Najbardziej seksowne polskie dziennikarki i prezenterki [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Magda Mołek

Inteligentna. Sarkastyczna. Piękna. I ta fryzura. Jakby jeszcze powiosłowała przez chwilę lub lekko, lub tak i tak, pod prąd, nawet zagłosowałbym na Dudę. No, bez przesady.

 

2. Dorota Gardias

Dorota Gardias, źródło: Instagram

Nie jestem Dorotą Gardias, ale gdybym był, dodałbym sobie z pięć kilo. Dodałoby mi to pięć kilo seksapilu. Z Gardias nawet w niepogodę biomet układa się korzystnie.

 

 

Najlepsze filmy obejrzane w 2020 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. 3:10 do Yumy, reż. James Mangold

Czy Żołnierze Wyklęci byli bohaterami? Zależy dla kogo. Są dwie szkoły: falenicka i otwocka. Czy Lech Wałęsa osłabiał, a następnie obalił? Niektórzy politycy, historycy, a nawet Janusz Głowacki, zrobili wiele, żeby go nie tylko odbrązowić, ale i zrzucić z cokała.
Bohaterem w oczach współczesnych, a już na pewno potomnych, często nie stają się sprawcy wielkich czynów, ale postaci, które politycy, przywódcy religijni i posłuszni klakierzy w imię bieżących interesów przebierają w szaty Batmana.
W skali mikro opowiada o tym western “3:10 do Yumy”. Farmer Dan Evans (Christian Bale) zgadza się za śmieszne pieniądze dowieźć niebezpiecznego przestępcę Bena Wade’a (Russell Crowe) do odległego miasteczka, z którego odjeżdża do Yumy tytułowy pociąg z wagonem więziennym. Dan Evans jest inwalidą wojennym przekonanym, że syn nim pogardza. Konwojowanie Bena Wade’a czyni z niego bohatera w oczach syna.
W jaki sposób? Obejrzyjcie. Warto.

Wspomniałem Batmana, więc przypomniały mi się cytaty z “Mrocznego rycerza”:

Bo czasami prawda to za mało, ludzie czasem zasługują na coś więcej. Na to, by ich wiara została wynagrodzona.
Był bohaterem, którego Gotham potrzebowało, ale na którego nie zasługiwało.

 

2. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, reż. Paolo Genovese

Ile par by się rozpadło, gdyby jedno zajrzało do komórki drugiego – pyta jedna z bohaterek dramatycznej komedii “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Grupa siedmiu przyjaciół, trzy pary i jeden mężczyzna, spotyka się na kolacji. W pewnej chwili ktoś wpada na pomysł, żeby rozmawiać na “głośnomówiącym”, gdy zadzwoni czyjakolwiek komórka i żeby publicznie okazywać przychodzące esemesy. Przecież znają się jak łyse konie i nie mają przed sobą tajemnic.

Atmosfera spotkania zaczyna gęstnieć. Trupy wypadają z szafy jeden po drugim. Reżyser Paolo Genovese nie stawia jednak bohaterów pod pręgierzem, nie wyzywa od dwulicowców i hipokrytów. Komediową formę lekko doprawia dramatem, ale mówi, że my ludzie nie mamy jednego wizerunku. Kimś innym jesteśmy w domu, w pracy, wśród znajomych. I w telefonie.
Księżyc nie istnieje bez swojej ciemnej strony. My też.

Ponadto, lubię filmy o bogatej i zarazem prostej fabule, z niewielką liczbą aktorów, ale z gęstym i lekiem przekazem. Jak dobry sernik. Puszysty, lekki, kaloryczny.

Pomysł, który wydaje się leżeć pod latarnią, przemyślane, naturalne dialogi, ograniczona do jednego mieszkania scenografia są znakomitym materiałem na przedstawienie teatralne. A może ktoś już to zrobił?

 

3. The International, reż. Tom Tykwer

Z bankiem – przesiąkniętym złem, handlującym bronią, finansującym wojny i rewolty – może walczyć tylko outsider zarówno o bezkompromisowym sposobie bycia (jakbyście chcieli, żeby ktoś wam dał po buzi w słusznej sprawie), jak i fizjonomii skacowanego weselnika przed poprawinami. Clive Owen we własnej osobie.

Mroczną stronę reprezentują panowie (szkoda, że nie panie), którzy wyglądają, jakby zeszli z planu “Listy Schindlera”, gdzie grali esesmańskich oprawców: rzeźbione nijakim wyrazem wyrazy (do korekty! nie poprawiać) twarzy, niebieskie oczy, blond włosy. Pamiętajcie! Zło wciela się w człowieka z krótkimi włosami blond, przenika do końca. Przesiąknięty nim delikwent nie jest w stanie wrzucić choćby złotówki na WOŚP. Zaś dobry homo sapiens musi pić, by zapić wrażliwość na ludzką krzywdę.

Czemu zatem piszę o tym filmie? Clive Owen w roli policjanta Interpolu potrafi zagrać twardego glinę na 267 sposobów.

Na końcu dobro wygrywa, ale na szczęście nie do końca i tylko na chwilę. Obcinasz hydrze głowę, a ona odrasta w innym miejscu cuchnącego ciała.

Niektóre dialogi, frazy z “The International” przyprawiają o doznania umami jak dobrze grillowana karkówka:

 

– Próbujemy dociec prawdy.
– Jasne. Musisz jednak zrozumieć, że najpierw prawdą jest to, co ludzie chcą usłyszeć, potem, w co chcą wierzyć, dalej cokolwiek innego, a dopiero na końcu jest prawda.
– I to jest w porządku? Nie mogę uwierzyć, że właśnie Ty to mówisz. Prawda to odpowiedzialność, Arnie!
– Właśnie. Dlatego każdy się jej boi.

 

Jest różnica między prawdą a fikcją. Fikcja musi mieć sens.

Clive Owen jako “Louis Salinger” w “The International”

Najbardziej seksowne polskie aktorki [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

 

1. Dorota Kamińska

“Karate po polsku” oglądałem oczywiście dla Leona Buczkowskiego w roli lokalnego rzezimieszka, ale przede wszystkim dla Doroty Kamińskiej.  Warto trenować karate, żeby zaimponować takiej kobiecie.

 

2. Dominika Kachlik

Też chciałbym być Pawłem Zduńskim albo Piotrkiem. Ganz pomada. Mogę też być sobą.

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

uczę się tekstu do m jak miłość

Post udostępniony przez Dominika Kachlik (@dominika.kachlik)

Dominika Kachlik, źródło: Instagram

 

 

3. Anna Cieślak

Emitowany właśnie (maj 2020 r.) w TVN serial “Szadź” trąci ostrym banałem. Jeśli bohaterem jest psychopata, to oczywiście ulizany, pedantyczny, władczy – wykładowca akademicki Piotr Wolnicki. Występującemu w tej roli Maciejowi Stuhrowi do Hopkinsa brakuje kilku lat świetlnych. Policjantka (Aleksandra Popławska) gra tę samą melodię co w “Watasze”. Oczywiście zmaga się z uzależnieniem alkoholowym i próbuje nawiązać na nowo relacje z córką. Motyw bije po oczach oryginalnością jak dialogi z “M jak miłość”.

Serial ratuje żona psychopaty (Anna Cieślak). Doskonale odgrywa miłość, przywiązanie, strach, podejrzliwość, złość, nienawiść.  Naprawdę trudno zrozumieć, co jej mąż widzi w nudnych dwudziestoletnich blondynkach. I  one w nim. Oczywiście, oprócz miejsc zajmowanych na drabinie społecznej. Seksistowskie! Maseczki, włóż! 😉

 

 

4. Maria Probosz

Maria Probosz pewnie złamała serce niejednemu mężczyźnie. Jeden się zapił, drugi zbankrutował, trzeci… Nieważne. Nie ma co gdybać. Bo Maria seksapilem, erotyką, wyuzdaniem wręcz mogła pokonać wielu mężczyzn. Ją pokonał rak. W “Mistrzu i Małgorzacie” w reżyserii Macieja Wojtyszki grała Helę, kobietę – wampira. Któż by nie chciał, by naga, ponętna przyszła w nocy?

indeks

Aktorka uważana za seksbombę lat 80. Pojawiła się m.in. w „Tulipanie”, „07 zgłoś się”, „Porno” Marka Koterskiego i w „Pograniczu w ogniu”. Była żoną Marka Probosza, aktora „M jak miłość”. Zmarła 14 grudnia 2010 roku. W mediach informacja o jej śmierci pojawiła się dopiero przy okazji pogrzebu na łódzkim cmentarzu Zarzew. [1]

0363886

 

5. Maria Quoos

Za dotknięcie jej ciała z czasów polskiego horroru “Powrót Wilczycy” dałbym się pokroić. Nie wiem, czy na ten zabieg skusiłbym się dziś, ale dwoistość urody pani Marii, anielsko-diabeliczna, kusi.

 

6. Joanna Kulig

joanna kulig w zimnejk wojnie

Pani Joanna na pewno (s)kusi niejednego mężczyznę. W “Zimnej wojnie” Zula skusiła Wiktora (Tomasza Kota). Dziwię się, bo – co prawda – zagrała świetnie, ale zupełnie jakby bez energii, bez seksapilu, bez napięcia erotycznego, bez seksualnej grawitacji, która wisi w powietrzu i każdego samca homo sapiens przyciąga. Niby femme fatale, ale trochę naciągana.

[1] Te polskie gwiazdy zmarły w zapomnieniu, Fakt.pl, 14.04.2015

Najlepsze cytaty z piosenek [RANKING]

1. Ocalić od zapomnienia, Marek Grechuta, sł. Konstanty Ildefons Gałczyński

U twych ramion płaszcz powisa
krzykliwy, z leśnego ptactwa,
długi przez cały korytarz,
przez podwórze, aż gdzie gwiazda

Venus. A tyś lot i górność
chmur, blask wody i kamienia.
Chciałbym oczu twoich chmurność
ocalić od zapomnienia.

 

2. Uciekaj moje serce, Seweryn Krajewski, sł. Agnieszka Osiecka

Uciekaj skoro świt…
Odloty nagle i wstydliwe, niezabawne
Nic nie wiedzący, a zdradzony pies czy miś
Żałośnie chuda kwiatów kiść
I nowa złuda, nowa nic
To wciąż za mało moje serce, żeby żyć

 

3. Szpetni czterdziestoletni, Magda Umer, sł. Agnieszka Osiecka

Odczuwamy trochę żalu,
że tak wcześnie jest po balu,
kiedy noga się do tańca jeszcze rwie.
Chce się tańczyć, chce się walczyć,
a tu nagle – panie starszy,
zamykamy, zamykamy, tak czy nie ?

Powtarzamy bałamutnie,
ze bywało jeszcze smutniej,
wychylamy pięćdziesiątkę albo dwie,
zazdrościmy młodszym siostrom,
cytujemy coś z “Po prostu”,
chcemy prawdy, tylko prawdy i te pe.
Czasem kogoś ktoś spotyka,
siwa chandra nagle znika,
ktoś ubiera się w kolczyki z naszych łez…
Chwilę jest się w siódmym niebie,
potem wraca się do siebie…
Tylko powiedz, tylko powiedz,
gdzie to jest ?

 

Przypomniał sobie słowa piosenki Agnieszki Osieckiej, gdy minął Francuską 31, dawną Cafe Sax, gdzie Agnieszka Osiecka rozsiewała słowa po karteczkach, serwetkach, w zeszytach. Piła dżin z tonikiem.
Niebo obniżyło się. Zapach lip, kasztanów otulił strapioną duszę Rafała. Maj, majem, ale co dalej? Z czego zapłacić te cholerne raty? Paulina jeszcze tego mieszkania nie chce sprzedać.
W Carefour tuż przed rondem Waszyngtona kupił trzy Żubry. Pomnik Żołnierzy Radzieckich okrywał się atramentowym niebem. Rafałowi wyświetlił się z przykurzonego archiwum pamięci obraz z podręcznika z podstawówki. Warszawiacy kwiatami witają radzieckich żołnierzy siedzących na czołach z czerwoną gwiazdą.

Kanały w Skaryszewskim pachniały rybami i smakiem umami. Woda stała w nich nich wysoko, bo i Wisła rozlała się majestatycznie w korycie, przypominając że człowiek jest małym orzechem laskowym w obliczu sił przyrody. Boże, o czym ja myślę, Rafał pociągnął kolejny łyk Żubra. Żubry chodzą parami czy jak to było? Z oddali dobiegał odgłosy niewyjaśnionej tajemnicy życia, rechot żabiego skrzeku.

Obok przeszła dziewczyna pachnąca perfumami owocowymi. Kołysała miarowo szerokimi biodrami, jakby elegancko kajak płynął po jeziorku Kamionkowskim.

Z recenzji spektaklu: Cafe Sax

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” [RECENZJA]

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” ratuje 3PO3 dzięki ożywczej pigułce humoru, a także nowy kumpel pozłacanego droida, którego w filmie nazywają suszarką, a mnie kojarzy się z peerelowskim odkurzaczem. 

 

W filmie zbyt często Rey ( (Daisy Ridley) z Kylo Renem (Adam Driver) biją się na miecze świetlne, nawet gdy fizycznie nie stoją naprzeciw siebie. W “El Classico” epizodach IV, V, VI walki na miecze świetlne były zarezerwowane dla kluczowych, ewentualnie finałowych scen, tu zaś broń rycerzy Jedi błyska często jak policyjny kogut na Jagiellońskiej w Warszawie.

Zupa jeszcze niedosolona? Dosypmy garść. Niebezpieczna eskapada po telluria przypomina wyprawę po złote runo, po klucz do rozwiązania zagadki. Oczywiście i klasycznie po drodze do jej rozwikłania trzeba pokonać złe smoki, duchy i wrogów. Niemal dosłownie. Epizod mało wnosi do fabuły, ale dzięki niemu poznajemy nowych bohaterów, a specjaliści od efektów specjalnych sięgają szczytów, pokazując wzburzone, gigantyczne fale oraz kolejną walkę na miecze. 

Odrobinę za często w filmie mnożą się sceny sentymentalne, rodem z “M jak Miłość”, padanie sobie w ramiona, przytulenia i ckliwe wzruszenia.

Jak przystało na końcową opowieść o losach Skywalkerów, film garściami czerpie z wcześniejszych odcinków sagi, korzystając chociażby z gościnnego Endora lub przywołując na scenę Lando (Billy Dee Williams). Efekty specjalne twórcy wykorzystują, inaczej niż w częściach I, II, VIII, do niezbędnego minimum. Rey daje radę tam, gdzie nie dali scenarzyści. Wygląda na to, że nie mogli się porozumieć w kwestii fabuły i wepchnęli do filmu wątki, dialogi, które okazywały się nie tyle najprostsze, co pachnące zgniłym kompromisem. 

Czemu piszę o tym filmie, skoro składa się z wątpliwej fabuły, zbędnych wątków, naciąganych zmartwychwstań (film roi się od duchów pogrzebanych bohaterów)?

Ponad dwugodzinna projekcja nie nudzi, dobrze się ogląda, rzeczona dawka humoru ożywia film. “Skywalker. Odrodzenie” znalazł się poniżej poziomu oczekiwań, bo trudno wzbić się ponad takie majstersztyki jak “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsta Sithów”. Jeśli odrzucimy nadzieje, otrzymujemy solidną mieszankę kina fantastycznego, batalii pierwszych chrześcijan o egzystencję, westernu. 

Disney zapowiedział ponoć, że tym filmem kończy opowieść o rodzinie Skywalkerów. Wątpię. Na pewno trzeba wyjaśnić, jak ożył wcielony diabeł Palpatine. 

Pieniądze nie pytają o przynależność do którejś ze stron konfliktu w Galaktyce. Far far away.

See you soon.

 

Stawiam czwórkę za brak nudy. Piątki i szóstki nie będzie bo zabrakło autentycznych emocji, nieprzewidywalności, a w życiu dobro rzadko wygrywa.

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” (2019), reżyseria Jeffrey Jacob Abrams, występują: Daisy Ridley, Adam Driver, John Boyega, Oscar Isaac i inni

 

Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

 

2. Ćma, reż. Tomasz Zygadło

Czy Roman Wilhelmi wznosi ten film na wyżyny sztuki? Czy może scenariusz i reżyseria Tomasza Zygadły wydobywa z aktora wszystko, co najlepsze? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że w dramacie obyczajowym, psychologicznym “Ćma” Najlepszy Polski Aktor (dotąd nie zdetronizowany) w roli Jana, spikera radiowego prowadzącego nocną audycję – rozmowy z widzami o ich problemach, odgrywa chyba większość ludzkich emocji w sposób nie do podrobienia. Wersja made in China nie występuje.

Janowi zazdroszczę żony (ładna i opiekuńcza), współczuję wyboru kochanki (symptomatyczne: “co on w niej widział”), załamuję ręce nad relacjami z synem, podziwiam umiejętność zarówno empatii i asertywności podczas trudnych rozmów ze słuchaczami. Jednocześnie jednak charakter pracy Jana, umiejętność pomagania ludziom, zdejmuje z niego odpowiedzialność za swoje życie i relacje z bliskimi.  Własny los zaczyna wymykać mu się z rąk. Jan popada w konflikty w domu, w pracy, cierpi na niezrozumienie.

Film w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami pewnie został zrobiony za niewielkie pieniądze, ale pod względem dialogów, zdjęć, montażu bije na głowę wiele współczesnych dzieł i szmir.

Stawiam piątkę, zaś samemu Wilhelmiemu – szóstkę. Bo wyżej się nie da.

 

3. Django, reż. Quentin Tarantino

Quentin Tarantino od pierwszych kadrów łamie konwencje i miesza gatunki filmowe. Niemiecki dentysta King Schultz (Christoph Waltz) zaprzyjaźnia się tuż przed wybuchem wojny Północy z Południem z niewolnikiem, nie trzeba mówić czarnoskórym, Django. Pokonują razem setki kilometrów, by z rąk narcystycznego, dandysowatego, psychopatycznego plantatora Calvin Candie (Leonardo DiCaprio) odbić żonę Django. W groteskowej, absurdalnej formie Tarantino przemyca ważne przesłanie antyrasistowskie.

Christoph Waltz odgrywa jedną z lepszych swoich ról.. “Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc” – mówi Schultz do Django. I jest to najprawdziwsze i najzabawniejsze zdanie filmu.

 

 

4. Green Book, reż. Peter Farrelly

Co zrobić, żeby ograniczyć na świecie rasizm, antysemityzm, a przynajmniej, co jest zupełnie niemożliwe, niechęć między kibicami Legii Warszawa i Wisły Kraków lub – co już podchodzi pod fantasy – Polak przestał pałać darmową nienawiścią do sąsiada? Wystarczy antagonistów wsadzić do jednego samochodu i kazać przejechać pół Polski.

Taką receptę przepisał Peter Farrelly w filmie “Green Book”. Rubaszny, nieokrzesany biały Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) zostaje szoferem i ochroniarzem w podróży przez południowe stany USA genialnego, czarnego muzyka Dona Shirleya (Mahershala Ali). Mężczyźni pokonują nie tylko setki mil, ale także własne uprzedzenia, zakorzenione stereotypy. Podróż jest przy okazji drogą do poznania nie tylko siebie nawzajem, ale również – wejrzenia w głąb siebie samego. Film napędzają świetne role, zabawno-dramatyczne sytuacje, dialogi – humorystyczne, wartkie, chwilami głębokie i ciepłe. Jak piecyk u mamy.

Film drogi toczy się przewidywalną drogą i zmierza do oczywistego finału, nie nudząc – rozczula.

Podczas seansu czujemy, że wszyscy ludzie są braćmi. Potem wychodzimy z kina i przeglądając Facebooka słyszymy panią Szydło. Utwierdzamy się w przekonaniu.

Żyjemy w epoce, gdy nie tylko wypada, ale trzeba kochać wszelkie stworzenie. Czekam na film, w którym brytyjską królową Wiktorię zagra czarnoskóra aktorka. Strach się bać czasów, gdy wahadło politycznej poprawności (choćby najbardziej słusznej) odbije w drugą stronę.

 

 

5. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

6. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

 

7. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

8. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

“Joker” [RECENZJA]

– Tata, czego spodziewasz się po “Jokerze” – zapytał najstarszy syn przed wyjściem do kina na najnowszy film o sympatycznym klaunie.

– Chcę, żeby Joker wywrócił do góry nogami kilka mitów współczesnego świata: że ludzie w demokracji podejmują światłe wybory; że właściciele potężnych firm są zepsutymi do szpiku kości cynikami, a szaraki odznaczają się cnotami życzliwości i uczynności; wreszcie, że konsumpcjonizm i oklepane bajki o samorozwoju w epoce po Bogu wpychają ludzi w poczucie frustracji, lęki i depresję.

 

Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) pracuje jako klaun nawet nie w drugorzędnej firmie eventowej, bo ta jego wypożycza klaunów nie do wielkich galerii handlowych, ale do bankrutujących sklepów i szpitali. Fleck mieszka z niepełnosprawną matką w ponurym bloku. Podoba mu się sąsiadka z drugiego końca korytarza. Co jakiś czas chodzi do pomocy społecznej, bo cierpi na zaburzania psychiczne, których objawem są napady długiego i nieposkromionego śmiechu.

Nikt tego nie przyzna, ale w Jokerze odnajdzie się bez trudu połowa Ameryki, a na pewno pół Polski. Nikt z nas nie powie, że jest niepotrzebny i wyrzucony poza nawias społeczeństwa, bo przecież przedstawiciele handlowi oferują musztardę po sklepach, dziennikarze piszą teksty, sprzedawcy w marketach nabijają punkty lojalnościowe. Wielu z nich (nas) ma jednak nie dające spokoju uczucie, że od nich niewiele, oczywiście poza sprzedawaniem, zależy. O ile Arthur Fleck wciska na głowę kolorową perukę, nosi jaskrawy surdut, wkłada czerwony nos, o tyle dzisiejsi wesołkowie zakładają podkoszulki z napisem Ropucha lub owad, mają samochody z napisem Nasza musztarda jest Najsza albo notatnik o nazwie Bezfakcie.

Chcielibyśmy zrzucić te maski lub przynajmniej, nosząc je, zyskać podmiotowość. Nie każdy ma jednak tyle szczęścia, żeby cieszyć się chorobą psychiczną, bo tylko ona, próbują przekazać twórcy filmu, daje przepustkę do do uzyskania lub odzyskania sensu życia. 

Podmiotowość w “Jokerze” odbierają mieszkańcom Gotham City bogacze, cyniczni politycy, dla których problemy maluczkich są irytującą jak brzęczący komar przeszkodą do osiągania politycznych celów i pomnażania bogactwa. Na razie jednak dostaje się trzem pracownikom korporacji, których Fleck morduje w metrze. Żegnaj Arthurze, witaj Jokerze.

Czy to ja, czy cały świat coraz bardziej wariuje?

Pracownicy Żabek i Biedronek, do broni! Plastikowej, made in China. Innej u nas nie sprzedają.

W głównym bohaterze zmiany w życiu osobistym (nie streszczam fabuły) powodują zmiany osobowości lub stanowią ową – jakże dziś modną – samorealizację. Po drodze Fleck zabija słynnego showmana telewizyjnego, Murraya Franklina – szyderczego, inteligentnego, który dla słupków oglądalności posunie się do hipokryzji i ośmieszania gości w studiu. Skojarzyło mi się w Kubą Wojewódzkim. Zupełnie niesłusznie.

Joker swoimi czynami rozpala rewoltę w Gotham City. Ludzie plądrują sklepy, niszczą auta, atakują policję. Co rusz widzimy takie obrazki w telewizji, na przykład we Francji. Problem w tym, że te filmowe rozruchy wyglądają na sztucznie wykreowane na potrzeby widowiska. Nie ma w nich rzeczywistych: złości, wściekłości, długo tłumionej frustracji.
Film nie dotyka w żaden odczuwalny sposób dylematów wiary, miejsca jednostki w społeczeństwie, funkcjonowania samego społeczeństwa. Nie czerni się nawet wisielczym humorem, co było zaletą “Mrocznego rycerza”.

W “Jokerze” słońce nie wstaje nigdy, w pomieszczeniach jest ciemno, jakbyśmy wiecznie siedzieli w czworakach. Scenografia i montaż zaliczają się do atutów. Niektórzy piszą, że Joaquin Phoenix odegrał rolę życia, że przemiana Flecka w Jokera godna jest owacji na stojąco lub Oskara. Nie przyłączam się do chóru apologetów, choć Phoenix zagrał znakomicie.

Obserwowałem ludzi wychodzących z kina. Ktoś rozmawiał przez telefon, inny komentował otrzymanego smsa. Nikt nie wyglądał na specjalnie poruszonego. 

 

– Tata, czego ci zabrakło w filmie – pytał syn, widząc, że nie wyglądam na wstrząśniętego lub przynajmniej zmieszanego.

– Żeby Joker powiedział jakąś prawdę o widzach w kinie, która tak kogoś wkurzy, że ciśnie pudełkiem po popcornie w ekran.

 

Dziennikarze, sprzedawcy i przedstawiciele nie uzyskali odpowiedzi, jak (od)zyskać podmiotowość przy założeniu, że zamordowanie kogoś tymczasem nie stanowi wyboru. Katarzyna i Marek z Drawska znaleźli drogę: “Mama i jej kochanek zmuszali kilkulatków do żarcia surowego mięsa, zlizywania jogurtu z podłogi, oblewali wrzątkiem albo przetrzymywali w wannie z lodowatą wodą, zamykali na noc w bagażniku samochodu. Również wykorzystywali ich seksualnie”. (NIE, nr 40/2019)

Jeśli i ta ewentualność odpada, usłyszycie donośny rechot Jokera. W Kung-Fu Panda mistrz Shifu mówił, nie ma żadnej tajemnicy w osiągnięciu mistrzostwa Smoczego Wojownika, wystarczy wiara. 

Joker zdaje się zmienić frazę w “Nie ma żadnej tajemnicy, a wiara to gówno”. Śmiech.

 

Stawiam czwórkę. Ani piątki, ani szóstki nie będzie, bo nikt nie rzucił pudełkiem po popcornie w ekran.

 

Joker (2019), reżyseria Todd Phillips, występują: Joaquin Phoenix, Robert De Niro Robert, Zazie Beetz, Frances Conroy i inni

 

 

“Ślepnąc od świateł” [RECENZJA FILMU]

Lubię filmy, które opowiadają o życiu to, co już wiem, ale w nowy sposób. A jeszcze bardziej targają duszę mą te, które otwierają drzwi nieznanych światów. Ale to już kategoria “genialne”. “Ślepnąc od świateł” aspiruje do pierwszej grupy. Pozornie to film gangsterski opowiadający o przedświątecznym tygodniu warszawskiego dilera kokainy – Kuby (Kamil Nożyński), jego szefa Jacka (Robert Więckiewicz) oraz wychodzącego właśnie na wolność byłego wspólnika Jacka – Darka (Jan Frycz).

 

Korzystając z dialogów, charakterów ludzkich ze świata gangsterskiego, opisywanych przez prasę wydarzeń, opowiada trochę o życiu w ogóle: Próba kontroli tego, czym kierować chcemy, zazwyczaj spełza na niczym. Zawsze dzieje się coś nieprzewidzianego, na co nie jesteśmy przygotowani. Rozdarci jesteśmy między tym, na co wpływ mamy, a tym, co jest poza zasięgiem. Jak odróżnić jedno od drugiego? Film na pytanie nie odpowiada. Nie chce? Nie umie? Ale je stawia.

Niektórzy widzowie i krytycy zachwycają się zdjęciami Warszawy. Naprawdę? Obraz “miasta mojego” w “Ślepnąc od świateł” dostosowuje się do scenariusza, coś w stylu thrillera “Siedem”. Ciemno, deszcz pada, wieje. Jeśli miała to być reklamówka Warszawy, to leży w błocie jak torebka z Biedronki. Zupełnie jak w bożonarodzeniowych reklamach. Jak copywriter nie ma pomysłu, daje słowa “magia świąt”. Przyszło mi do głowy, że czołówka serialu przypomina “Skyfall”, ale miasta, w których dzieją się przygody Bonda, chcesz odwiedzić. Kto zechce poznać Warszawę? Twórcom trochę zabrakło odwagi. Bo serial niby dzieje się w Warszawie, ale producenci wystraszyli się, czy ktoś poza Polską będzie chciał oglądać film znad Wisły. Jakie to polskie, jakie to nasze. Miałeś chamie złoty róg.

“Ślepnąc od świateł” właśnie najwięcej mówi o nas, Polakach. Celebryta, poseł, policjanci, wpływowi biznesmeni za tekturową, chybotliwą sceną oficjalnych ról chowają moralną pustkę, brak wiedzy i podstawowych manier. Nikodem Dyzma nie umiera nigdy. Najprawdziwsze jak zwykle są dziwki. “Ten syf może zmyć tylko potop”, rapuje w filmie jego reżyser Krzysztof Skonieczny.

 

Gra naturszczyka – debiutującego przed kamerą Kamila Nożyńskiego – kojarzyła mi się z Al Pacino z „Ojca Chrzestnego”. Nie stawiam na równi i nie porównuję obu filmów, ale coś mi się zdaje, że Nożyński miał zagrać w podobnym stylu. Tylko po co? Przecież to nie on rozdawał karty w gangstersko-politycznym świecie. Wycofany, wykształcony, wysportowany, tajemniczy, niezdradzający emocji Kuba jawi się zbyt charyzmatycznie jak na sprzedawcę kokainy, w sam raz na przywódcę gangu, którym w tym filmie nie jest. Bo ma dobrych konkurentów.
Jego choleryczny szef Jacek sprawdza się bardziej, bo Więckiewicz zagrał krwiście i wyraziście. Monolog o depresji ma szansę przejść do kultowych tekstów polskich filmów. Równie pierwszorzędnie wypadł Jan Frycz. Psychopatycznego “Daria” nikt nie chciałby spotkać na swojej drodze. Ale czy z tej genialnej gry coś w filmie wynika? Niewiele. Ale sam kunszt aktorski – palce lizać.

 

Resumując. Świat gangów narkotykowych przekonuje autentycznością. Obraz nas Polaków – niedokończony, ale i tak smutny. Pocztówka z Warszawy – przyszła pomięta, mokra i zabłocona. Gra aktorska Jana Frycza, Roberta Więckiewicza, dodatkowo Janusza Chabiora – palce lizać. Tort zjedliśmy, ale wisienki nie dali.
Daję cztery na sześć.

“Ślepnąć od świateł”, 2018, reż. Krzysztof Skonieczny, 8 odc., HBO GO

 

Sztywniutko!

Podchwyciliśmy je z Kubą Żulczykiem z ulicy, to moja mutacja zwrotu “na sztywno”, czyli potwierdzenia czegoś na 100 procent. Zdrobnienie wydało się nam się chwytliwe i zabawne. Używa go właśnie Piorun. Znam wielu hiphopowców i z obserwacji tego środowiska stworzyłem postać hybrydę, archetyp. Przygotowałem się do tej roi, przypakowałem dwadzieścia kilo, dorobiłem sobie te wystające zęby u protetyka, nagrałem dwa utwory ze świetnym hiphopowym warszawskim składem. Do tego nakręciliśmy Piorunowi teledysk do serialu.

Skonieczny. Detonuje bomby, uderza jak piorun – rozmowa z Krzysztofem Skoniecznym, reżyserem, scenarzystą, “Gazeta Wyborcza”, 7 grudnia 2018 r.,