Najlepsze cytaty z piosenek [RANKING]

1. Ocalić od zapomnienia, Marek Grechuta, sł. Konstanty Ildefons Gałczyński

U twych ramion płaszcz powisa
krzykliwy, z leśnego ptactwa,
długi przez cały korytarz,
przez podwórze, aż gdzie gwiazda

Venus. A tyś lot i górność
chmur, blask wody i kamienia.
Chciałbym oczu twoich chmurność
ocalić od zapomnienia.

 

2. Uciekaj moje serce, Seweryn Krajewski, sł. Agnieszka Osiecka

Uciekaj skoro świt…
Odloty nagle i wstydliwe, niezabawne
Nic nie wiedzący, a zdradzony pies czy miś
Żałośnie chuda kwiatów kiść
I nowa złuda, nowa nic
To wciąż za mało moje serce, żeby żyć

 

3. Szpetni czterdziestoletni, Magda Umer, sł. Agnieszka Osiecka

Odczuwamy trochę żalu,
że tak wcześnie jest po balu,
kiedy noga się do tańca jeszcze rwie.
Chce się tańczyć, chce się walczyć,
a tu nagle – panie starszy,
zamykamy, zamykamy, tak czy nie ?

Powtarzamy bałamutnie,
ze bywało jeszcze smutniej,
wychylamy pięćdziesiątkę albo dwie,
zazdrościmy młodszym siostrom,
cytujemy coś z “Po prostu”,
chcemy prawdy, tylko prawdy i te pe.
Czasem kogoś ktoś spotyka,
siwa chandra nagle znika,
ktoś ubiera się w kolczyki z naszych łez…
Chwilę jest się w siódmym niebie,
potem wraca się do siebie…
Tylko powiedz, tylko powiedz,
gdzie to jest ?

 

Przypomniał sobie słowa piosenki Agnieszki Osieckiej, gdy minął Francuską 31, dawną Cafe Sax, gdzie Agnieszka Osiecka rozsiewała słowa po karteczkach, serwetkach, w zeszytach. Piła dżin z tonikiem.
Niebo obniżyło się. Zapach lip, kasztanów otulił strapioną duszę Rafała. Maj, majem, ale co dalej? Z czego zapłacić te cholerne raty? Paulina jeszcze tego mieszkania nie chce sprzedać.
W Carefour tuż przed rondem Waszyngtona kupił trzy Żubry. Pomnik Żołnierzy Radzieckich okrywał się atramentowym niebem. Rafałowi wyświetlił się z przykurzonego archiwum pamięci obraz z podręcznika z podstawówki. Warszawiacy kwiatami witają radzieckich żołnierzy siedzących na czołach z czerwoną gwiazdą.

Kanały w Skaryszewskim pachniały rybami i smakiem umami. Woda stała w nich nich wysoko, bo i Wisła rozlała się majestatycznie w korycie, przypominając że człowiek jest małym orzechem laskowym w obliczu sił przyrody. Boże, o czym ja myślę, Rafał pociągnął kolejny łyk Żubra. Żubry chodzą parami czy jak to było? Z oddali dobiegał odgłosy niewyjaśnionej tajemnicy życia, rechot żabiego skrzeku.

Obok przeszła dziewczyna pachnąca perfumami owocowymi. Kołysała miarowo szerokimi biodrami, jakby elegancko kajak płynął po jeziorku Kamionkowskim.

Z recenzji spektaklu: Cafe Sax

Najlepsze filmy obejrzane w 2020 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. 3:10 do Yumy, reż. James Mangold

Czy Żołnierze Wyklęci byli bohaterami? Zależy dla kogo. Są dwie szkoły: falenicka i otwocka. Czy Lech Wałęsa osłabiał, a następnie obalił? Niektórzy politycy, historycy, a nawet Janusz Głowacki, zrobili wiele, żeby go nie tylko odbrązowić, ale i zrzucić z cokała.
Bohaterem w oczach współczesnych, a już na pewno potomnych, często nie stają się sprawcy wielkich czynów, ale postaci, które politycy, przywódcy religijni i posłuszni klakierzy w imię bieżących interesów przebierają w szaty Batmana.
W skali mikro opowiada o tym western “3:10 do Yumy”. Farmer Dan Evans (Christian Bale) zgadza się za śmieszne pieniądze dowieźć niebezpiecznego przestępcę Bena Wade’a (Russell Crowe) do odległego miasteczka, z którego odjeżdża do Yumy tytułowy pociąg z wagonem więziennym. Dan Evans jest inwalidą wojennym przekonanym, że syn nim pogardza. Konwojowanie Bena Wade’a czyni z niego bohatera w oczach syna.
W jaki sposób? Obejrzyjcie. Warto.

Wspomniałem Batmana, więc przypomniały mi się cytaty z “Mrocznego rycerza”:

Bo czasami prawda to za mało, ludzie czasem zasługują na coś więcej. Na to, by ich wiara została wynagrodzona.
Był bohaterem, którego Gotham potrzebowało, ale na którego nie zasługiwało.

 

2. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, reż. Paolo Genovese

Ile par by się rozpadło, gdyby jedno zajrzało do komórki drugiego – pyta jedna z bohaterek dramatycznej komedii “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Grupa siedmiu przyjaciół, trzy pary i jeden mężczyzna, spotyka się na kolacji. W pewnej chwili ktoś wpada na pomysł, żeby rozmawiać na “głośnomówiącym”, gdy zadzwoni czyjakolwiek komórka i żeby publicznie okazywać przychodzące esemesy. Przecież znają się jak łyse konie i nie mają przed sobą tajemnic.

Atmosfera spotkania zaczyna gęstnieć. Trupy wypadają z szafy jeden po drugim. Reżyser Paolo Genovese nie stawia jednak bohaterów pod pręgierzem, nie wyzywa od dwulicowców i hipokrytów. Komediową formę lekko doprawia dramatem, ale mówi, że my ludzie nie mamy jednego wizerunku. Kimś innym jesteśmy w domu, w pracy, wśród znajomych. I w telefonie.
Księżyc nie istnieje bez swojej ciemnej strony. My też.

Ponadto, lubię filmy o bogatej i zarazem prostej fabule, z niewielką liczbą aktorów, ale z gęstym i lekiem przekazem. Jak dobry sernik. Puszysty, lekki, kaloryczny.

Pomysł, który wydaje się leżeć pod latarnią, przemyślane, naturalne dialogi, ograniczona do jednego mieszkania scenografia są znakomitym materiałem na przedstawienie teatralne. A może ktoś już to zrobił?

 

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” [RECENZJA]

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” ratuje 3PO3 dzięki ożywczej pigułce humoru, a także nowy kumpel pozłacanego droida, którego w filmie nazywają suszarką, a mnie kojarzy się z peerelowskim odkurzaczem. 

 

W filmie zbyt często Rey ( (Daisy Ridley) z Kylo Renem (Adam Driver) biją się na miecze świetlne, nawet gdy fizycznie nie stoją naprzeciw siebie. W “El Classico” epizodach IV, V, VI walki na miecze świetlne były zarezerwowane dla kluczowych, ewentualnie finałowych scen, tu zaś broń rycerzy Jedi błyska często jak policyjny kogut na Jagiellońskiej w Warszawie.

Zupa jeszcze niedosolona? Dosypmy garść. Niebezpieczna eskapada po telluria przypomina wyprawę po złote runo, po klucz do rozwiązania zagadki. Oczywiście i klasycznie po drodze do jej rozwikłania trzeba pokonać złe smoki, duchy i wrogów. Niemal dosłownie. Epizod mało wnosi do fabuły, ale dzięki niemu poznajemy nowych bohaterów, a specjaliści od efektów specjalnych sięgają szczytów, pokazując wzburzone, gigantyczne fale oraz kolejną walkę na miecze. 

Odrobinę za często w filmie mnożą się sceny sentymentalne, rodem z “M jak Miłość”, padanie sobie w ramiona, przytulenia i ckliwe wzruszenia.

Jak przystało na końcową opowieść o losach Skywalkerów, film garściami czerpie z wcześniejszych odcinków sagi, korzystając chociażby z gościnnego Endora lub przywołując na scenę Lando (Billy Dee Williams). Efekty specjalne twórcy wykorzystują, inaczej niż w częściach I, II, VIII, do niezbędnego minimum. Rey daje radę tam, gdzie nie dali scenarzyści. Wygląda na to, że nie mogli się porozumieć w kwestii fabuły i wepchnęli do filmu wątki, dialogi, które okazywały się nie tyle najprostsze, co pachnące zgniłym kompromisem. 

Czemu piszę o tym filmie, skoro składa się z wątpliwej fabuły, zbędnych wątków, naciąganych zmartwychwstań (film roi się od duchów pogrzebanych bohaterów)?

Ponad dwugodzinna projekcja nie nudzi, dobrze się ogląda, rzeczona dawka humoru ożywia film. “Skywalker. Odrodzenie” znalazł się poniżej poziomu oczekiwań, bo trudno wzbić się ponad takie majstersztyki jak “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsta Sithów”. Jeśli odrzucimy nadzieje, otrzymujemy solidną mieszankę kina fantastycznego, batalii pierwszych chrześcijan o egzystencję, westernu. 

Disney zapowiedział ponoć, że tym filmem kończy opowieść o rodzinie Skywalkerów. Wątpię. Na pewno trzeba wyjaśnić, jak ożył wcielony diabeł Palpatine. 

Pieniądze nie pytają o przynależność do którejś ze stron konfliktu w Galaktyce. Far far away.

See you soon.

 

Stawiam czwórkę za brak nudy. Piątki i szóstki nie będzie bo zabrakło autentycznych emocji, nieprzewidywalności, a w życiu dobro rzadko wygrywa.

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” (2019), reżyseria Jeffrey Jacob Abrams, występują: Daisy Ridley, Adam Driver, John Boyega, Oscar Isaac i inni

 

Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

 

2. Ćma, reż. Tomasz Zygadło

Czy Roman Wilhelmi wznosi ten film na wyżyny sztuki? Czy może scenariusz i reżyseria Tomasza Zygadły wydobywa z aktora wszystko, co najlepsze? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że w dramacie obyczajowym, psychologicznym “Ćma” Najlepszy Polski Aktor (dotąd nie zdetronizowany) w roli Jana, spikera radiowego prowadzącego nocną audycję – rozmowy z widzami o ich problemach, odgrywa chyba większość ludzkich emocji w sposób nie do podrobienia. Wersja made in China nie występuje.

Janowi zazdroszczę żony (ładna i opiekuńcza), współczuję wyboru kochanki (symptomatyczne: “co on w niej widział”), załamuję ręce nad relacjami z synem, podziwiam umiejętność zarówno empatii i asertywności podczas trudnych rozmów ze słuchaczami. Jednocześnie jednak charakter pracy Jana, umiejętność pomagania ludziom, zdejmuje z niego odpowiedzialność za swoje życie i relacje z bliskimi.  Własny los zaczyna wymykać mu się z rąk. Jan popada w konflikty w domu, w pracy, cierpi na niezrozumienie.

Film w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami pewnie został zrobiony za niewielkie pieniądze, ale pod względem dialogów, zdjęć, montażu bije na głowę wiele współczesnych dzieł i szmir.

Stawiam piątkę, zaś samemu Wilhelmiemu – szóstkę. Bo wyżej się nie da.

 

3. Django, reż. Quentin Tarantino

Quentin Tarantino od pierwszych kadrów łamie konwencje i miesza gatunki filmowe. Niemiecki dentysta King Schultz (Christoph Waltz) zaprzyjaźnia się tuż przed wybuchem wojny Północy z Południem z niewolnikiem, nie trzeba mówić czarnoskórym, Django. Pokonują razem setki kilometrów, by z rąk narcystycznego, dandysowatego, psychopatycznego plantatora Calvin Candie (Leonardo DiCaprio) odbić żonę Django. W groteskowej, absurdalnej formie Tarantino przemyca ważne przesłanie antyrasistowskie.

Christoph Waltz odgrywa jedną z lepszych swoich ról.. “Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc” – mówi Schultz do Django. I jest to najprawdziwsze i najzabawniejsze zdanie filmu.

 

 

4. Green Book, reż. Peter Farrelly

Co zrobić, żeby ograniczyć na świecie rasizm, antysemityzm, a przynajmniej, co jest zupełnie niemożliwe, niechęć między kibicami Legii Warszawa i Wisły Kraków lub – co już podchodzi pod fantasy – Polak przestał pałać darmową nienawiścią do sąsiada? Wystarczy antagonistów wsadzić do jednego samochodu i kazać przejechać pół Polski.

Taką receptę przepisał Peter Farrelly w filmie “Green Book”. Rubaszny, nieokrzesany biały Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) zostaje szoferem i ochroniarzem w podróży przez południowe stany USA genialnego, czarnego muzyka Dona Shirleya (Mahershala Ali). Mężczyźni pokonują nie tylko setki mil, ale także własne uprzedzenia, zakorzenione stereotypy. Podróż jest przy okazji drogą do poznania nie tylko siebie nawzajem, ale również – wejrzenia w głąb siebie samego. Film napędzają świetne role, zabawno-dramatyczne sytuacje, dialogi – humorystyczne, wartkie, chwilami głębokie i ciepłe. Jak piecyk u mamy.

Film drogi toczy się przewidywalną drogą i zmierza do oczywistego finału, nie nudząc – rozczula.

Podczas seansu czujemy, że wszyscy ludzie są braćmi. Potem wychodzimy z kina i przeglądając Facebooka słyszymy panią Szydło. Utwierdzamy się w przekonaniu.

Żyjemy w epoce, gdy nie tylko wypada, ale trzeba kochać wszelkie stworzenie. Czekam na film, w którym brytyjską królową Wiktorię zagra czarnoskóra aktorka. Strach się bać czasów, gdy wahadło politycznej poprawności (choćby najbardziej słusznej) odbije w drugą stronę.

 

 

5. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

6. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

 

7. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

8. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

“Joker” [RECENZJA]

– Tata, czego spodziewasz się po “Jokerze” – zapytał najstarszy syn przed wyjściem do kina na najnowszy film o sympatycznym klaunie.

– Chcę, żeby Joker wywrócił do góry nogami kilka mitów współczesnego świata: że ludzie w demokracji podejmują światłe wybory; że właściciele potężnych firm są zepsutymi do szpiku kości cynikami, a szaraki odznaczają się cnotami życzliwości i uczynności; wreszcie, że konsumpcjonizm i oklepane bajki o samorozwoju w epoce po Bogu wpychają ludzi w poczucie frustracji, lęki i depresję.

 

Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) pracuje jako klaun nawet nie w drugorzędnej firmie eventowej, bo ta jego wypożycza klaunów nie do wielkich galerii handlowych, ale do bankrutujących sklepów i szpitali. Fleck mieszka z niepełnosprawną matką w ponurym bloku. Podoba mu się sąsiadka z drugiego końca korytarza. Co jakiś czas chodzi do pomocy społecznej, bo cierpi na zaburzania psychiczne, których objawem są napady długiego i nieposkromionego śmiechu.

Nikt tego nie przyzna, ale w Jokerze odnajdzie się bez trudu połowa Ameryki, a na pewno pół Polski. Nikt z nas nie powie, że jest niepotrzebny i wyrzucony poza nawias społeczeństwa, bo przecież przedstawiciele handlowi oferują musztardę po sklepach, dziennikarze piszą teksty, sprzedawcy w marketach nabijają punkty lojalnościowe. Wielu z nich (nas) ma jednak nie dające spokoju uczucie, że od nich niewiele, oczywiście poza sprzedawaniem, zależy. O ile Arthur Fleck wciska na głowę kolorową perukę, nosi jaskrawy surdut, wkłada czerwony nos, o tyle dzisiejsi wesołkowie zakładają podkoszulki z napisem Ropucha lub owad, mają samochody z napisem Nasza musztarda jest Najsza albo notatnik o nazwie Bezfakcie.

Chcielibyśmy zrzucić te maski lub przynajmniej, nosząc je, zyskać podmiotowość. Nie każdy ma jednak tyle szczęścia, żeby cieszyć się chorobą psychiczną, bo tylko ona, próbują przekazać twórcy filmu, daje przepustkę do do uzyskania lub odzyskania sensu życia. 

Podmiotowość w “Jokerze” odbierają mieszkańcom Gotham City bogacze, cyniczni politycy, dla których problemy maluczkich są irytującą jak brzęczący komar przeszkodą do osiągania politycznych celów i pomnażania bogactwa. Na razie jednak dostaje się trzem pracownikom korporacji, których Fleck morduje w metrze. Żegnaj Arthurze, witaj Jokerze.

Czy to ja, czy cały świat coraz bardziej wariuje?

Pracownicy Żabek i Biedronek, do broni! Plastikowej, made in China. Innej u nas nie sprzedają.

W głównym bohaterze zmiany w życiu osobistym (nie streszczam fabuły) powodują zmiany osobowości lub stanowią ową – jakże dziś modną – samorealizację. Po drodze Fleck zabija słynnego showmana telewizyjnego, Murraya Franklina – szyderczego, inteligentnego, który dla słupków oglądalności posunie się do hipokryzji i ośmieszania gości w studiu. Skojarzyło mi się w Kubą Wojewódzkim. Zupełnie niesłusznie.

Joker swoimi czynami rozpala rewoltę w Gotham City. Ludzie plądrują sklepy, niszczą auta, atakują policję. Co rusz widzimy takie obrazki w telewizji, na przykład we Francji. Problem w tym, że te filmowe rozruchy wyglądają na sztucznie wykreowane na potrzeby widowiska. Nie ma w nich rzeczywistych: złości, wściekłości, długo tłumionej frustracji.
Film nie dotyka w żaden odczuwalny sposób dylematów wiary, miejsca jednostki w społeczeństwie, funkcjonowania samego społeczeństwa. Nie czerni się nawet wisielczym humorem, co było zaletą “Mrocznego rycerza”.

W “Jokerze” słońce nie wstaje nigdy, w pomieszczeniach jest ciemno, jakbyśmy wiecznie siedzieli w czworakach. Scenografia i montaż zaliczają się do atutów. Niektórzy piszą, że Joaquin Phoenix odegrał rolę życia, że przemiana Flecka w Jokera godna jest owacji na stojąco lub Oskara. Nie przyłączam się do chóru apologetów, choć Phoenix zagrał znakomicie.

Obserwowałem ludzi wychodzących z kina. Ktoś rozmawiał przez telefon, inny komentował otrzymanego smsa. Nikt nie wyglądał na specjalnie poruszonego. 

 

– Tata, czego ci zabrakło w filmie – pytał syn, widząc, że nie wyglądam na wstrząśniętego lub przynajmniej zmieszanego.

– Żeby Joker powiedział jakąś prawdę o widzach w kinie, która tak kogoś wkurzy, że ciśnie pudełkiem po popcornie w ekran.

 

Dziennikarze, sprzedawcy i przedstawiciele nie uzyskali odpowiedzi, jak (od)zyskać podmiotowość przy założeniu, że zamordowanie kogoś tymczasem nie stanowi wyboru. Katarzyna i Marek z Drawska znaleźli drogę: “Mama i jej kochanek zmuszali kilkulatków do żarcia surowego mięsa, zlizywania jogurtu z podłogi, oblewali wrzątkiem albo przetrzymywali w wannie z lodowatą wodą, zamykali na noc w bagażniku samochodu. Również wykorzystywali ich seksualnie”. (NIE, nr 40/2019)

Jeśli i ta ewentualność odpada, usłyszycie donośny rechot Jokera. W Kung-Fu Panda mistrz Shifu mówił, nie ma żadnej tajemnicy w osiągnięciu mistrzostwa Smoczego Wojownika, wystarczy wiara. 

Joker zdaje się zmienić frazę w “Nie ma żadnej tajemnicy, a wiara to gówno”. Śmiech.

 

Stawiam czwórkę. Ani piątki, ani szóstki nie będzie, bo nikt nie rzucił pudełkiem po popcornie w ekran.

 

Joker (2019), reżyseria Todd Phillips, występują: Joaquin Phoenix, Robert De Niro Robert, Zazie Beetz, Frances Conroy i inni

 

 

“Ślepnąc od świateł” [RECENZJA FILMU]

Lubię filmy, które opowiadają o życiu to, co już wiem, ale w nowy sposób. A jeszcze bardziej targają duszę mą te, które otwierają drzwi nieznanych światów. Ale to już kategoria “genialne”. “Ślepnąc od świateł” aspiruje do pierwszej grupy. Pozornie to film gangsterski opowiadający o przedświątecznym tygodniu warszawskiego dilera kokainy – Kuby (Kamil Nożyński), jego szefa Jacka (Robert Więckiewicz) oraz wychodzącego właśnie na wolność byłego wspólnika Jacka – Darka (Jan Frycz).

 

Korzystając z dialogów, charakterów ludzkich ze świata gangsterskiego, opisywanych przez prasę wydarzeń, opowiada trochę o życiu w ogóle: Próba kontroli tego, czym kierować chcemy, zazwyczaj spełza na niczym. Zawsze dzieje się coś nieprzewidzianego, na co nie jesteśmy przygotowani. Rozdarci jesteśmy między tym, na co wpływ mamy, a tym, co jest poza zasięgiem. Jak odróżnić jedno od drugiego? Film na pytanie nie odpowiada. Nie chce? Nie umie? Ale je stawia.

Niektórzy widzowie i krytycy zachwycają się zdjęciami Warszawy. Naprawdę? Obraz “miasta mojego” w “Ślepnąc od świateł” dostosowuje się do scenariusza, coś w stylu thrillera “Siedem”. Ciemno, deszcz pada, wieje. Jeśli miała to być reklamówka Warszawy, to leży w błocie jak torebka z Biedronki. Zupełnie jak w bożonarodzeniowych reklamach. Jak copywriter nie ma pomysłu, daje słowa “magia świąt”. Przyszło mi do głowy, że czołówka serialu przypomina “Skyfall”, ale miasta, w których dzieją się przygody Bonda, chcesz odwiedzić. Kto zechce poznać Warszawę? Twórcom trochę zabrakło odwagi. Bo serial niby dzieje się w Warszawie, ale producenci wystraszyli się, czy ktoś poza Polską będzie chciał oglądać film znad Wisły. Jakie to polskie, jakie to nasze. Miałeś chamie złoty róg.

“Ślepnąc od świateł” właśnie najwięcej mówi o nas, Polakach. Celebryta, poseł, policjanci, wpływowi biznesmeni za tekturową, chybotliwą sceną oficjalnych ról chowają moralną pustkę, brak wiedzy i podstawowych manier. Nikodem Dyzma nie umiera nigdy. Najprawdziwsze jak zwykle są dziwki. “Ten syf może zmyć tylko potop”, rapuje w filmie jego reżyser Krzysztof Skonieczny.

 

Gra naturszczyka – debiutującego przed kamerą Kamila Nożyńskiego – kojarzyła mi się z Al Pacino z „Ojca Chrzestnego”. Nie stawiam na równi i nie porównuję obu filmów, ale coś mi się zdaje, że Nożyński miał zagrać w podobnym stylu. Tylko po co? Przecież to nie on rozdawał karty w gangstersko-politycznym świecie. Wycofany, wykształcony, wysportowany, tajemniczy, niezdradzający emocji Kuba jawi się zbyt charyzmatycznie jak na sprzedawcę kokainy, w sam raz na przywódcę gangu, którym w tym filmie nie jest. Bo ma dobrych konkurentów.
Jego choleryczny szef Jacek sprawdza się bardziej, bo Więckiewicz zagrał krwiście i wyraziście. Monolog o depresji ma szansę przejść do kultowych tekstów polskich filmów. Równie pierwszorzędnie wypadł Jan Frycz. Psychopatycznego “Daria” nikt nie chciałby spotkać na swojej drodze. Ale czy z tej genialnej gry coś w filmie wynika? Niewiele. Ale sam kunszt aktorski – palce lizać.

 

Resumując. Świat gangów narkotykowych przekonuje autentycznością. Obraz nas Polaków – niedokończony, ale i tak smutny. Pocztówka z Warszawy – przyszła pomięta, mokra i zabłocona. Gra aktorska Jana Frycza, Roberta Więckiewicza, dodatkowo Janusza Chabiora – palce lizać. Tort zjedliśmy, ale wisienki nie dali.
Daję cztery na sześć.

“Ślepnąć od świateł”, 2018, reż. Krzysztof Skonieczny, 8 odc., HBO GO

 

Sztywniutko!

Podchwyciliśmy je z Kubą Żulczykiem z ulicy, to moja mutacja zwrotu “na sztywno”, czyli potwierdzenia czegoś na 100 procent. Zdrobnienie wydało się nam się chwytliwe i zabawne. Używa go właśnie Piorun. Znam wielu hiphopowców i z obserwacji tego środowiska stworzyłem postać hybrydę, archetyp. Przygotowałem się do tej roi, przypakowałem dwadzieścia kilo, dorobiłem sobie te wystające zęby u protetyka, nagrałem dwa utwory ze świetnym hiphopowym warszawskim składem. Do tego nakręciliśmy Piorunowi teledysk do serialu.

Skonieczny. Detonuje bomby, uderza jak piorun – rozmowa z Krzysztofem Skoniecznym, reżyserem, scenarzystą, “Gazeta Wyborcza”, 7 grudnia 2018 r.,

Najlepsze książki mojego życia [RANKING]

 

1. “Z głowy”, Janusz Głowacki

Album “Tata Kazika” Kultu, który wpadł mi w uszy na pierwszym roku studiów, zmącił mój romantyczny obraz Polaka, który jak kocha, to Polskę, jak walczy, to o ojczyznę, a jak pije, to mleko. Ostatecznie zamazała go ni to powieść, ni to autobiografia “Z głowy” Janusza Głowackiego. Książka ostatecznie, a przynajmniej do dziś, ukształtowała moje upodobania estetyczne. Niektórzy przestali się do mnie odzywać. Inni uznali tylko za wariata.

 

Profesorowie dawali temat i trzeba było coś bez dialogu zainscenizować. Ja dostałem hasło “szach królowi”, więc posadziłem faceta w kornie, a naprzeciwko dziewczynę bez majtek z rozłożonymi nogami. Mnie się to wydawało logiczne i biegło w kierunku moich zainteresowań. Ale okazało się, że prawidłowa odpowiedź to Kordian wchodzący do sypialni cara, i profesorowie się obrazili. Zresztą jestem pewien, że i tak ukończyłbym Szkołę Teatralną z wyróżnieniem, a polskie sceny by się wzbogaciły o jeszcze jednego niezdolnego aktora, gdyby znów nie dopadły mnie wątpliwości.

 

2.  Bezlitosna łaska, M. Scott Peck

Nie da ci ojciec, nie da ci matka, tego, co da ci własna… Nie, tym razem nie sąsiadka, ale książka „Bezlitosna łaska”. Lektura obowiązkowa dla wszystkich z depresją, niedojrzałością, z pretensjami do wszystkich wokół lub do siebie. Ewentualnie tylko dla tych na wirażu życia, którzy ocierają się o brak pracy, opędzają od komorników, wylewają łzy, potykają o butelki i doświadczają innych atrakcji. „Bezlitosna łaska” (cóż za niefortunny tytuł) prostuje ścieżki.

3. Antygona w Nowym Jorku, Janusz Głowacki

Czym nasze życie, ludzi, którzy budzą się pod ciepłą kołdrą przy grzejącym grzejniku i włączają „Pytanie na śniadanie”, różni się od losu bezdomnych z „Antygony w Nowym Jorku”? Tylko tym, że my śpimy w czystej pościeli i patrzymy spokojnie na Tomasza Kammela uśmiechającego się z telewizora. Tamci, gogolowscy „byli ludzie”, w sytuacji „gdy nie ma butów ani zębów, nie można nigdzie pójść”, też tworzą swój świat utkany z marzeń, realnych doświadczeń, wspomnień, gazetowej wiedzy i obiegowych frazesów.
Większość bezdomnych, głosi wyświechtana mądrość, swój los zawdzięcza alkoholizmowi, błędom w życiu osobistym, porażkom w biznesie. Często tak jest, ale nie zawsze. W perypetiach Pchełki, Saszy i Anity możemy przejrzeć się w lustrze własnych marzeń o podróży do Kenii, dużym domu z wielkim ogrodem i żeby sąsiad to jednak miał gorzej niż my. A jeśli sąsiad akurat wozi się nowym modelem Kia, to niech będą przynajmniej ci bezdomni.

„Według ostatnich danych liczba homelesów w Nowym Jorku zwiększa się. I w końcu tego roku na każdych trzystu nowojorczyków przypadać będzie jeden bezdomny. To by znaczyło, że dzisiaj w teatrze jest co najmniej jedna osoba, która niedługo znajdzie się na ulicy. I ta osoba dobrze wie, o kim mówię” 

– zwraca się w ostatnie mowie do widzów sierżant McMurphy, pełniący w „Antygonie..” rolę greckiego chóru, komentatora.

4. “Moulin Rouge”,  Pierre La Mure

To dziecko rysuje wszędzie i wszystko. Konie na wyścigach. Matkę. Ludzi wokół. Zapowiada się dobrze. Ulega jednak wypadkowi, po którym okazuje się, że chłopiec ma wadę genetyczną i przestaje rosnąć. Matka go kocha, ale nie rozumie. Ojciec poszedł dalej. Nie kocha, nie rozumie, nie akceptuje. Chłopiec ma szczęście, bo pochodzi z bogatego domu, więc matka zapewnia mu wykształcenie plastyczne, mieszkanie.
Po ukończeniu studiów mężczyzna idzie własną artystyczną drogą. Przy okazji rozpaczliwie poszukuje bezwarunkowej miłości w ramionach i łóżkach prostytutek, aktorek. Nie znajdując jej, rozpija się. Po drodze zdobywa międzynarodową sławę. Kto? Henryk de Toulouse-Lautrec.
“Moulin Rouge” Pierre’a la Mure to świetnie napisana, genialnie przetłumaczona przez Jadwigę Dmochowską, fabularyzowana biografia francuskiego artysty. W Polsce chyba niedoceniana pozycja. Lektura obowiązkowa!
W salonie przy rue des Moulins

5. Ciąg dalszy nastąpi wkrótce…

 

A jaka jest Wasza ulubiona książka?
Napiszcie w komentarzu.
Szukam literatury, która opisze to, co dobrze wiem, ale w sposób, który powali na kolana, rozśmieszy, wyciśnie łzy.

Najlepsze filmy obejrzane w 2018 r. [RANKING]

1. Czas mroku, reż. Joe Wright

W postać Churchilla nie tyle wcielił się Gary Oldman (ponoć murowany kandydat do Oscara za tę rolę), ile wręcz się w niego przeobraził. Raczej szczupły, o pociągłej twarzy Oldman, w niezbędnej dla tej roli charakteryzacji, nie stał się sztuczny czy komiczny. Stworzył Churchilla charyzmatycznego, dowcipnego, chaotycznego, narcystycznego, ale przede wszystkim odważnego.
Jakbyśmy przenieśli się w czasie do 1940 r.
Jeśli nawet „Czas mroku” upraszcza mechanizmy wielkiej polityki, to na pewno skłania do poznania biografii Churchilla, historii Anglii, a przynajmniej nauki angielskiego. Jan Ciechanowski w książce „Powstanie Warszawskie” napisał:
„Niestety w decydującym dla nas momencie II wojny światowej, kiedy ważyły się losy nie tylko samej Warszawy, ale też Polski i Polaków, i to na długie lata, nie mieliśmy polityków i przywódców na skalę Churchill ‘a czy de Gaulle’a”.

Swego nie macie, cudze oglądajcie.

 

 

2. Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski

Kochający się na zabój Zula i Wiktor pozostają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec.
 
 

 

3. Intruz, serial belgijski na Netflix 

Sielski, pocztówkowy landszaft belgijskiego miasteczka wywraca do góry nogami powracający do miasta z Brukseli Yoann Peeters, policjant w żałobie po stracie żony.
Ledwie się wprowadził, a w rzece znaleziono zwłoki czarnoskórego piłkarza miejscowego, trzecioligowego klubu. Miejscowa policja stwierdza samobójstwo. Peeters podważa efekty pozorowanego dochodzenia. Odkrywa, a wraz z nim widzowie, pajęczynę lokalnych zależności zawodowych, nie zawsze formalnych związków osobistych, bulgocących emocji. Obraz zawsze aktualny, niezależnie od czasu i miejsca.

 

Sophie Maréchal jako Zoé Fischer w serialu “Intruz”, najlepsza rola kobieca w tym filmie

 

 

4. Bez znieczulenia, reż. Andrzej Wajda

 

Dziennikarstwo radzieckie stało kiedyś na wysokim poziomie, bo jeden z redaktorów powiedział o filmie “Bez znieczulenia” (1978) Andrzeja Wajdy, że brakuje mu prawdy psychologicznej. Miał rację. Bo która żona zostawia błyskotliwego, cieszącego się renomą, światowego dziennikarza dla dwadzieścia lat młodszego znerwicowanego narcyza bez talentu? Taki przypadek w przyrodzie nie zachodzi. Ale tam, gdzie mówią o “kawiarnianych opozycjonistach”, współczesność dumnie otrząsa kurz z peerelowskiej nowomowy i wstaje z kolan.

 

 

 

 

 

 

 

 

Ewa (Ewa Dałkowska) wracającego z długiej podróży męża Jerzego (Zbigniew Zapasiewicz) częstuje, zamiast pysznym obiadem, informacją, że z córką się wyprowadza i żeby szanowny małżonek jej nie szukał. Bo i po co, skoro Ewa znalazła szczęście w ramionach Jacka (Andrzej Seweryn). Dalej historia robi się smutna, bolesna, ale klasyczna. Jerzy umawia się z adwokatem żony (Jerzy Stuhr). Ten zdumionemu, choć niczemu nie dziwiącemu się Jerzemu, niczym niepojętnemu uczniowi zdawkowo, szybko, ale konkretnie tłumaczy: “Udowodnić to można wszystko. Każdemu z nas. A wina to jest pojęcie elastyczne”.
Jerzy (Zbigniew Zapasiewicz)
Ewa (Ewa Dałkowska)
Jerzy zaczyna zachowywać się jakby zapadł na nieuleczalną chorobę. Szuka zrozumienia (dlaczego ja?) i wsparcia u znajomych oraz przyjaciółki żony, dentystyki Wandy (Emilia Krakowska). Wanda odgrywa tutaj rolę antycznego chóru, ale nie śpiewa, lecz wygłasza wplecione w dialogi komentarze: “zero w okularach nadęte” (o kochanku przyjaciółki), “o nowego chłopa jej chodzi, nie o wolność” (o przyczynach romansu), “zrób jej awanturę, spierz ją, każdej jest to potrzebne”  (zasady terapii małżeńskiej).
Jerzy tego typu terapii nie podejmuje.
Wanda (Emilia Krakowska)
Jednocześnie przez własne publikacje i popularny, choć niechętnie widziany “u góry”, program telewizyjny, wpada w tarapaty zawodowe. Traci poparcie kierownictwa redakcji, gremiów, zaprzyjaźnionego towarzysza – Brońskiego (Roman Wilhelmi). Wszyscy go rozumieją, wspierają, klepią po plecach, ale na wyjazd zagraniczny wyznaczono kogoś innego, zajęcia ze studentami na uniwersytecie odwołano. Nawet prenumeratę “Sterna” i “Newsweeka” niby przez pomyłkę skasowali. W filmie za mało jest właśnie tych drobnych porażek jak owo odebranie prenumeraty, które mogłyby w efekcie złożyć się na upadek mężczyzny porzuconego przez żonę i zdegradowanego zawodowo. Upadek toczy się za szybko, jakby fabułę grubymi nićmi szyto. Może się czepiam, bo właśnie pewna drobnostka doprowadziła do tragicznego finału.
Broński (Roman Wilhelmi)
Radziecki dziennikarz się zatem nie pomylił, ale może celowo. Bo film rozumiany jako zepchnięcie na boczny tor ludzi niewygodnych, bezkompromisowych i zbyt inteligentnych na rzeczywistość, w której przyszło im żyć, sprawdza się zawsze. Słowa Jacka stały się aktualne na nowo i pasują do słownika nowomowy a la profesor, tak tej, profesor: “glejty kawiarnianych autorytetów straciły ważność”.
Przy wymienianiu obsady filmu przy każdym aktorze chciałem napisać: “znakomity w tej roli”, “znakomita w tej roli…”. Za dużo byłoby tych ochów i achów, więc dodam tylko na koniec, że szczególnie Zbigniew Zapasiewicz, Emilia Krakowska, Jerzy Stuhr, Roman Wilhelmi, młodziutka Krystyna Janda zagrali oskarowo. Sewerynowi, a szczególnie Dałkowskiej trochę zabrakło siły perswazji, ale o radzieckim dziennikarzu już było.
Agata (Krystyna Janda)

 

Tak więc klęska publiczna bohatera nie budzi zaufania do niego, ale w jego dramat osobisty też trudno uwierzyć. Scenariusz zresztą usiłuje powiązać jedno z drugim w ten sposób, że wróg zawodowy i ideowy bohatera zabiera mu również żonę. Jednak ten uwodziciel pokazany jest w sposób tak karykaturalny, tak jaskrawy, tak odrażający, że pojąć nie można, co kieruje kobietą, która rzuca wspaniałego humanistę Zapasiewicza dla tego śliniącego się korniszona w okularach, zawistnego, zakompleksionego, bez talentu…
“Diabelskie Zwierciadło”, Zygmunt Kałużyński

 

5. Paddington 2

Namacalny dowód, że nie tylko Jezus miał zdolność rozpalania najzimniejszych serc, ale także niedźwiedź. Niektórzy ludzie się zarażają dobrocią. Film bawi, wzrusza, oczyszcza. Nawet Rafał Ziemkiewicz lub akcja metoo# przestają cię denerwować.

 

6. Dom z papieru, hiszpański serial na Netflix

“Dom z papieru”, czyli pozbawiony kantów Robin Hood po hiszpańsku

Jeśli widzieliście już na Netfliksie hiszpański “Dom z papieru”, możecie przeczytać ten tekst. Jeśli nie oglądaliście, też możecie (zbytek łaski!), ale film obejrzyjcie. Obiecuje wam wygraną w Lotto i znalezienie miłości życia.

“Dom z papieru” przypomina legendę o Robin Hoodzie. Współczesnym Robin Hoodem jest oczywiście Profesor (Alvaro Morte); wraz z ekipą ośmiu współpracowników, każdy jest specjalistą w wąskiej części przestępczego fachu, szykuje napad stulecia.

Tylko w tym przypadku, byleby tylko nie naruszyć podstaw współczesnego ładu społecznego, Profesor nie planuje napadu ani na zamek (czyli korporację), ani na klasztor (czyli bank), ale – co zresztą sam mówi – zamierza wykraść pieniądze niczyje, czyli włamać się do Królewskiej Mennicy Hiszpańskiej i drukować pieniądze. Rzeczywiście, jakby nikogo nie okradał.
W “Domu z papieru” występuje odpowiednik Willa Szkarłatnego, czyli Berlin (Pedro Alonso), wyrazisty, psychopatyczny na skutek doświadczeń życiowych (jak Willy), nie zaś z powodu nieodwracalnych zaburzeń osobowości. Niestety,  w społeczeństwie europejskim wcinającym makaron z cukinii i pijącym piwo bez alkoholu, nie ma miejsca na takie postaci. Tyle w tej kwestii.
– Kobiety oferują ci seks, bo ich celem jest zmanipulowanie cię i zajście w ciążę. Potem przestajesz istnieć. Zrozumiesz to podczas porodu – tłumaczy Berlin.
– Poród to najwspanialszy moment dla ojca – odparowuje naiwnie, ale szczere i z zaangażowaniem Rio.
Zdumiony naiwnością kamrata – Berlin:
– Podczas porodu między jej nogami ujrzysz niszczycielską głowicę jądrową. Grota, do której kiedyś wsadzałeś fujarę, nie będzie taka sama. A ona, przeklinając twoje imię i błagając o znieczulenie, się posra. Wiesz, co Ci tym przekaże? Że nigdy nie będzie seksowną kobietą. Od tamtej chwili ten mały tłuścioch stanie się dla niej pępkiem świata.

Ale oto pojawia Lady Marion – Raquel Murrillo (Izatar Ituno), która, zanim stanie przed szansą na rozwikłanie zagadki napadu na mennicę, boryka się z problemami powszechnymi jako korki na drodze w godzinach szczytu: rozwód, kontakty ojca z dzieckiem, chora matka.
Starcie z Profesorem rzuca ją w nurt, który poniesie ją ku lądom nieznanym, co nie znaczy nieciekawym i nudnym.

W tym klasycznym heist filmie brakuje odrobiny goryczy, której widz przewidzieć by nie zdołał. Ale to ujmujące, że nawet podczas napadu na bardzo duży bank wszystko daje się sprowadzić do poszukiwania miłości. I pieniędzy. Mam nadzieję, że w trzecim sezonie scenarzyści zliżą lukier i dadzą więcej soli. Bo miłość beztrosko się rodzi w poczuciu oblężonej twierdzy, gorzej sobie radzi, gdy nic jej nie zagraża. Nawet, gdy pławi się w bogactwie.

Dobrze, że Tokio (Ursula Corbero) przeżyła pierwsze dwa sezony. Czekam na trzeci. Czy profesor, jak Janosik, zginie powieszony za żebro?

 

7. Seks nocy letniej, reż. Woody Allen

Stare, ale jare. Woody Allen przekonuje, że lepiej zjeść kolację w domu, niż na przyjęciu ze znajomymi. Może się okazać, że na imprezie spodoba ci się inna dziewczyna niż ta, z którą przyszedłeś, a masz się żenić. Pascal (filozof, nie kucharz) powiedział kiedyś, że na świecie nie byłoby tylu problemów, gdyby ludzie pilnowali własnego ogródka.
Byłoby też nudno.
Film z muzyką Mendelssohna okazał się strzałem w 9., bo ten napisał suitę do dramatu Szekspira. Ale czy “Cztery Pory Roku” nie wstrzeliłyby się w 10.?

 

 

8. Polowanie na muchy, reż. Andrzej Wajda

 

Andrzej Wajda oprócz “Korczaka”, “Panny Nikt”, “Tataraku” zrobił też dobre filmy jak “Ziemię  Obiecaną” czy “Polowanie na muchy”. Reżyser wstydził się “Polowania…”, uważając go za film najwyraźniej za niedostatecznie “wajdowski”, nie biorący się za bary z kluczowymi narodowymi mitami, dziełami literackimi: „Bez większego namysłu chwyciłem scenariusz Janusza Głowackiego i rozgoryczony chwilowymi niepowodzeniami (z płcią przeciwną) postanowiłem rozprawić się z kobietami, które próbują kształtować nasze męskie życie. (…) Zabrakło mi dystansu do tematu i srogo musiałem za to zapłacić”.
Ale właśnie w tym filmie widać sprawną i sprawczą dyrygenturę Andrzeja Wajdy, dzięki której Małgorzata Braunek, Zbigniew Malanowicz i w epizodzie Daniel Olbrychski wzbili się na wyżyny sztuki aktorskiej.
O czym jest “Polowanie na muchy”? Damsko-męski chocholi taniec chęci, chaotycznych działań i niemożności, w którym lep, co oczywiste nie wie, ze jest lepem na owady, teoretycznie mądrzejsza mucha ciągnie do niego. Na oślep.

Małgorzata Braunek i Zbigniew Malanowicz w “Polowaniu na muchy”
Małgorzata Braunek, fot. Tadeusz Rolke, źródło: Agencja Gazeta

 

 

9. Gran Hotel, reż. Carlos Sedes

Motyw bajki o dziewczynce Kopciuszku, która poniżana przez macochę i przez nikogo niekochana, ostatecznie znajduje szczęście u boku księcia, jest uniwersalnym przepisem na bajkę, powtarzającym się w wielu kulturach  świata.
Teraz otrzymujemy (o, zgrozo!) Kopciuszka w wersji męskiej i tym razem po hiszpańsku. Polityczna poprawność odwraca bajki do góry nogami. Ubogi młodzieniec Julio Olmedo przybywa do tytułowego “Gran Hotelu”. Zatrudnia się w nim jako kelner, by wyjaśnić sprawę zaginięcia siostry, hotelowej pokojówki.
Julio znajduje sprzymierzeńca w córce właścicielki hotelu – Alicji Alarcón. Piękna i bogata zakochuje się, niczym książę w Kopciuszku, w pięknym i biednym, pomagając mu rozwikłać tę i inne zagadki. Hotelowe mury skrywają kłębek intryg, stertę kłamstwa, interesów oraz powiązań trzymających się na spoiwie szantaży, pieniędzy, a gdy to zawodzi – morderstwa. Kopciuszek z domieszką Hamleta.
Serial ciągnie się jak brazylijski tasiemiec, ale ogląda się dobrze, dzięki zapętleniu intryg, urodzie właścicielki hotelu, pięknym wnętrzom i eleganckim strojom.

Adriana Ozores

Ujmujące, że oszuści, szubrawcy i mordercy z wyższych sfer planują nikczemności, zachowując zimną krew. Grunt to maniery.
A kto zabił? I Czy Julio i Alicia będą żyli długo i szczęśliwie? Zobaczcie sami.

 

Ludzki mózg portretuje równie te same wątki mitologiczne i baśniowe, choć w opowieściach nabierają one lokalnego kolorytu. Klasycznym przykładem jest baśń o Kopciuszku. Wersja stworzona przez braci Grimm została dopasowana do niemieckiego społeczeństwa feudalnego, w którym istniały zamki i bale, w norweskim społeczeństwie chłopskim Kari Trestakk spotyka natomiast królewskiego syna przed kościołem. Zmuszona do pracy jako służąca w domu złej macochy, przyjmuje pomoc od ducha opiekuńczego, którym w wersji braci Grimm są gołębie, w wersji Asbjornsena i Moego – wół, a u Perraulta – dobra wróżka. Warto zauważyć, że Walt Disney wykorzystał właśnie ten ostatni, francuski wariant. We wszystkich wersjach po spotkaniu z księciem dziewczyna gubi pantofelek, a książę ogłasza wszem i wobec, że poślubi tylko tę, która będzie w stanie włożyć odnaleziony bucik. We wszystkich wersjach Kopciuszek na również niewiarygodnie małe stopy i dlatego jest jedyną dziewczyną w królestwie, na którą pasuje pantofelek. To dziedzictwo po chińskiej bohaterce tej baśni, Ye Xian. Małe stopy są w chińskiej kulturze wyznacznikiem kobiecego piękna, więc Kopciuszek musiał mieć oczywiście najmniejsze stopy w całym kraju. (…) We wszystkich historiach Kopciuszek i książę biorą ślub i żyją długo i szczęśliwie.

„Mózg rządzi”, Kaja Nordengen, Marginesy, Warszawa 2018