“Moulin Rouge”, Pierre La Mure [CYTATY]

W najtajniejszej głębi serca Henryk czynił jednak pewne zastrzeżenia, jeśli chodziło o osobę Pana Boga. Niewątpliwie był bardzo potężny. Zarówno katechizm, jak Pismo Święte pełne były jego czynów i olbrzymich dzieł, których dokonał. Jednakże, jeśli poddawał Go próbie, nie okazywał się bynajmniej wszechmocny. Ile razy Henryk z wielką czcią prosił Go o dokonanie paru bardzo prostych cudów, tyle razy pan Bóg  albo nie słyszał jego modlitw, albo był zbyt zajęty, żeby się do nich przychylić.
Henryk doszedł w końcu do przekonania, że Pan Bóg jest bardzo  hojny i potężny, ale niezmiernie oględny w udzielaniu swych darów i okazywaniu swej mocy. Był ttrochę podobny do wuja Odona, który uchodził za krezusa, ale nigdy jeszcze nie przysłał mu żadnego prezentu poza kartka pocztową na gwiazdkę.
Dlaczego ludzie, którzy nie lubią się uczyć, starają się tak ośmieszyć naukę, a wychwalać nieuctwo, jak gdyby ono było czymś trudnym do zdobycia?
***
Wkrótce jednak lokatorzy zdążyli się zorientować, jak zgubna atmosfera moralna panowała w tej dzielnicy. Powracający wieczorem ojcowie rodzin musieli sobie torować drogę pomiędzy rojem prostytutek śmiało biorących ich pod rękę, obiecujących silne i wyrafinowane rozkosze, jakich żony niezdolne byłyby im zapewnić. Niektórzy z tych panów trafiali do domu, inni zaś nie. Wynikały z tego gwałtowne sceny małżeńskie.
***
– A co ja mam zrobić? Zakochać się? Kobiety są zabawne tylko dopóty, dopóki się w nich nie kochamy. Jeśli się zakochasz – przepadłeś. Robią się nieznośne i zaczynają się rozglądać za kimś, kto by się nad nimi znęcał. Taka już mają naturę. W miłości chcą grac rolę ofiary. Jeśli je mężczyzna skrzywdzi, myślą i mówią o nim całe życie. Ale niech tylko spróbuje być dla nich dobry, zapomną o nim po tygodniu.
***
– Jeżeli pozwolisz, powiem ci teraz, dlaczego twierdzisz, że to Leonardo namalował Mona Lizę.
– Doskonale – zaśmiał się drwiąco Anquetin, zachwycony tą zmianą taktyki. – Słucham cię.
– Dlatego, że jest to napisane na mosiężnej tabliczce u dołu ramy. – Henryk uśmiechnął się szyderczo do swego przeciwnika.  – Tak, stary. Na tej małej tabliczce wyryty jest napis: „Leonardo da Vinci. 1452-1519”. Stąd twoja pewność. Gdybyś znalazł Mona Lizę w sklepie u antykwariusza, zakurzoną i nieoprawioną, pomyślałbyś, że to jakiś dobry, mocno popękany pod grubą warstwą werniksu portret z epoki odrodzenia i dałbyś może za niego pięćset franków.
***
Przekonał się wkrótce, że nie miała żadnych ambicji, żadnej chęci nauczenia się czegoś. Marzenie każdej loretki: znaleźć bogatego protektora – nie przyszło jej nigdy do głowy. Urodziła się i przebywała całe życie w nędznych zaułkach i wcale nie pragnęła się z nich wydostać. Rozumiał, że musi przyjąć stawiane przez nią warunki albo ją stracić. Maria nie zmieni dla niego swoich przyzwyczajeń. Jeśli chce, żeby przy nim została, to on musi zmienić tryb życia.
Tak też uczynił.
Pijąca, rysunek z 1889, Henryk Toulouse-Lautrec
***
Zepsucie tej kobiety, jej lubieżność, upajająca i niezmienna ekstaza, w jaką wprawiało go każde z nią zbliżenie stały mu się niezbędne. Na to, by ją przy sobie zatrzymać, musiał znosić jej obecność. Pozwolić jej odejść byłoby rzeczą niebezpieczną. Ta ladacznica miała przecież we krwi uliczną włóczęgę. Mogła kogoś spotkać… Mogła nie wrócić.
***
Z nudów stawała się coraz okrutniejsza. Zadawała mu ból dla zabawy, dla zabicia czasu. Drzemiąca w niej głucha nienawiść klasowa, odwieczna wrogość biedaków do bogaczy podjudzała ją do wymyślania coraz to nowych tortur. Chciała się przekonać, ile zniesie dla niej ten zamożny kaleka, który nigdy nie zaznał, co to głód i chłód.
***
– Kochasz ją?
– Kocham? – Słowu temu towarzyszyło wzruszenie ramionami i wybuch śmiechu
***
– Nie pytaj się, jak można nienawidzić kobietę, a równocześnie jej pożądać. Nie wiem. Ale wiem jedno: nienawiść jest widać najsilniejszym środkiem podniecającym, a pożądanie kobiety w przystępie złości jest może najszaleńszą rozkoszą, jakiej człowiek może doznać. Tylko że taka miłość nie uśmierza pożądania, nie daje ani ulgi, ani spokoju, nic nie rozwiązuje i stopniowo doprowadza nas do szaleństwa.
***
Z początku myślałem, że to czar jej ruchów – ma wrodzone wyczucie plastyki, każda jej poza mnie zachwyca. Obcować z nią to jak obcować ze statuetką Tanagry. Ale czar oczywiście nie na tym polega. Myślałem, że to jej wyuzdanie, jej deprawacja w miłości. Jest w niej tylko płeć, tylko samica. Ma w sobie jakiś poetyczny bezwstyd, jakiś czepliwy urok.

 

Cytaty pochodzą z:
“Moulin Rouge”, Pierre La Mure, Warszawa 2003, DeAgostini Polska, tłumaczenie (doskonałe) Jadwiga Dmochowska oraz tłumaczenie z wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego, Warszawa 1957 roku

Najlepsze obrazy mojego życia [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Kobieta leżąca na plecach, znużenie, Henri de Toulouse-Lautrec, 1896, Muzeum Orsay, Paryż

Jestem metodą na głoda moich dzieci
Jestem rachunkiem za prąd
Jestem ratą do banku

Mogę lodowcem sięgać chmur
Mogę Niagarą spadać w dół
Mogę jak Etna zbudzić się
Więc nie złość mnie

Jestem nogami
Piersiami
Wnętrzem
bez Duszy

Jestem kobietą
Wodą ogniem burzą perłą na dnie
Wolna jak rzeka
Nigdy nigdy nigdy nigdy nie nie poddam się

Noszy rajstopy Adrian
Nie doświadczam przemocy
Nikt mnie nie bije

Jestem perłą na dnie
Jestem prześcieradłem
Jestem kobietą

Nigdy nie poddam się*

On czeka w domu z kolacją

Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

 

 

2. Ćma, reż. Tomasz Zygadło

Czy Roman Wilhelmi wznosi ten film na wyżyny sztuki? Czy może scenariusz i reżyseria Tomasza Zygadły wydobywa z aktora wszystko, co najlepsze? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że w dramacie obyczajowym, psychologicznym “Ćma” Najlepszy Polski Aktor (dotąd nie zdetronizowany) w roli Jana, spikera radiowego prowadzącego nocną audycję – rozmowy z widzami o ich problemach, odgrywa chyba większość ludzkich emocji w sposób nie do podrobienia. Wersja made in China nie występuje.

Janowi zazdroszczę żony (ładna i opiekuńcza), współczuję wyboru kochanki (symptomatyczne: “co on w niej widział”), załamuję ręce nad relacjami z synem, podziwiam umiejętność zarówno empatii i asertywności podczas trudnych rozmów ze słuchaczami. Jednocześnie jednak charakter pracy Jana, umiejętność pomagania ludziom, zdejmuje z niego odpowiedzialność za swoje życie i relacje z bliskimi.  Własny los zaczyna wymykać mu się z rąk. Jan popada w konflikty w domu, w pracy, cierpi na niezrozumienie.

Film w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami pewnie został zrobiony za niewielkie pieniądze, ale pod względem dialogów, zdjęć, montażu bije na głowę wiele współczesnych dzieł i szmir.

Stawiam piątkę, zaś samemu Wilhelmiemu – szóstkę. Bo wyżej się nie da.

 

 

3. Django, reż. Quentin Tarantino

Quentin Tarantino od pierwszych kadrów łamie konwencje i miesza gatunki filmowe. Niemiecki dentysta King Schultz (Christoph Waltz) zaprzyjaźnia się tuż przed wybuchem wojny Północy z Południem z niewolnikiem, nie trzeba mówić czarnoskórym, Django. Pokonują razem setki kilometrów, by z rąk narcystycznego, dandysowatego, psychopatycznego plantatora Calvin Candie (Leonardo DiCaprio) odbić żonę Django. W groteskowej, absurdalnej formie Tarantino przemyca ważne przesłanie antyrasistowskie.

Christoph Waltz odgrywa jedną z lepszych swoich ról.. “Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc” – mówi Schultz do Django. I jest to najprawdziwsze i najzabawniejsze zdanie filmu.

 

 

 

4. Green Book, reż. Peter Farrelly

Co zrobić, żeby ograniczyć na świecie rasizm, antysemityzm, a przynajmniej, co jest zupełnie niemożliwe, niechęć między kibicami Legii Warszawa i Wisły Kraków lub – co już podchodzi pod fantasy – Polak przestał pałać darmową nienawiścią do sąsiada? Wystarczy antagonistów wsadzić do jednego samochodu i kazać przejechać pół Polski.

Taką receptę przepisał Peter Farrelly w filmie “Green Book”. Rubaszny, nieokrzesany biały Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) zostaje szoferem i ochroniarzem w podróży przez południowe stany USA genialnego, czarnego muzyka Dona Shirleya (Mahershala Ali). Mężczyźni pokonują nie tylko setki mil, ale także własne uprzedzenia, zakorzenione stereotypy. Podróż jest przy okazji drogą do poznania nie tylko siebie nawzajem, ale również – wejrzenia w głąb siebie samego. Film napędzają świetne role, zabawno-dramatyczne sytuacje, dialogi – humorystyczne, wartkie, chwilami głębokie i ciepłe. Jak piecyk u mamy.

Film drogi toczy się przewidywalną drogą i zmierza do oczywistego finału, nie nudząc – rozczula.

Podczas seansu czujemy, że wszyscy ludzie są braćmi. Potem wychodzimy z kina i przeglądając Facebooka słyszymy panią Szydło. Utwierdzamy się w przekonaniu.

Żyjemy w epoce, gdy nie tylko wypada, ale trzeba kochać wszelkie stworzenie. Czekam na film, w którym brytyjską królową Wiktorię zagra czarnoskóra aktorka. Strach się bać czasów, gdy wahadło politycznej poprawności (choćby najbardziej słusznej) odbije w drugą stronę.

 

 

 

5. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

 

6. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

 

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

 

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

 

7. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

 

8. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

 

Nie będzie nas, będą drzewa. Wernisaż wystawy “Drzewa” w Wiązownie

Ludzie sami są sobie winni, bo od kiedy nauczyli się dokonywać pomiarów meteorologicznych, okazuje się, że temperatura na Ziemi tylko rośnie. Nie mierzyliby, nie byłoby zmartwienia.

Problemem naprawdę są termometry, a bardziej umiejętność naukowego obserwowania pogody, ponieważ skokowy postęp nauki i techniki w XX wraz z rozprzestrzenianiem się idei liberalizmu wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale ma szansę wpędzić ich w otchłań samozagłady klimatycznej. Awers postępu cieszy zmysły pełną miskę, smartfonem i samochodem; rewers męczy szybko rosnącym stężeniem gazów cieplarnianych, smogiem, degradacją środowiska. Czy potrafimy zmienić model gospodarki napędzanej chęcią zysku za wszelką cenę? Czy jesteśmy w stanie powstrzymać zmiany klimatyczne na Ziemi?

Troskę o losy przyrody, drzew w szczególności, wyraża otwarta 23 listopada 2019 r. wystawa “Drzewa” w galerii “Więzy” w Wiązownie. Więcej na niej nostalgii za przeszłością (reprodukcje obrazów Wyczółkowskiego), katastroficznych wizji niż nadziei.

Najbardziej apokaliptyczna wydaje się praca Joanny Czubak. Grupa mężczyzn w garniturach, w melonikach na głowach, siedzi na drzewie bez liści. Z nieba leje się skwar, a twarze ludzi zdają się niemo pytać:

– Cośmy zrobili z tym światem? Uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną, a ona odwraca się do nas pustynią i suszą! Czyżbyśmy źle zrozumieli słowa Pisma?

Joanna Czubak, “Życie na Ziemi”, akryl

Rajskie życie z i w zgodzie z Naturą wydaje się wyłącznie muzealnym eksponatem przywołanym na batiku Joanny Czubak, niczym widok zakurzonej maselnicy nudzącej się w skansenie Ziemi Dowolnej.

Joanna Czubak, “Drzewo Życia”, batik

Póki żyjemy, nie traćmy nadziei. Taką dają niektóre dzieła zgromadzone na wiązowskiej wystawie, między innymi ten powyżej i ten poniżej:

Wlał ją w serca także Arkadiusz Szaraniec, autor książki “Warszawa dzika”.

Chętnym rozdawał do posadzenia żołędzie. Dęby znakomicie nadają się do neutralizacji zanieczyszczeń. Przeciętne drzewo składa się w 47 procentach z węgla, dąb z racji wysokiej gęstości ma go jeszcze więcej.  Z wydobywającego się z rur wydechowych i kominów fabryk dwutlenku węgla – węgiel zostanie w drzewie, a tlen dostaniemy w prezencie. O ile sami go sobie damy. I zdążymy. Największy las świata, tropikalna Amazonia, dający Ziemi 1/4 tlenu ma za kilka lat stracić zdolność do samonawadniania się.  Homo sapiens się spieszy, tylko czy biegnie we właściwym kierunku?

Nie zaprzątajmy sobie głowy wydumanymi problemami. Zbliża się Black Friday. Może będą jakieś tanie samsungi lub przynajmniej LG. Nieliczni odwiedzą galerię “Więzy”. Ciut więcej ludzi posadzi drzewo, bo akurat mają ogródek, a jesień to pora nasadzeń.

Zatem do galerii, potem do łopat!

PS. Rafał Pałyska (lat 11) stworzył na wystawę rysunek tuszem, drzewa też posadził. Jeszcze przed wernisażem.

Rafał Pałyska, drzewo sprzed kościoła św. Wojciecha w Wiązownie, rysunek tuszem

“Drzewa”, Galeria Więzy, Wiązowna. Wystawę można zwiedzać do niedzieli 8 grudnia 2019 r.

Liście drzew pochłaniają do 90 proc. promieni słonecznych, a cień przez nie rzucany schładza powierzchnię gruntu nawet o 20 st. C.

Badania wykazują, że dobrze zaprojektowana zieleń miejska obniża poziom smogu o 10 proc.

Cień rzucany przez koronę drzewa w czasie upałów obniża temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza.

Korzenie mogą zatrzymać 6,6 tys. litrów wody deszczowej rocznie.

Liczba drzew rosnących dziś na całej Ziemi jest szacowna na 3 biliony (bilion to tysiąc miliardów). Zgodnie z wyliczeniami zespołu prof. Thomasa Crowthera musielibyśmy w szybkim tempie zwiększyć ją o kolejny bilion. Najwięcej miejsca o zalesiania – niezajętego przez pola uprawne ani miasta – mają Rosja, USA, Kanada, Australia, Brazylia i Chiny. (…) Niestety, nawet posadzenie najbardziej odpornych drzew na ogromnych obszarach nie wystarczy, bu uchronić nas przed najgorszym scenariuszem katastrofy klimatycznej. – To nie jest panaceum, lecz tylko jeden ze sposobów na walkę ze zmianami. (…) jeśli zadrzewimy 900 mln hektarów, ale nadal będziemy zwiększać produkcję gazów cieplarnianych w tym tempie, co obecnie, za 22 lata wrócimy do punktu wyjścia.  [1]

[1] Focus, nr 09/2019, wrzesień 2019

“Bezsenność w czasie karnawału” [RECENZJA]

Z panteonu wybitnych Polaków najbardziej tęsknię za Januszem Głowackim, Zbigniewem Nienackim i Martą o blond włosach, małych piersiach i dużym tyłku. Albo na odwrót, choć włosy rzeczywiście były blond, a na dodatek do połowy pleców. Tęsknota za Martą wydaje się oczywista i nie wymaga dodatkowych wyjaśnień.

“Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki

Z Nienackim też nie mam większych wątpliwości, bo współpracował z SB, uganiał się za nastolatkami, ale w książkach akurat o tym nie pisał. Szkoda. Bajał o harcerzach dzielnie tropiących skarby, dbających o przyrodę ojczystą i zwalczających wszelkie objawy handlu dziełami sztuki z “drugim obszarem płatniczym”. Przez chwilę zastanawiałem się, o czym dziś tworzyłby Nienacki. Nie wiem.

Porzucam myśl, bo miało być o “Bezsenności w czasie karnawału”, ostatnich zapiskach Janusza Głowackiego zebranych i opracowanych przez Olenę Leonenko-Głowacką. Ostatnich zarówno w sensie chronologicznym, jak i znaczenia – mocno osobiste pożegnanie się z czytelnikami bez podlizywania się, dziękowania i modlitwy.

Głowacki Nienackiemu do pięt nie dorasta, bo nie donosił, lubił dziewczyny i chwalił się tym w książkach. O Głowackim mógłbym powiedzieć, że jego książki “skrzą się” ironią, mienią sarkazmem i przytłaczają tragizmem. Otwierają oczy, pchają do jeszcze bardziej wzniosłych czynów, rozbudzają miłość do literatury i tego typu frazy na poziomie wczesnego liceum. Ale jest zupełnie inaczej, o czym ciut niżej. Co w ogóle nie znaczy, że mądrzej czy lepiej.

Chyba każdy spotyka w życiu jedną, a najwięcej trzy osoby, które czytają z duszy drugiego człowieka jak z otwartej księgi. Na nic zdają się kłamstwa opakowane w nic jak lejsy paprykowe, cytaty wyjęte z fejsbukowych memów i gorące zapewnienia, że cieszą cię niesamowicie małe i duże sukcesy bliźnich, kiedy akurat zawiść i zazdrość zaliczają się do twoich czołowych zalet.
Tymi wróżkami, medium może być ojciec, matka, a nawet bardziej, własna sąsiadka. Ksiądz, kochanka, żona, a w końcu – i to najbezpieczniejsza wersja: książka. Inny człowiek, to wiadomo, przeczyta duszę, niby chcę ją uleczyć, do rany przyłożyć, ale na koniec wywlecze jej tajemnice jak Adolf sekrety Pana Kleksa. Zdradzisz kochance, ile zarabiasz, ta jeszcze żonie powie i życie zmarnowane. A tak masz na podorędziu Głowackiego i Nienackiego, bo Marta wyszła za mąż, ma dzieci i torbiele na jajnikach.

Nikogo to nie interesuje, a nawet gdyby, to i tak nie zdradzę, co wyczytał we mnie Głowacki. Do dziś byłem pewien, że to ja czytam Głowackiego, ale doniosłe przemyślenia na podłodze w łazience podczas nomen omen bezsennej nocy z “Bezsennością” pozwoliły mi pojąć, że to Janusz Głowacki odczytał moje nastroje, zaniechania i tęsknoty. I żeby w końcu Lewandowskiemu noga się powinęła.

“Bezsenność w czasie karnawału” trochę przywodzi na myśl “Z głowy”. Jest w niej tyle samo sarkazmu, ironii i błazenady co w sławnej powieści, autobiografii, ale więcej wesołego tragizmu. Głowacki zabrał mnie w swoją ostatnią drogą, ale kondukt bardziej wygląda jak orszak weselny, w którym za autami  hałaśliwie ciągną się łańcuchy puszek po żubrach, lechach i dębowych. W tym przypadku są to wspomnienia o Himilsbachu i Maklakiewiczu, Tadeuszu Konwickim i innych literatach, kwiaciarce z Krakowskiego Przedmieścia, barach Nowego Jorku oraz o niegdysiejszych rozpustnicach, dziś emerytkach, co blokują wnukom mieszkania w dobrym punkcie Warszawy. Głowacki ostatnią drogę zamienia w wesołą stypę. Usiądźmy na grobie i wypijmy po jednym, bo piździ.

Tak Głowacki wspomina ostatnie chwile swojej matki, ale pasuje do kondycji człowieka w ogóle:

– Mój Boże, Janku, jak to szybko poszło.
A mówiła o osiemdziesięciu pięciu latach. Wtedy mi się to wydawało bardzo długo, teraz już nie. Powiedziała też: “Mój Boże”, choć dawno zerwała z religią, bo nie mogła wybaczyć Bogu tego, co zrobił z Hiobem. Obie koszmarne wojny jakoś mu wybaczyła. Rozstrzelanego jako zakładnika swojego ojca i zamordowaną w jakimś obozie matkę też. To, że jej mąż kochał całym sercem swoje kochanki i przez to umarł, a astma tylko pomogła, że ja wyemigrowałem z córką do Ameryki i zostawiłem ją samą – też. A Hioba nie. Taka jest przewaga mitu nad całą resztą.

Życie jest bajką. Czasem wesołą, czasem tragiczną. Farsą. Dawno temu w Ameryce ogłosili konkurs na sobowtóra Charliego Chaplina. Oryginał też się zgłosił, ale odpadł. Głowacki na swojego sobowtóra się nie zgłosi, ale następców nie widać. Szukam. Proszę o listę książek, bo tymczasem pierwsze miejsce najlepszych książek mojego życia nadal zajmuje “Z głowy”.
“Bezsenność w czasie karnawału” może by się nadawała, ale jednak widać, słychać i czuć, że to robota nie dokończona, szkic, wersja robocza. Czyli trochę jak w życiu. Kończy się ono zazwyczaj co prawda po obiedzie, ale przed deserem.

Jak każdy człowiek przyzwoity, ludzi przegranych nie lubię wprost wyjątkowo, a dobroci to już mi nikt zarzucić nie może, poza wróbelkami. A zapisuję to wszystko naumyślnie z nadzieją, że wywołam u czytających poczucie nie żeby zaraz zrozumienia, ale wyższości. To już coś, bo takie poczucie, że się jest lepszym, pomaga, daje sporo radości i nadaje sens życiu. No nie aż tak jak zemsta, chęć odwetu, nienawiść, bo one to już bardzo pomagają. I człowiek nawet nie zauważy, jak to życie przyjemnie i szybko przeleciało.

Daję cztery za treść, cztery za formę, bo choć krótkie lubię, to jednak za krótko też niedobrze. Ogólnie: cztery na sześć.


„Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki, W.A.B., Warszawa 2018

To pewnie bracia emeryci przestraszyli się, bo my boimy się wszystkiego. To akurat, wiem, mieszkają dwie staruszki – moje dawne koleżanki, byłe sławne modelki i jeszcze sławniejsze rozpustnice. Ale przegapiły chwilę.

Odłożyły na zakup mieszkania, wytapetowały ściany okładkami z magazynów, na których stoją dumnie i patrzą na wszystko z góry. A teraz na sztywnych, wychudzonych nogach, które kiedyś budziły wściekłe pożądanie, krążą między oknem i telewizorem. Żyją z rent i wspomnień, i mogą liczyć tylko na pieszczoty ślepej jamniczki. Palą papierosy, siedzą w oknach i trochę się boją, a jeszcze bardziej wstydzą, bo wiedzą, że żyją za długo. Blokują mieszkanie w dobrym punkcie i są na utrzymaniu suwerena, zwłaszcza że rozchodzą się alarmujące wieści, że Polacy żyją coraz dłużej kosztem nowych narodowych dzieci. Więc lepiej o sobie nie przypominać i w karnawał te okna zamykać po cichu.

“Zimna wojna” – taniec manekinów [RECENZJA]

W “Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego zgadza się prawie wszystko: minimalistyczne dialogi, muzyka, montaż, gra aktorska. Tylko jeden element nie pasuje, który przeszkadza uznać ten film za wybitny.

Nie będę streszczał fabuły wymyślonej przez Pawła Pawlikowskiego we współpracy z Januszem Głowackim. Dość powiedzieć, że opowiada ona historię miłości, ale – raz z powodu akcji trwającej kilkanaście lat, dwa – z zabiegu artystycznego, jedynie oświetla wybrane etapy życia głównych bohaterów Zuli (Joanna Kulig), Wiktora (Tomasz Kot), Lecha (Borys Szyc). Podglądanie ich życia przez chwilę, jakby Pawlikowski robił im zdjęcia (o tym niżej), sprawia, że rysunek postaci staje się dwuwymiarowy, brakuje mu głębi ostrości. Uczestnicy dramatu tkwią w wiecznym napięciu, nigdy nie gasnącej namiętności, werterowskich rozterkach, zaś Lech – chęci robienia kariery bez względu na okoliczności.

Zula i Wiktor nie rozmawiają. Dialogi w filmie podsumowują pewien kilkuminutowy fragment filmu pod postacią krwistych i ciętych ripost. Szło to jakoś tak:
– Michel zerżnął mnie sześć razy, nie to co polski artysta na emigracji.
Wiktor uderza Zulę w twarz. Ta, podnosząc się z ziemi, bez złości i żalu, ale z wyuzdanym zadowoleniem odpowiada:
– To ja rozumiem.

Kochający się na zabój Zula i Wiktor zastygają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec, teatr. Jedno z najlepszych ujęć w całym filmie pokazuje parę rozmawiającą w pociągowej toalecie. Rozentuzjazmowany Wiktor zdradza Zuli plan ucieczki do zachodniej części Berlina, ale wyraz twarzy kobiety studzi emocje kochanka: “Nie twórz mi tu zamków na piasku, i tak nie ucieknę”. Wiktor tego chłodu nie dostrzega. “Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam” – jak śpiewał Kazik.
W życiu ludzi silne emocje, takie dominują w “Zimnej wojnie”, albo potrzebują ciągłego paliwa, albo znajdują ujście w depresji, alkoholu lub samodyscyplinie, która pozwala je wyciszyć. W filmie nikt się nie zapija, nie umiera jako gogolowski “były człowiek”, Zula nie wyjeżdża na placówkę do “drugiego obszaru płatniczego”. Pawlikowski poszedł najkrótszą drogą, przez co zakończenie mnie rozczarowało.

Brak trójwymiarowości, pełnego rysu miłości Zuli i Wiktora, ratuje czarno-biała, mocno kontrastowa tonacja filmu, która sprawia, że widzowie skupiają się na grze aktorskiej, mistrzowskiej w wykonaniu Kota i Kulig. Trudno wskazać, kto w tym duecie był lepszy. Remis ze wskazaniem  na Kulig, która z racji roli ekspresyjnej, bezpośredniej, momentami wulgarnej roli femme fatale siłą rzeczy wypadła bardziej wyraziście.
Dyrygent Pawlikowski na tyle pozwala operatorowi zajmować się planem i tłem, na ile jest to niezbędne do pokazania zmiany miejsca akcji lub pokazania nowego: pałac, pociąg, mroczny i zimny Berlin, nostalgiczny Paryż, polski pekaes, baby w chustach, jaja w koszach. Czarno-biała taśma działa jak soczewka, nie rozprasza uwagi widza.

Zdjęcia Łukasza Żala tworzą osobne dzieło sztuki. Z wielu ujęć spokojnie można wyłowić stopklatki i wybrać zdjęcia, które przyciągnęłyby widownię najlepszych galerii fotograficznych.

Niski ukłon, moja dłoń szoruje po żerańskim bruku, kieruję w stronę Pawła Pawlikowskiego za popularyzację muzyki ludowej. Jestem pewien, że płyty z utworami “Mazowsza” znikają z antykwariatów. “Dwa serduszka, cztery oczy, oj oj oj”.

“Zimna wojna” opowiada o miłości, za którą mało kto ma odwagę, a przynajmniej chęć, podążyć. Bez względu na cenę. Szacunek dla odważnych! W filmie odnajdą się zarówno spełniający marzenia, jak i rdzewiejący na bocznicy życia. Jedni i drudzy, do kina!

“Zimna wojna”, 2018, reż. Paweł Pawlikowski

 

“Świat bez Głowy” [RECENZJA]

Iza Bartosz wyspecjalizowała się w pisaniu o wybitnych postaciach. Popełniła książkę o Katarzynie Waśniewskiej, zabójczyni swego dziecka, oraz o Michale Pirogu, który – jak mówi – zawdzięcza sławę temu, że ogłosił się Żydem i gejem. Teraz wzięła na tapet Janusza Głowackiego, wydając wspomnienie o nim pod dobrym tytułem „Świat bez Głowy”.

https://antykwariat9pietro.pl/341,swiat-bez-glowy-iza-bartosz.html

Głowacki chyba nikogo nie zamordował, co gorsza sam nie był homoseksualnym Żydem, więc wybór tego pisarza na bohatera książki zaskakuje, a jednocześnie staje się oczywisty, bo Bartosz w pompatycznie nazwanym „Zamiast wstępu Historia pewnej przyjaźni” mianowała się przyjaciółką Janusza Głowackiego. Spotykali się w azjatyckiej knajpie na Mariensztacie, rozmawiali, przeważnie milczeli. Bartosz chciała się czegoś o Głowackim dowiedzieć, ten odparł, że wszystko napisał w „Z głowy”. Ona, że to kit.

Tym kitem Bartosz wypełniła i staranie uszczelniła swoją książkę, tworząc z niej dygresje i komentarze, omówienie do autobiograficznej powieści Głowackiego. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron lektury miałem wrażenie, że czytam „Życie na Gorąco”, numer czerwcowy. Wiadomo o czym będzie: o przetworach truskawkowych, końcu roku szkolnego i przygotowaniu apteczki na wakacje.

Bartosz się chwali, że z Januszem zaprzyjaźnili się dzięki ich zdystansowanemu, ironicznemu patrzeniu na świat, przede wszystkim na siebie. Dystanse bywają krótkie i długie. Tam, gdzie w opowieści Głowackiego można mu pozazdrościć pierwszych doznań erotycznych, w słowach Bartosz otrzymujemy przepis na „raz w tygodniu z trudem”: poprawne zdania, doprawiamy szczyptą anegdoty, zalewamy cytatami z przyjaciół autora „Antygony w Nowym Jorku”.

Nie wypuszczam słów na bezdroża czczej krytyki, bo książka Bartosz niesie ze sobą też nowe, ożywcze wspomnienia o Januszu Głowackim – Krystyny Kofty, Janusza Zaorskiego, Czesława Czaplińskiego, Kazimierza Kutza i kilku innych.

Dla niektórych koniec jest lepszy niż początek. Tak jest z książką Izy Bartosz, jakby ona,  i książka, i autorka, dojrzewały w miarę pisania, tekst na ostatnich kartach zyskuje głębię ostrości. Bartosz przywołuje wiersz Williama Butlera Yeatsa, który Głowacki często powtarzał:

„Spełniłem swe zadanie – pomyślał na starość. –
Zgodnie z dziecinnym planem całe życie zbiegło;
Choć głupcy się wściekali, wykazałem stałość
I w czymś tam osiągnąłem przecież doskonałość”;
Ale duch jeszcze głośniej zaśpiewał: „Co z tego?”.

W świecie bez Głowy nadal nie umiem się odnaleźć, bez “Świata bez Głowy” – toczyłby się dalej. Ale zawsze lepiej posadzić kolejne drzewo na stercie zapomnianych tytułów, zmielonych w sortowniach śmieci, spalonych jako biomasa. A nuż książka Bartosz nie podzieli ich losu.

Gdyby Iza Bartosz sypiała z maszynopisem jeszcze przez rok, wydałaby na  świat bardziej udane dziecko. Ale Bartosz do czegoś bardzo się spieszyła.

Daję czwórkę w sześciostopniowej skali.

„Świat bez Głowy”, Iza Bartosz, Czerwone i Czarne, Warszawa 2018

“Czas mroku” – swego nie macie, cudze chwalcie [RECENZJA]

Zachęcony lapidarnymi komentarzami rodaków na youtube pod filmem dokumentalnym „Winston Churchill” oceniającymi postawę brytyjskiego premiera wobec Polaków podczas drugiej wojny światowej: „Jebać go, sprzedał nas z Ameryką. Ruskim gnojom. menda sprzedajna. Alkocholik i marderca Sikorskiego! Niech gnije w PIEKLE!!!” (pisownia oryginalna) – postanowiłem wybrać się na „Czas mroku” Joe Wrighta.

 

W postać Churchilla nie tyle wcielił się Gary Oldman (ponoć murowany kandydat do Oscara za tę rolę; Oldman Oscara dostał – komentarz z 5 marca 2018 r.), ile wręcz się w niego przeobraził. Raczej szczupły, o pociągłej twarzy Oldman, w niezbędnej dla tej roli charakteryzacji, nie stał się sztuczny czy komiczny. Stworzył Churchilla charyzmatycznego, dowcipnego, chaotycznego, narcystycznego, ale przede wszystkim odważnego.

Jakbyśmy przenieśli się w czasie do 1940 r.

W tym roku rozgrywa się akcja filmu. Wojska Wehrmachtu zajmują kolejne kraje Europy: Francję, Holandię, Belgię. Nazwa „Polska” nie pada w filmie ani razu. Premier Neville Chamberlain traci poparcie w społeczeństwie i podaje się do dymisji. Odsunięty od ról głównych w polityce Churchill kisi się w oparach dymu cygar, zapachu whisky, wisielczym humorze. Król Jerzy VI powierza mu misję tworzenia rządu, pytając przy okazji:
– Może pan pić w ciągu dnia?
– Kwestia praktyki – podsumowuje Churchill.

Obejmuje urząd premiera. Oldmanowi udaje się oddać całą paletę uczuć, które mogły towarzyszyć politykowi w tych ciężkich czasach: nadzieję, strach, śmieszność, patos strzelistych mów. Churchill, przypuszczalnie choleryk, polecenia wydaje w okamgnieniu i oczekuje natychmiastowej realizacji. Opór innych polityków we własnym rządzie i partii przyjmuje z irytacją („Niech pan mi nie przerywa, jak ja panu przerywam!”), ale jednocześnie każe mu on zastanowić się nad słusznością drogi. Chwile wahania, niepewności oraz drogi dojścia do kluczowych decyzji (negocjacje pokojowe z Hitlerem czy wojna) mogły z „Czasu mroku” zrobić film wybitny.
Reżyser uciekł jednak w kicz i polityczną poprawność. Wysłał premiera, by porozmawiał w londyńskim metrze ze zwykłymi ludźmi. Ci zapewniają go, że żadnych ustępstw nie chcą, kompromisami się brzydzą, a Murzyn siedzący kilka kroków od premiera zna się na literaturze. Pomijam fakt, że przejazd od stacji St. James’ Park do Westminster zajął w filmie z pięć minut. Normalnie trwa dwie. Nie mająca oparcia w faktach rozmowa z londyńczykami przekonała Churchilla do zarzucenia planów pertraktacji pokojowych z Niemcami. Film zamyka słynne przemówienie w Izbie Gmin:

„Chociaż wielkie obszary Europy i wiele starych i sławnych państw wpadło lub może wpaść w ręce gestapo i całego ohydnego aparatu rządów nazistowskich, my nie osłabniemy ani nie ulegniemy. Wytrzymamy do końca. Będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większym przekonaniem i coraz większą siłą w powietrzu. Będziemy bronić naszej wyspy bez względu na cenę. Będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy”.

Rodakom, przeklinającym Churchilla, dedykuję cytat z książki „Obłęd ‘44” Piotra Zychowicza:Nie oburzajmy się jednak na Brytyjczyków. To, że nie brali pod uwagę olbrzymich kosztów, z jakimi wiązała się działalność bojowa polskiego podziemia, jest w pełni zrozumiałe. W końcu zadaniem rządu Wielkiej Brytanii było walczyć o interesy własnych, a nie cudzych obywateli”.

Jeśli nawet „Czas mroku” upraszcza mechanizmy wielkiej polityki, to na pewno skłania do poznania biografii Churchilla, historii Anglii, a przynajmniej nauki angielskiego. Jan Ciechanowski w książce „Powstanie Warszawskie” napisał:
„Niestety w decydującym dla nas momencie II wojny światowej, kiedy ważyły się losy nie tylko samej Warszawy, ale też Polski i Polaków, i to na długie lata, nie mieliśmy polityków i przywódców na skalę Churchill ‘a czy de Gaulle’a”.

Swego nie macie, cudze oglądajcie.

Daję czwórkę z plusem. Dałbym piątkę, gdyby nie to nieszczęsne metro.

„Czas mroku”, reż.: Joe Wright, dystr.: UIP

Najlepsze filmy obejrzane w 2018 r. [RANKING]

1. Czas mroku, reż. Joe Wright

 

W postać Churchilla nie tyle wcielił się Gary Oldman (ponoć murowany kandydat do Oscara za tę rolę), ile wręcz się w niego przeobraził. Raczej szczupły, o pociągłej twarzy Oldman, w niezbędnej dla tej roli charakteryzacji, nie stał się sztuczny czy komiczny. Stworzył Churchilla charyzmatycznego, dowcipnego, chaotycznego, narcystycznego, ale przede wszystkim odważnego.
Jakbyśmy przenieśli się w czasie do 1940 r.
Jeśli nawet „Czas mroku” upraszcza mechanizmy wielkiej polityki, to na pewno skłania do poznania biografii Churchilla, historii Anglii, a przynajmniej nauki angielskiego. Jan Ciechanowski w książce „Powstanie Warszawskie” napisał:
„Niestety w decydującym dla nas momencie II wojny światowej, kiedy ważyły się losy nie tylko samej Warszawy, ale też Polski i Polaków, i to na długie lata, nie mieliśmy polityków i przywódców na skalę Churchill ‘a czy de Gaulle’a”.

Swego nie macie, cudze oglądajcie.

 

 

 

2. Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski

Kochający się na zabój Zula i Wiktor pozostają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec.
 
 

 

3. Intruz, serial belgijski na Netflix 

Sielski, pocztówkowy landszaft belgijskiego miasteczka wywraca do góry nogami powracający do miasta z Brukseli Yoann Peeters, policjant w żałobie po stracie żony.
Ledwie się wprowadził, a w rzece znaleziono zwłoki czarnoskórego piłkarza miejscowego, trzecioligowego klubu. Miejscowa policja stwierdza samobójstwo. Peeters podważa efekty pozorowanego dochodzenia. Odkrywa, a wraz z nim widzowie, pajęczynę lokalnych zależności zawodowych, nie zawsze formalnych związków osobistych, bulgocących emocji. Obraz zawsze aktualny, niezależnie od czasu i miejsca.

 
Sophie Maréchal jako Zoé Fischer w serialu “Intruz”, najlepsza rola kobieca w tym filmie
 

 

 

4. Bez znieczulenia, reż. Andrzej Wajda

 

Dziennikarstwo radzieckie stało kiedyś na wysokim poziomie, bo jeden z redaktorów powiedział o filmie “Bez znieczulenia” (1978) Andrzeja Wajdy, że brakuje mu prawdy psychologicznej. Miał rację. Bo która żona zostawia błyskotliwego, cieszącego się renomą, światowego dziennikarza dla dwadzieścia lat młodszego znerwicowanego narcyza bez talentu? Taki przypadek w przyrodzie nie zachodzi. Ale tam, gdzie mówią o “kawiarnianych opozycjonistach”, współczesność dumnie otrząsa kurz z peerelowskiej nowomowy i wstaje z kolan.

 

 

 

 

 

 

 

 

Ewa (Ewa Dałkowska) wracającego z długiej podróży męża Jerzego (Zbigniew Zapasiewicz) częstuje, zamiast pysznym obiadem, informacją, że z córką się wyprowadza i żeby szanowny małżonek jej nie szukał. Bo i po co, skoro Ewa znalazła szczęście w ramionach Jacka (Andrzej Seweryn). Dalej historia robi się smutna, bolesna, ale klasyczna. Jerzy umawia się z adwokatem żony (Jerzy Stuhr). Ten zdumionemu, choć niczemu nie dziwiącemu się Jerzemu, niczym niepojętnemu uczniowi zdawkowo, szybko, ale konkretnie tłumaczy: “Udowodnić to można wszystko. Każdemu z nas. A wina to jest pojęcie elastyczne”.
 
Jerzy (Zbigniew Zapasiewicz)
 
 
Ewa (Ewa Dałkowska)
 
 
Jerzy zaczyna zachowywać się jakby zapadł na nieuleczalną chorobę. Szuka zrozumienia (dlaczego ja?) i wsparcia u znajomych oraz przyjaciółki żony, dentystyki Wandy (Emilia Krakowska). Wanda odgrywa tutaj rolę antycznego chóru, ale nie śpiewa, lecz wygłasza wplecione w dialogi komentarze: “zero w okularach nadęte” (o kochanku przyjaciółki), “o nowego chłopa jej chodzi, nie o wolność” (o przyczynach romansu), “zrób jej awanturę, spierz ją, każdej jest to potrzebne”  (zasady terapii małżeńskiej).
Jerzy tego typu terapii nie podejmuje.
 
Wanda (Emilia Krakowska)
 
 
Jednocześnie przez własne publikacje i popularny, choć niechętnie widziany “u góry”, program telewizyjny, wpada w tarapaty zawodowe. Traci poparcie kierownictwa redakcji, gremiów, zaprzyjaźnionego towarzysza – Brońskiego (Roman Wilhelmi). Wszyscy go rozumieją, wspierają, klepią po plecach, ale na wyjazd zagraniczny wyznaczono kogoś innego, zajęcia ze studentami na uniwersytecie odwołano. Nawet prenumeratę “Sterna” i “Newsweeka” niby przez pomyłkę skasowali. W filmie za mało jest właśnie tych drobnych porażek jak owo odebranie prenumeraty, które mogłyby w efekcie złożyć się na upadek mężczyzny porzuconego przez żonę i zdegradowanego zawodowo. Upadek toczy się za szybko, jakby fabułę grubymi nićmi szyto. Może się czepiam, bo właśnie pewna drobnostka doprowadziła do tragicznego finału.
 
Broński (Roman Wilhelmi)
 
 
Radziecki dziennikarz się zatem nie pomylił, ale może celowo. Bo film rozumiany jako zepchnięcie na boczny tor ludzi niewygodnych, bezkompromisowych i zbyt inteligentnych na rzeczywistość, w której przyszło im żyć, sprawdza się zawsze. Słowa Jacka stały się aktualne na nowo i pasują do słownika nowomowy a la profesor, tak tej, profesor: “glejty kawiarnianych autorytetów straciły ważność”.
 
Przy wymienianiu obsady filmu przy każdym aktorze chciałem napisać: “znakomity w tej roli”, “znakomita w tej roli…”. Za dużo byłoby tych ochów i achów, więc dodam tylko na koniec, że szczególnie Zbigniew Zapasiewicz, Emilia Krakowska, Jerzy Stuhr, Roman Wilhelmi, młodziutka Krystyna Janda zagrali oskarowo. Sewerynowi, a szczególnie Dałkowskiej trochę zabrakło siły perswazji, ale o radzieckim dziennikarzu już było.
 
Agata (Krystyna Janda)
 
 

 

Tak więc klęska publiczna bohatera nie budzi zaufania do niego, ale w jego dramat osobisty też trudno uwierzyć. Scenariusz zresztą usiłuje powiązać jedno z drugim w ten sposób, że wróg zawodowy i ideowy bohatera zabiera mu również żonę. Jednak ten uwodziciel pokazany jest w sposób tak karykaturalny, tak jaskrawy, tak odrażający, że pojąć nie można, co kieruje kobietą, która rzuca wspaniałego humanistę Zapasiewicza dla tego śliniącego się korniszona w okularach, zawistnego, zakompleksionego, bez talentu…
“Diabelskie Zwierciadło”, Zygmunt Kałużyński

 

5. Paddington 2

Namacalny dowód, że nie tylko Jezus miał zdolność rozpalania najzimniejszych serc, ale także niedźwiedź. Niektórzy ludzie się zarażają dobrocią. Film bawi, wzrusza, oczyszcza. Nawet Rafał Ziemkiewicz lub akcja metoo# przestają cię denerwować.

 

6. Dom z papieru, hiszpański serial na Netflix

“Dom z papieru”, czyli pozbawiony kantów Robin Hood po hiszpańsku

Jeśli widzieliście już na Netfliksie hiszpański “Dom z papieru”, możecie przeczytać ten tekst. Jeśli nie oglądaliście, też możecie (zbytek łaski!), ale film obejrzyjcie. Obiecuje wam wygraną w Lotto i znalezienie miłości życia.

“Dom z papieru” przypomina legendę o Robin Hoodzie. Współczesnym Robin Hoodem jest oczywiście Profesor (Alvaro Morte); wraz z ekipą ośmiu współpracowników, każdy jest specjalistą w wąskiej części przestępczego fachu, szykuje napad stulecia.

Tylko w tym przypadku, byleby tylko nie naruszyć podstaw współczesnego ładu społecznego, Profesor nie planuje napadu ani na zamek (czyli korporację), ani na klasztor (czyli bank), ale – co zresztą sam mówi – zamierza wykraść pieniądze niczyje, czyli włamać się do Królewskiej Mennicy Hiszpańskiej i drukować pieniądze. Rzeczywiście, jakby nikogo nie okradał.
W “Domu z papieru” występuje odpowiednik Willa Szkarłatnego, czyli Berlin (Pedro Alonso), wyrazisty, psychopatyczny na skutek doświadczeń życiowych (jak Willy), nie zaś z powodu nieodwracalnych zaburzeń osobowości. Niestety,  w społeczeństwie europejskim wcinającym makaron z cukinii i pijącym piwo bez alkoholu, nie ma miejsca na takie postaci. Tyle w tej kwestii.
– Kobiety oferują ci seks, bo ich celem jest zmanipulowanie cię i zajście w ciążę. Potem przestajesz istnieć. Zrozumiesz to podczas porodu – tłumaczy Berlin.
– Poród to najwspanialszy moment dla ojca – odparowuje naiwnie, ale szczere i z zaangażowaniem Rio.
Zdumiony naiwnością kamrata – Berlin:
– Podczas porodu między jej nogami ujrzysz niszczycielską głowicę jądrową. Grota, do której kiedyś wsadzałeś fujarę, nie będzie taka sama. A ona, przeklinając twoje imię i błagając o znieczulenie, się posra. Wiesz, co Ci tym przekaże? Że nigdy nie będzie seksowną kobietą. Od tamtej chwili ten mały tłuścioch stanie się dla niej pępkiem świata.

Ale oto pojawia Lady Marion – Raquel Murrillo (Izatar Ituno), która, zanim stanie przed szansą na rozwikłanie zagadki napadu na mennicę, boryka się z problemami powszechnymi jako korki na drodze w godzinach szczytu: rozwód, kontakty ojca z dzieckiem, chora matka.
Starcie z Profesorem rzuca ją w nurt, który poniesie ją ku lądom nieznanym, co nie znaczy nieciekawym i nudnym.

W tym klasycznym heist filmie brakuje odrobiny goryczy, której widz przewidzieć by nie zdołał. Ale to ujmujące, że nawet podczas napadu na bardzo duży bank wszystko daje się sprowadzić do poszukiwania miłości. I pieniędzy. Mam nadzieję, że w trzecim sezonie scenarzyści zliżą lukier i dadzą więcej soli. Bo miłość beztrosko się rodzi w poczuciu oblężonej twierdzy, gorzej sobie radzi, gdy nic jej nie zagraża. Nawet, gdy pławi się w bogactwie.

Dobrze, że Tokio (Ursula Corbero) przeżyła pierwsze dwa sezony. Czekam na trzeci. Czy profesor, jak Janosik, zginie powieszony za żebro?

 

 

7. Seks nocy letniej, reż. Woody Allen

 

Stare, ale jare. Woody Allen przekonuje, że lepiej zjeść kolację w domu, niż na przyjęciu ze znajomymi. Może się okazać, że na imprezie spodoba ci się inna dziewczyna niż ta, z którą przyszedłeś, a masz się żenić. Pascal (filozof, nie kucharz) powiedział kiedyś, że na świecie nie byłoby tylu problemów, gdyby ludzie pilnowali własnego ogródka.
Byłoby też nudno.
Film z muzyką Mendelssohna okazał się strzałem w 9., bo ten napisał suitę do dramatu Szekspira. Ale czy “Cztery Pory Roku” nie wstrzeliłyby się w 10.?

 

8. Polowanie na muchy, reż. Andrzej Wajda

Andrzej Wajda oprócz “Korczaka”, “Panny Nikt”, “Tataraku” zrobił też dobre filmy jak “Ziemię  Obiecaną” czy “Polowanie na muchy”. Reżyser wstydził się “Polowania…”, uważając go za film najwyraźniej za niedostatecznie “wajdowski”, nie biorący się za bary z kluczowymi narodowymi mitami, dziełami literackimi: „Bez większego namysłu chwyciłem scenariusz Janusza Głowackiego i rozgoryczony chwilowymi niepowodzeniami (z płcią przeciwną) postanowiłem rozprawić się z kobietami, które próbują kształtować nasze męskie życie. (…) Zabrakło mi dystansu do tematu i srogo musiałem za to zapłacić”.
Ale właśnie w tym filmie widać sprawną i sprawczą dyrygenturę Andrzeja Wajdy, dzięki której Małgorzata Braunek, Zbigniew Malanowicz i w epizodzie Daniel Olbrychski wzbili się na wyżyny sztuki aktorskiej.
O czym jest “Polowanie na muchy”? Damsko-męski chocholi taniec chęci, chaotycznych działań i niemożności, w którym lep, co oczywiste nie wie, ze jest lepem na owady, teoretycznie mądrzejsza mucha ciągnie do niego. Na oślep.

Małgorzata Braunek i Zbigniew Malanowicz w “Polowaniu na muchy”
Małgorzata Braunek, fot. Tadeusz Rolke, źródło: Agencja Gazeta

 

9. Gran Hotel, reż. Carlos Sedes

 
 

Motyw bajki o dziewczynce Kopciuszku, która poniżana przez macochę i przez nikogo niekochana, ostatecznie znajduje szczęście u boku księcia, jest uniwersalnym przepisem na bajkę, powtarzającym się w wielu kulturach  świata.
Teraz otrzymujemy (o, zgrozo!) Kopciuszka w wersji męskiej i tym razem po hiszpańsku. Polityczna poprawność odwraca bajki do góry nogami. Ubogi młodzieniec Julio Olmedo przybywa do tytułowego “Gran Hotelu”. Zatrudnia się w nim jako kelner, by wyjaśnić sprawę zaginięcia siostry, hotelowej pokojówki.
Julio znajduje sprzymierzeńca w córce właścicielki hotelu – Alicji Alarcón. Piękna i bogata zakochuje się, niczym książę w Kopciuszku, w pięknym i biednym, pomagając mu rozwikłać tę i inne zagadki. Hotelowe mury skrywają kłębek intryg, stertę kłamstwa, interesów oraz powiązań trzymających się na spoiwie szantaży, pieniędzy, a gdy to zawodzi – morderstwa. Kopciuszek z domieszką Hamleta.
Serial ciągnie się jak brazylijski tasiemiec, ale ogląda się dobrze, dzięki zapętleniu intryg, urodzie właścicielki hotelu, pięknym wnętrzom i eleganckim strojom.

Adriana Ozores

Ujmujące, że oszuści, szubrawcy i mordercy z wyższych sfer planują nikczemności, zachowując zimną krew. Grunt to maniery.
A kto zabił? I Czy Julio i Alicia będą żyli długo i szczęśliwie? Zobaczcie sami.

Ludzki mózg portretuje równie te same wątki mitologiczne i baśniowe, choć w opowieściach nabierają one lokalnego kolorytu. Klasycznym przykładem jest baśń o Kopciuszku. Wersja stworzona przez braci Grimm została dopasowana do niemieckiego społeczeństwa feudalnego, w którym istniały zamki i bale, w norweskim społeczeństwie chłopskim Kari Trestakk spotyka natomiast królewskiego syna przed kościołem. Zmuszona do pracy jako służąca w domu złej macochy, przyjmuje pomoc od ducha opiekuńczego, którym w wersji braci Grimm są gołębie, w wersji Asbjornsena i Moego – wół, a u Perraulta – dobra wróżka. Warto zauważyć, że Walt Disney wykorzystał właśnie ten ostatni, francuski wariant. We wszystkich wersjach po spotkaniu z księciem dziewczyna gubi pantofelek, a książę ogłasza wszem i wobec, że poślubi tylko tę, która będzie w stanie włożyć odnaleziony bucik. We wszystkich wersjach Kopciuszek na również niewiarygodnie małe stopy i dlatego jest jedyną dziewczyną w królestwie, na którą pasuje pantofelek. To dziedzictwo po chińskiej bohaterce tej baśni, Ye Xian. Małe stopy są w chińskiej kulturze wyznacznikiem kobiecego piękna, więc Kopciuszek musiał mieć oczywiście najmniejsze stopy w całym kraju. (…) We wszystkich historiach Kopciuszek i książę biorą ślub i żyją długo i szczęśliwie.

„Mózg rządzi”, Kaja Nordengen, Marginesy, Warszawa 2018