Najlepsze filmy obejrzane w 2020 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. 3:10 do Yumy, reż. James Mangold

Czy Żołnierze Wyklęci byli bohaterami? Zależy dla kogo. Są dwie szkoły: falenicka i otwocka. Czy Lech Wałęsa osłabiał, a następnie obalił? Niektórzy politycy, historycy, a nawet Janusz Głowacki, zrobili wiele, żeby go nie tylko odbrązowić, ale i zrzucić z cokała.
Bohaterem w oczach współczesnych, a już na pewno potomnych, często nie stają się sprawcy wielkich czynów, ale postaci, które politycy, przywódcy religijni i posłuszni klakierzy w imię bieżących interesów przebierają w szaty Batmana.
W skali mikro opowiada o tym western “3:10 do Yumy”. Farmer Dan Evans (Christian Bale) zgadza się za śmieszne pieniądze dowieźć niebezpiecznego przestępcę Bena Wade’a (Russell Crowe) do odległego miasteczka, z którego odjeżdża do Yumy tytułowy pociąg z wagonem więziennym. Dan Evans jest inwalidą wojennym przekonanym, że syn nim pogardza. Konwojowanie Bena Wade’a czyni z niego bohatera w oczach syna.
W jaki sposób? Obejrzyjcie. Warto.

Wspomniałem Batmana, więc przypomniały mi się cytaty z “Mrocznego rycerza”:

Bo czasami prawda to za mało, ludzie czasem zasługują na coś więcej. Na to, by ich wiara została wynagrodzona.
Był bohaterem, którego Gotham potrzebowało, ale na którego nie zasługiwało.

 

2. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, reż. Paolo Genovese

Ile par by się rozpadło, gdyby jedno zajrzało do komórki drugiego – pyta jedna z bohaterek dramatycznej komedii “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Grupa siedmiu przyjaciół, trzy pary i jeden mężczyzna, spotyka się na kolacji. W pewnej chwili ktoś wpada na pomysł, żeby rozmawiać na “głośnomówiącym”, gdy zadzwoni czyjakolwiek komórka i żeby publicznie okazywać przychodzące esemesy. Przecież znają się jak łyse konie i nie mają przed sobą tajemnic.

Atmosfera spotkania zaczyna gęstnieć. Trupy wypadają z szafy jeden po drugim. Reżyser Paolo Genovese nie stawia jednak bohaterów pod pręgierzem, nie wyzywa od dwulicowców i hipokrytów. Komediową formę lekko doprawia dramatem, ale mówi, że my ludzie nie mamy jednego wizerunku. Kimś innym jesteśmy w domu, w pracy, wśród znajomych. I w telefonie.
Księżyc nie istnieje bez swojej ciemnej strony. My też.

Ponadto, lubię filmy o bogatej i zarazem prostej fabule, z niewielką liczbą aktorów, ale z gęstym i lekiem przekazem. Jak dobry sernik. Puszysty, lekki, kaloryczny.

Pomysł, który wydaje się leżeć pod latarnią, przemyślane, naturalne dialogi, ograniczona do jednego mieszkania scenografia są znakomitym materiałem na przedstawienie teatralne. A może ktoś już to zrobił?

 

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” [RECENZJA]

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” ratuje 3PO3 dzięki ożywczej pigułce humoru, a także nowy kumpel pozłacanego droida, którego w filmie nazywają suszarką, a mnie kojarzy się z peerelowskim odkurzaczem. 

 

W filmie zbyt często Rey ( (Daisy Ridley) z Kylo Renem (Adam Driver) biją się na miecze świetlne, nawet gdy fizycznie nie stoją naprzeciw siebie. W “El Classico” epizodach IV, V, VI walki na miecze świetlne były zarezerwowane dla kluczowych, ewentualnie finałowych scen, tu zaś broń rycerzy Jedi błyska często jak policyjny kogut na Jagiellońskiej w Warszawie.

Zupa jeszcze niedosolona? Dosypmy garść. Niebezpieczna eskapada po telluria przypomina wyprawę po złote runo, po klucz do rozwiązania zagadki. Oczywiście i klasycznie po drodze do jej rozwikłania trzeba pokonać złe smoki, duchy i wrogów. Niemal dosłownie. Epizod mało wnosi do fabuły, ale dzięki niemu poznajemy nowych bohaterów, a specjaliści od efektów specjalnych sięgają szczytów, pokazując wzburzone, gigantyczne fale oraz kolejną walkę na miecze. 

Odrobinę za często w filmie mnożą się sceny sentymentalne, rodem z “M jak Miłość”, padanie sobie w ramiona, przytulenia i ckliwe wzruszenia.

Jak przystało na końcową opowieść o losach Skywalkerów, film garściami czerpie z wcześniejszych odcinków sagi, korzystając chociażby z gościnnego Endora lub przywołując na scenę Lando (Billy Dee Williams). Efekty specjalne twórcy wykorzystują, inaczej niż w częściach I, II, VIII, do niezbędnego minimum. Rey daje radę tam, gdzie nie dali scenarzyści. Wygląda na to, że nie mogli się porozumieć w kwestii fabuły i wepchnęli do filmu wątki, dialogi, które okazywały się nie tyle najprostsze, co pachnące zgniłym kompromisem. 

Czemu piszę o tym filmie, skoro składa się z wątpliwej fabuły, zbędnych wątków, naciąganych zmartwychwstań (film roi się od duchów pogrzebanych bohaterów)?

Ponad dwugodzinna projekcja nie nudzi, dobrze się ogląda, rzeczona dawka humoru ożywia film. “Skywalker. Odrodzenie” znalazł się poniżej poziomu oczekiwań, bo trudno wzbić się ponad takie majstersztyki jak “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsta Sithów”. Jeśli odrzucimy nadzieje, otrzymujemy solidną mieszankę kina fantastycznego, batalii pierwszych chrześcijan o egzystencję, westernu. 

Disney zapowiedział ponoć, że tym filmem kończy opowieść o rodzinie Skywalkerów. Wątpię. Na pewno trzeba wyjaśnić, jak ożył wcielony diabeł Palpatine. 

Pieniądze nie pytają o przynależność do którejś ze stron konfliktu w Galaktyce. Far far away.

See you soon.

 

Stawiam czwórkę za brak nudy. Piątki i szóstki nie będzie bo zabrakło autentycznych emocji, nieprzewidywalności, a w życiu dobro rzadko wygrywa.

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” (2019), reżyseria Jeffrey Jacob Abrams, występują: Daisy Ridley, Adam Driver, John Boyega, Oscar Isaac i inni

 

Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

 

2. Ćma, reż. Tomasz Zygadło

Czy Roman Wilhelmi wznosi ten film na wyżyny sztuki? Czy może scenariusz i reżyseria Tomasza Zygadły wydobywa z aktora wszystko, co najlepsze? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że w dramacie obyczajowym, psychologicznym “Ćma” Najlepszy Polski Aktor (dotąd nie zdetronizowany) w roli Jana, spikera radiowego prowadzącego nocną audycję – rozmowy z widzami o ich problemach, odgrywa chyba większość ludzkich emocji w sposób nie do podrobienia. Wersja made in China nie występuje.

Janowi zazdroszczę żony (ładna i opiekuńcza), współczuję wyboru kochanki (symptomatyczne: “co on w niej widział”), załamuję ręce nad relacjami z synem, podziwiam umiejętność zarówno empatii i asertywności podczas trudnych rozmów ze słuchaczami. Jednocześnie jednak charakter pracy Jana, umiejętność pomagania ludziom, zdejmuje z niego odpowiedzialność za swoje życie i relacje z bliskimi.  Własny los zaczyna wymykać mu się z rąk. Jan popada w konflikty w domu, w pracy, cierpi na niezrozumienie.

Film w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami pewnie został zrobiony za niewielkie pieniądze, ale pod względem dialogów, zdjęć, montażu bije na głowę wiele współczesnych dzieł i szmir.

Stawiam piątkę, zaś samemu Wilhelmiemu – szóstkę. Bo wyżej się nie da.

 

3. Django, reż. Quentin Tarantino

Quentin Tarantino od pierwszych kadrów łamie konwencje i miesza gatunki filmowe. Niemiecki dentysta King Schultz (Christoph Waltz) zaprzyjaźnia się tuż przed wybuchem wojny Północy z Południem z niewolnikiem, nie trzeba mówić czarnoskórym, Django. Pokonują razem setki kilometrów, by z rąk narcystycznego, dandysowatego, psychopatycznego plantatora Calvin Candie (Leonardo DiCaprio) odbić żonę Django. W groteskowej, absurdalnej formie Tarantino przemyca ważne przesłanie antyrasistowskie.

Christoph Waltz odgrywa jedną z lepszych swoich ról.. “Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc” – mówi Schultz do Django. I jest to najprawdziwsze i najzabawniejsze zdanie filmu.

 

 

4. Green Book, reż. Peter Farrelly

Co zrobić, żeby ograniczyć na świecie rasizm, antysemityzm, a przynajmniej, co jest zupełnie niemożliwe, niechęć między kibicami Legii Warszawa i Wisły Kraków lub – co już podchodzi pod fantasy – Polak przestał pałać darmową nienawiścią do sąsiada? Wystarczy antagonistów wsadzić do jednego samochodu i kazać przejechać pół Polski.

Taką receptę przepisał Peter Farrelly w filmie “Green Book”. Rubaszny, nieokrzesany biały Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) zostaje szoferem i ochroniarzem w podróży przez południowe stany USA genialnego, czarnego muzyka Dona Shirleya (Mahershala Ali). Mężczyźni pokonują nie tylko setki mil, ale także własne uprzedzenia, zakorzenione stereotypy. Podróż jest przy okazji drogą do poznania nie tylko siebie nawzajem, ale również – wejrzenia w głąb siebie samego. Film napędzają świetne role, zabawno-dramatyczne sytuacje, dialogi – humorystyczne, wartkie, chwilami głębokie i ciepłe. Jak piecyk u mamy.

Film drogi toczy się przewidywalną drogą i zmierza do oczywistego finału, nie nudząc – rozczula.

Podczas seansu czujemy, że wszyscy ludzie są braćmi. Potem wychodzimy z kina i przeglądając Facebooka słyszymy panią Szydło. Utwierdzamy się w przekonaniu.

Żyjemy w epoce, gdy nie tylko wypada, ale trzeba kochać wszelkie stworzenie. Czekam na film, w którym brytyjską królową Wiktorię zagra czarnoskóra aktorka. Strach się bać czasów, gdy wahadło politycznej poprawności (choćby najbardziej słusznej) odbije w drugą stronę.

 

 

5. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

6. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

 

7. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

8. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

Patointeligencja

Absolwenci warszawskiego Batorego narzekają na swój pożałowania godny los – mieszkanie w trzypiętrowym domu, wakacje all inclusive i zajęcia pozalekcyjne. Z obrzydzeniem d…ją koleżanki na wycieczkach, wciągają kreskę i piją Harnasia na ławce w parku.
 
Przy tym nędznym życiu idealnie wysmażone wydaje się bytowanie na kwadracie bez łazienki na Brzeskiej, pchanie palet przez Biedrę i użeranie się z klientelą z “patointeligencji”. Autentyczne życie zaprasza. Komornik, chwilówki i sterczenie w krzakach przy Wschodnim z butelką Tatry Mocnej – w pakiecie.
Ja, absolwent elitarnego praskiego – wiem, nie liczy się – XIX L.O. im Powstańców Warszawy, wyrażam głębokie oburzenie treścią i wymową utworu, ponieważ zawiera on wiele nieprawdziwych informacji. Kreski na wycieczkach nie wciągaliśmy. “Nie ma na to zgody Polek i Polaków”.
 
“Patointeligencja” trąci banałem w modnym, dobrze zaprojektowanym opakowaniu. Bananowa młodzież na rapowo. Prowokacja szyta, tylko cienkich nici nie dowieźli. Zabrakło dystansu, humoru też poskąpili, choćby i takiego jak na poniższym memie.
 
Jednowymiarowe, płaskie, bez odcieni. Jak nowy smartfon.
Bądź z bliskimi blisko na święta. Pokaż im, jak bardzo ich kochasz, kup…
Jingle bells.
Ale wyświetlenia lecą, kaska i sława też, i elo.

 

 

Nie będzie nas, będą drzewa. Wernisaż wystawy “Drzewa” w Wiązownie

Ludzie sami są sobie winni, bo od kiedy nauczyli się dokonywać pomiarów meteorologicznych, okazuje się, że temperatura na Ziemi tylko rośnie. Nie mierzyliby, nie byłoby zmartwienia.

Problemem naprawdę są termometry, a bardziej umiejętność naukowego obserwowania pogody, ponieważ skokowy postęp nauki i techniki w XX wraz z rozprzestrzenianiem się idei liberalizmu wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale ma szansę wpędzić ich w otchłań samozagłady klimatycznej. Awers postępu cieszy zmysły pełną miskę, smartfonem i samochodem; rewers męczy szybko rosnącym stężeniem gazów cieplarnianych, smogiem, degradacją środowiska. Czy potrafimy zmienić model gospodarki napędzanej chęcią zysku za wszelką cenę? Czy jesteśmy w stanie powstrzymać zmiany klimatyczne na Ziemi?

Troskę o losy przyrody, drzew w szczególności, wyraża otwarta 23 listopada 2019 r. wystawa “Drzewa” w galerii “Więzy” w Wiązownie. Więcej na niej nostalgii za przeszłością (reprodukcje obrazów Wyczółkowskiego), katastroficznych wizji niż nadziei.

 

Najbardziej apokaliptyczna wydaje się praca Joanny Czubak. Grupa mężczyzn w garniturach, w melonikach na głowach, siedzi na drzewie bez liści. Z nieba leje się skwar, a twarze ludzi zdają się niemo pytać:

– Cośmy zrobili z tym światem? Uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną, a ona odwraca się do nas pustynią i suszą! Czyżbyśmy źle zrozumieli słowa Pisma?

Joanna Czubak, “Życie na Ziemi”, akryl

 

Rajskie życie z i w zgodzie z Naturą wydaje się wyłącznie muzealnym eksponatem przywołanym na batiku Joanny Czubak, niczym widok zakurzonej maselnicy nudzącej się w skansenie Ziemi Dowolnej.

Joanna Czubak, “Drzewo Życia”, batik

 

Póki żyjemy, nie traćmy nadziei. Taką dają niektóre dzieła zgromadzone na wiązowskiej wystawie, między innymi ten powyżej i ten poniżej:

 

Wlał ją w serca także Arkadiusz Szaraniec, autor książki “Warszawa dzika”.

Chętnym rozdawał do posadzenia żołędzie. Dęby znakomicie nadają się do neutralizacji zanieczyszczeń. Przeciętne drzewo składa się w 47 procentach z węgla, dąb z racji wysokiej gęstości ma go jeszcze więcej.  Z wydobywającego się z rur wydechowych i kominów fabryk dwutlenku węgla – węgiel zostanie w drzewie, a tlen dostaniemy w prezencie. O ile sami go sobie damy. I zdążymy. Największy las świata, tropikalna Amazonia, dający Ziemi 1/4 tlenu ma za kilka lat stracić zdolność do samonawadniania się.  Homo sapiens się spieszy, tylko czy biegnie we właściwym kierunku?

Nie zaprzątajmy sobie głowy wydumanymi problemami. Zbliża się Black Friday. Może będą jakieś tanie samsungi lub przynajmniej LG. Nieliczni odwiedzą galerię “Więzy”. Ciut więcej ludzi posadzi drzewo, bo akurat mają ogródek, a jesień to pora nasadzeń.

Zatem do galerii, potem do łopat!

PS. Rafał Pałyska (lat 11) stworzył na wystawę rysunek tuszem, drzewa też posadził. Jeszcze przed wernisażem.

Rafał Pałyska, drzewo sprzed kościoła św. Wojciecha w Wiązownie, rysunek tuszem

 

“Drzewa”, Galeria Więzy, Wiązowna. Wystawę można zwiedzać do niedzieli 8 grudnia 2019 r.

 

 

 

Liście drzew pochłaniają do 90 proc. promieni słonecznych, a cień przez nie rzucany schładza powierzchnię gruntu nawet o 20 st. C.

Badania wykazują, że dobrze zaprojektowana zieleń miejska obniża poziom smogu o 10 proc.

Cień rzucany przez koronę drzewa w czasie upałów obniża temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza.

Korzenie mogą zatrzymać 6,6 tys. litrów wody deszczowej rocznie.

 

Liczba drzew rosnących dziś na całej Ziemi jest szacowna na 3 biliony (bilion to tysiąc miliardów). Zgodnie z wyliczeniami zespołu prof. Thomasa Crowthera musielibyśmy w szybkim tempie zwiększyć ją o kolejny bilion. Najwięcej miejsca o zalesiania – niezajętego przez pola uprawne ani miasta – mają Rosja, USA, Kanada, Australia, Brazylia i Chiny. (…) Niestety, nawet posadzenie najbardziej odpornych drzew na ogromnych obszarach nie wystarczy, bu uchronić nas przed najgorszym scenariuszem katastrofy klimatycznej. – To nie jest panaceum, lecz tylko jeden ze sposobów na walkę ze zmianami. (…) jeśli zadrzewimy 900 mln hektarów, ale nadal będziemy zwiększać produkcję gazów cieplarnianych w tym tempie, co obecnie, za 22 lata wrócimy do punktu wyjścia.  [1]

 

[1] Focus, nr 09/2019, wrzesień 2019

“Joker” [RECENZJA]

– Tata, czego spodziewasz się po “Jokerze” – zapytał najstarszy syn przed wyjściem do kina na najnowszy film o sympatycznym klaunie.

– Chcę, żeby Joker wywrócił do góry nogami kilka mitów współczesnego świata: że ludzie w demokracji podejmują światłe wybory; że właściciele potężnych firm są zepsutymi do szpiku kości cynikami, a szaraki odznaczają się cnotami życzliwości i uczynności; wreszcie, że konsumpcjonizm i oklepane bajki o samorozwoju w epoce po Bogu wpychają ludzi w poczucie frustracji, lęki i depresję.

 

Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) pracuje jako klaun nawet nie w drugorzędnej firmie eventowej, bo ta jego wypożycza klaunów nie do wielkich galerii handlowych, ale do bankrutujących sklepów i szpitali. Fleck mieszka z niepełnosprawną matką w ponurym bloku. Podoba mu się sąsiadka z drugiego końca korytarza. Co jakiś czas chodzi do pomocy społecznej, bo cierpi na zaburzania psychiczne, których objawem są napady długiego i nieposkromionego śmiechu.

Nikt tego nie przyzna, ale w Jokerze odnajdzie się bez trudu połowa Ameryki, a na pewno pół Polski. Nikt z nas nie powie, że jest niepotrzebny i wyrzucony poza nawias społeczeństwa, bo przecież przedstawiciele handlowi oferują musztardę po sklepach, dziennikarze piszą teksty, sprzedawcy w marketach nabijają punkty lojalnościowe. Wielu z nich (nas) ma jednak nie dające spokoju uczucie, że od nich niewiele, oczywiście poza sprzedawaniem, zależy. O ile Arthur Fleck wciska na głowę kolorową perukę, nosi jaskrawy surdut, wkłada czerwony nos, o tyle dzisiejsi wesołkowie zakładają podkoszulki z napisem Ropucha lub owad, mają samochody z napisem Nasza musztarda jest Najsza albo notatnik o nazwie Bezfakcie.

Chcielibyśmy zrzucić te maski lub przynajmniej, nosząc je, zyskać podmiotowość. Nie każdy ma jednak tyle szczęścia, żeby cieszyć się chorobą psychiczną, bo tylko ona, próbują przekazać twórcy filmu, daje przepustkę do do uzyskania lub odzyskania sensu życia. 

Podmiotowość w “Jokerze” odbierają mieszkańcom Gotham City bogacze, cyniczni politycy, dla których problemy maluczkich są irytującą jak brzęczący komar przeszkodą do osiągania politycznych celów i pomnażania bogactwa. Na razie jednak dostaje się trzem pracownikom korporacji, których Fleck morduje w metrze. Żegnaj Arthurze, witaj Jokerze.

Czy to ja, czy cały świat coraz bardziej wariuje?

Pracownicy Żabek i Biedronek, do broni! Plastikowej, made in China. Innej u nas nie sprzedają.

W głównym bohaterze zmiany w życiu osobistym (nie streszczam fabuły) powodują zmiany osobowości lub stanowią ową – jakże dziś modną – samorealizację. Po drodze Fleck zabija słynnego showmana telewizyjnego, Murraya Franklina – szyderczego, inteligentnego, który dla słupków oglądalności posunie się do hipokryzji i ośmieszania gości w studiu. Skojarzyło mi się w Kubą Wojewódzkim. Zupełnie niesłusznie.

Joker swoimi czynami rozpala rewoltę w Gotham City. Ludzie plądrują sklepy, niszczą auta, atakują policję. Co rusz widzimy takie obrazki w telewizji, na przykład we Francji. Problem w tym, że te filmowe rozruchy wyglądają na sztucznie wykreowane na potrzeby widowiska. Nie ma w nich rzeczywistych: złości, wściekłości, długo tłumionej frustracji.
Film nie dotyka w żaden odczuwalny sposób dylematów wiary, miejsca jednostki w społeczeństwie, funkcjonowania samego społeczeństwa. Nie czerni się nawet wisielczym humorem, co było zaletą “Mrocznego rycerza”.

W “Jokerze” słońce nie wstaje nigdy, w pomieszczeniach jest ciemno, jakbyśmy wiecznie siedzieli w czworakach. Scenografia i montaż zaliczają się do atutów. Niektórzy piszą, że Joaquin Phoenix odegrał rolę życia, że przemiana Flecka w Jokera godna jest owacji na stojąco lub Oskara. Nie przyłączam się do chóru apologetów, choć Phoenix zagrał znakomicie.

Obserwowałem ludzi wychodzących z kina. Ktoś rozmawiał przez telefon, inny komentował otrzymanego smsa. Nikt nie wyglądał na specjalnie poruszonego. 

 

– Tata, czego ci zabrakło w filmie – pytał syn, widząc, że nie wyglądam na wstrząśniętego lub przynajmniej zmieszanego.

– Żeby Joker powiedział jakąś prawdę o widzach w kinie, która tak kogoś wkurzy, że ciśnie pudełkiem po popcornie w ekran.

 

Dziennikarze, sprzedawcy i przedstawiciele nie uzyskali odpowiedzi, jak (od)zyskać podmiotowość przy założeniu, że zamordowanie kogoś tymczasem nie stanowi wyboru. Katarzyna i Marek z Drawska znaleźli drogę: “Mama i jej kochanek zmuszali kilkulatków do żarcia surowego mięsa, zlizywania jogurtu z podłogi, oblewali wrzątkiem albo przetrzymywali w wannie z lodowatą wodą, zamykali na noc w bagażniku samochodu. Również wykorzystywali ich seksualnie”. (NIE, nr 40/2019)

Jeśli i ta ewentualność odpada, usłyszycie donośny rechot Jokera. W Kung-Fu Panda mistrz Shifu mówił, nie ma żadnej tajemnicy w osiągnięciu mistrzostwa Smoczego Wojownika, wystarczy wiara. 

Joker zdaje się zmienić frazę w “Nie ma żadnej tajemnicy, a wiara to gówno”. Śmiech.

 

Stawiam czwórkę. Ani piątki, ani szóstki nie będzie, bo nikt nie rzucił pudełkiem po popcornie w ekran.

 

Joker (2019), reżyseria Todd Phillips, występują: Joaquin Phoenix, Robert De Niro Robert, Zazie Beetz, Frances Conroy i inni

 

 

“Wyjazd we dwoje i inne opowiadania” Maria Mostowska [RECENZJA]

We wstępie do “Wyjazdu we dwoje i innych opowiadań” Marii Mostowskiej Jan Hartman rekomenduje książkę: “Opowiadania Mostowskiej są, owszem, i o tym, “jak do się lgną dorośli”, lecz także o innych ważnych rzeczach. O artystach i niby-artystach, o zmaganiach z biurokracją, o durnocie codzienności i codzienności uroku. O tym, jak to się w życiu coś udaje i nie udaje, coś się zapętla i powraca albo gubi bezpowrotnie. Dobrotliwie, z lekka ironicznie, stylistyką łączące jakby czeski nostalgiczny humor z angielską dowcipną przenikliwością. Każda powiastka jest miniaturką celnie i wdzięcznie oddającą mały kawałeczek życia. Życia widzianego konkretnie i z bliska, oglądanego czułym i rzeczowym okiem inteligentnej kobiety”.

 

Dzięki opinii Hartmana sięgnąłem po książkę, ale nie znalazłem w niej tego, co krakowski filozof. Najlepsze teksty autorka dała na początek, w tym tytułowy “Wyjazd we dwoje”. Realne spotkanie do tej pory wirtualnych, internetowych kochanków jak w soczewce skupia sens lub – raczej – bezsens naszych codziennych aktywności. Chodzimy do kina, studiujemy, jeździmy do spa, romansujemy w nadziei, że gdzieś za rogiem czai się istota życia, ale zamiast sedna pokazuje się wykrzywiona w szyderczym uśmiechu maska klauna. O tym samym traktuje równie dobre opowiadanie “Wszyscy kochankowie Matyldy”.  Apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale w lodówce już pusto.

“Cleanologia” ma pokazać absurdy biurokracji i nadmiaru legislacji, ale tonie w kliszach, schematach i szeleszczących papierem dialogach. “Juanita” – przekombinowana i przegadana, “Lunapark” – fajny pomysł na obraz społeczeństwa; opowiadaniu zabrakło jednak głębi ostrości, natomiast – podobnie jak “Cleanologia” – utknęło na mieliźnie stereotypów.

Na dzisiejsze standardy opowiadania Mostowskiej bardziej nadawałaby się na opowiastki blogowe niż na półkę z literaturą.
Hartman we wstępie zauważył, że  kiedyś opowiadania pisali klasycy: Gogol, Maupassant, Joyce. Mostowska przełomu nie dokonała.

 

Daję trzy w sześciostopniowej skali.

„Wyjazd we dwoje i inne opowiadania”, Maria Mostowska, Jirafa Roja, Warszawa 2011

Na bezrybiu i “Colombiana” ryba

Minął styczeń, a do tej pory nie obejrzałem filmu, który mógłbym umieścić w tegorocznej edycji najlepszych filmów 2019 roku.

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

Na drugim biegunie znajduje się serial “Pachnidło”. Po obejrzeniu tego filmu czuję się podwójnie zniesmaczony. Moim zdaniem, scenarzyści chcieli, żeby widz uznał ten film za z gruntu niemiecki. Obraz obfituje w przemoc, zdradę, deprawację, które mają być stałym elementem człowieczeństwa, ale te mroczne strony życia ludzi nie są w żaden sposób złagodzone lekkością śmiechu, dystansem ironii, oparami absurdu. Film wzrusza jak buty z Deichmanna.
Nie wynika to z braku talentu scenarzystów, bo wyobraźni i warsztatu im pewnie nie brakuje, ale z celowości zabiegu prowadzącego w krainę Sodomy i Gomory, bo oni właśnie chcieli, i tu drugi powód, czemu film mnie odrzucił, żeby widz serial uznał za typowy produkt niemczyzny. Niech każdy sobie dopowie, co to znaczy.

Z braku nowych inspiracji wróciłem do “Czasu mroku”. Gary Oldman zagrał nie tylko genialnie, ale i odstawił pewnie rolę życia.

Możecie mi podać tytuł dobrego filmu? W kinie? Na platformach internetowych?

 

“Ślepnąc od świateł” [RECENZJA KSIĄŻKI]

Gromkimi brawami powitajmy na scenie Jakuba Żulczyka, odkrywającego przed państwem Amerykę, świat ze skrzyżowania Mazowieckiej ze Świętokrzyską, apartamentów na Saskiej Kępie, kipiących niedyskretnym bogactwem willi w Wilanowie. Oto autor powieści “Ślepnąc od świateł”. Żulczyk się kłania, przyjmuje uściski, poklepywania i dyplomy. I gdy już odbierze nagrody, autograf złoży na stronie tytułowej egzemplarza kupionego w promocyjnej cenie, jedziemy metrem do domu i między Wierzbnem a Młocinami zagłębiamy się w lekturę. Nie bardzo jest w co się zagłębić.

 

 

Jacek, diler kokainy z Warszawy oprowadza nas po świecie swoich przemyśleń oraz szlaku handlowym. Jeśli chodzi o pierwsze, przepraszam, że się wymądrzam, na cale 520 stron powieści znalazłem zaledwie trzy cytaty godne wynotowania, przekazania bliźnim, choćby jako rekomendację do przeczytania tej książki.

Obchód po rejonie handlowym Jacka ma być trochę pretekstem do pokazania nocnego życia warszawiaków, a bardziej – do zajrzenia za kulisy przestępczego świata.
Pierwszy powód, jeśli oczywiście taki był, kończy się już na starcie, ponieważ na kartach książki nie znajdziemy nadziei, leków i zgryzot nauczycielek, hydraulików, sprzedawczyń z “Fresh marketu”, które nie mają jak wrócić do domu po 23 i że nikogo to nie obchodzi. Ostatni autobus odszedł piętnaście minut temu, cholewka znów się oderwała od buta z CCC. Chrześniak ma za tydzień urodziny, a Ewelina sama za pokój musi zapłacić, bo współlokatorka się wyprowadziła bez słowa. I pi.. telefonów nie odbiera.
Więcej o Polakach dowiedziałem się z ‘Alternatywy 4″ Stanisława Barei.

To może warszawska gangsterka mnie czymś zaskoczy. Niespecjalnie. Piotr, szef Jacka, akurat handluje kokainą, ale równie dobrze mógłby mieć hurtownię budowlaną lub sprowadzać auta z Niemiec. Trochę choleryk, trochę niby czuje się lepszy od innych, ale to pozornie, on po prostu świata innego nie zna poza swoim, więc oczywiście dziewczęta w Sopocie – tak, ale żadnych tam wycieczek niepoprawnych politycznie, że pedały, brudasy i lewaki.
Takich kolesi spotkasz, jak budujesz dom. I też dajesz sobie z nimi radę. Albo nie. Ale co w tym nowego? “Ślepnąc od świateł” odkrywa też, że nie wszystkie dziewczyny pracują w “Żabkach”. Niektóre radzą sobie znacznie lepiej i nie mieszkają ze współlokatorkami. Mają mężów biznesmenów i parkują suvy na podjeździe z kostki brukowej. Czym ich życie różni się od dziewczyn ze sklepów spożywczych? Poza kasą, rzecz jasna.

To może psychopatyczny Dario przeraża mnie czymś niemożebnie, że po nocach się pocę. Bardziej boję się wizyty u proktologa.

Kierujemy się do podsumowań. “Ślepnąc od świateł” to znakomita lektura dla wszelkich ludków z mieszkań na kredyt za pół miliona. Ostatnim szaleństwem, jakiego dokonali, jest upicie się w Turcji na all inclusive. Podpalenie dużego śmietnika z workami po weekendzie ciągle przed nimi, ale można wcielić się na chwilę we Franza Maurera czy kogoś tam, czytając “Ślepnąc od świateł”.

Przypomniał mi się żart. Siedzą dwa szczury na wysypisku śmieci.
– Dobra ta książka.
– Tak, ale film był lepszy.

O szczurzym smaku przeczytaj tutaj.

Daję trzy plus  w sześciostopniowej skali.

„Ślepnąc od świateł”, Jakub Żulczyk, Świat Książki, Kraków 2018

(ilustracją recenzji jest okładka wcześniejszego wydania powieści)

 

Dobry, Lepszy, Tyrmand, czyli “Dziennik 1954” [RECENZJA]

Przez ostatnie dni w każdej wolnej chwili czytałem “Dziennik 1954” Leopolda Tyrmanda. Pisarz, publicysta, muzyk jazzowy komentował w nim przeczytane książki i artykuły, filmy, własne życie towarzyskie i miłosne. Lektura dziennika kosztuje sporo wysiłku – nie z powodu słabego stylu pisarstwa Tyrmanda, ale natężenia treści. Tyrmand w jednym wpisie potrafił pisać o swojej dziewczynie Krystynie, rozmowach ze Stefanem Kisielewskim, obejrzanym filmie lub zaliczonej (tym razem) lekturze. Przede wszystkim Tyrmand biczuje, piętnuje, krytykuje komunizm, który lepi sztukę na jedno kopyto, niszczy jak nowotwór przedsiębiorczość, łamie kręgosłupy nie tylko ludziom kultury, ale i zwykłym ludziom  – wlepiając nastolatkom wieloletnie więzienie za rozklejanie “wrażych” plakatów.

 

Ale “Dziennik 1954”  trąci jakąś hipokryzją, a nawet schizofrenią.  Normalnie rzecz ujmując, Tyrmand ma rację. Polska wzięta pod sowiecki but cierpiała w latach 40. i 50. biedę, nędzę, ominął ją plan Marshalla. Zabijali i wpychali na Rakowiecką i do pałacu Mostowskich kogo chcieli. Zamknęli “Tygodnik Powszechny”. Czarne i cuchnące opary komunizmu spowiły i zatruły Polskę. Nic, tylko się zabić, a przynajmniej zapić. Ale Tyrmand – nieugięty literat z nieoficjalnym zakazem publikowania – prowadził intensywne życie. Sam, mając nastoletnią kobietę i sypiając z innymi, czytając książki spoza oficjalnego obiegu, będąc zapraszanym na premiery teatralne i filmowe, moralizował, przywoływał do pionu kolegów po fachu. Odmawiał im jeśli nie talentu, to inteligencji, a przede wszystkim kręgosłupa moralnego. Mocno dostało się Zygmuntowi Kałużyńskiemu, mniej Stanisławowi Lemowi. Spod noża krytyki uciekli Zbigniew Herbert i Stefan Kisielewski.

Ten drugi, zapoznawszy się, co Tyrmand tworzył do szuflady, podsumował przyjaciela, co ten, przyznać należy, przytoczył we wpisie z 7 marca 1954 roku:

Korzystasz ze wszystkiego, co w komunistycznej Polsce najlepsze, mieszkasz w Warszawie, jedynym wielkim mieście w tym kraju, wyposażonym we względny komfort cywilizacyjny, chodzisz na zamknięte pokazy filmowe, czytasz przemycane z zagranicy książki, masz do dyspozycji teatr, kobiety i sport w skali społecznej. I przy tym wszystkim przybierasz pozy małego Kantonka, silącego się na bezkompromisową czystość moralną, wyniosłego w poczuciu  swej niezachwianej słuszności, odrażającego swą pseudonieomylnością sądów i ocen etycznych, nade wszystko zaś potępiającego na prawo i lewo biednych, zahukanych, otępiałych literatów i artystów komunistycznych uganiających się nie mniej niż cała Polska pod ciężarem swych bzdurnych zobowiązań i dyscyplin ideowych, zmordowanych i zaszczutych wymaganiami swych kulturowych Feldfebli. Tfu! Rzygać się chce, patrząc na twoje ideowo-moralne krygowanie się!…

 

Ale mimo Tyrmandowego nieznośnego poczucia moralnej wyższości, “Dziennik 1954” rzuca nowe światło na postaci literatury, o których dziś kręcą filmy dokumentalne, a licealiści czytają w podręcznikach. Bohaterowie literatury XX wieku nie wyglądają zbyt dobrze w tym świetle. Często sami sobie winni.

Pamiętnik Tyrmanda jest też zbiorem pocztówek z warszawskich ulic, Marszałkowskiej, Nowego Światu, Woli. Dla tych obrazków Warszawy lat 50. ubiegłego stulecia warto “Dziennik 1954” przeczytać, jednak to może zainteresować jedynie warszawiaków.

Chętnie zająłbym miejsce Tyrmanda w Warszawie 1954 roku. W “Dzienniku” zrobiłbym z siebie niezłomnego twórcę,  nie idącego na kompromisy, a jednocześnie niemal codziennie chodził na obiad do Literatów. Do zobaczenia jutro o 9.00 w biurze!

„Dziennik 1954”, Leopold Tyrmand, MG, Kraków 2011