Nie będzie nas, będą drzewa. Wernisaż wystawy “Drzewa” w Wiązownie

Ludzie sami są sobie winni, bo od kiedy nauczyli się dokonywać pomiarów meteorologicznych, okazuje się, że temperatura na Ziemi tylko rośnie. Nie mierzyliby, nie byłoby zmartwienia.

Problemem naprawdę są termometry, a bardziej umiejętność naukowego obserwowania pogody, ponieważ skokowy postęp nauki i techniki w XX wraz z rozprzestrzenianiem się idei liberalizmu wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale ma szansę wpędzić ich w otchłań samozagłady klimatycznej. Awers postępu cieszy zmysły pełną miskę, smartfonem i samochodem; rewers męczy szybko rosnącym stężeniem gazów cieplarnianych, smogiem, degradacją środowiska. Czy potrafimy zmienić model gospodarki napędzanej chęcią zysku za wszelką cenę? Czy jesteśmy w stanie powstrzymać zmiany klimatyczne na Ziemi?

Troskę o losy przyrody, drzew w szczególności, wyraża otwarta 23 listopada 2019 r. wystawa “Drzewa” w galerii “Więzy” w Wiązownie. Więcej na niej nostalgii za przeszłością (reprodukcje obrazów Wyczółkowskiego), katastroficznych wizji niż nadziei.

 

Najbardziej apokaliptyczna wydaje się praca Joanny Czubak. Grupa mężczyzn w garniturach, w melonikach na głowach, siedzi na drzewie bez liści. Z nieba leje się skwar, a twarze ludzi zdają się niemo pytać:

– Cośmy zrobili z tym światem? Uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną, a ona odwraca się do nas pustynią i suszą! Czyżbyśmy źle zrozumieli słowa Pisma?

Joanna Czubak, “Życie na Ziemi”, akryl

 

Rajskie życie z i w zgodzie z Naturą wydaje się wyłącznie muzealnym eksponatem przywołanym na batiku Joanny Czubak, niczym widok zakurzonej maselnicy nudzącej się w skansenie Ziemi Dowolnej.

Joanna Czubak, “Drzewo Życia”, batik

 

Póki żyjemy, nie traćmy nadziei. Taką dają niektóre dzieła zgromadzone na wiązowskiej wystawie, między innymi ten powyżej i ten poniżej:

 

Wlał ją w serca także Arkadiusz Szaraniec, autor książki “Warszawa dzika”.

Chętnym rozdawał do posadzenia żołędzie. Dęby znakomicie nadają się do neutralizacji zanieczyszczeń. Przeciętne drzewo składa się w 47 procentach z węgla, dąb z racji wysokiej gęstości ma go jeszcze więcej.  Z wydobywającego się z rur wydechowych i kominów fabryk dwutlenku węgla – węgiel zostanie w drzewie, a tlen dostaniemy w prezencie. O ile sami go sobie damy. I zdążymy. Największy las świata, tropikalna Amazonia, dający Ziemi 1/4 tlenu ma za kilka lat stracić zdolność do samonawadniania się.  Homo sapiens się spieszy, tylko czy biegnie we właściwym kierunku?

Nie zaprzątajmy sobie głowy wydumanymi problemami. Zbliża się Black Friday. Może będą jakieś tanie samsungi lub przynajmniej LG. Nieliczni odwiedzą galerię “Więzy”. Ciut więcej ludzi posadzi drzewo, bo akurat mają ogródek, a jesień to pora nasadzeń.

Zatem do galerii, potem do łopat!

PS. Rafał Pałyska (lat 11) stworzył na wystawę rysunek tuszem, drzewa też posadził. Jeszcze przed wernisażem.

Rafał Pałyska, drzewo sprzed kościoła św. Wojciecha w Wiązownie, rysunek tuszem

 

“Drzewa”, Galeria Więzy, Wiązowna. Wystawę można zwiedzać do niedzieli 8 grudnia 2019 r.

 

 

 

Liście drzew pochłaniają do 90 proc. promieni słonecznych, a cień przez nie rzucany schładza powierzchnię gruntu nawet o 20 st. C.

Badania wykazują, że dobrze zaprojektowana zieleń miejska obniża poziom smogu o 10 proc.

Cień rzucany przez koronę drzewa w czasie upałów obniża temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza.

Korzenie mogą zatrzymać 6,6 tys. litrów wody deszczowej rocznie.

 

Liczba drzew rosnących dziś na całej Ziemi jest szacowna na 3 biliony (bilion to tysiąc miliardów). Zgodnie z wyliczeniami zespołu prof. Thomasa Crowthera musielibyśmy w szybkim tempie zwiększyć ją o kolejny bilion. Najwięcej miejsca o zalesiania – niezajętego przez pola uprawne ani miasta – mają Rosja, USA, Kanada, Australia, Brazylia i Chiny. (…) Niestety, nawet posadzenie najbardziej odpornych drzew na ogromnych obszarach nie wystarczy, bu uchronić nas przed najgorszym scenariuszem katastrofy klimatycznej. – To nie jest panaceum, lecz tylko jeden ze sposobów na walkę ze zmianami. (…) jeśli zadrzewimy 900 mln hektarów, ale nadal będziemy zwiększać produkcję gazów cieplarnianych w tym tempie, co obecnie, za 22 lata wrócimy do punktu wyjścia.  [1]

 

[1] Focus, nr 09/2019, wrzesień 2019

Obrazy duszy wiszą w Józefowie

Oczy mogą spełniać ważne funkcje w życiu. O jednej z nich opowiadał Wolf w “Psach 2”:
– Kiedyś, przyprowadziliśmy jeńców do obozu i tam na wartowni stała taka micha pełna oczu. I te oczy tak poukładane jak ostrygi. I ja się pytam komendanta, po co to tu stoi? A on mówi, że tak jak rejestrują jeńców, to to tak stoi żeby robiło wrażenie… A Sawczuk pyta czy im się te oczy nie psują? A on mówi nie, codziennie mamy nowe… i że nie przyjmie naszych jeńców, bo już jest po szesnastej…
– Twardy gość – mówi Franz Maurer-
– Komendant.
– Nie… Sawczuk.
Dziś wojny nie ma, więc ludzie nie dają się poznać z najlepszej strony. Ten błąd postanowiła naprawić Edyta Tobiasz. Nie wystawiła miski z oczami, ale obrazy z oczami w Miejskim Ośrodku Kultury w Józefowie. Dzieła artystyki można ogladać do końca marca 2016 roku.

Dodam przy okazji, że Edyta Tobiasz jest moją siostrą, więc wystawę nie tylko warto zobaczyyć, ale wręcz trzeba.

Edyta Tobiasz zachęca do odwiedzenia wystawy. Przeczytaj poniżej:

Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy – nigdy! Ktoś wam zadaje niespodziewane pytanie, nie zdradzacie się nawet drgnieniem, błyskawicznie bierzecie się w garść i wiecie, co należy powiedzieć, żeby ukryć prawdę, i wygłaszacie to niezmiernie przekonywająco, i nie drgnie na waszej twarzy żaden muskuł, ale – niestety – spłoszona pytaniem prawda na okamgnienie skacze z dna duszy w oczy i już wszystko stracone – ten cytat z “Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa jak ulał pasuje do malarstwa Edyty Tobiasz. Patrząc na oczy w jej dziełach nie sposób zastanowić się, co kryje się w tym oczach. Radość? Gniew? Nadzieja?
Przyjrzyjcie się Państwo. To, co wyczytacie w tych oczach, tkwi na dnie Waszej duszy. Głęboko. Może nawet są to uczucia, którymi nie chcecie podzielić się z innymi. Ale mogą być impulsem do działania, do zmiany na lepsze.
Oko jest też symbolem bóstwa, słynne oko opatrzności wykorzystywano już w starożytnym Egipcie, w kulcie chrześcijańskim, wolnomularskim. Oko opatrzności przypomina, że Bóg patrzy na nasze poczynania na Ziemi.

Jakie zatem przesłanie płynie z malarstwa arystyki? Dla jednych będzie to wgląd w samych siebie, dla drugich spojrzenie, ocena, uznanie innych ludzi lub Boga. Co jeszcze? Interpretacji będzie wiele i wszystkie prawdziwe. Oczy nie kłamią.

Akt kobiecy to nie nagość, to uczucie


Kocie zauroczenia, Iwona Wierkowska-Rogowska

Rozmowa z malarką Iwoną Wierkowską-Rogowską
Róża
– Skąd pasja malowania?
– Miałam zawsze. Ale życie, dzieci, praca, brak czasu uniemożliwiały mi jej wykonywanie. Ukończyłam Policealne Studium Architektoniczno-Budowlane, ale w zawodzie nigdy nie pracowałam. Więc i moja zabawa z rysowaniem czy malowaniem się skończyła zaraz po szkole. Podjęłam pracę w… policji. Dopiero gdy poszłam na wcześniejszą emeryturę, miałam to szczęście, wymyśliłam artystyczny sposób na życie. W zasadzie zaczynałam od początku, jestem w tej dziedzinie kompletnym samoukiem. Najpierw akryle, potem farby olejne, eksperymentowałam z pastelami. Lubię testować, łączyć różne techniki.
– Mieszka Pani na Mazurach. To marzenie czy los tak Panią rzucił?
– Marzenie. Z Warszawy przeprowadziłam się tu z mężem, ponieważ oboje uwielbiamy wędkować, to moja druga pasja. Mamy tu ciszę, las za oknem, ryby w jeziorze. Czasami sama się sobie dziwię, dzieci zresztą też, że ja – warszawianka z urodzenia – zdecydowałam się na takie życie  Taka jestem zwariowana.
– A skąd pomysł na pracę w policji?
– Aaa, to za namową mamy: państwowa praca, pensja na czas, pewność i bezpieczeństwo. Jak skończyłam szkołę architektoniczną, akurat trwał zastój w budownictwie, biura projektowe źle prosperowały, lata osiemdziesiąte, kryzys. O pracę w biurze architektonicznym było ciężko.
– I co Pani robiła w policji?
– Pracowałam w informatyce, wydziale kryminalnym i jako oficer dyżurny. Siedem lat temu przeszłam na emeryturę. Zaczęłam zabawę z malarstwem.
– Hobby czy dodatkowo źródło utrzymania?
– Jako samo hobby – to byłoby zbyt kosztowne.
– Zarobić można?
– Można, choć nie są to kokosy, może za mało się cenię.
– Jakie są ceny Pani obrazów, na przykład za ten:
– Nie mam wygórowanych ambicji, chciałabym 250 zł. Wydaje mi się, że cena jest w miarę realna. Podobne prace sprzedawałam za 350 zł. Porównywałam podobnej jakości obrazy, choć nie znalazłam podobnego stylu do mojego, w różnych galeriach zagranicznych, to ceny zwykłych akwareli zwalają z nóg. Patrząc na “nasze podwórko”, cena wydaje mi się do przyjęcia. Oczywiście jako artystka (nie wiem, czy mogę się tak nazwać) chciałabym sprzedać swoją pracę za jak największą kwotę. Miałam wiele pytań od ludzi – dlaczego tak tanio sprzedaję? Właśnie dlatego, że aby móc sprzedawać, musiałam założyć działalność, a z tym wiążą się opłaty, składki, podatki, ZUS. A zarobić można, kusząc nabywców niekoniecznie wygórowaną cenę.
– I sprzedaje Pani.
– Sprzedaję, nie zawsze za kwotę, która by mnie zadowalała  W większości sprzedaję na Allegro i w 2 galeriach.
– Jak idzie?
Tak sobie, czasami maluję na zamówienie. Allegro to kiepski rynek.
Wakacje z blondynką
– Dlaczego?
– Ponieważ tam ludzie najchętniej by 1 złotówkę. Poza tym samo Allegro jest drogie, prowizje rzędu kilku procent dość mocno obniżają zyskowność.
– Mówi Pani o sobie artysta samouk? Jak uczyła się Pani techniki?
– Z internetu, youtube, dużo czytałam podpatrywałam. Internet to potęga, baza wiedzy
– Są jakieś specjalistyczne strony dla artystów samouków?
– Raczej nie, jest wiele różnych stron, poradników, fora internetowe i youtube, gdzie na tacy pokazują, co i jak się maluje. Próbowałam się w pejzażach, kwiatach – jednak w tej tematyce źle się czułam. Pozostałam więc przy malarstwie figuratywnym, w głównej mierze kobiecej. Jakoś leży mi ten temat
– Skąd taki kierunek? Kobiece akty.
– Sama nie wiem, Oprócz aktów tworzę również portrety. Uczyłam się sama i w tej technice – chodzi mi o malowanie postaci kobiecych – czuję się najlepiej. Są artyści, którzy wyspecjalizowali się w malowaniu kwiatów i malują tylko kwiaty. Tak więc nie jestem artystką wszechstronną. Myślę, że każdy ma swojego konika
– Freud by powiedział, że to ukryte pragnienia…
– Nie można opierać się na powiedzeniu Freuda. W moim przypadku dobór tematu jest przypadkowy. Lubię wywoływać emocje wśród oglądających, kupujących. Przez moje obrazy pokazuję różne stany uczuć kobiecych, nie chodzi w nich o samo pokazanie nagości, tylko uczucie.
Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?
– Jak wygląda Pani dzień na Mazurach?
Mieszkam w okolicach Piszu, niedaleko jeziora Roś. Planu dnia artystka nie posiada. Dzień jak co dzień, jak każdej innej osoby, która nie musi rano zrywać się wraz z dzwonkiem  budzika i pędzić do pracy. Tu czas mija bardzo powoli  Codzienne obowiązki – powiedziałabym prozaiczne-  posiłki, od czasu do czasu zakupy, walka z kretem – odwieczna, spacer po lesie z moim yorkiem i malowanie. Czas na malowaniu spędzam przeważnie popołudniami lub wieczorem.
– Czas z mężem? Dziećmi? Lektury? Ma Pani ulubionych malarzy lub tych, których dziełami się Pani inspiruje?
Oczywiście. Mąż jest na pierwszym miejscu, dzieci mieszkają w Warszawie. Na książki  brakuje czasu, ale jak już zacznę czytać, nie ma mnie w domu 2 dni. Ulubieni malarze: Jacek Yerka, Arthur Braginsky i Karol Bąk.
Rozmawiał: Jarosław Pałyska

Iwona Wierkowska-Rogowska
Urodziła się 13 marca 1960 roku w Warszawie. Skończyła Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego oraz Policealne Studium Architektoniczno-Budowlane.
Osiągnięcia artystyczne: dwie wystawy, pierwsza – Dom Kultury w warszawskim Wawrze; druga – Centrum Wikliniarstwa w Rudniku nad Sanem. 

Ptasi listonosz
Akt