Pilch w sensie ścisłym Katarzyna Kubisiowska [NOTATKI NA MARGINESIE]

Po raz drugi nie mogę oprzeć się wrażeniu, bo po raz drugi czytam biografię tytułowego bohatera “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej, że Jerzy Pilch prowadził swe życie tak, by móc je opisywać w książkach. Zwróciła na to uwagę także Magdalena Raczkowska, była partnerka Pilcha. To ona rozpoznała się (nie było to trudne, Pilch uprzedzał) w postaci Asi Katastrofy. “To zabawne, że cechy, które na co dzień uprzykrzają życie, w literaturze Jerzego uszlachetniają i stają się interesujące” – mówiła autorce biografii.

Uparłem się na tego Pilcha, nie przepraszam. Atinę, swoją partnerkę, starał się przekonać, że jest jednostką słabą, kruchą i wrażliwą. Wymagał sił, współczucia i cierpliwości, samemu nie mając chęci tymi cechami się odznaczać. Tę samą taktykę przyjął, wpływając (nie chcę użyć czasownika “manipulować”) na bliskie osoby podczas swoich ciągów alkoholowych. Przed i w trakcie picia stawał się opryskliwy, złośliwy, niemiły, by tylko dać mu spokój i pozwolić pić. Upadając nisko we własny brud i wymiociny, dzwonił po pomoc. Wytrzeźwiawszy, dziękował za wsparcie, okazywał się człowiekiem do rany przyłóż. “Przestałam litować się nad Jurkiem, gdy poczułam, że jego picie jest w pewnym sensie szantażem emocjonalnym” – mówiła Atina w “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej Atina nie chciała stać się osobą współuzależnioną, żyjącą w rytmie ciągów pijackich Jerzego Pilcha. Zrozumiała, że im częściej przychodzi mu z pomocą, tym częściej on pije. Im rzadziej zaczęła przyjeżdżać z odsieczą, tym Pilch rzadziej pił. Przez dwa tygodnie nie odbierała od niego telefonu. Udało się to tylko dzięki wyjęciu karty sim z telefonu. Po tym wydarzeniu Jerzy Pilch nie pił przez rok. Atina nie postrzega byłego partnera jedynie w czarnych barwach, wspomina jego czułość, opiekuńczość, wrażliwość, błyskotliwość. Piciu Jerzego Pilcha oraz wpływie, jaki wywoływał na bliskie osoby poświęcam tych kilka zdań dlatego, żeby uzmysłowić sobie i zwrócić waszą uwagę na to, że nas też otaczają chorzy, cierpiący, użalający się na swój los tylko w momencie rozmowy z nami. Problem w tym, że nie chodzi im o pomoc w cierpieniu i chorobie, ale rzucenie uroku, cienia na osobowość drugiej osoby, by ta poza cierpiętnikiem nie miała własnego życia. Wyjście samotne do kina, albo nie daj bóg z kimś innym ma wywoływać poczucie winy. Czy taki był Jerzy Pilch? Nie wiem. A nawet jeśli, to co? Przeżyć wystarczało mu na tematy do książek, nie starczało na życie.

“Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska [RECENZJA]

Do napisania recenzji książki dowolnej, a teraz mam na myśli “Osiecką Nikomu nie żal pięknych kobiet” Zofii Turowskiej, potrzeba przynajmniej dwóch tygodni od jej przeczytania. Musi tyle czasu upłynąć, żeby nie dać się zwieść gorącym emocjom, że w PRL-u co prawda stało się w kolejkach, ale najwyżej z ryzykiem powrotu do domu bez parówek lub papieru toaletowego.

Maryla Rodowicz śpiewała o koszulach schnących na sznurze, tworzył Seweryn Krajewski, a na Opole tata dostał wejściówki, bo zakład pracy organizował dla zasłużonych pracowników. 150 normy na 22 lipca.


“Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet” stwarza wrażenie, że świat się skończył wraz Bolkiem i Lolkiem i proszkiem do prania “E”. Spokojnie, propagandowo ten świat wrócił. Musi się wiele zmienić, by nic się nie zmieniło.

Agnieszka Osiecka? Wielką poetką była, więc jej osobowość, postać, poezję wypada kuć tylko ze złota, ewentualnie z mosiądzu lub spiżu. Fundacja Okularnicy założona przez córkę poetki, Agatę Passent, zadba, by sukcesy Osieckiej wyeksponować (zasłużenie), porażki zamienić w potknięcia (sztuki teatralne), trudne lub nieudane związki zamieść pod dywan.
Szczególnie ten, dla którego Agnieszka Osiecka rzuciła Daniela Passenta. Ciut za dużo w “Nikomu nie żal…” nagromadziło się przemilczeń, bohaterowie stoją w cieniu. Jak zwykle. Jeśli komuś warto postawić pomnik, to Danielowi Passentowi. Agnieszka mogła na niego liczyć w każdą niepogodę.

Co jeszcze zapamiętałem lub tylko tak mi się wydaje?


Zwykłych dziewczyn, które zmieniają facetów jak rękawiczki, nie stać na podróże za ocean, lub choćby do Paryża. Mają najwyżej drobne na PKS do Kocka. Zwykłe dziewczyny nasłuchałyby się od mam, ciotek, kuzynek: “Ustatkuj się, zostaniesz sama. Szklanki herbaty nikt ci na starość nie poda”. Tylko która zwykła dwudziestolatka, najładniejsza w klasie, a przynajmniej czwarta, myśli o herbacie z sokiem malinowym?
Agnieszka Osiecka pewnie też by się nasłuchała, ale świeciła niezwykłością i o herbacie nie śniła. Chyba.
Z każdym blisko i daleko zarazem. Poetyczna, efemeryczna bliskość i rzeczywista obcość dotyczyła mężczyzn, przyjaciół, kompozytorów i wykonawców.
Zwykłe dziewczyny, co pędzą przez życie wiadomo dokąd, ale nie wiadomo po co, miałby uszy pełne utyskiwań i żalów: “Po co ty tam jedziesz, zwariowałaś, odbiło ci, siedź na dupie i znajdź pracę”.
Agnieszkę Osiecką Pan Talent zwolnił z przyziemności, L4 wystawił Pan Bóg lub inna okoliczność. Dopasujcie według własnych przekonań.

Kto napisał “W szeregu”, “Wielką Wodę”, “Szpetnych, czterdziestoletnich” nic nie musi, tylko może.
Niektórym wydawało się, że usidlą Osiecką, usadzą, zamienią w kurę domową, panią domu, wierną powierniczkę i piastunkę. Agnieszka dała się złapać w sieci temu, który wcale nie zamierzał łowić albo tylko stwarzał pozory niechęci, obojętności, lekceważenia. Po potknięciach, porażkach, wirażach wracała do mamy. Normalnej dziewczynie powiedzielibyśmy, że jest rozkapryszonym bachorem, o Osieckiej – że chowała w sobie wieczną dziewczynę.

Czy te skromne wnioski płyną z akapitów “Nikomu nie żal…”? A gdzie tam! Tak radykalnych tez Zofia Turowska nie stawia. Niestety. Sam sobie je wysnułem.
Próbowałem, nie znając jej, zrozumieć Osiecką jako człowieka, żonę, partnerkę, artystkę. Piszę pokornie o próbie, bo mam pełną świadomość, że ktoś, kto nie umie pisać jak Osiecka, nie umie poetki ująć w słowa.

Przy okazji niektórzy mogą się poczuć zawiedzeni, że “Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet” jest reedycją “Agnieszki Pejzaże z Agnieszką Osiecką”. Sądziłem, że mam do czynienia z zupełnie nową książką Turowskiej o Osieckiej, świeżą treścią, czystym spojrzeniem.
Moda na Osiecką wróciła wraz z serialem TVP i pojawiła się sposobność wznowienia książki. Ale czy trzeba było uciekać się do taniego chwytu? Zapytałem o to w wydawnictwie “Marginesy”, które wypuściło “Nikomu nie żal…” na rynek. Na odpowiedź czekam.

Daję 3+ na 6.

“Osiecka Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska, Marginesy, Warszawa 2021

“Potargana w miłości – o Agnieszce Osieckiej”, Ula Ryciak [RECENZJA]

Mam pod górkę z samym sobą. Wyznacznikiem dobrej biografii, choćby w formie zmyślonej, fabularyzowanej, wciąz pozostaje dla mnie “Moulin Rouge” Pierre’a La Mure’a. W tej opowieści o Henryku de Toulouse-Lautrec czuć zapach tanich knajp i jeszcze tańszych prostytutek, wilgoć paryskiego bruku, bezgraniczną miłość jego matki i również bezgraniczną niechęć ojca. 

Aż boli od czytania, gdy z niskim, karłowatym Henrykiem przedzieramy się przez drwiny z jego wzrostu, przyzwyczajeń w ogóle nie drobnomieszczańskich i kpiny z prób malarskich. Skręca w dołku, gdy przyglądamy się, jak Henryk rozpaczliwie i bezowocnie pragnął miłości kobiety – nieważne prostytutki czy arystokratki. 

Dobra biografia wywołuje emocje i cytaty, których z “Moulin Rouge” wynotowałem bez liku, a niektóre zamieściłem w odrębnym poście.

Ubolewając nad tym przydługim wstępem i przepraszając za niego, uzasadniam go tym, że o ile “Moulin Rouge” wzrusza, wyciska łzy, przywołuje wspomnienia z własnego życia, o tyle “Potargana w miłości – o Agnieszce Osieckiej” Uli Ryciak do emocji i notatek nie popycha. Poprzeczka świetnej biografii nadal pozostaje nienaruszona. 

To nie jest zła książka.

Autorka skrupulatnie jak myszka przebrnęła przez archiwa i biblioteki. Może nawet znalazła wszystko, co o Agnieszce Osieckiej napisano lub ona sama o sobie powiedziała. Dodatkowo,a może przede wszystkim, spotkała się z kilkoma, kilkunastoma ludźmi, którzy słynną mieszkankę Saskiej Kępy dobrze znali.

“Potarganą…” czyta się dobrze, ale styl krótkich zdań bardziej przypomina notatki z podróży niż biografię. Bingo! Przecież autorka napisała też “Clitoris erectus”, dziennik z podróży po Ameryce Łacińskiej.

Ula Ryciak prowadzi nas przez sukcesy artystyczne i porażki osobiste Osieckiej. Nie można oprzeć się wrażeniu, co i Ryciak zauważyła, że rozterek miłosnych, bycia poniżaną i odpychaną lub porzucania i odpychania, podróży, setek spotkań z ludźmi Osiecka potrzebowała by, żyć i pisać. Pisała, by żyć. Żyła, żeby pisać. Przy bytowaniu rodzinnym – kościół na godzinę 9 lub 11, pierś z kurczaka na obiad, poobiedni spacer, przewijanie pociechy, “The Voice of Poland” wieczorem – epokowy “Niech żyje bal” by nie powstał. 

Miała dwóch mężów, o jednym – jak to się mówi – powszechnie wiadomo, jedną córkę, dwa, trzy poważne związki. I pewnie kilka innych, które do definicji związku się nie zbliżają, nawet nie zahaczają o “z”. Miłości byłyby świetną pożywką  dla nadania biografii dramaturgii.  Jeremi Przybora pewnie długo się zbierał, nie inaczej Daniel Passent. Niestety – i to jest największa słabość biografii – Uli Ryciak nie udało się znaczących wydarzeń z  życia poetki naładować dramaturgią. Może owa dramaturgia tkwiłaby już w warstwie wyobrażeń autorki, z biografii przeskoczylibyśmy do powieści. Ale czy na pewno aby?

Przy okazji zaskakująca ciekawostka z “Potarganej..”.

Osiecka nie jest autorką tekstu o wsiadaniu do pociągu byle jakiego. “Wsiąść do pociągu” napisała w 1976 roku Magda Czapińska w odpowiedzi na konkurs Programu Trzeciego Polskiego Radia. Ktoś w radiu zauważył utwór, zaśpiewała go Grażyna Barszczewska. Piosenka przeszła jednak bez echa. W radiu tekst znalazła Osiecka, dała Sewerynowi Krajewskiemu, by skomponował muzykę. Maryla Rodowicz zaśpiewała. Osiecka przypisała sobie autorstwo.

Ula Ryciak nie drążyła sprawy, czy i w jakim kierunku potoczyły się roszczenia Magdy Czapińskiej. Szkoda. 

Takich większych i mniejszych epizodów bez happy endu w biografii jest więcej. Ula Ryciak gna przez PRL i życie Osieckiej, a czasem warto byłoby się zatrzymać, by w zawodach miłosnych, porażkach podłubać chwilę dłużej. Aż wypłynie ropa.

Ula Ryciak zostawiła w sercu to, co Osiecka napisała: Nieutulony w piersi żal, bo za jedną siną dalą – druga dal.

Zamówiłem właśnie “Agnieszki – Pejzaże z Agnieszką Osiecką” Zofii Turowskiej. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć obraz pierwszej tekściarki PRL-u spod jej pióra.

Niedawno TVP emitowała serial “Osiecka”. Wygląda trochę tak, jakby scenarzyści pięćdziesiąt procent scenariusza oparli na “Potarganej w miłości”.  Wymyślili scenografię i dopisali dialogi, do tego, co u Ryciak wyczytali. Ach, oczywiście, że nie. To byłoby za proste. Wypada pochwalić Ryciak za kawał dobrej, rzemieślniczej roboty.

Daję czwórkę w sześciostopniowej skali.

Potargana w miłości – o Agnieszce Osieckiej, Ula Ryciak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

“Zły” Leopold Tyrmand [RECENZJA]

Czy Leopold Tyrmand znał powstałą dekadę przed napisaniem “Złego” komiksową opowieść o Batmanie? Jako miłośnik kultury amerykańskiej  – mógł. Jeśli nie, stworzył polską polską opowieść o superbohaterze. Ludzie nazywali go Zły.

“Zły” jest przede wszystkim powieścią o Warszawie lat pięćdziesiątych, dziesięć lat po drugiej wojnie światowej. Wypchane po brzegi, a nawet poza nie, warszawskie tramwaje budziły w instynkty drapieżcy. Warszawiacy walczyli w nich o każdy kawałek podłogi. Zachowywali czujność, by współpasażer nie zgruchotał im łokciem wątroby, a kieszonkowiec – życia po wypłacie. Z drugiej zaś strony altruizm też się zdarzał: wisząc na zewnętrznym stopniu pasażerowie jechali, trzymając się płaszcza sąsiada. Tyrmand przeskakuje z tramwaju do trolejbusu, stamtąd do kawiarni, restauracji, spelun, skwerów, bazarów. Przechadzamy się po nowych ulicach i resztkach ruin. Obracamy oczami dookoła głowy, by nie dostać nożem w brzuch na Czerniakowie lub Siekierkach. Aż mi się tęskni do restauracji “Lotos” przy Belwederskiej. Jej peerelowski wystrój byłby znakomitą scenografią do niektórych kadrów ze “Złego”, gdyby film w końcu doszedł do skutku. O tym słowo na końcu tekstu.

Tyrmand tak ostentacyjnie nie mieszał polityki ze swoją opowieścią, że ta nieobecność aż boli. Ale może dzięki temu książka mogła się w ogóle ukazać. Powszechnie znana propaganda sojuszu robotniczo-chłopskiego rozbrzmiewająca z megafonów przystrojonych czerwonymi chorągiewkami ostro zderza się z życiem  warszawskiej ulicy pana Leopolda: bójki, okaleczenia, chuligaństwo idą w parze z romansem, miłością, tęsknotą – żeby raz w roku dostać pomarańcze. Życie fryzjerów i redaktorów. Kioskarzy i kierowców autobusów. Lekarzy i prywatnej inicjatywy. Wątki poboczne zasila pierwszoplanowa rywalizacja między “Złym” a Filipem Merynosem, mózgiem i szefem warszawskiego gangu.

Twórca “Złego” nie jest wybitnym psychologiem w rozumieniu freudowskim. Bohaterowie nie odznaczają się skomplikowaną  a wyrafinowaną osobowością, za którą kryją się traumy dzieciństwa i zasieki chrześcijaństwa.  Autor “Złego” umie obserwować ludzi, słuchać, a rzecz przelać na karty powieści.

Bandziory socrealizmu raźno garnęli się do każdego okrucieństwa. Kopnięcie kobiety w brzuch stoi w hierarchii rozrywek na równi z dzisiejszą wizytą w McDonald’s. Natomiast kultury słowa im nie można odmówić. Robią za panienki z dobrego domu w porównaniu do Daro ze “Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka. Nie rzucają mięsem, stojąc do kasy w pedeciaku.

Żulczyk wymiotuje Warszawą, Tyrmand – przytula miasto. Moje miasto, a w nim. Żulczyk w “Ślepnąć…” nie lubi ludzi, Tyrmand – brakuje tylko, by wszyscy na koniec zatańczyli poloneza. 

Ale to może w filmie. Najbliżej nakręcenia był Xawery Żuławski, ale ponoć syn Tyrmanda, Matthew, nie zaakceptował scenariusza. 

Nie sprawdzimy więc, czy wielowątkowa opowieść filmowa o kelnerkach, dziennikarzach i handlarkach z Różyckiego równie pięknie pokaże Warszawę, jak ona swych bohaterów. Stolica bez nich nie istnieje, oni bez niej – też.

I to jest największa siła tej powieści. Przesiąknięta Syrenką od płetw do głów.

Daję cztery plus  w sześciostopniowej skali.

„Zły”, Leopold Tyrmand, , Wydawnictwo MG, 2015 

Recenzja: Jarosław Pałyska

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” [RECENZJA]

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” ratuje 3PO3 dzięki ożywczej pigułce humoru, a także nowy kumpel pozłacanego droida, którego w filmie nazywają suszarką, a mnie kojarzy się z peerelowskim odkurzaczem. 

 

W filmie zbyt często Rey ( (Daisy Ridley) z Kylo Renem (Adam Driver) biją się na miecze świetlne, nawet gdy fizycznie nie stoją naprzeciw siebie. W “El Classico” epizodach IV, V, VI walki na miecze świetlne były zarezerwowane dla kluczowych, ewentualnie finałowych scen, tu zaś broń rycerzy Jedi błyska często jak policyjny kogut na Jagiellońskiej w Warszawie.

Zupa jeszcze niedosolona? Dosypmy garść. Niebezpieczna eskapada po telluria przypomina wyprawę po złote runo, po klucz do rozwiązania zagadki. Oczywiście i klasycznie po drodze do jej rozwikłania trzeba pokonać złe smoki, duchy i wrogów. Niemal dosłownie. Epizod mało wnosi do fabuły, ale dzięki niemu poznajemy nowych bohaterów, a specjaliści od efektów specjalnych sięgają szczytów, pokazując wzburzone, gigantyczne fale oraz kolejną walkę na miecze. 

Odrobinę za często w filmie mnożą się sceny sentymentalne, rodem z “M jak Miłość”, padanie sobie w ramiona, przytulenia i ckliwe wzruszenia.

Jak przystało na końcową opowieść o losach Skywalkerów, film garściami czerpie z wcześniejszych odcinków sagi, korzystając chociażby z gościnnego Endora lub przywołując na scenę Lando (Billy Dee Williams). Efekty specjalne twórcy wykorzystują, inaczej niż w częściach I, II, VIII, do niezbędnego minimum. Rey daje radę tam, gdzie nie dali scenarzyści. Wygląda na to, że nie mogli się porozumieć w kwestii fabuły i wepchnęli do filmu wątki, dialogi, które okazywały się nie tyle najprostsze, co pachnące zgniłym kompromisem. 

Czemu piszę o tym filmie, skoro składa się z wątpliwej fabuły, zbędnych wątków, naciąganych zmartwychwstań (film roi się od duchów pogrzebanych bohaterów)?

Ponad dwugodzinna projekcja nie nudzi, dobrze się ogląda, rzeczona dawka humoru ożywia film. “Skywalker. Odrodzenie” znalazł się poniżej poziomu oczekiwań, bo trudno wzbić się ponad takie majstersztyki jak “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsta Sithów”. Jeśli odrzucimy nadzieje, otrzymujemy solidną mieszankę kina fantastycznego, batalii pierwszych chrześcijan o egzystencję, westernu. 

Disney zapowiedział ponoć, że tym filmem kończy opowieść o rodzinie Skywalkerów. Wątpię. Na pewno trzeba wyjaśnić, jak ożył wcielony diabeł Palpatine. 

Pieniądze nie pytają o przynależność do którejś ze stron konfliktu w Galaktyce. Far far away.

See you soon.

 

Stawiam czwórkę za brak nudy. Piątki i szóstki nie będzie bo zabrakło autentycznych emocji, nieprzewidywalności, a w życiu dobro rzadko wygrywa.

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” (2019), reżyseria Jeffrey Jacob Abrams, występują: Daisy Ridley, Adam Driver, John Boyega, Oscar Isaac i inni

 

Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

 

 

2. Ćma, reż. Tomasz Zygadło

Czy Roman Wilhelmi wznosi ten film na wyżyny sztuki? Czy może scenariusz i reżyseria Tomasza Zygadły wydobywa z aktora wszystko, co najlepsze? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że w dramacie obyczajowym, psychologicznym “Ćma” Najlepszy Polski Aktor (dotąd nie zdetronizowany) w roli Jana, spikera radiowego prowadzącego nocną audycję – rozmowy z widzami o ich problemach, odgrywa chyba większość ludzkich emocji w sposób nie do podrobienia. Wersja made in China nie występuje.

Janowi zazdroszczę żony (ładna i opiekuńcza), współczuję wyboru kochanki (symptomatyczne: “co on w niej widział”), załamuję ręce nad relacjami z synem, podziwiam umiejętność zarówno empatii i asertywności podczas trudnych rozmów ze słuchaczami. Jednocześnie jednak charakter pracy Jana, umiejętność pomagania ludziom, zdejmuje z niego odpowiedzialność za swoje życie i relacje z bliskimi.  Własny los zaczyna wymykać mu się z rąk. Jan popada w konflikty w domu, w pracy, cierpi na niezrozumienie.

Film w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami pewnie został zrobiony za niewielkie pieniądze, ale pod względem dialogów, zdjęć, montażu bije na głowę wiele współczesnych dzieł i szmir.

Stawiam piątkę, zaś samemu Wilhelmiemu – szóstkę. Bo wyżej się nie da.

 

 

3. Django, reż. Quentin Tarantino

Quentin Tarantino od pierwszych kadrów łamie konwencje i miesza gatunki filmowe. Niemiecki dentysta King Schultz (Christoph Waltz) zaprzyjaźnia się tuż przed wybuchem wojny Północy z Południem z niewolnikiem, nie trzeba mówić czarnoskórym, Django. Pokonują razem setki kilometrów, by z rąk narcystycznego, dandysowatego, psychopatycznego plantatora Calvin Candie (Leonardo DiCaprio) odbić żonę Django. W groteskowej, absurdalnej formie Tarantino przemyca ważne przesłanie antyrasistowskie.

Christoph Waltz odgrywa jedną z lepszych swoich ról.. “Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc” – mówi Schultz do Django. I jest to najprawdziwsze i najzabawniejsze zdanie filmu.

 

 

 

4. Green Book, reż. Peter Farrelly

Co zrobić, żeby ograniczyć na świecie rasizm, antysemityzm, a przynajmniej, co jest zupełnie niemożliwe, niechęć między kibicami Legii Warszawa i Wisły Kraków lub – co już podchodzi pod fantasy – Polak przestał pałać darmową nienawiścią do sąsiada? Wystarczy antagonistów wsadzić do jednego samochodu i kazać przejechać pół Polski.

Taką receptę przepisał Peter Farrelly w filmie “Green Book”. Rubaszny, nieokrzesany biały Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) zostaje szoferem i ochroniarzem w podróży przez południowe stany USA genialnego, czarnego muzyka Dona Shirleya (Mahershala Ali). Mężczyźni pokonują nie tylko setki mil, ale także własne uprzedzenia, zakorzenione stereotypy. Podróż jest przy okazji drogą do poznania nie tylko siebie nawzajem, ale również – wejrzenia w głąb siebie samego. Film napędzają świetne role, zabawno-dramatyczne sytuacje, dialogi – humorystyczne, wartkie, chwilami głębokie i ciepłe. Jak piecyk u mamy.

Film drogi toczy się przewidywalną drogą i zmierza do oczywistego finału, nie nudząc – rozczula.

Podczas seansu czujemy, że wszyscy ludzie są braćmi. Potem wychodzimy z kina i przeglądając Facebooka słyszymy panią Szydło. Utwierdzamy się w przekonaniu.

Żyjemy w epoce, gdy nie tylko wypada, ale trzeba kochać wszelkie stworzenie. Czekam na film, w którym brytyjską królową Wiktorię zagra czarnoskóra aktorka. Strach się bać czasów, gdy wahadło politycznej poprawności (choćby najbardziej słusznej) odbije w drugą stronę.

 

 

 

5. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

 

6. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

 

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

 

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

 

7. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

 

8. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

 

Patointeligencja

Absolwenci warszawskiego Batorego narzekają na swój pożałowania godny los – mieszkanie w trzypiętrowym domu, wakacje all inclusive i zajęcia pozalekcyjne. Z obrzydzeniem d…ją koleżanki na wycieczkach, wciągają kreskę i piją Harnasia na ławce w parku.

 
Przy tym nędznym życiu idealnie wysmażone wydaje się bytowanie na kwadracie bez łazienki na Brzeskiej, pchanie palet przez Biedrę i użeranie się z klientelą z “patointeligencji”. Autentyczne życie zaprasza. Komornik, chwilówki i sterczenie w krzakach przy Wschodnim z butelką Tatry Mocnej – w pakiecie.
Ja, absolwent elitarnego praskiego – wiem, nie liczy się – XIX L.O. im Powstańców Warszawy, wyrażam głębokie oburzenie treścią i wymową utworu, ponieważ zawiera on wiele nieprawdziwych informacji. Kreski na wycieczkach nie wciągaliśmy. “Nie ma na to zgody Polek i Polaków”.
 
“Patointeligencja” trąci banałem w modnym, dobrze zaprojektowanym opakowaniu. Bananowa młodzież na rapowo. Prowokacja szyta, tylko cienkich nici nie dowieźli. Zabrakło dystansu, humoru też poskąpili, choćby i takiego jak na poniższym memie.
 
Jednowymiarowe, płaskie, bez odcieni. Jak nowy smartfon.
Bądź z bliskimi blisko na święta. Pokaż im, jak bardzo ich kochasz, kup…
Jingle bells.
Ale wyświetlenia lecą, kaska i sława też, i elo.

Nie będzie nas, będą drzewa. Wernisaż wystawy “Drzewa” w Wiązownie

Ludzie sami są sobie winni, bo od kiedy nauczyli się dokonywać pomiarów meteorologicznych, okazuje się, że temperatura na Ziemi tylko rośnie. Nie mierzyliby, nie byłoby zmartwienia.

Problemem naprawdę są termometry, a bardziej umiejętność naukowego obserwowania pogody, ponieważ skokowy postęp nauki i techniki w XX wraz z rozprzestrzenianiem się idei liberalizmu wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale ma szansę wpędzić ich w otchłań samozagłady klimatycznej. Awers postępu cieszy zmysły pełną miskę, smartfonem i samochodem; rewers męczy szybko rosnącym stężeniem gazów cieplarnianych, smogiem, degradacją środowiska. Czy potrafimy zmienić model gospodarki napędzanej chęcią zysku za wszelką cenę? Czy jesteśmy w stanie powstrzymać zmiany klimatyczne na Ziemi?

Troskę o losy przyrody, drzew w szczególności, wyraża otwarta 23 listopada 2019 r. wystawa “Drzewa” w galerii “Więzy” w Wiązownie. Więcej na niej nostalgii za przeszłością (reprodukcje obrazów Wyczółkowskiego), katastroficznych wizji niż nadziei.

Najbardziej apokaliptyczna wydaje się praca Joanny Czubak. Grupa mężczyzn w garniturach, w melonikach na głowach, siedzi na drzewie bez liści. Z nieba leje się skwar, a twarze ludzi zdają się niemo pytać:

– Cośmy zrobili z tym światem? Uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną, a ona odwraca się do nas pustynią i suszą! Czyżbyśmy źle zrozumieli słowa Pisma?

Joanna Czubak, “Życie na Ziemi”, akryl

Rajskie życie z i w zgodzie z Naturą wydaje się wyłącznie muzealnym eksponatem przywołanym na batiku Joanny Czubak, niczym widok zakurzonej maselnicy nudzącej się w skansenie Ziemi Dowolnej.

Joanna Czubak, “Drzewo Życia”, batik

Póki żyjemy, nie traćmy nadziei. Taką dają niektóre dzieła zgromadzone na wiązowskiej wystawie, między innymi ten powyżej i ten poniżej:

Wlał ją w serca także Arkadiusz Szaraniec, autor książki “Warszawa dzika”.

Chętnym rozdawał do posadzenia żołędzie. Dęby znakomicie nadają się do neutralizacji zanieczyszczeń. Przeciętne drzewo składa się w 47 procentach z węgla, dąb z racji wysokiej gęstości ma go jeszcze więcej.  Z wydobywającego się z rur wydechowych i kominów fabryk dwutlenku węgla – węgiel zostanie w drzewie, a tlen dostaniemy w prezencie. O ile sami go sobie damy. I zdążymy. Największy las świata, tropikalna Amazonia, dający Ziemi 1/4 tlenu ma za kilka lat stracić zdolność do samonawadniania się.  Homo sapiens się spieszy, tylko czy biegnie we właściwym kierunku?

Nie zaprzątajmy sobie głowy wydumanymi problemami. Zbliża się Black Friday. Może będą jakieś tanie samsungi lub przynajmniej LG. Nieliczni odwiedzą galerię “Więzy”. Ciut więcej ludzi posadzi drzewo, bo akurat mają ogródek, a jesień to pora nasadzeń.

Zatem do galerii, potem do łopat!

PS. Rafał Pałyska (lat 11) stworzył na wystawę rysunek tuszem, drzewa też posadził. Jeszcze przed wernisażem.

Rafał Pałyska, drzewo sprzed kościoła św. Wojciecha w Wiązownie, rysunek tuszem

“Drzewa”, Galeria Więzy, Wiązowna. Wystawę można zwiedzać do niedzieli 8 grudnia 2019 r.

Liście drzew pochłaniają do 90 proc. promieni słonecznych, a cień przez nie rzucany schładza powierzchnię gruntu nawet o 20 st. C.

Badania wykazują, że dobrze zaprojektowana zieleń miejska obniża poziom smogu o 10 proc.

Cień rzucany przez koronę drzewa w czasie upałów obniża temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza.

Korzenie mogą zatrzymać 6,6 tys. litrów wody deszczowej rocznie.

Liczba drzew rosnących dziś na całej Ziemi jest szacowna na 3 biliony (bilion to tysiąc miliardów). Zgodnie z wyliczeniami zespołu prof. Thomasa Crowthera musielibyśmy w szybkim tempie zwiększyć ją o kolejny bilion. Najwięcej miejsca o zalesiania – niezajętego przez pola uprawne ani miasta – mają Rosja, USA, Kanada, Australia, Brazylia i Chiny. (…) Niestety, nawet posadzenie najbardziej odpornych drzew na ogromnych obszarach nie wystarczy, bu uchronić nas przed najgorszym scenariuszem katastrofy klimatycznej. – To nie jest panaceum, lecz tylko jeden ze sposobów na walkę ze zmianami. (…) jeśli zadrzewimy 900 mln hektarów, ale nadal będziemy zwiększać produkcję gazów cieplarnianych w tym tempie, co obecnie, za 22 lata wrócimy do punktu wyjścia.  [1]

[1] Focus, nr 09/2019, wrzesień 2019

“Joker” [RECENZJA]

– Tata, czego spodziewasz się po “Jokerze” – zapytał najstarszy syn przed wyjściem do kina na najnowszy film o sympatycznym klaunie.

– Chcę, żeby Joker wywrócił do góry nogami kilka mitów współczesnego świata: że ludzie w demokracji podejmują światłe wybory; że właściciele potężnych firm są zepsutymi do szpiku kości cynikami, a szaraki odznaczają się cnotami życzliwości i uczynności; wreszcie, że konsumpcjonizm i oklepane bajki o samorozwoju w epoce po Bogu wpychają ludzi w poczucie frustracji, lęki i depresję.

Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) pracuje jako klaun nawet nie w drugorzędnej firmie eventowej, bo ta jego wypożycza klaunów nie do wielkich galerii handlowych, ale do bankrutujących sklepów i szpitali. Fleck mieszka z niepełnosprawną matką w ponurym bloku. Podoba mu się sąsiadka z drugiego końca korytarza. Co jakiś czas chodzi do pomocy społecznej, bo cierpi na zaburzania psychiczne, których objawem są napady długiego i nieposkromionego śmiechu.

Nikt tego nie przyzna, ale w Jokerze odnajdzie się bez trudu połowa Ameryki, a na pewno pół Polski. Nikt z nas nie powie, że jest niepotrzebny i wyrzucony poza nawias społeczeństwa, bo przecież przedstawiciele handlowi oferują musztardę po sklepach, dziennikarze piszą teksty, sprzedawcy w marketach nabijają punkty lojalnościowe. Wielu z nich (nas) ma jednak nie dające spokoju uczucie, że od nich niewiele, oczywiście poza sprzedawaniem, zależy. O ile Arthur Fleck wciska na głowę kolorową perukę, nosi jaskrawy surdut, wkłada czerwony nos, o tyle dzisiejsi wesołkowie zakładają podkoszulki z napisem Ropucha lub owad, mają samochody z napisem Nasza musztarda jest Najsza albo notatnik o nazwie Bezfakcie.

Chcielibyśmy zrzucić te maski lub przynajmniej, nosząc je, zyskać podmiotowość. Nie każdy ma jednak tyle szczęścia, żeby cieszyć się chorobą psychiczną, bo tylko ona, próbują przekazać twórcy filmu, daje przepustkę do do uzyskania lub odzyskania sensu życia. 

Podmiotowość w “Jokerze” odbierają mieszkańcom Gotham City bogacze, cyniczni politycy, dla których problemy maluczkich są irytującą jak brzęczący komar przeszkodą do osiągania politycznych celów i pomnażania bogactwa. Na razie jednak dostaje się trzem pracownikom korporacji, których Fleck morduje w metrze. Żegnaj Arthurze, witaj Jokerze.

Czy to ja, czy cały świat coraz bardziej wariuje?

Pracownicy Żabek i Biedronek, do broni! Plastikowej, made in China. Innej u nas nie sprzedają.

W głównym bohaterze zmiany w życiu osobistym (nie streszczam fabuły) powodują zmiany osobowości lub stanowią ową – jakże dziś modną – samorealizację. Po drodze Fleck zabija słynnego showmana telewizyjnego, Murraya Franklina – szyderczego, inteligentnego, który dla słupków oglądalności posunie się do hipokryzji i ośmieszania gości w studiu. Skojarzyło mi się w Kubą Wojewódzkim. Zupełnie niesłusznie.

Joker swoimi czynami rozpala rewoltę w Gotham City. Ludzie plądrują sklepy, niszczą auta, atakują policję. Co rusz widzimy takie obrazki w telewizji, na przykład we Francji. Problem w tym, że te filmowe rozruchy wyglądają na sztucznie wykreowane na potrzeby widowiska. Nie ma w nich rzeczywistych: złości, wściekłości, długo tłumionej frustracji.
Film nie dotyka w żaden odczuwalny sposób dylematów wiary, miejsca jednostki w społeczeństwie, funkcjonowania samego społeczeństwa. Nie czerni się nawet wisielczym humorem, co było zaletą “Mrocznego rycerza”.

W “Jokerze” słońce nie wstaje nigdy, w pomieszczeniach jest ciemno, jakbyśmy wiecznie siedzieli w czworakach. Scenografia i montaż zaliczają się do atutów. Niektórzy piszą, że Joaquin Phoenix odegrał rolę życia, że przemiana Flecka w Jokera godna jest owacji na stojąco lub Oskara. Nie przyłączam się do chóru apologetów, choć Phoenix zagrał znakomicie.

Obserwowałem ludzi wychodzących z kina. Ktoś rozmawiał przez telefon, inny komentował otrzymanego smsa. Nikt nie wyglądał na specjalnie poruszonego. 

– Tata, czego ci zabrakło w filmie – pytał syn, widząc, że nie wyglądam na wstrząśniętego lub przynajmniej zmieszanego.

– Żeby Joker powiedział jakąś prawdę o widzach w kinie, która tak kogoś wkurzy, że ciśnie pudełkiem po popcornie w ekran.

Dziennikarze, sprzedawcy i przedstawiciele nie uzyskali odpowiedzi, jak (od)zyskać podmiotowość przy założeniu, że zamordowanie kogoś tymczasem nie stanowi wyboru. Katarzyna i Marek z Drawska znaleźli drogę: “Mama i jej kochanek zmuszali kilkulatków do żarcia surowego mięsa, zlizywania jogurtu z podłogi, oblewali wrzątkiem albo przetrzymywali w wannie z lodowatą wodą, zamykali na noc w bagażniku samochodu. Również wykorzystywali ich seksualnie”. (NIE, nr 40/2019)

Jeśli i ta ewentualność odpada, usłyszycie donośny rechot Jokera. W Kung-Fu Panda mistrz Shifu mówił, nie ma żadnej tajemnicy w osiągnięciu mistrzostwa Smoczego Wojownika, wystarczy wiara. 

Joker zdaje się zmienić frazę w “Nie ma żadnej tajemnicy, a wiara to gówno”. Śmiech.

Stawiam czwórkę. Ani piątki, ani szóstki nie będzie, bo nikt nie rzucił pudełkiem po popcornie w ekran.

Joker (2019), reżyseria Todd Phillips, występują: Joaquin Phoenix, Robert De Niro Robert, Zazie Beetz, Frances Conroy i inni

“Ślepnąc od świateł” [RECENZJA KSIĄŻKI]

Gromkimi brawami powitajmy na scenie Jakuba Żulczyka, odkrywającego przed państwem Amerykę, świat ze skrzyżowania Mazowieckiej ze Świętokrzyską, apartamentów na Saskiej Kępie, kipiących niedyskretnym bogactwem willi w Wilanowie. Oto autor powieści “Ślepnąc od świateł”. Żulczyk się kłania, przyjmuje uściski, poklepywania i dyplomy. I gdy już odbierze nagrody, autograf złoży na stronie tytułowej egzemplarza kupionego w promocyjnej cenie, jedziemy metrem do domu i między Wierzbnem a Młocinami zagłębiamy się w lekturę. Nie bardzo jest w co się zagłębić.

Jacek, diler kokainy z Warszawy oprowadza nas po świecie swoich przemyśleń oraz szlaku handlowym. Jeśli chodzi o pierwsze, przepraszam, że się wymądrzam, na cale 520 stron powieści znalazłem zaledwie trzy cytaty godne wynotowania, przekazania bliźnim, choćby jako rekomendację do przeczytania tej książki.

Obchód po rejonie handlowym Jacka ma być trochę pretekstem do pokazania nocnego życia warszawiaków, a bardziej – do zajrzenia za kulisy przestępczego świata.
Pierwszy powód, jeśli oczywiście taki był, kończy się już na starcie, ponieważ na kartach książki nie znajdziemy nadziei, leków i zgryzot nauczycielek, hydraulików, sprzedawczyń z “Fresh marketu”, które nie mają jak wrócić do domu po 23 i że nikogo to nie obchodzi. Ostatni autobus odszedł piętnaście minut temu, cholewka znów się oderwała od buta z CCC. Chrześniak ma za tydzień urodziny, a Ewelina sama za pokój musi zapłacić, bo współlokatorka się wyprowadziła bez słowa. I pi.. telefonów nie odbiera.
Więcej o Polakach dowiedziałem się z ‘Alternatywy 4″ Stanisława Barei.

To może warszawska gangsterka mnie czymś zaskoczy. Niespecjalnie. Piotr, szef Jacka, akurat handluje kokainą, ale równie dobrze mógłby mieć hurtownię budowlaną lub sprowadzać auta z Niemiec. Trochę choleryk, trochę niby czuje się lepszy od innych, ale to pozornie, on po prostu świata innego nie zna poza swoim, więc oczywiście dziewczęta w Sopocie – tak, ale żadnych tam wycieczek niepoprawnych politycznie, że pedały, brudasy i lewaki.
Takich kolesi spotkasz, jak budujesz dom. I też dajesz sobie z nimi radę. Albo nie. Ale co w tym nowego? “Ślepnąc od świateł” odkrywa też, że nie wszystkie dziewczyny pracują w “Żabkach”. Niektóre radzą sobie znacznie lepiej i nie mieszkają ze współlokatorkami. Mają mężów biznesmenów i parkują suvy na podjeździe z kostki brukowej. Czym ich życie różni się od dziewczyn ze sklepów spożywczych? Poza kasą, rzecz jasna.

To może psychopatyczny Dario przeraża mnie czymś niemożebnie, że po nocach się pocę. Bardziej boję się wizyty u proktologa.

Kierujemy się do podsumowań. “Ślepnąc od świateł” to znakomita lektura dla wszelkich ludków z mieszkań na kredyt za pół miliona. Ostatnim szaleństwem, jakiego dokonali, jest upicie się w Turcji na all inclusive. Podpalenie dużego śmietnika z workami po weekendzie ciągle przed nimi, ale można wcielić się na chwilę we Franza Maurera czy kogoś tam, czytając “Ślepnąc od świateł”.

Przypomniał mi się żart. Siedzą dwa szczury na wysypisku śmieci.
– Dobra ta książka.
– Tak, ale film był lepszy.

O szczurzym smaku przeczytaj tutaj.

Daję trzy plus  w sześciostopniowej skali.

„Ślepnąc od świateł”, Jakub Żulczyk, Świat Książki, Kraków 2018

(ilustracją recenzji jest okładka wcześniejszego wydania powieści)