Lyon-Bayern 0:3

Wczorajszy półfinał Ligi Mistrzów Lyon – Bayern okazał się połączeniem gry FIFA z jej wiecznym szumem, krzykami, gwizdami trybun oraz chęcią zadośćuczynienia sponsorom. Logo koncernów ścieliło się gęsto. A i stacje telewizyjne muszą mecze pokazywać, skoro słono zapłaciły.
Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że rozgrywanie meczów bez kibiców, w sierpniowy upał, ze zmienionym grafikiem przypomina picie piwa bezalkoholowego. Wygląda tak samo, ale nie smakuje.

Mecz układał się pod dyktando Bayernu. Robert Lewandowski mógłby spisać mecz na straty, gdyby nie gol strzelony głową w drugiej połowie (87 minuta). Do tego momentu kiksował, mijał się z piłką, przewracał. Komentatorzy w TVP byli łaskawi to zauważyć, usprawiedliwiając Lewandowskiego, że dużo robił dla drużyny.

I w ogóle, słuchając ich peanów nad “Robertem”, odniosłem wrażenie, że z Lyonem wygrał Robert Lewandowski z Bayernem w składzie.

Dwie pierwsze bramki z trzech strzelił Serge Gnabry, ale to nie ma znaczenia. Nie jest to nasz Polak, rodak, ziomek.

Źródło zdjęcia: Abendzeitung

Respect

Znowu doczekaliśmy czasów, kiedy najlepszy w drużynie jest bramkarz, a komentatorzy TV oglądają inny mecz niż widzowie. Szpakowski powiedział, że jakiś Austriak czuje respekt przed Lewandowskim, bo znają się z Bundesligi. Chyba na odwrót. Lewandowski się tak wystraszył, że nie oddał celnego strzału na bramkę.