są zabawne tylko dopóty, dopóki się w nich nie kochamy. Jeśli się zakochasz – przepadłeś. Robią się nieznośne i zaczynają się rozglądać za kimś, kto by się nad nimi znęcał. Taka już mają naturę. W miłości chcą grac rolę ofiary. Jeśli je mężczyzna skrzywdzi, myślą i mówią o nim całe życie. Ale niech tylko spróbuje być dla nich dobry, zapomną o nim po tygodniu.
***
– Jeżeli pozwolisz, powiem ci teraz, dlaczego twierdzisz, że to Leonardo namalował Mona Lizę.
– Doskonale – zaśmiał się drwiąco Anquetin, zachwycony tą zmianą taktyki. – Słucham cię.
– Dlatego, że jest to napisane na mosiężnej tabliczce u dołu ramy. – Henryk uśmiechnął się szyderczo do swego przeciwnika.  – Tak, stary. Na tej małej tabliczce wyryty jest napis: „Leonardo da Vinci. 1452-1519”. Stąd twoja pewność. Gdybyś znalazł Mona Lizę w sklepie u antykwariusza, zakurzoną i nieoprawioną, pomyślałbyś, że to jakiś dobry, mocno popękany pod grubą warstwą werniksu portret z epoki odrodzenia i dałbyś może za niego pięćset franków.
***
Przekonał się wkrótce, że nie miała żadnych ambicji, żadnej chęci nauczenia się czegoś. Marzenie każdej loretki: znaleźć bogatego protektora – nie przyszło jej nigdy do głowy. Urodziła się i przebywała całe życie w nędznych zaułkach i wcale nie pragnęła się z nich wydostać. Rozumiał, że musi przyjąć stawiane przez nią warunki albo ją stracić. Maria nie zmieni dla niego swoich przyzwyczajeń. Jeśli chce, żeby przy nim została, to on musi zmienić tryb życia.
Tak też uczynił.
Pijąca, rysunek z 1889, Henryk Toulouse-Lautrec
***
Zepsucie tej kobiety, jej lubieżność, upajająca i niezmienna ekstaza, w jaką wprawiało go każde z nią zbliżenie stały mu się niezbędne. Na to, by ją przy sobie zatrzymać, musiał znosić jej obecność. Pozwolić jej odejść byłoby rzeczą niebezpieczną. Ta ladacznica miała przecież we krwi uliczną włóczęgę. Mogła kogoś spotkać… Mogła nie wrócić.
***
Z nudów stawała się coraz okrutniejsza. Zadawała mu ból dla zabawy, dla zabicia czasu. Drzemiąca w niej głucha nienawiść klasowa, odwieczna wrogość biedaków do bogaczy podjudzała ją do wymyślania coraz to nowych tortur. Chciała się przekonać, ile zniesie dla niej ten zamożny kaleka, który nigdy nie zaznał, co to głód i chłód.
***
– Kochasz ją?
– Kocham? – Słowu temu towarzyszyło wzruszenie ramionami i wybuch śmiechu
***
– Nie pytaj się, jak można nienawidzić kobietę, a równocześnie jej pożądać. Nie wiem. Ale wiem jedno: nienawiść jest widać najsilniejszym środkiem podniecającym, a pożądanie kobiety w przystępie złości jest może najszaleńszą rozkoszą, jakiej człowiek może doznać. Tylko że taka miłość nie uśmierza pożądania, nie daje ani ulgi, ani spokoju, nic nie rozwiązuje i stopniowo doprowadza nas do szaleństwa.
***
Z początku myślałem, że to czar jej ruchów – ma wrodzone wyczucie plastyki, każda jej poza mnie zachwyca. Obcować z nią to jak obcować ze statuetką Tanagry. Ale czar oczywiście nie na tym polega. Myślałem, że to jej wyuzdanie, jej deprawacja w miłości. Jest w niej tylko płeć, tylko samica. Ma w sobie jakiś poetyczny bezwstyd, jakiś czepliwy urok.

 

Cytaty pochodzą z:
“Moulin Rouge”, Pierre La Mure, Warszawa 2003, DeAgostini Polska, tłumaczenie (doskonałe) Jadwiga Dmochowska oraz tłumaczenie z wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego, Warszawa 1957 roku

“Zły” Leopold Tyrmand [RECENZJA]

Czy Leopold Tyrmand znał powstałą dekadę przed napisaniem “Złego” komiksową opowieść o Batmanie? Jako miłośnik kultury amerykańskiej  – mógł. Jeśli nie, stworzył polską polską opowieść o superbohaterze. Ludzie nazywali go Zły.

“Zły” jest przede wszystkim powieścią o Warszawie lat pięćdziesiątych, dziesięć lat po drugiej wojnie światowej. Wypchane po brzegi, a nawet poza nie, warszawskie tramwaje budziły w instynkty drapieżcy. Warszawiacy walczyli w nich o każdy kawałek podłogi. Zachowywali czujność, by współpasażer nie zgruchotał im łokciem wątroby, a kieszonkowiec – życia po wypłacie. Z drugiej zaś strony altruizm też się zdarzał: wisząc na zewnętrznym stopniu pasażerowie jechali, trzymając się płaszcza sąsiada. Tyrmand przeskakuje z tramwaju do trolejbusu, stamtąd do kawiarni, restauracji, spelun, skwerów, bazarów. Przechadzamy się po nowych ulicach i resztkach ruin. Obracamy oczami dookoła głowy, by nie dostać nożem w brzuch na Czerniakowie lub Siekierkach. Aż mi się tęskni do restauracji “Lotos” przy Belwederskiej. Jej peerelowski wystrój byłby znakomitą scenografią do niektórych kadrów ze “Złego”, gdyby film w końcu doszedł do skutku. O tym słowo na końcu tekstu.

Tyrmand tak ostentacyjnie nie mieszał polityki ze swoją opowieścią, że ta nieobecność aż boli. Ale może dzięki temu książka mogła się w ogóle ukazać. Powszechnie znana propaganda sojuszu robotniczo-chłopskiego rozbrzmiewająca z megafonów przystrojonych czerwonymi chorągiewkami ostro zderza się z życiem  warszawskiej ulicy pana Leopolda: bójki, okaleczenia, chuligaństwo idą w parze z romansem, miłością, tęsknotą – żeby raz w roku dostać pomarańcze. Życie fryzjerów i redaktorów. Kioskarzy i kierowców autobusów. Lekarzy i prywatnej inicjatywy. Wątki poboczne zasila pierwszoplanowa rywalizacja między “Złym” a Filipem Merynosem, mózgiem i szefem warszawskiego gangu.

Twórca “Złego” nie jest wybitnym psychologiem w rozumieniu freudowskim. Bohaterowie nie odznaczają się skomplikowaną  a wyrafinowaną osobowością, za którą kryją się traumy dzieciństwa i zasieki chrześcijaństwa.  Autor “Złego” umie obserwować ludzi, słuchać, a rzecz przelać na karty powieści.

Bandziory socrealizmu raźno garnęli się do każdego okrucieństwa. Kopnięcie kobiety w brzuch stoi w hierarchii rozrywek na równi z dzisiejszą wizytą w McDonald’s. Natomiast kultury słowa im nie można odmówić. Robią za panienki z dobrego domu w porównaniu do Daro ze “Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka. Nie rzucają mięsem, stojąc do kasy w pedeciaku.

Żulczyk wymiotuje Warszawą, Tyrmand – przytula miasto. Moje miasto, a w nim. Żulczyk w “Ślepnąć…” nie lubi ludzi, Tyrmand – brakuje tylko, by wszyscy na koniec zatańczyli poloneza. 

Ale to może w filmie. Najbliżej nakręcenia był Xawery Żuławski, ale ponoć syn Tyrmanda, Matthew, nie zaakceptował scenariusza. 

Nie sprawdzimy więc, czy wielowątkowa opowieść filmowa o kelnerkach, dziennikarzach i handlarkach z Różyckiego równie pięknie pokaże Warszawę, jak ona swych bohaterów. Stolica bez nich nie istnieje, oni bez niej – też.

I to jest największa siła tej powieści. Przesiąknięta Syrenką od płetw do głów.

Daję cztery plus  w sześciostopniowej skali.

„Zły”, Leopold Tyrmand, , Wydawnictwo MG, 2015 

Recenzja: Jarosław Pałyska

Agora zarabia więcej na popcornie niż na sprzedaży Gazety Wyborczej

Internet obiegła wiadomość, że Agora zarabia więcej na przekąskach w kinach niż na sprzedaży “Gazety Wyborczej i w radiu. Przyjmujemy zakłady. Kiedy spółka zamknie papierowe wydanie?
W USA w 2012 r. papierowy “Newsweek” dokonał żywota, co jest niczym w porównaniu z zamknięciem w 2019 r. “Twojego Weekednu”.
W tych dniach zamyka się w Polsce “CKM”, “Cosmopolitan”, “Playboy”.
Umarła prasa, zmartwychwstała książka.

“Ślepnąc od świateł” [RECENZJA KSIĄŻKI]

Gromkimi brawami powitajmy na scenie Jakuba Żulczyka, odkrywającego przed państwem Amerykę, świat ze skrzyżowania Mazowieckiej ze Świętokrzyską, apartamentów na Saskiej Kępie, kipiących niedyskretnym bogactwem willi w Wilanowie. Oto autor powieści “Ślepnąc od świateł”. Żulczyk się kłania, przyjmuje uściski, poklepywania i dyplomy. I gdy już odbierze nagrody, autograf złoży na stronie tytułowej egzemplarza kupionego w promocyjnej cenie, jedziemy metrem do domu i między Wierzbnem a Młocinami zagłębiamy się w lekturę. Nie bardzo jest w co się zagłębić.

Jacek, diler kokainy z Warszawy oprowadza nas po świecie swoich przemyśleń oraz szlaku handlowym. Jeśli chodzi o pierwsze, przepraszam, że się wymądrzam, na cale 520 stron powieści znalazłem zaledwie trzy cytaty godne wynotowania, przekazania bliźnim, choćby jako rekomendację do przeczytania tej książki.

Obchód po rejonie handlowym Jacka ma być trochę pretekstem do pokazania nocnego życia warszawiaków, a bardziej – do zajrzenia za kulisy przestępczego świata.
Pierwszy powód, jeśli oczywiście taki był, kończy się już na starcie, ponieważ na kartach książki nie znajdziemy nadziei, leków i zgryzot nauczycielek, hydraulików, sprzedawczyń z “Fresh marketu”, które nie mają jak wrócić do domu po 23 i że nikogo to nie obchodzi. Ostatni autobus odszedł piętnaście minut temu, cholewka znów się oderwała od buta z CCC. Chrześniak ma za tydzień urodziny, a Ewelina sama za pokój musi zapłacić, bo współlokatorka się wyprowadziła bez słowa. I pi.. telefonów nie odbiera.
Więcej o Polakach dowiedziałem się z ‘Alternatywy 4″ Stanisława Barei.

To może warszawska gangsterka mnie czymś zaskoczy. Niespecjalnie. Piotr, szef Jacka, akurat handluje kokainą, ale równie dobrze mógłby mieć hurtownię budowlaną lub sprowadzać auta z Niemiec. Trochę choleryk, trochę niby czuje się lepszy od innych, ale to pozornie, on po prostu świata innego nie zna poza swoim, więc oczywiście dziewczęta w Sopocie – tak, ale żadnych tam wycieczek niepoprawnych politycznie, że pedały, brudasy i lewaki.
Takich kolesi spotkasz, jak budujesz dom. I też dajesz sobie z nimi radę. Albo nie. Ale co w tym nowego? “Ślepnąc od świateł” odkrywa też, że nie wszystkie dziewczyny pracują w “Żabkach”. Niektóre radzą sobie znacznie lepiej i nie mieszkają ze współlokatorkami. Mają mężów biznesmenów i parkują suvy na podjeździe z kostki brukowej. Czym ich życie różni się od dziewczyn ze sklepów spożywczych? Poza kasą, rzecz jasna.

To może psychopatyczny Dario przeraża mnie czymś niemożebnie, że po nocach się pocę. Bardziej boję się wizyty u proktologa.

Kierujemy się do podsumowań. “Ślepnąc od świateł” to znakomita lektura dla wszelkich ludków z mieszkań na kredyt za pół miliona. Ostatnim szaleństwem, jakiego dokonali, jest upicie się w Turcji na all inclusive. Podpalenie dużego śmietnika z workami po weekendzie ciągle przed nimi, ale można wcielić się na chwilę we Franza Maurera czy kogoś tam, czytając “Ślepnąc od świateł”.

Przypomniał mi się żart. Siedzą dwa szczury na wysypisku śmieci.
– Dobra ta książka.
– Tak, ale film był lepszy.

O szczurzym smaku przeczytaj tutaj.

Daję trzy plus  w sześciostopniowej skali.

„Ślepnąc od świateł”, Jakub Żulczyk, Świat Książki, Kraków 2018

(ilustracją recenzji jest okładka wcześniejszego wydania powieści)

“Bezsenność w czasie karnawału” [RECENZJA]

Z panteonu wybitnych Polaków najbardziej tęsknię za Januszem Głowackim, Zbigniewem Nienackim i Martą o blond włosach, małych piersiach i dużym tyłku. Albo na odwrót, choć włosy rzeczywiście były blond, a na dodatek do połowy pleców. Tęsknota za Martą wydaje się oczywista i nie wymaga dodatkowych wyjaśnień.

“Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki

Z Nienackim też nie mam większych wątpliwości, bo współpracował z SB, uganiał się za nastolatkami, ale w książkach akurat o tym nie pisał. Szkoda. Bajał o harcerzach dzielnie tropiących skarby, dbających o przyrodę ojczystą i zwalczających wszelkie objawy handlu dziełami sztuki z “drugim obszarem płatniczym”. Przez chwilę zastanawiałem się, o czym dziś tworzyłby Nienacki. Nie wiem.

Porzucam myśl, bo miało być o “Bezsenności w czasie karnawału”, ostatnich zapiskach Janusza Głowackiego zebranych i opracowanych przez Olenę Leonenko-Głowacką. Ostatnich zarówno w sensie chronologicznym, jak i znaczenia – mocno osobiste pożegnanie się z czytelnikami bez podlizywania się, dziękowania i modlitwy.

Głowacki Nienackiemu do pięt nie dorasta, bo nie donosił, lubił dziewczyny i chwalił się tym w książkach. O Głowackim mógłbym powiedzieć, że jego książki “skrzą się” ironią, mienią sarkazmem i przytłaczają tragizmem. Otwierają oczy, pchają do jeszcze bardziej wzniosłych czynów, rozbudzają miłość do literatury i tego typu frazy na poziomie wczesnego liceum. Ale jest zupełnie inaczej, o czym ciut niżej. Co w ogóle nie znaczy, że mądrzej czy lepiej.

Chyba każdy spotyka w życiu jedną, a najwięcej trzy osoby, które czytają z duszy drugiego człowieka jak z otwartej księgi. Na nic zdają się kłamstwa opakowane w nic jak lejsy paprykowe, cytaty wyjęte z fejsbukowych memów i gorące zapewnienia, że cieszą cię niesamowicie małe i duże sukcesy bliźnich, kiedy akurat zawiść i zazdrość zaliczają się do twoich czołowych zalet.
Tymi wróżkami, medium może być ojciec, matka, a nawet bardziej, własna sąsiadka. Ksiądz, kochanka, żona, a w końcu – i to najbezpieczniejsza wersja: książka. Inny człowiek, to wiadomo, przeczyta duszę, niby chcę ją uleczyć, do rany przyłożyć, ale na koniec wywlecze jej tajemnice jak Adolf sekrety Pana Kleksa. Zdradzisz kochance, ile zarabiasz, ta jeszcze żonie powie i życie zmarnowane. A tak masz na podorędziu Głowackiego i Nienackiego, bo Marta wyszła za mąż, ma dzieci i torbiele na jajnikach.

Nikogo to nie interesuje, a nawet gdyby, to i tak nie zdradzę, co wyczytał we mnie Głowacki. Do dziś byłem pewien, że to ja czytam Głowackiego, ale doniosłe przemyślenia na podłodze w łazience podczas nomen omen bezsennej nocy z “Bezsennością” pozwoliły mi pojąć, że to Janusz Głowacki odczytał moje nastroje, zaniechania i tęsknoty. I żeby w końcu Lewandowskiemu noga się powinęła.

“Bezsenność w czasie karnawału” trochę przywodzi na myśl “Z głowy”. Jest w niej tyle samo sarkazmu, ironii i błazenady co w sławnej powieści, autobiografii, ale więcej wesołego tragizmu. Głowacki zabrał mnie w swoją ostatnią drogą, ale kondukt bardziej wygląda jak orszak weselny, w którym za autami  hałaśliwie ciągną się łańcuchy puszek po żubrach, lechach i dębowych. W tym przypadku są to wspomnienia o Himilsbachu i Maklakiewiczu, Tadeuszu Konwickim i innych literatach, kwiaciarce z Krakowskiego Przedmieścia, barach Nowego Jorku oraz o niegdysiejszych rozpustnicach, dziś emerytkach, co blokują wnukom mieszkania w dobrym punkcie Warszawy. Głowacki ostatnią drogę zamienia w wesołą stypę. Usiądźmy na grobie i wypijmy po jednym, bo piździ.

Tak Głowacki wspomina ostatnie chwile swojej matki, ale pasuje do kondycji człowieka w ogóle:

– Mój Boże, Janku, jak to szybko poszło.
A mówiła o osiemdziesięciu pięciu latach. Wtedy mi się to wydawało bardzo długo, teraz już nie. Powiedziała też: “Mój Boże”, choć dawno zerwała z religią, bo nie mogła wybaczyć Bogu tego, co zrobił z Hiobem. Obie koszmarne wojny jakoś mu wybaczyła. Rozstrzelanego jako zakładnika swojego ojca i zamordowaną w jakimś obozie matkę też. To, że jej mąż kochał całym sercem swoje kochanki i przez to umarł, a astma tylko pomogła, że ja wyemigrowałem z córką do Ameryki i zostawiłem ją samą – też. A Hioba nie. Taka jest przewaga mitu nad całą resztą.

Życie jest bajką. Czasem wesołą, czasem tragiczną. Farsą. Dawno temu w Ameryce ogłosili konkurs na sobowtóra Charliego Chaplina. Oryginał też się zgłosił, ale odpadł. Głowacki na swojego sobowtóra się nie zgłosi, ale następców nie widać. Szukam. Proszę o listę książek, bo tymczasem pierwsze miejsce najlepszych książek mojego życia nadal zajmuje “Z głowy”.
“Bezsenność w czasie karnawału” może by się nadawała, ale jednak widać, słychać i czuć, że to robota nie dokończona, szkic, wersja robocza. Czyli trochę jak w życiu. Kończy się ono zazwyczaj co prawda po obiedzie, ale przed deserem.

Jak każdy człowiek przyzwoity, ludzi przegranych nie lubię wprost wyjątkowo, a dobroci to już mi nikt zarzucić nie może, poza wróbelkami. A zapisuję to wszystko naumyślnie z nadzieją, że wywołam u czytających poczucie nie żeby zaraz zrozumienia, ale wyższości. To już coś, bo takie poczucie, że się jest lepszym, pomaga, daje sporo radości i nadaje sens życiu. No nie aż tak jak zemsta, chęć odwetu, nienawiść, bo one to już bardzo pomagają. I człowiek nawet nie zauważy, jak to życie przyjemnie i szybko przeleciało.

Daję cztery za treść, cztery za formę, bo choć krótkie lubię, to jednak za krótko też niedobrze. Ogólnie: cztery na sześć.


„Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki, W.A.B., Warszawa 2018

To pewnie bracia emeryci przestraszyli się, bo my boimy się wszystkiego. To akurat, wiem, mieszkają dwie staruszki – moje dawne koleżanki, byłe sławne modelki i jeszcze sławniejsze rozpustnice. Ale przegapiły chwilę.

Odłożyły na zakup mieszkania, wytapetowały ściany okładkami z magazynów, na których stoją dumnie i patrzą na wszystko z góry. A teraz na sztywnych, wychudzonych nogach, które kiedyś budziły wściekłe pożądanie, krążą między oknem i telewizorem. Żyją z rent i wspomnień, i mogą liczyć tylko na pieszczoty ślepej jamniczki. Palą papierosy, siedzą w oknach i trochę się boją, a jeszcze bardziej wstydzą, bo wiedzą, że żyją za długo. Blokują mieszkanie w dobrym punkcie i są na utrzymaniu suwerena, zwłaszcza że rozchodzą się alarmujące wieści, że Polacy żyją coraz dłużej kosztem nowych narodowych dzieci. Więc lepiej o sobie nie przypominać i w karnawał te okna zamykać po cichu.