Nie będzie nas, będą drzewa. Wernisaż wystawy “Drzewa” w Wiązownie

Ludzie sami są sobie winni, bo od kiedy nauczyli się dokonywać pomiarów meteorologicznych, okazuje się, że temperatura na Ziemi tylko rośnie. Nie mierzyliby, nie byłoby zmartwienia.

Problemem naprawdę są termometry, a bardziej umiejętność naukowego obserwowania pogody, ponieważ skokowy postęp nauki i techniki w XX wraz z rozprzestrzenianiem się idei liberalizmu wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale ma szansę wpędzić ich w otchłań samozagłady klimatycznej. Awers postępu cieszy zmysły pełną miskę, smartfonem i samochodem; rewers męczy szybko rosnącym stężeniem gazów cieplarnianych, smogiem, degradacją środowiska. Czy potrafimy zmienić model gospodarki napędzanej chęcią zysku za wszelką cenę? Czy jesteśmy w stanie powstrzymać zmiany klimatyczne na Ziemi?

Troskę o losy przyrody, drzew w szczególności, wyraża otwarta 23 listopada 2019 r. wystawa “Drzewa” w galerii “Więzy” w Wiązownie. Więcej na niej nostalgii za przeszłością (reprodukcje obrazów Wyczółkowskiego), katastroficznych wizji niż nadziei.

 

Najbardziej apokaliptyczna wydaje się praca Joanny Czubak. Grupa mężczyzn w garniturach, w melonikach na głowach, siedzi na drzewie bez liści. Z nieba leje się skwar, a twarze ludzi zdają się niemo pytać:

– Cośmy zrobili z tym światem? Uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną, a ona odwraca się do nas pustynią i suszą! Czyżbyśmy źle zrozumieli słowa Pisma?

Joanna Czubak, “Życie na Ziemi”, akryl

 

Rajskie życie z i w zgodzie z Naturą wydaje się wyłącznie muzealnym eksponatem przywołanym na batiku Joanny Czubak, niczym widok zakurzonej maselnicy nudzącej się w skansenie Ziemi Dowolnej.

Joanna Czubak, “Drzewo Życia”, batik

 

Póki żyjemy, nie traćmy nadziei. Taką dają niektóre dzieła zgromadzone na wiązowskiej wystawie, między innymi ten powyżej i ten poniżej:

 

Wlał ją w serca także Arkadiusz Szaraniec, autor książki “Warszawa dzika”.

Chętnym rozdawał do posadzenia żołędzie. Dęby znakomicie nadają się do neutralizacji zanieczyszczeń. Przeciętne drzewo składa się w 47 procentach z węgla, dąb z racji wysokiej gęstości ma go jeszcze więcej.  Z wydobywającego się z rur wydechowych i kominów fabryk dwutlenku węgla – węgiel zostanie w drzewie, a tlen dostaniemy w prezencie. O ile sami go sobie damy. I zdążymy. Największy las świata, tropikalna Amazonia, dający Ziemi 1/4 tlenu ma za kilka lat stracić zdolność do samonawadniania się.  Homo sapiens się spieszy, tylko czy biegnie we właściwym kierunku?

Nie zaprzątajmy sobie głowy wydumanymi problemami. Zbliża się Black Friday. Może będą jakieś tanie samsungi lub przynajmniej LG. Nieliczni odwiedzą galerię “Więzy”. Ciut więcej ludzi posadzi drzewo, bo akurat mają ogródek, a jesień to pora nasadzeń.

Zatem do galerii, potem do łopat!

PS. Rafał Pałyska (lat 11) stworzył na wystawę rysunek tuszem, drzewa też posadził. Jeszcze przed wernisażem.

Rafał Pałyska, drzewo sprzed kościoła św. Wojciecha w Wiązownie, rysunek tuszem

 

“Drzewa”, Galeria Więzy, Wiązowna. Wystawę można zwiedzać do niedzieli 8 grudnia 2019 r.

 

 

 

Liście drzew pochłaniają do 90 proc. promieni słonecznych, a cień przez nie rzucany schładza powierzchnię gruntu nawet o 20 st. C.

Badania wykazują, że dobrze zaprojektowana zieleń miejska obniża poziom smogu o 10 proc.

Cień rzucany przez koronę drzewa w czasie upałów obniża temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza.

Korzenie mogą zatrzymać 6,6 tys. litrów wody deszczowej rocznie.

 

Liczba drzew rosnących dziś na całej Ziemi jest szacowna na 3 biliony (bilion to tysiąc miliardów). Zgodnie z wyliczeniami zespołu prof. Thomasa Crowthera musielibyśmy w szybkim tempie zwiększyć ją o kolejny bilion. Najwięcej miejsca o zalesiania – niezajętego przez pola uprawne ani miasta – mają Rosja, USA, Kanada, Australia, Brazylia i Chiny. (…) Niestety, nawet posadzenie najbardziej odpornych drzew na ogromnych obszarach nie wystarczy, bu uchronić nas przed najgorszym scenariuszem katastrofy klimatycznej. – To nie jest panaceum, lecz tylko jeden ze sposobów na walkę ze zmianami. (…) jeśli zadrzewimy 900 mln hektarów, ale nadal będziemy zwiększać produkcję gazów cieplarnianych w tym tempie, co obecnie, za 22 lata wrócimy do punktu wyjścia.  [1]

 

[1] Focus, nr 09/2019, wrzesień 2019

Tłumaczenie piosenki “Someone like you” Adele

Słyszałam, że się ustatkowałeś
że znalazłeś dziewczynę i jesteś żonaty
Słyszałam, że twoje marzenia się spełniły
Przypuszczam, że dała ci coś, czego ja nie umiałam

Stary przyjacielu, czemu jesteś taki nieśmiały
To nie w twoim stylu stać w tylnym rzędzie

Nie znoszę pojawiać się znikąd nieproszona
Ale nie mogę też stać z boku i nie walczyć
Miałam nadzieję, że gdy mnie zobaczysz, wszystko sobie przypomnisz
Bo dla mnie się to nie skończyło

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

Czas płynie,
A jeszcze wczoraj byliśmy królami życia
Poczęci przez słońce i dorastający w jego poświacie
Ustrzeleni niespodziewanie strzałą Amora

Nie znoszę pojawiać się znikąd nieproszona
Ale nie mogę też stać z boku i nie walczyć
Miałam nadzieję, że gdy mnie zobaczysz, wszystko sobie przypomnisz
Bo dla mnie się to nie skończyło

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

Bólu i rozpaczy nie da się porównać z niczym
Wciąż rozpamiętuję błędy i żale
Z nich utkane są wspomnienia
Tylko czemu nikt nie uprzedził, że smak tak słodko-gorzki?

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

Wesele

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego – nabożnym głosem, robiąc za długie pauzy między słowami, głosił kazanie ksiądz w kościele gminnym około osiemdziesięciu kilometrów od stolicy, tuż przed udzieleniem ślubu.

 

Goście radujący się na okoliczność powołania nowej komórki społecznej zgromadzili się głównie na zewnątrz kościoła, omawiając ważne kwestie z życia rodzin bliźnich. Baśka puściła się z nauczycielem swojego synka i mąż ją wypędził. Wypędziwszy żonę, został sam w dopiero co pobudowanym domu krytym dachówką ceramiczną, po czym odnalazł sens życia w spożywaniu żołądkowej gorzkiej.
Robert, mąż Baśki, pozbiera się w końcu, doszli do zgodnego wniosku jego przyjaciele. Nadzieję swą pokładali w stu siedemdziesięciometrowym domu Roberta oraz siedmioletnim Audi A6, które rozpalały gorące uczucia u panien i rozwódek ze wsi tej, a także okolicznych. Miłości Anety nie omieszkał Robert sprawdzić na dywanie w salonie, zapewniając podczas testu o dozgonnej wierności żonie.

Drodzy nowożeńcy! Aby wasza miłość, którą się wzajemnie darzycie, stawała się mi­łością coraz bardziej dojrzałą, coraz bardziej wartościową, praw­dziwą, musicie często przypominać sobie napomnienie Chrystu­sa: “Wytrwajcie w miłości mojej – odczytywał ksiądz z książki “Homilie, kazania i mowy okolicznościowe”, która kupił w internecie za 19 zeta. Dla niepoznaki położył ją na biblii, z której codziennie miał czerpać natchnienie dla głoszenia bożej prawdy.

Nie no, ja też bym tak chciał kochać, słysząc te słowa, pomyślał Zbyszek. Jak pan Bóg przekazał, siedział z żoną gdzieś pośrodku peletonu ławek w prawej nawie. Ubrany był w jasnobeżowy garnitur kupiony na rynku w miasteczku powiatowym, z którego, garnituru, nie miasteczka, miał nie wylewać się piwny bęben. Odzienie znakomicie spełniało swoje zadanie dzięki szeroko skrojonej marynarce. Jego żona Ewa wystroiła się w kostium o kolorze świnki Piggy, dekorując dekolt sztucznymi perłami. Patrząc na nią, Zbyszek odczuwał politowanie z tkliwością. Szkoda mu było tej lekko już korpulentnej, ale wciąż atrakcyjnej kobiety w wieku trzydziestu dziewięciu lat, z którą seks uprawiał raz na miesiąc, ale tylko wtedy gdy groziła mu rozwodem. Marta to co innego. Ona znała szyfr do jego libido, dzięki czemu mógł czuć się mężczyzną trzy razy dziennie, nie, wybacz boże, trzy razy na rok, jak miał to w zwyczaju przeżywać z Iwoną, księgową z pracy z okazji imprez firmowych na wigilię, Wielkanoc i majowy wyjazd integracyjny.

Stałem w kościele obok Kaśki, nucąc w duchu Elektryczne Gitary i zastanawiając się, co ja robię tu, co ty tutaj robisz. Wzniosłe słowa o miłości przypominały, że wciąż kocham Anetę, matkę mojej córki, ale nie wyobrażałem sobie życia bez Kaśki. Zdejmowała ze mnie wymyślony przez Słowackiego jaskółczy niepokój życia, a także prorokowała cel duszy mojej. Świadomość jej wpływu na psychikę oraz zdolność okiełznania niezależności wprawiały mnie w szczerą złość. Kaśka posiadła sztukę zdzierania maski, pozy teatralnej, malutkich kłamstw. Czułem się przy niej nagi i bezbronny. Jeśli dołożyć jej wielkie piersi o dużych, ciemnych brodawkach oraz pupę Jennifer Lopez powstawało pole magnetyczne, z którego nie sposób było się wyrwać. Nie lubiłem sytuacji, która pozbawia wyjścia awaryjnego, panu B, alternatywy. Już miałem na ustach gorące zapewnienie, jak bardzo jej nienawidzę, a z letargu myślowego obudził mnie głośniejszy  głos kapłana:
Życzę wam, aby nigdy nie ustała wasza miłość, ta, o której mówi św. Paweł, że nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie pamięta złego, lecz wszystko znosi, wszystko przetrzyma. Bez niej życie małżeńskie i rodzinne nie ma ani korzenia, ani sensu. Takiej właśnie miłości: wiernej, cierpliwej, wytrwałej życzę wam z całego serca do końca waszych dni – zakończył ksiądz kazanie.

Wrzesień tamtego roku przygrzewał ostrym, niższym już oślepiającym, ale wciąż gorącym słońcem. Na  parafii uginały się jarzębiny pod dorodnymi kiściami owoców.  Wierni wypachnieni wodami toaletowymi z Lidla lub Biedronki zebrali przed krużgankami się w rodzinne grupki, które przypominały afrykańską  wioskę usianą słomianymi chatami. Mimo facebooka, twittera i google klany trzymają się mocno, pomyślałem.

– Cześć, Rafał – grzmotnął mnie po plecach brat cioteczny, Michał, rówieśnik. Oczekiwałem standardowego zestawu pytań, jak mi leci, jak dzieci i ile zarabiam. Najlepszą obroną jest atak, do którego przystąpiłem:
– Siema, Michał. No, widzę, powodzi się na pięćset plus – pochwaliłem tonem zazdrości, patrząc na wsadzony na palec srebrny sygnet z orzełkiem wpisanym w polskie barwy narodowe.
– No, masz.
– Co tam?
– A kończę rozbudowę domu.
Nie ma jak połechtać ludzi ich własną próżnością, więc pociągnąłem kwestię:
– Budujesz dom? No, no, opowiadaj.
– Wiesz, nie mieścimy się, więc teraz nasz domek będzie miał 200 metrów. Może wystarczy.
– Toż to pałac – udałem zachwyt i zainteresowanie. Michał połknął haczyk:
– Coś ty, dzieciaki będą miały po swoim pokoju – oczy zaświeciły się z dumy.

Ziarenka ryżu z torebki z napisem Polgreen spadały na Agnieszkę i Łukasza. Rozległy się oklaski i okrzyki zachwytu. Jakby liczba życzeń zdrowia, pieniędzy, a także zdrowych a mądrych dzieci mogła zagwarantować ich spełnienie, nie trzeba by kręcić Batmana, a także produkować Superniani. Na tym drugim nikt by nie stracił. W Nowym Jorku zmarłych bezdomnych zrzuca się na stertę, a potem spychacze zsuwają zwłoki do morza. Wcześniej lekarze pobierają narządy dla transplantacji i na naukę dla studentów medycyny. Szczęście szerzy się po świecie.

Dom weselny oddalony był od kościoła dziesięć minut jazdy autem. Zespól muzyczny Pakt przypominał piosenką Ireny Jarockiej, że jestem lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok. Goście zjedli drugi ciepły posiłek, mianowicie barszczyk z krokietami. W kuchni mieli za dużo majeranku, bo przykrył cała powierzchnię zupy piłkarską murawą. Kaśka gdzieś zniknęła. Ten kurwiszon zawsze zostawia mnie samego, złość na nią narastała we mnie z każdym wypitym kieliszkiem Finlandii, które przechylałem z przygodnie poznanym towarzystwem.
Zespół wygrywał balladę Elvisa Presleya ” You are allways on my mind”. Trzy czwarte gości weselnych przy wolnych rytmach nagle nauczyło się tańczyć:
Może nie traktowałem cię
Tak dobrze jak powinienem
Może nie mówiłem, że cię kocham
Tak często jak mogłem
Tyle rzeczy powinienem powiedzieć i zrobić
Ale jakoś nigdy nie było czasu
Ale zawsze byłaś w moich myślach
Zawsze byłaś w moich myślach

Kaśka pokazała się przy wejściu obwieszonym różowymi i białymi balonikami objęta w pól z panną młodą. Ucałowały się. Kaśka ruszyła ku mnie. Jej twardy, jędrny biust niepotrzebne uwypuklony push-upem unosił się w czarnej sukience. Kiecka mocno wcięta w talii podkreślała obszerne, murzyńskie biodra. Z trudem schowałem złość na samo dno duszy mając nadzieję na udane zakończenie nocy.
– Co tam, Rafuś? Pewnie podrywasz tu jakieś kurwy.
Ciebie pierwszą, odpowiedziałem jej w duchu. Nie zdążyłem, bo Kaśka z szybkością karabinu maszynowego trajkotała:
– Rafuś, nie uwierzysz. Gadałam z Agnieszką. Ten jej Łukasz pracuje w Niemczech na autobusach jeździ. Zanim wyjechał bzykali się wszędzie w przedpokoju w kuchni  w lesie. Wiesz Aga lacha jest – wyrzucała Kaśka słowa bez słyszalnych znaków przestankowych.
– No i co – udałem znudzenie. Kaśce zawdzięczałem wszystkie newsy towarzysko-obyczajowe z wioski i powiatu tutejszego, a także ościennych, ale żywiłem przekonanie że idiotyczne plotki, kto z kim spółkuje, nie dadzą mi zarobić miliona złotych, ale jednocześnie nie umiałem się bez nich obyć. Borderline, dualizm mojej psychiki wprawiał mnie w zdumienie. Przykro co rusz konstatować, że wiesz dużo mniej o swoim mózgu niż on o tobie.
– No i jak wyjechał roztył się nie puka innej bo co wieczór z Aga na skajpie tokuje. Ale jak na weekend przyjeżdża to jej nie tyka. A wcześniej już w przedpokoju. Bo zmęczony bo chce się przytulić. Aga już tam dupą macha przezroczyste gówna w Wólce Kosowskiej kupiła i nic.
– Nieźle.
– Mówi że jak po paskach przez ulice przechodzi to se wyobraża ruchanie z chłopakami co naprzeciwko niej idą.
Teraz już wiem, która to, to ją zagadnę, uśmiechnąłem się do tej nadziei, a odpowiedziałem wpisując się konwencję:
– Po chuj za niego wychodzi?
– Bo w Niemczech się dorobił i mieszkanie kupił to nowe osiedle na górce wiesz. Matka jej kazała albo mu powiesz ze koniec albo ślub jak to nie pomoże to że w ciąży jesteś.
– Miłość to piękne uczucie.
Kaśka nie wyczuła ironii:
– Rafuś ale moja mama mówi że my się to nigdy nie rozstaniemy tak się kochamy.
Nie zdążyłem zagrać cynicznej obojętności ukrytej pod maską błyskotliwej odpowiedzi typu, póki inna miłość nas nie rozdzieli, bo podchmielony wodzirej zapowiedział oczepiny. Tort przywieziony po ich zakończeniu  na wózku przypominającym te szpitalne do rozwożenia leków smakował jak każdy weselny tort. Nadmierna słodkość i mdłość przypominały gościom o ryzyku obudzenia się jutro z kacem, więc warto zaniechać dalszego picia.
Aby zminimalizować efekt the day after, zatańczyłem z Kaśką kankana. Podnosząc wysoko uda, przez chwilę pomyślałem o słowach z “Moulin Rouge”: “Kobieta, drogi panie, może być idealna żoną albo idealną kochanką, ale to za wiele wymagać od niej, żeby była i jednym i drugim dla tego samego mężczyzny”. W tamtej chwili nabrałem pewności naiwności literatury z półki z harlekinami zamęt roznoszącej po świecie. Moja i Kaśki miłość miała trwać wiecznie, pokonywać rafy złorzeczeń, upomnienia rodziców, złe spojrzenia przyjaciół.

Po kankanie przyszedł czas na “W kinie, w Lublinie”, Baśkę Wilków,  ostatecznie odtańczyliśmy mocno wtuleni w siebie “When a man loves a woman”. Kaśka poszła na szluga. Ja zaś z przyjaciółmi poznanymi około ośmiu godzin wcześniej obiecaliśmy sobie obietnice nie do spełnienia: spotykanie się co tydzień na wódce, oni mi naprawienie auta, ja im nauczanie dzieci. Wciąż za mało wypiliśmy, by przejść na poważne utyskiwanie na małżeńską nudę. Rozmowy weselne trąciły zbyt mocno przewidywalnymi konwenansami.

– Kaśka, chodź szybko – przejąłem inicjatywę. – Superpiosenka zaczyna się. Odegrałem minidialog ze wstępu do kawałka “Ich troje”:
– Kaśka!!! Kaśka!!!!
– Przestań się drzeć, ja tu serial oglądam.
– Może pani poprosić Kaśkę?
– Kaśka!! Jakiś wariat z harmonią cię woła.
Zadzwoniłem w środku lata, choć minęły już dwa lata, ty nadal nie odzywasz się. Zawsze z tobą chciałbym być tylko we dwoje.

Zatańczywszy Kaśka wróciła na peta, ja na kielicha.
– Rafuś, cymbale – miło zagaiła Kaśka po powrocie z dymka.
– Czego chcesz?
– Kojarzysz Ewę?
– Kogo – nie pamiętam, czy dziwiłem się na niby, czy już miałem za bardzo w czubie.
– Ta zona Zbyszka. Weź wypłakuje mi się że ten chuj zostawił włączony komputer a tam ma konto na sympatii. To ona wściekła bo mu majtki pierze dzieci karmi ze szkoły odbiera bo on pracuje. A ten się tłumaczy ze to nie on ze właśnie to sprawdzał bo ktoś mu mówił ze ktoś się podszywa on tu właśnie skurwiel śledztwo prowadzi. Ewka mówi ze nie wie czy ma mu wierzyć ja jej mówię wywal skurwysyna. Dyma inne na pewno.
– Zbyszek, nigdy – włączyła mi się solidarność plemników. – Kto by poleciał na takiego grubasa.

– Rafał, my już chcemy jechać – zagadnął brat Michał, ten co to pałac postawił i patriotyczny sygnet nosi. Nagle wydał mi się postacią z innej bajki. Nie pił. Jego niezliczone ilości dzieci kimały na krzesełkach jak małe borsuki. Miały zostać na noc u babci, która mieszkała kilka chałup dalej.  Żona Michała posyłała okolicznym biesiadnikom na pożegnanie promienne uśmiechy, wyszczerzając śnieżnobiałe zęby.

Siedząc z Kaśka na tylnym siedzeniu Kia Sportage, zorientowałem się, że na oparciu krzesła na sali weselnej zostawiłem żółty krawat w idiotyczne, psychodeliczne wzorki. Już chciałem po niego wracać i ocalić dobre rodowe ratowane  z pożaru, gdy Kaśka wsunęła mi język do ucha szepcząc:
– Rafuś zerżniesz mnie dziś ostro – ni to zapytała, ni to stwierdziła.
– Nie – lubiła jak się przekomarzałem.
Dotknęła mojego twardego rozporka: – Czuję.
Kolejny raz znienawidziłem ją za wchodzenie z buciorami w duszę. Wyświetlił mi się przed oczyma rozmazany przed zażyciem rutinoscorbinu cytat z “Moulin Rouge”: “Nienawiść jest widać najsilniejszym środkiem podniecającym, a posiadanie kobiety w przystępie złości jest może najbardziej szaloną rozkoszą, jakiej człowiek może doznać”

Przebrnąwszy następnego dnia w domu przez ból głowy, apap, ibuprom, kolejny seks, kawę Pedro’s, usiadłem do lektury “Wysokich Obcasów”, a w nich wywiadu z Andrzejem Depko:
“Jedni są w szponach namiętności przez miesiąc, inni pół roku, jeszcze inni dwa lata. Ale natura namiętności jest taka, że ona prędzej czy później wygasa.
– Nie ma wyjątków?
– Nie ma. Taka jest w ogóle natura emocji. Zawsze się kończą. W stałych związkach namiętność przeradza się w intymność”.

Małżeństwo to mdły i nudny obiad zaczynający się od deseru, czy to też jest cytat z Moulin Rouge nie pamiętałem, bo chciało mi się wymiotować. Nie zauważyłem, kiedy Kaśka wstała i nie zajrzawszy do mnie, wyszła palić na taras. Z kimś rozmawiała przez telefon. Gorzki ten deser, ukuło mnie powątpiewanie w sens nie wiem czego, rzuciłem w kąt “Wysokie Obcasy”. Z grającego w salonie radia Kombii wwiercało się w mózg:

Droga na sam szczyt,
A tam nie ma nic.

Dziewczyno, nie uciekniesz od przeznaczenia, cz. III

Zawsze mu się wydawało, że życie będzie miał inne, obfitsze, bogatsze, niezwyklejsze niż wszyscy. (…) Zdawało mu się przez chwilę, że wszystko rzeczywiste odbyło się wówczas, piętnaście lat temu, a on nic o tym nie wiedział. Tyle starań i wysiłków włożył w następne lata życia, tak wyczerpały go one, i teraz dopiero dostrzega, że były one prochem. Nic mu z nich nie zostało, nawet wspomnienie ówczesnego szczęścia dzisiaj dopiero zdobył. Zobaczył jak na dłoni, że, jak się to mówi w mieszczańskich rodzinach, zmarnował się. Wielki to grzech nie umieć spostrzec własnego szczęścia.
Jarosław Iwaszkiewicz, Panny z Wilka.

– Miłość jest jedynym ludzkim dobrem, po stracie którego czujesz rozpaczliwą pustkę – pomyślał Rafał siedząc w metrze. Wracał do domu na Grochów z pracy na Mokotowie, a i po późniejszej wizycie u córeczki Zuzi. Ciekawe, czy naprawili te latarnie na Kutnowskiej, wczoraj nie świeciły.

-To znaczy czujesz pustkę nawet nie po stracie, choć na początku też, czyli przez pierwsze dwa lata. Ale jak dwa lata miną na płaczu, modlitwach i nadziei, zdajesz sobie sprawę, że rozpacz wynika ze straty nie do powetowania. Żadna inna, choćbyś spotkał się z tysiącem dziewczyn z Badoo, z Sympatii, skądś, nie wywoła huraganu w twoim życiu. Tęsknisz za  wiatrem, ale on nie nadchodzi. Już się wywiało, bryza będzie głaskać? Może wysokie fale z odejściem Marty opadły i już nie wrócą?

w tym domu przy Madalińskiego w Warszawie Marta wychodziła na balkon, żeby palić mentolowe Pall Malle

Czemu, do cholery, gadki innych kobiet wydają się Rafałowi takie jałowe? Te rozmowy na kawkach w Starbucksie. On mnie zostawił, nie płaci na dzieci i takie tam. Istnieję, bo mąż odszedł. Rafał chce wierzyć Alicji Majewskiej. Nie zgadza się, że wszystko w miłości już było i teraz patrzeć tylko wzrokiem ponurym. Dla niego życie teraz to knajpa portowa, dla niej ocean, ale gdzie ona jest, co to na morza z nią wypłynie. Co za niesprawiedliwość. Gdy Rafał był z Martą, nie było dla niego oceanów nie do przepłynięcia, lądów nie do zdobycia. Wyspy Wielkanocne, proszę bardzo.  Emocje Rafała zwiedziły już cały świat, co to się dziwić, że nudziły go kobiety, z którymi umawiał się w Starbucksie.

Wspomnienia blakną w pamięci, o czym Rafał był przekonany, bo przecież od rozstania z Martą minęło dwadzieścia pięć miesięcy i osiemnaście dni. W międzyczasie rozwiódł się z Anką, która nie zachwyciła się faktem, że jej mąż będzie miał dziecko z “ta kurwą”.
“Zanim zrozumiesz, jak bardzo kochałeś ją, ona zapomni smak twych rąk” – wyrwały go z zamyślenia słowa piosenki Varius Manx radia ZET Gold.

Na stacji “Racławicka” gitarzysta grał i śpiewał “List do M.”. Dźwięk niósł się doskonale po podziemiu.

Jego druga córeczka Zuzia skończy niedługo trzy lata, był u niej dziś na Mokotowie. Marta siedziała w kuchni. Paliła Pall Malle zielone. Okno wychodziło na Madalińskiego. Na dole zatrzymał się autobus.
– Oooo, książę się zjawił po tygodniu –  zauważyła mama Zuzi.
– Weź, po co mam przychodzić częściej, jeszcze się nadzieję na któregoś z twoich absztyfikantów.
– Tobie krowę by podstawić, to byś brał – agresywnie odparła  Marta.

Rafał z powodu “niezgodności charakterów” nie mógł z  nią mieszkać. Zresztą, co dzień oskarżała go o zdradę i chęć powrotu do żony, co utrudniało skuteczną komunikację. Poza tym sąsiedzi chcieli podsłuchiwać ich rozmowy, ale nie wysłuchiwać karczemnych awantur wzywać policję i opowiadać, co też dzieje się w mieszkaniu za tekturowymi drzwiami.

“Następna stacja “Politechnika”” powiedział megafon w pociągu metra. To było jak wczoraj. Wtedy w Mokpolu na Dąbrowskiego kupował nóżki wieprzowe w galarecie, chleb, Dębowe Mocne, mleko dla Zuzi. W cukierni Haliny Kryś brał pączki dla Marty, a w warzywniaku włoszczyznę na rosół własnej roboty na kurze, wołowym i indyku.
Dopadły go słowa “Białym latawcem”, że sen się skończył, ale nie minął. On ją woła, ona nie słyszy.

– Romuś, ty na kolegów masz czas, a do domu nie wracasz – w tym samym czasie wyrzucała Marta przez telefon nowemu partnerowi, którego jeszcze niedawno był chłopakiem jej kosmetyczki.

Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna, tym razem na Białołęce

Na poczcie w miasteczku powiatowym na literę P. w województwie lubelskim kierowniczką urzędu pocztowego jest czterdziestoletnia Izabela Wyrwał. Iza ma branie u lokalnej wierchuszki, bo cieszy się urodą dziewiętnastolatki, szczupłymi nogami, małymi cyckami z dużymi sutkami, a domu wychowała posłusznego rogacza, czyli męża Roberta.

Iza nie zarabia tak dużo jak wójt lub szef lokalnej hurtowni spożywczej Hurt-Food, a też chce szusować na nartach na austriackich stokach, wygrzewać się na plaży w Turcji, jeździć najnowszym oplem zafirą. Dlatego dorabia do pensji w taki sposób:
– Kasiu, kochaniutka, mama cierpi na raka mózgu – mówi łamiącym się głosem, łkając i ocierając tak mocno oczy chusteczką, żeby wydawały się czerwone od płaczu. Siedzi na popsutym, wytartym biurowym fotelu za koślawym biurkiem w swoim odrabanym gabineciku, a po jego drugiej stronie przycupnęła niczym na zydelku trzydziestodwuletnia kasjerka Kasia, tak szara, że bardziej niewidoczna od Kopciuszka. Nie, no, ładna i zgrabna,a le zagubiona w świecie bez miłości. Na poczcie pracuje od kwartału, właśnie dostała umowę na czas nieokreślony – Wydaję na leki całą pensję, mąż swoją, nie mamy już za co żyć – psioczy na swój krzyż pański Izka. – Zastanawiam się, czy auta nie sprzedać. Nie śmiem cię prosić o pomoc, ale czy mogę na ciebie liczyć w tych trudnych chwilach – patrzy na Kasię wzrokiem zbitego jamnika, który zrobił kupę na dywan w salonie i prosi o akceptację.
– Jasne. Jak mogę ci, kochana, pomóc – ufnie pyta Kasia.
– Jesteś bardzo dobrą pracownicą. Mogłabym cię prosić, żebyś wzięła kredyt w banku. Nie chce cię prosić o pieniądze dla siebie, ale dla mamy, która bez leków umrze.
– A ile ci potrzeba – pyta nieco mniej ufnie Kasia.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem. Te leki to studnia bez dna. Ile bank da Ci tak naprawdę? Ale jak nie chcesz, nie bierz. A przy okazji, wiesz, ta Renata z Sadowej pytała, czy nie ma u nas na poczcie pracy, bo ona by chciała na kasjerkę. Powiedziałam, na razie nie, bo dobrze pracujesz. Ale nie musisz brać tej pożyczki, ja to doskonale rozumiem.
Kasi pot występuje na czoło. Wie, że nie umie go ukryć. Po plecach leje się strużka potu wprost do stringów. – Kurwa, gdzie ja robotę znajdę w tej dziurze. Mąż nierób, dwoje dzieci. A ta mnie z roboty wywali – gonitwa czarnych myśli przetoczyła się przez głowę Kasi i spadł na nią lęk czarny jak burzowe chmury.
– Wiem, boisz się. Ale chcę, żebyś pracowała. A jeśli weźmiesz pożyczkę, co miesiąc będę ci oddawać tyle, ile wynosi rata do banku. Chcę być twoją przyjaciółką, możesz mi zaufać.
Kasia poczuła ulgę. Matka tylko zawsze na nią krzyczała, ojca wiecznie w domu nie było. A mąż tylko się drze, że ubiera się jak szmaciara.
– Ale będziesz mi oddawać?
– Nie ufasz mi – Iza chowa oczy w dłoniach. Boże, nawet Ty mi nie ufasz.
– To nie tak…
– Wiem, zostałam sama. Trudno.
– Nie, to nie tak. Tylko ja nigdy kredytów nie brałam.
– Mam ją – zatryumfowała w myślach Izka. Głośno dodała: – Weź jutro wolne, nie musisz brać nawet urlopu. Pójdź do banku spółdzielczego i zapytaj ile ci dadzą bez zgody męża. Wiesz, nie wciągaj go w to. On pije, może się wkurzyć.
Maciek, mąż Kasi, wkurzyłby się. Pić pije, ale w domu zamiecie, latem na budowach pracuje, a ostatnio to jej bransoletkę w centrum chińskim kupił. Czasem nawet dzieci ze szkoły odbierze, jak Kaśka ma drugą zmianę. Nie jest zły, ale wyrywny jak ten z “Kogla Mogla”

Kasia wzięła 20 tysięcy złotych pożyczki w miejscowym banku spółdzielczym. Mama Izy mieszka w Lublinie, jest po rozwodzie, czuje się świetnie. Wcześniej pożyczkę na chorą mamę przez kilka lat wzięło czterech listonoszy, dwie kasjerki. Iza spłacała raty przez pierwsze trzy miesiące, potem leczenie mamy okazywało się coraz bardziej kosztowne. Jeden listonosz się powiesił, drugi dostał zawału. Iza jest kochanką miejscowego prokuratora.
Kasia chciała walczyć. Inni utopieni w długi po uszy obiecali pomoc, ale gdy Kasia poszła na policję, w komendzie powiatowej skontaktowali się z prokuratorem rejonowym, który tego samego dnia dymał Izę w miłym hoteliku w Zwierzyńcu na Roztoczu. Wszyscy wskazani przez Kasię jako poszkodowani wyparli się oprócz jednego, listonosza Kazika. Ale jak prokurator akurat nie dymał żony lub Izy, wytłumaczył mu, że nie ma co składać fałszywych zeznań.
Kaśkę mąż zostawił, wyniosła się do mamy na wioskę pod Zamościem. Nie spłaciła kredytu.. Dzieci utrzymuje, robi torty na wesela. Alimenty z funduszu dostaje. Matka ją wspiera, mówiąc: – Dupę umoczyłaś podwójnie, to masz.

Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna w Białołęckim Ośrodku Kultury

Miało być o sztuce “Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna” wystawioną przez Białołęcki Ośrodek Kultury zrealizowaną przez Kompanię Teatralną Mamro. Wiejski nauczyciel Škunca organizuje “Hamleta” na zapadłej jugosłowiańskiej wsi w ponurych latach socjalizmu. Lepiej bym tego nie ujął niż filmpolski.pl, więc cytuję: “Reżyser tak obsadził role, że w życiu i charakterach wykonawców można odnaleźć wyraźne podobieństwa do odtwarzanych przez nich postaci. Przewodniczący spółdzielni i sekretarz organizacji partyjnej Bukara, wiejski dzierżymorda, krętacz i oszust, gra satrapę Klaudiusza. Pełnym wahań Poloniuszem w amatorskim przedstawieniu w Głuchej Dolnej jest przewodniczący miejscowego oddziału Frontu Narodowego Puljo, zausznik i wspólnik Bukary. Z nimi i ich poplecznikami walczy tutejszy Hamlet – młody Skoko, który chce oczyścić dobre imię swego ojca, fałszywie oskarżonego o malwersacje. Próby w wiejskim zespole stają się odbiciem jego walki o sprawiedliwość z lokalnymi kacykami, z całą skorumpowaną kliką. Chwyt “teatru w teatrze” pozwala obnażyć miałkość szermierzy idei sprawiedliwości społecznej z lat 50., potęguje założony przez Brešana efekt przemieszania wzniosłości i trywialności”.

Mamro jest świetne. Widzowie dobrze się bawią, wybuchając salwami śmiechu na każdy tik nerwowy i “szłem” Macaka. Finał napawa optymizmem, bo Joca rozwala Bukarę z kałasznikowa. Prawdziwe życie przynosi niewiele takich pełnych nadziei zakończeń. Zazyczaj Hamlet ląduje w psychiatryku, na rencie lub w kanałach wokół elektrociepłowni na Żeraniu.