“Moulin Rouge”, Pierre La Mure [CYTATY]

W najtajniejszej głębi serca Henryk czynił jednak pewne zastrzeżenia, jeśli chodziło o osobę Pana Boga. Niewątpliwie był bardzo potężny. Zarówno katechizm, jak Pismo Święte pełne były jego czynów i olbrzymich dzieł, których dokonał. Jednakże, jeśli poddawał Go próbie, nie okazywał się bynajmniej wszechmocny. Ile razy Henryk z wielką czcią prosił Go o dokonanie paru bardzo prostych cudów, tyle razy pan Bóg  albo nie słyszał jego modlitw, albo był zbyt zajęty, żeby się do nich przychylić.
Henryk doszedł w końcu do przekonania, że Pan Bóg jest bardzo  hojny i potężny, ale niezmiernie oględny w udzielaniu swych darów i okazywaniu swej mocy. Był ttrochę podobny do wuja Odona, który uchodził za krezusa, ale nigdy jeszcze nie przysłał mu żadnego prezentu poza kartka pocztową na gwiazdkę.
Dlaczego ludzie, którzy nie lubią się uczyć, starają się tak ośmieszyć naukę, a wychwalać nieuctwo, jak gdyby ono było czymś trudnym do zdobycia?
***
Wkrótce jednak lokatorzy zdążyli się zorientować, jak zgubna atmosfera moralna panowała w tej dzielnicy. Powracający wieczorem ojcowie rodzin musieli sobie torować drogę pomiędzy rojem prostytutek śmiało biorących ich pod rękę, obiecujących silne i wyrafinowane rozkosze, jakich żony niezdolne byłyby im zapewnić. Niektórzy z tych panów trafiali do domu, inni zaś nie. Wynikały z tego gwałtowne sceny małżeńskie.
***
– A co ja mam zrobić? Zakochać się? Kobiety są zabawne tylko dopóty, dopóki się w nich nie kochamy. Jeśli się zakochasz – przepadłeś. Robią się nieznośne i zaczynają się rozglądać za kimś, kto by się nad nimi znęcał. Taka już mają naturę. W miłości chcą grac rolę ofiary. Jeśli je mężczyzna skrzywdzi, myślą i mówią o nim całe życie. Ale niech tylko spróbuje być dla nich dobry, zapomną o nim po tygodniu.
***
– Jeżeli pozwolisz, powiem ci teraz, dlaczego twierdzisz, że to Leonardo namalował Mona Lizę.
– Doskonale – zaśmiał się drwiąco Anquetin, zachwycony tą zmianą taktyki. – Słucham cię.
– Dlatego, że jest to napisane na mosiężnej tabliczce u dołu ramy. – Henryk uśmiechnął się szyderczo do swego przeciwnika.  – Tak, stary. Na tej małej tabliczce wyryty jest napis: „Leonardo da Vinci. 1452-1519”. Stąd twoja pewność. Gdybyś znalazł Mona Lizę w sklepie u antykwariusza, zakurzoną i nieoprawioną, pomyślałbyś, że to jakiś dobry, mocno popękany pod grubą warstwą werniksu portret z epoki odrodzenia i dałbyś może za niego pięćset franków.
***
Przekonał się wkrótce, że nie miała żadnych ambicji, żadnej chęci nauczenia się czegoś. Marzenie każdej loretki: znaleźć bogatego protektora – nie przyszło jej nigdy do głowy. Urodziła się i przebywała całe życie w nędznych zaułkach i wcale nie pragnęła się z nich wydostać. Rozumiał, że musi przyjąć stawiane przez nią warunki albo ją stracić. Maria nie zmieni dla niego swoich przyzwyczajeń. Jeśli chce, żeby przy nim została, to on musi zmienić tryb życia.
Tak też uczynił.
Pijąca, rysunek z 1889, Henryk Toulouse-Lautrec
***
Zepsucie tej kobiety, jej lubieżność, upajająca i niezmienna ekstaza, w jaką wprawiało go każde z nią zbliżenie stały mu się niezbędne. Na to, by ją przy sobie zatrzymać, musiał znosić jej obecność. Pozwolić jej odejść byłoby rzeczą niebezpieczną. Ta ladacznica miała przecież we krwi uliczną włóczęgę. Mogła kogoś spotkać… Mogła nie wrócić.
***
Z nudów stawała się coraz okrutniejsza. Zadawała mu ból dla zabawy, dla zabicia czasu. Drzemiąca w niej głucha nienawiść klasowa, odwieczna wrogość biedaków do bogaczy podjudzała ją do wymyślania coraz to nowych tortur. Chciała się przekonać, ile zniesie dla niej ten zamożny kaleka, który nigdy nie zaznał, co to głód i chłód.
***
– Kochasz ją?
– Kocham? – Słowu temu towarzyszyło wzruszenie ramionami i wybuch śmiechu
***
– Nie pytaj się, jak można nienawidzić kobietę, a równocześnie jej pożądać. Nie wiem. Ale wiem jedno: nienawiść jest widać najsilniejszym środkiem podniecającym, a pożądanie kobiety w przystępie złości jest może najszaleńszą rozkoszą, jakiej człowiek może doznać. Tylko że taka miłość nie uśmierza pożądania, nie daje ani ulgi, ani spokoju, nic nie rozwiązuje i stopniowo doprowadza nas do szaleństwa.
***
Z początku myślałem, że to czar jej ruchów – ma wrodzone wyczucie plastyki, każda jej poza mnie zachwyca. Obcować z nią to jak obcować ze statuetką Tanagry. Ale czar oczywiście nie na tym polega. Myślałem, że to jej wyuzdanie, jej deprawacja w miłości. Jest w niej tylko płeć, tylko samica. Ma w sobie jakiś poetyczny bezwstyd, jakiś czepliwy urok.

 

Cytaty pochodzą z:
“Moulin Rouge”, Pierre La Mure, Warszawa 2003, DeAgostini Polska, tłumaczenie (doskonałe) Jadwiga Dmochowska oraz tłumaczenie z wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego, Warszawa 1957 roku

Najlepsze filmy obejrzane w 2019 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Uwięzione, serial hiszpański

Wrobiona w oszustwo Macarena Ferreiro (Maggie Civantos, blondyna na zdjęciu poniżej) ląduje w więzieniu. Zagubiona, naiwna, dobroduszna trafia w kłębowisko żmij – brutalnych handlarek wspomaganych batalionem współosadzonych,  lesbijek targanych namiętnościami i skrajnymi emocjami, personelu rozgrywającego własne interesy.

Tworzy duet antagonistka – protagonistka z charyzmatyczną, diabelską, wybitnie sprytną Zulemą (Najwa Nimri, po lewej od Macareny na zdjęciu).  Na jej życie wpływa też i (vice versa) rodzina oraz rzutki, inteligentny, ale równie nieskuteczny jak Hermann Brunner ze “Stawki większej niż życie” – inspektor Castillo (Jesús Castejón).

Ferreiro, przyjmująca bolesne psychiczne i fizyczne ciosy, zarówno wątpi w swą wytrzymałość, jaki i nabiera gruboskórności. Odsiadka rzutuje na jej osobowość, stając się swoistą terapią, odnalezieniem “ja”, “ja” radzącego sobie w życiu za kratami, ale także pozbawionego wierzchniej łuski naiwności, pustych gestów, udawanych uczuć.

“Uwięzione” pokazują, że za rolami więźnia, strażnika, lekarza, rodzica kryją się doświadczenia, pragnienia, czasem dewiacje, które powodują, że maskaradę nie zawsze daje się utrzymać w ryzach. Ekstremalne sytuacje wywołują ekstremalne zachowania. Czasem dobre, najczęściej złe i brutalne , a przynajmniej – wyraźnie egoistyczne. Witajcie w świecie homo sapiens, gdy kamery są wyłączone.

Tutaj akurat są włączone i zarzucenie na chwilę mdłej, obowiązującej opowieści o miłości i szacunku do każdego człowieka robi wrażenie.

No, i można popatrzeć na piękne kobiety.

 

 

 

2. Ćma, reż. Tomasz Zygadło

Czy Roman Wilhelmi wznosi ten film na wyżyny sztuki? Czy może scenariusz i reżyseria Tomasza Zygadły wydobywa z aktora wszystko, co najlepsze? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że w dramacie obyczajowym, psychologicznym “Ćma” Najlepszy Polski Aktor (dotąd nie zdetronizowany) w roli Jana, spikera radiowego prowadzącego nocną audycję – rozmowy z widzami o ich problemach, odgrywa chyba większość ludzkich emocji w sposób nie do podrobienia. Wersja made in China nie występuje.

Janowi zazdroszczę żony (ładna i opiekuńcza), współczuję wyboru kochanki (symptomatyczne: “co on w niej widział”), załamuję ręce nad relacjami z synem, podziwiam umiejętność zarówno empatii i asertywności podczas trudnych rozmów ze słuchaczami. Jednocześnie jednak charakter pracy Jana, umiejętność pomagania ludziom, zdejmuje z niego odpowiedzialność za swoje życie i relacje z bliskimi.  Własny los zaczyna wymykać mu się z rąk. Jan popada w konflikty w domu, w pracy, cierpi na niezrozumienie.

Film w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami pewnie został zrobiony za niewielkie pieniądze, ale pod względem dialogów, zdjęć, montażu bije na głowę wiele współczesnych dzieł i szmir.

Stawiam piątkę, zaś samemu Wilhelmiemu – szóstkę. Bo wyżej się nie da.

 

 

3. Django, reż. Quentin Tarantino

Quentin Tarantino od pierwszych kadrów łamie konwencje i miesza gatunki filmowe. Niemiecki dentysta King Schultz (Christoph Waltz) zaprzyjaźnia się tuż przed wybuchem wojny Północy z Południem z niewolnikiem, nie trzeba mówić czarnoskórym, Django. Pokonują razem setki kilometrów, by z rąk narcystycznego, dandysowatego, psychopatycznego plantatora Calvin Candie (Leonardo DiCaprio) odbić żonę Django. W groteskowej, absurdalnej formie Tarantino przemyca ważne przesłanie antyrasistowskie.

Christoph Waltz odgrywa jedną z lepszych swoich ról.. “Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc” – mówi Schultz do Django. I jest to najprawdziwsze i najzabawniejsze zdanie filmu.

 

 

 

4. Green Book, reż. Peter Farrelly

Co zrobić, żeby ograniczyć na świecie rasizm, antysemityzm, a przynajmniej, co jest zupełnie niemożliwe, niechęć między kibicami Legii Warszawa i Wisły Kraków lub – co już podchodzi pod fantasy – Polak przestał pałać darmową nienawiścią do sąsiada? Wystarczy antagonistów wsadzić do jednego samochodu i kazać przejechać pół Polski.

Taką receptę przepisał Peter Farrelly w filmie “Green Book”. Rubaszny, nieokrzesany biały Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) zostaje szoferem i ochroniarzem w podróży przez południowe stany USA genialnego, czarnego muzyka Dona Shirleya (Mahershala Ali). Mężczyźni pokonują nie tylko setki mil, ale także własne uprzedzenia, zakorzenione stereotypy. Podróż jest przy okazji drogą do poznania nie tylko siebie nawzajem, ale również – wejrzenia w głąb siebie samego. Film napędzają świetne role, zabawno-dramatyczne sytuacje, dialogi – humorystyczne, wartkie, chwilami głębokie i ciepłe. Jak piecyk u mamy.

Film drogi toczy się przewidywalną drogą i zmierza do oczywistego finału, nie nudząc – rozczula.

Podczas seansu czujemy, że wszyscy ludzie są braćmi. Potem wychodzimy z kina i przeglądając Facebooka słyszymy panią Szydło. Utwierdzamy się w przekonaniu.

Żyjemy w epoce, gdy nie tylko wypada, ale trzeba kochać wszelkie stworzenie. Czekam na film, w którym brytyjską królową Wiktorię zagra czarnoskóra aktorka. Strach się bać czasów, gdy wahadło politycznej poprawności (choćby najbardziej słusznej) odbije w drugą stronę.

 

 

 

5. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca nakręcił dwa filmy pod tym samym tytułem – “Jestem mordercą”. Dokumentalny (1998) i fabularny (2016) opowiadają historię “wampira ze Śląska”, który od 1964 roku mordował kobiety, uderzając ofiarę kilkukrotnie w głowę tępym narzędziem.  Zabił 14 kobiet, 6 trwale okaleczył.

W filmie fabularnym do rozwikłania zagadki władza kieruje młodego porucznika milicji obywatelskiej Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). W rzeczywistości sprawę prowadził kapitan Jerzy Gruba, który w  latach 80. XX wieku został generałem MO.

Śledztwo jest gorące politycznie, ponieważ wampir zabił bratanicę I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Śląsk oblewa się zimnym potem; kobiety boją się same chodzić po zmroku. Wszak w Polsce Ludowej, kraju bez zbrodni, nie było morderców, a seryjni – występowali jako rakowa narośl w imperialistycznych Stanach Zjednoczonych. Jasiński wykorzystał do rozwikłania sprawy nowatorskie techniki śledcze i operacyjne.
Pojmano Zdzisława Marchwickiego (Arkadiusz Jakubik).

Milicja nie ma żadnych bezspornych dowodów zbrodni Marchwickiego. Tu zaczyna się przemiana Jasińskiego. Z prawego człowieka i idealistycznego milicjanta przeistacza się w oportunistycznego oficera, intryganta (zaprzyjaźnił się z Marchwickim), karierowicza, który ulegając presji przełożonych, społecznej oraz własnej chęci życia w dobrobycie, dąży do oskarżenia i skazania domniemanego zabójcy.

Metamorfoza z motyla w larwę dużo kosztuje. Opuszcza go żona, rozpija się. Swojej nowej kobiecie każe przespać się z sędzią prowadzącym sprawę Marchwickiego, żeby szantażować go intymnymi zdjęciami.

Moralny i życiowy zjazd milicjanta wydaje się naciągany. W wielu innych sprawach tego typu prowadzący sprawę oficerowie i prokuratorzy mają się świetnie. Odbierają nagrody, młode kobiety się w nich zakochują, awansują, przenoszą się do ministerstw w Warszawie. Upadek Jasińskiego nie przekonuje.

W filmie Pieprzycy bardziej fascynuje proces wyrzucania ideałów, topienia wyrzutów sumienia w agresji i alkoholu. Gdy chce się wrócić do donkiszoterii, nie ma do czego. Lawina dawno zeszła z gór.

A wina Marchwickiego? Zabójstwa ustały na dwa lata przed jego aresztowaniem.
“Z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, to tak”.
Marchwicki przyznał się do tego, co mu powiedzieli.

 

 

 

6. Lektor, reż. Stephen Daldry

 

W życiu każdego człowieka da się znaleźć szramę, bliznę, granicę, która dzieli je na przed i po jakimś wydarzeniu, okresie, silnych emocjach. Klaudia po jednym spotkaniu z Michałem pokochała go miłością wieczną, a może tylko tak smakuje zakazany owoc. Jej uczucie w myślach tylko pięknieje.
Michał ma inną cezurę. Nie może odżałować, że nie został z dziewczyną o szerokich biodrach i blond włosach do połowy pleców. Przecież połączyło ich wspólne marzenie o domku na Mazurach, a rozłączyła jego niedojrzałość.
Anka do dziś nienawidzi byłego męża, mimo że od siedmiu lat jest w związku z innym facetem.
Tamtej trójce dziewczynek zmarła mama. Syn Jacka zginął w wypadku, nagle ktoś zdjął życia kolory, zostawił czerń i biel.
Czasem granica się zaciera, zarasta soczystą zielenią doświadczeń. Innym razem przypomina spaloną ziemię, na której nic nie wyrasta. O tym opowiada “Lektor” Bernharda Schlinka oraz film pod tym samym tytułem z doskonałą Kate Winslet. Dla Michaela życie po romansie z Hanną, który przeżył jako piętnastolatek, nigdy nie wypełniło się pełnią barw. Kochał Hannę nadal, uświadomił sobie, nawet gdy okazała się zbrodniarzem wojennym.

 

 

 

Z powieści kiełkuje jeszcze jedno przesłanie. Gdy kierujesz się w życiu poczuciem wstydu i paraliżującym lękiem, uczucia te sprowadzą cię co najmniej na boczny tor, a czasem – pchną  do poważnych błędów.
Szczęśliwi ci, którzy potrafili na kompoście złych przeżyć zasadzić piękny ogród.

 

 

 

Warstwy naszego życia leżą tak gęsto jedna na drugiej, że w tym, co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotne. Rozumiem to. Ale uważam, że czasami jest to trudne do zniesienia. Być może jednak spisałem naszą historię, żeby się jej pozbyć, nawet jeśli nie mogę tego zrobić.
“Lektor”, Bernhard Schlink

 

 

7. Dorwać gringo, reż. Adrian Grunberg

Mel Gibson gra tu złodzieja. Uciekając autem przed amerykańską policją, przez wzniesienie w terenie katapultuje się na meksykańską stronę. Trafia do tamtejszego więzienia, które bardziej przypomina otoczone murem Tepito lub Bronx. Amerykański więzień czuje się tu jak ryba w wodzie.  Siedząc na murku i paląc papierosa albo i nie, od razu rozgryza więzienną hierarchię. Zaprzyjaźnia się z chłopcem, robi sobie wrogów, ale nikt mu karku nie skręca. Bajka trwa w najlepsze aż do melodramatycznego końca. Na lukrowany obrazek więzienia dobrze się jednak patrzy, bo akcja płynie wartko, a humorem można by obdzielić ze trzy tak zwane komedie. Gibson w formie.

 

 

8. Colombiana, reż. Olivier Megaton

“Colombianę” z Zoe Saldaną można obejrzeć z dwóch powodów: Dla urody, gry i gibkości odtwórczyni roli głównej oraz dla zaskakującego zakończenia. Sam scenariusz (m.in. w wykonaniu Luca Bessona) ma kilka ostrych zakrętów, ale mimo nich prowadzi do przewidywalnego, choć powtórzę, oryginalnie podanego finału.

 

Nie będzie nas, będą drzewa. Wernisaż wystawy “Drzewa” w Wiązownie

Ludzie sami są sobie winni, bo od kiedy nauczyli się dokonywać pomiarów meteorologicznych, okazuje się, że temperatura na Ziemi tylko rośnie. Nie mierzyliby, nie byłoby zmartwienia.

Problemem naprawdę są termometry, a bardziej umiejętność naukowego obserwowania pogody, ponieważ skokowy postęp nauki i techniki w XX wraz z rozprzestrzenianiem się idei liberalizmu wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale ma szansę wpędzić ich w otchłań samozagłady klimatycznej. Awers postępu cieszy zmysły pełną miskę, smartfonem i samochodem; rewers męczy szybko rosnącym stężeniem gazów cieplarnianych, smogiem, degradacją środowiska. Czy potrafimy zmienić model gospodarki napędzanej chęcią zysku za wszelką cenę? Czy jesteśmy w stanie powstrzymać zmiany klimatyczne na Ziemi?

Troskę o losy przyrody, drzew w szczególności, wyraża otwarta 23 listopada 2019 r. wystawa “Drzewa” w galerii “Więzy” w Wiązownie. Więcej na niej nostalgii za przeszłością (reprodukcje obrazów Wyczółkowskiego), katastroficznych wizji niż nadziei.

Najbardziej apokaliptyczna wydaje się praca Joanny Czubak. Grupa mężczyzn w garniturach, w melonikach na głowach, siedzi na drzewie bez liści. Z nieba leje się skwar, a twarze ludzi zdają się niemo pytać:

– Cośmy zrobili z tym światem? Uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną, a ona odwraca się do nas pustynią i suszą! Czyżbyśmy źle zrozumieli słowa Pisma?

Joanna Czubak, “Życie na Ziemi”, akryl

Rajskie życie z i w zgodzie z Naturą wydaje się wyłącznie muzealnym eksponatem przywołanym na batiku Joanny Czubak, niczym widok zakurzonej maselnicy nudzącej się w skansenie Ziemi Dowolnej.

Joanna Czubak, “Drzewo Życia”, batik

Póki żyjemy, nie traćmy nadziei. Taką dają niektóre dzieła zgromadzone na wiązowskiej wystawie, między innymi ten powyżej i ten poniżej:

Wlał ją w serca także Arkadiusz Szaraniec, autor książki “Warszawa dzika”.

Chętnym rozdawał do posadzenia żołędzie. Dęby znakomicie nadają się do neutralizacji zanieczyszczeń. Przeciętne drzewo składa się w 47 procentach z węgla, dąb z racji wysokiej gęstości ma go jeszcze więcej.  Z wydobywającego się z rur wydechowych i kominów fabryk dwutlenku węgla – węgiel zostanie w drzewie, a tlen dostaniemy w prezencie. O ile sami go sobie damy. I zdążymy. Największy las świata, tropikalna Amazonia, dający Ziemi 1/4 tlenu ma za kilka lat stracić zdolność do samonawadniania się.  Homo sapiens się spieszy, tylko czy biegnie we właściwym kierunku?

Nie zaprzątajmy sobie głowy wydumanymi problemami. Zbliża się Black Friday. Może będą jakieś tanie samsungi lub przynajmniej LG. Nieliczni odwiedzą galerię “Więzy”. Ciut więcej ludzi posadzi drzewo, bo akurat mają ogródek, a jesień to pora nasadzeń.

Zatem do galerii, potem do łopat!

PS. Rafał Pałyska (lat 11) stworzył na wystawę rysunek tuszem, drzewa też posadził. Jeszcze przed wernisażem.

Rafał Pałyska, drzewo sprzed kościoła św. Wojciecha w Wiązownie, rysunek tuszem

“Drzewa”, Galeria Więzy, Wiązowna. Wystawę można zwiedzać do niedzieli 8 grudnia 2019 r.

Liście drzew pochłaniają do 90 proc. promieni słonecznych, a cień przez nie rzucany schładza powierzchnię gruntu nawet o 20 st. C.

Badania wykazują, że dobrze zaprojektowana zieleń miejska obniża poziom smogu o 10 proc.

Cień rzucany przez koronę drzewa w czasie upałów obniża temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza.

Korzenie mogą zatrzymać 6,6 tys. litrów wody deszczowej rocznie.

Liczba drzew rosnących dziś na całej Ziemi jest szacowna na 3 biliony (bilion to tysiąc miliardów). Zgodnie z wyliczeniami zespołu prof. Thomasa Crowthera musielibyśmy w szybkim tempie zwiększyć ją o kolejny bilion. Najwięcej miejsca o zalesiania – niezajętego przez pola uprawne ani miasta – mają Rosja, USA, Kanada, Australia, Brazylia i Chiny. (…) Niestety, nawet posadzenie najbardziej odpornych drzew na ogromnych obszarach nie wystarczy, bu uchronić nas przed najgorszym scenariuszem katastrofy klimatycznej. – To nie jest panaceum, lecz tylko jeden ze sposobów na walkę ze zmianami. (…) jeśli zadrzewimy 900 mln hektarów, ale nadal będziemy zwiększać produkcję gazów cieplarnianych w tym tempie, co obecnie, za 22 lata wrócimy do punktu wyjścia.  [1]

[1] Focus, nr 09/2019, wrzesień 2019

“Bezsenność w czasie karnawału” [RECENZJA]

Z panteonu wybitnych Polaków najbardziej tęsknię za Januszem Głowackim, Zbigniewem Nienackim i Martą o blond włosach, małych piersiach i dużym tyłku. Albo na odwrót, choć włosy rzeczywiście były blond, a na dodatek do połowy pleców. Tęsknota za Martą wydaje się oczywista i nie wymaga dodatkowych wyjaśnień.

“Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki

Z Nienackim też nie mam większych wątpliwości, bo współpracował z SB, uganiał się za nastolatkami, ale w książkach akurat o tym nie pisał. Szkoda. Bajał o harcerzach dzielnie tropiących skarby, dbających o przyrodę ojczystą i zwalczających wszelkie objawy handlu dziełami sztuki z “drugim obszarem płatniczym”. Przez chwilę zastanawiałem się, o czym dziś tworzyłby Nienacki. Nie wiem.

Porzucam myśl, bo miało być o “Bezsenności w czasie karnawału”, ostatnich zapiskach Janusza Głowackiego zebranych i opracowanych przez Olenę Leonenko-Głowacką. Ostatnich zarówno w sensie chronologicznym, jak i znaczenia – mocno osobiste pożegnanie się z czytelnikami bez podlizywania się, dziękowania i modlitwy.

Głowacki Nienackiemu do pięt nie dorasta, bo nie donosił, lubił dziewczyny i chwalił się tym w książkach. O Głowackim mógłbym powiedzieć, że jego książki “skrzą się” ironią, mienią sarkazmem i przytłaczają tragizmem. Otwierają oczy, pchają do jeszcze bardziej wzniosłych czynów, rozbudzają miłość do literatury i tego typu frazy na poziomie wczesnego liceum. Ale jest zupełnie inaczej, o czym ciut niżej. Co w ogóle nie znaczy, że mądrzej czy lepiej.

Chyba każdy spotyka w życiu jedną, a najwięcej trzy osoby, które czytają z duszy drugiego człowieka jak z otwartej księgi. Na nic zdają się kłamstwa opakowane w nic jak lejsy paprykowe, cytaty wyjęte z fejsbukowych memów i gorące zapewnienia, że cieszą cię niesamowicie małe i duże sukcesy bliźnich, kiedy akurat zawiść i zazdrość zaliczają się do twoich czołowych zalet.
Tymi wróżkami, medium może być ojciec, matka, a nawet bardziej, własna sąsiadka. Ksiądz, kochanka, żona, a w końcu – i to najbezpieczniejsza wersja: książka. Inny człowiek, to wiadomo, przeczyta duszę, niby chcę ją uleczyć, do rany przyłożyć, ale na koniec wywlecze jej tajemnice jak Adolf sekrety Pana Kleksa. Zdradzisz kochance, ile zarabiasz, ta jeszcze żonie powie i życie zmarnowane. A tak masz na podorędziu Głowackiego i Nienackiego, bo Marta wyszła za mąż, ma dzieci i torbiele na jajnikach.

Nikogo to nie interesuje, a nawet gdyby, to i tak nie zdradzę, co wyczytał we mnie Głowacki. Do dziś byłem pewien, że to ja czytam Głowackiego, ale doniosłe przemyślenia na podłodze w łazience podczas nomen omen bezsennej nocy z “Bezsennością” pozwoliły mi pojąć, że to Janusz Głowacki odczytał moje nastroje, zaniechania i tęsknoty. I żeby w końcu Lewandowskiemu noga się powinęła.

“Bezsenność w czasie karnawału” trochę przywodzi na myśl “Z głowy”. Jest w niej tyle samo sarkazmu, ironii i błazenady co w sławnej powieści, autobiografii, ale więcej wesołego tragizmu. Głowacki zabrał mnie w swoją ostatnią drogą, ale kondukt bardziej wygląda jak orszak weselny, w którym za autami  hałaśliwie ciągną się łańcuchy puszek po żubrach, lechach i dębowych. W tym przypadku są to wspomnienia o Himilsbachu i Maklakiewiczu, Tadeuszu Konwickim i innych literatach, kwiaciarce z Krakowskiego Przedmieścia, barach Nowego Jorku oraz o niegdysiejszych rozpustnicach, dziś emerytkach, co blokują wnukom mieszkania w dobrym punkcie Warszawy. Głowacki ostatnią drogę zamienia w wesołą stypę. Usiądźmy na grobie i wypijmy po jednym, bo piździ.

Tak Głowacki wspomina ostatnie chwile swojej matki, ale pasuje do kondycji człowieka w ogóle:

– Mój Boże, Janku, jak to szybko poszło.
A mówiła o osiemdziesięciu pięciu latach. Wtedy mi się to wydawało bardzo długo, teraz już nie. Powiedziała też: “Mój Boże”, choć dawno zerwała z religią, bo nie mogła wybaczyć Bogu tego, co zrobił z Hiobem. Obie koszmarne wojny jakoś mu wybaczyła. Rozstrzelanego jako zakładnika swojego ojca i zamordowaną w jakimś obozie matkę też. To, że jej mąż kochał całym sercem swoje kochanki i przez to umarł, a astma tylko pomogła, że ja wyemigrowałem z córką do Ameryki i zostawiłem ją samą – też. A Hioba nie. Taka jest przewaga mitu nad całą resztą.

Życie jest bajką. Czasem wesołą, czasem tragiczną. Farsą. Dawno temu w Ameryce ogłosili konkurs na sobowtóra Charliego Chaplina. Oryginał też się zgłosił, ale odpadł. Głowacki na swojego sobowtóra się nie zgłosi, ale następców nie widać. Szukam. Proszę o listę książek, bo tymczasem pierwsze miejsce najlepszych książek mojego życia nadal zajmuje “Z głowy”.
“Bezsenność w czasie karnawału” może by się nadawała, ale jednak widać, słychać i czuć, że to robota nie dokończona, szkic, wersja robocza. Czyli trochę jak w życiu. Kończy się ono zazwyczaj co prawda po obiedzie, ale przed deserem.

Jak każdy człowiek przyzwoity, ludzi przegranych nie lubię wprost wyjątkowo, a dobroci to już mi nikt zarzucić nie może, poza wróbelkami. A zapisuję to wszystko naumyślnie z nadzieją, że wywołam u czytających poczucie nie żeby zaraz zrozumienia, ale wyższości. To już coś, bo takie poczucie, że się jest lepszym, pomaga, daje sporo radości i nadaje sens życiu. No nie aż tak jak zemsta, chęć odwetu, nienawiść, bo one to już bardzo pomagają. I człowiek nawet nie zauważy, jak to życie przyjemnie i szybko przeleciało.

Daję cztery za treść, cztery za formę, bo choć krótkie lubię, to jednak za krótko też niedobrze. Ogólnie: cztery na sześć.


„Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki, W.A.B., Warszawa 2018

To pewnie bracia emeryci przestraszyli się, bo my boimy się wszystkiego. To akurat, wiem, mieszkają dwie staruszki – moje dawne koleżanki, byłe sławne modelki i jeszcze sławniejsze rozpustnice. Ale przegapiły chwilę.

Odłożyły na zakup mieszkania, wytapetowały ściany okładkami z magazynów, na których stoją dumnie i patrzą na wszystko z góry. A teraz na sztywnych, wychudzonych nogach, które kiedyś budziły wściekłe pożądanie, krążą między oknem i telewizorem. Żyją z rent i wspomnień, i mogą liczyć tylko na pieszczoty ślepej jamniczki. Palą papierosy, siedzą w oknach i trochę się boją, a jeszcze bardziej wstydzą, bo wiedzą, że żyją za długo. Blokują mieszkanie w dobrym punkcie i są na utrzymaniu suwerena, zwłaszcza że rozchodzą się alarmujące wieści, że Polacy żyją coraz dłużej kosztem nowych narodowych dzieci. Więc lepiej o sobie nie przypominać i w karnawał te okna zamykać po cichu.

“Zimna wojna” – taniec manekinów [RECENZJA]

W “Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego zgadza się prawie wszystko: minimalistyczne dialogi, muzyka, montaż, gra aktorska. Tylko jeden element nie pasuje, który przeszkadza uznać ten film za wybitny.

Nie będę streszczał fabuły wymyślonej przez Pawła Pawlikowskiego we współpracy z Januszem Głowackim. Dość powiedzieć, że opowiada ona historię miłości, ale – raz z powodu akcji trwającej kilkanaście lat, dwa – z zabiegu artystycznego, jedynie oświetla wybrane etapy życia głównych bohaterów Zuli (Joanna Kulig), Wiktora (Tomasz Kot), Lecha (Borys Szyc). Podglądanie ich życia przez chwilę, jakby Pawlikowski robił im zdjęcia (o tym niżej), sprawia, że rysunek postaci staje się dwuwymiarowy, brakuje mu głębi ostrości. Uczestnicy dramatu tkwią w wiecznym napięciu, nigdy nie gasnącej namiętności, werterowskich rozterkach, zaś Lech – chęci robienia kariery bez względu na okoliczności.

Zula i Wiktor nie rozmawiają. Dialogi w filmie podsumowują pewien kilkuminutowy fragment filmu pod postacią krwistych i ciętych ripost. Szło to jakoś tak:
– Michel zerżnął mnie sześć razy, nie to co polski artysta na emigracji.
Wiktor uderza Zulę w twarz. Ta, podnosząc się z ziemi, bez złości i żalu, ale z wyuzdanym zadowoleniem odpowiada:
– To ja rozumiem.

Kochający się na zabój Zula i Wiktor zastygają w wytworzonym przez ich własne głowy świecie niemożności, nadziei i lęków, kłamstw. Blokujące ich emocje nie pozwalają miłości wypłynąć na szerokiego przestwór oceanu. Tam, gdzie on chce, ona się waha. Tam, gdzie ona gotowa w ogień wskoczyć, on się wycofuje. Życie ludzkie przypomina chocholi taniec, teatr. Jedno z najlepszych ujęć w całym filmie pokazuje parę rozmawiającą w pociągowej toalecie. Rozentuzjazmowany Wiktor zdradza Zuli plan ucieczki do zachodniej części Berlina, ale wyraz twarzy kobiety studzi emocje kochanka: “Nie twórz mi tu zamków na piasku, i tak nie ucieknę”. Wiktor tego chłodu nie dostrzega. “Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam” – jak śpiewał Kazik.
W życiu ludzi silne emocje, takie dominują w “Zimnej wojnie”, albo potrzebują ciągłego paliwa, albo znajdują ujście w depresji, alkoholu lub samodyscyplinie, która pozwala je wyciszyć. W filmie nikt się nie zapija, nie umiera jako gogolowski “były człowiek”, Zula nie wyjeżdża na placówkę do “drugiego obszaru płatniczego”. Pawlikowski poszedł najkrótszą drogą, przez co zakończenie mnie rozczarowało.

Brak trójwymiarowości, pełnego rysu miłości Zuli i Wiktora, ratuje czarno-biała, mocno kontrastowa tonacja filmu, która sprawia, że widzowie skupiają się na grze aktorskiej, mistrzowskiej w wykonaniu Kota i Kulig. Trudno wskazać, kto w tym duecie był lepszy. Remis ze wskazaniem  na Kulig, która z racji roli ekspresyjnej, bezpośredniej, momentami wulgarnej roli femme fatale siłą rzeczy wypadła bardziej wyraziście.
Dyrygent Pawlikowski na tyle pozwala operatorowi zajmować się planem i tłem, na ile jest to niezbędne do pokazania zmiany miejsca akcji lub pokazania nowego: pałac, pociąg, mroczny i zimny Berlin, nostalgiczny Paryż, polski pekaes, baby w chustach, jaja w koszach. Czarno-biała taśma działa jak soczewka, nie rozprasza uwagi widza.

Zdjęcia Łukasza Żala tworzą osobne dzieło sztuki. Z wielu ujęć spokojnie można wyłowić stopklatki i wybrać zdjęcia, które przyciągnęłyby widownię najlepszych galerii fotograficznych.

Niski ukłon, moja dłoń szoruje po żerańskim bruku, kieruję w stronę Pawła Pawlikowskiego za popularyzację muzyki ludowej. Jestem pewien, że płyty z utworami “Mazowsza” znikają z antykwariatów. “Dwa serduszka, cztery oczy, oj oj oj”.

“Zimna wojna” opowiada o miłości, za którą mało kto ma odwagę, a przynajmniej chęć, podążyć. Bez względu na cenę. Szacunek dla odważnych! W filmie odnajdą się zarówno spełniający marzenia, jak i rdzewiejący na bocznicy życia. Jedni i drudzy, do kina!

“Zimna wojna”, 2018, reż. Paweł Pawlikowski

 

“Czas mroku” – swego nie macie, cudze chwalcie [RECENZJA]

Zachęcony lapidarnymi komentarzami rodaków na youtube pod filmem dokumentalnym „Winston Churchill” oceniającymi postawę brytyjskiego premiera wobec Polaków podczas drugiej wojny światowej: „Jebać go, sprzedał nas z Ameryką. Ruskim gnojom. menda sprzedajna. Alkocholik i marderca Sikorskiego! Niech gnije w PIEKLE!!!” (pisownia oryginalna) – postanowiłem wybrać się na „Czas mroku” Joe Wrighta.

 

W postać Churchilla nie tyle wcielił się Gary Oldman (ponoć murowany kandydat do Oscara za tę rolę; Oldman Oscara dostał – komentarz z 5 marca 2018 r.), ile wręcz się w niego przeobraził. Raczej szczupły, o pociągłej twarzy Oldman, w niezbędnej dla tej roli charakteryzacji, nie stał się sztuczny czy komiczny. Stworzył Churchilla charyzmatycznego, dowcipnego, chaotycznego, narcystycznego, ale przede wszystkim odważnego.

Jakbyśmy przenieśli się w czasie do 1940 r.

W tym roku rozgrywa się akcja filmu. Wojska Wehrmachtu zajmują kolejne kraje Europy: Francję, Holandię, Belgię. Nazwa „Polska” nie pada w filmie ani razu. Premier Neville Chamberlain traci poparcie w społeczeństwie i podaje się do dymisji. Odsunięty od ról głównych w polityce Churchill kisi się w oparach dymu cygar, zapachu whisky, wisielczym humorze. Król Jerzy VI powierza mu misję tworzenia rządu, pytając przy okazji:
– Może pan pić w ciągu dnia?
– Kwestia praktyki – podsumowuje Churchill.

Obejmuje urząd premiera. Oldmanowi udaje się oddać całą paletę uczuć, które mogły towarzyszyć politykowi w tych ciężkich czasach: nadzieję, strach, śmieszność, patos strzelistych mów. Churchill, przypuszczalnie choleryk, polecenia wydaje w okamgnieniu i oczekuje natychmiastowej realizacji. Opór innych polityków we własnym rządzie i partii przyjmuje z irytacją („Niech pan mi nie przerywa, jak ja panu przerywam!”), ale jednocześnie każe mu on zastanowić się nad słusznością drogi. Chwile wahania, niepewności oraz drogi dojścia do kluczowych decyzji (negocjacje pokojowe z Hitlerem czy wojna) mogły z „Czasu mroku” zrobić film wybitny.
Reżyser uciekł jednak w kicz i polityczną poprawność. Wysłał premiera, by porozmawiał w londyńskim metrze ze zwykłymi ludźmi. Ci zapewniają go, że żadnych ustępstw nie chcą, kompromisami się brzydzą, a Murzyn siedzący kilka kroków od premiera zna się na literaturze. Pomijam fakt, że przejazd od stacji St. James’ Park do Westminster zajął w filmie z pięć minut. Normalnie trwa dwie. Nie mająca oparcia w faktach rozmowa z londyńczykami przekonała Churchilla do zarzucenia planów pertraktacji pokojowych z Niemcami. Film zamyka słynne przemówienie w Izbie Gmin:

„Chociaż wielkie obszary Europy i wiele starych i sławnych państw wpadło lub może wpaść w ręce gestapo i całego ohydnego aparatu rządów nazistowskich, my nie osłabniemy ani nie ulegniemy. Wytrzymamy do końca. Będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większym przekonaniem i coraz większą siłą w powietrzu. Będziemy bronić naszej wyspy bez względu na cenę. Będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy”.

Rodakom, przeklinającym Churchilla, dedykuję cytat z książki „Obłęd ‘44” Piotra Zychowicza:Nie oburzajmy się jednak na Brytyjczyków. To, że nie brali pod uwagę olbrzymich kosztów, z jakimi wiązała się działalność bojowa polskiego podziemia, jest w pełni zrozumiałe. W końcu zadaniem rządu Wielkiej Brytanii było walczyć o interesy własnych, a nie cudzych obywateli”.

Jeśli nawet „Czas mroku” upraszcza mechanizmy wielkiej polityki, to na pewno skłania do poznania biografii Churchilla, historii Anglii, a przynajmniej nauki angielskiego. Jan Ciechanowski w książce „Powstanie Warszawskie” napisał:
„Niestety w decydującym dla nas momencie II wojny światowej, kiedy ważyły się losy nie tylko samej Warszawy, ale też Polski i Polaków, i to na długie lata, nie mieliśmy polityków i przywódców na skalę Churchill ‘a czy de Gaulle’a”.

Swego nie macie, cudze oglądajcie.

Daję czwórkę z plusem. Dałbym piątkę, gdyby nie to nieszczęsne metro.

„Czas mroku”, reż.: Joe Wright, dystr.: UIP

Wanda Chotomska – nie mam nic do ukrycia [RECENZJA]

Dzieciństwo miałem raczej szczęśliwe. Kiedy w siódmej klasie podstawówki zachorowałem na zapalenie płuc, chomik uciekł za regał i nie dawał się wybawić ani marchewką, ani cukinią. W obliczu porażki w opiece nad zwierzęciem w sukurs nadciągnęły dwie koleżanki. Marzenka z dołu i Sylwia z góry. Sylwia się we mnie kochała, a Marzenka – miała duże piersi. Nie. Było na odwrót. Za meble schowała się świnka morska.

W wolnych chwilach od zajmowania się folwarkiem zwierzęcym i zapadania na zapalenie płuc czytałem książki, które trudno posądzać o pudrowanie młodej duszy, a więc Jacka Londona, Jamesa Oliviera Curwooda oraz historię wyrzynania dobrych Indian przez złe blade twarze.
Trudno się zatem dziwić, że wiersze Wandy Chotomskiej poznałem dopiero z biografii „Wanda Chotomska – Nie mam nic do ukrycia” autorstwa Barbary Gawryluk. To już się robi powoli moda, że pisarz ciężko chory zaprasza do spisania mijającego życia zaprzyjaźnionego dziennikarza, dziennikarkę, która bardziej niż biografię pisze panegiryk. Znajomi, rodzina, wydawcy, koledzy po piórze zapamiętali autorkę wierszy i piosenek dla dzieci jako kobietę zdolną, energiczną, doskonale i gustownie ubraną, zarażającą entuzjazmem innych. Nie chciałbym wyjść na malkontenta, ale dziś podobną wymową ma co drugi post na blogu lajfstajlowym lub motywacyjnym.
Jednowymiarowość świata wyłaniająca się z książki Gawryluk z minuty na minutę staje się coraz bardziej nużącą, tym bardziej że najwięcej dzieje się w pierwszej części książki i życia Chotomskiej, gdzie autorka pisze o wojnie, latach pięćdziesiątych, a przede wszystkim przyjaźni bohaterki z Mironem Białoszewskim:
“W swoim mieszkaniu na Poznańskiej organizował tak zwane czytania i mnie też tam zaprosił. Kiedyś to mieszkanie musiało być bardzo reprezentacyjne, ale wtedy poprzedzielano je na różne klitki. Jego pokój dodatkowo przegrodzony był dyktą, za którą mieszkali jacyś ludzie, nazywaliśmy ich przepierzeńcami, a u niego żył jakiś kolejarz. Dzieliła ich tylko rura od pieca, bardzo zresztą pięknego, ten piec nawet trafił do któregoś z wierszy. Na owej rurze suszyły się zawsze onuce tego kolejarza, a w garnku gotował się kapuśniak. A myśmy tam przychodzili i ścieśnialiśmy się na łóżku. Miron robił dla siebie mocną herbatę, taką, że łyżka stawała,  a potem nam czytał i  z tego czytania pamiętam różne wersje “Pamiętnika z Powstania Warszawskiego”.
Pomijając opowieści z tamtych właśnie czasów, trochę się to czyta, jakby oglądało „M jak miłość”. Jak jedzą to sałatkę grecką w bistro, zapijając białym winem. Jak pracują, to w kancelarii prawnej albo przynajmniej na posterunku policji, która dzielnie strzeże porządku publicznego, z zapałem śledząc wieśniaków wyrzucających śmieci do lasu. Po Warszawie i Lipnicy przemieszczają się Land Roverami, tramwajem na gapę nikt nie jeździ.
Z książką o Chotomskiej, obrazoburczo powiem, że i z samymi wierszami, jest jak z obrazami da Vinci, o czym pisał Pierre La Mure w „Moulin Rouge”:
– Jeżeli pozwolisz, powiem ci teraz, dlaczego twierdzisz, że to Leonardo namalował Mona Lizę.
– Doskonale – zaśmiał się drwiąco Anquetin, zachwycony tą zmianą taktyki. – Słucham cię.
– Dlatego, że jest to napisane na mosiężnej tabliczce u dołu ramy. – Henryk uśmiechnął się szyderczo do swego przeciwnika. – Tak, stary. Na tej małej tabliczce wyryty jest napis: „Leonardo da Vinci. 1452-1519”. Stąd twoja pewność. Gdybyś znalazł Mona Lizę w sklepie u antykwariusza, zakurzoną i nieoprawioną, pomyślałbyś, że to jakiś dobry, mocno popękany pod grubą warstwą werniksu portret z epoki odrodzenia i dałbyś może za niego pięćset franków.
Jeśli nie jesteście wychowani na wierszach i piosenkach Chotomskiej i nic innego do czytania pod ręką, możecie sięgnąć po tę książkę. Z bajek wolę “Dziewczynkę z zapałkami”, bo nędza wymaga więcej wysiłku, nie tylko do jej przeżycia, ale i do opisania.
Oceniam “Wandę Chotomską – Nie mam nic do ukrycia” na 3 w sześciostopniowej skali.
“Wanda Chotomska – nie mam nic do ukrycia”, Barbara Gawryluk, Marginesy, Warszawa 2016

Cztery pory roku. Zima.

Cztery pory roku. Antonio Vivaldi. Zima. Allegro non molto. Płatki śniegu bezszelestnie spadały na azbestowy daszek altany śmietnikowej obok bloku na Żeraniu, w której spał Andrzej. Ostry, porywisty, północny wiatr obniżył temperaturę o kilka stopni. Poprzedniego dnia ktoś ukradł Andrzejowi dom, namiot, który rozbił w zaroślach nad Kanałem Żerańskim. On w tym czasie zbierał puszki po piwie. Dużo nie zarobił, bo zimno i ludzie nie piją na powietrzu, ale 10 zł wpadło.

Najgorsze, że stracił swoje cztery kąty zamocowane na aluminiowych  śledziach. Teraz stał się podwójnie bezdomny. Nie odczuł straty. Jak gogolowscy “byli ludzie”, a może jak starzy jogini, wiedział, że to co mu się w życiu przytrafia nie jest ani dobre, ani złe. Po prostu jest. Nie zastanawiał się nad kradzieżą. Leżał pod dużym kartonem z napisami LG, SMART TV, HD.

W bloku obok zapalały się światła. Na zewnątrz, choć przecież Andrzej był na zewnątrz, noc krzyżowała się z dniem. Andrzej wiedział, że musi iść. Nie jest nocnym drapieżnikiem. Jest ofiarą. W dzień i w nocy. Musi iść. Ludzie wychodzą do pracy. Wyrzucają śmieci, wyrzucają jedzenie.
– Do jakiejś pracy byś się zabrał, łachmyto.
– Nie chciało się pracować, to masz.
– Spierdalaj, chuju.
Zna na pamięć odpowiedzi, gdy prosił o coś do jedzenia.

Largo. Andrzeja rok temu wyrzuciła z domu jego partnerka. Młodsza od niego o 12 lat. Ma z nią syna Kacpra. Poznała innego, mówiąc mu na odchodne, że zarobić na dom nie potrafi, ani porządnie jej zerżnąć. Przez pierwszy miesiąc mieszkał u kolegi – „dopóki nie stanie na nogi”. Do rodziców, 30 kilometrów od Rzeszowa, nie chciał wrócić. Przecież ostrzegali, że Renata to latawica i tylko myśli o markowych ciuchach. I wyrzekają się go, bo zamiast pomagać w polu, to do Warszawy jeździ. Na odchodne, zostając na kilku hektarach, oznajmili:
– Jedź, ale tu powrotu już nie masz.
Kiedy to było? Kacper niedługo skończy cztery lata, może sześć. Na ulicy czas mierzy się na kilogramy metalu, litry alkoholu. Jutro nie istnieje. Tomorrow dies.

Po paru minutach słuchania, czuję, że mogę góry przenosić – oznajmiło radio Złote Przeboje, budząc Roberta w bloku, przy którym stał doraźny dom Andrzeja. Grzejnik, rozprowadzając ciepło, tworzył enklawę lata w małym pokoju:
– Justyna, nie wstajesz dziś?
– Nie. Słyszę, co się dzieje za oknem. Apokalipsa. Wyje, gwiżdże, jakby diabeł, nie Bóg, zapowiedział koniec świata.
– Przesadzasz, jest tylko minus 1. Kupiłaś sobie puchową kurtkę w H&M, z misiowym kapturem.
– Ale mi się nie chce. Okna mamy nieszczelne, misiu.
– Za to grzejnik gorący jak ja.
Robert przylgnął do jej pleców.
– Poleżymy jeszcze 10 minut, bo to chyba jakiś Armagedon – pocałował ją pod łopatką.
– Julkę trzeba budzić.

Andrzej ciągnął swoje nogi wzdłuż Kanału Żerańskiego. Rozglądał się na boki, szukając puszek. Polował, nie zawsze to jego ścigali. Tylko nieżywa, aluminiowa zwierzyna ukryła się w płytkim śniegu. Myśliwy się poślizgnął. Upadł.

Allegro. Dzieci z bloku na Kowalczyka wybiegły na duży plac przed blokiem. Rzucały się śnieżkami:
– Julka, zmoczysz buty, przeziębisz się. Skończ z tymi głupotami.
– Mamo, ulepimy bałwana.
– Nie spóźnij się do szkoły.
– Mam na dziewiątą.
Justyna machnęła ręka, na dziewiątą to ona musi być w pracy. Wyrzuciła śmieci. Święta minęły, a ludzie telewizory kupują, pomyślała, patrząc na oparty o ścianę wiaty karton z napisami  LG, SMART TV, HD. Z dachu zsunęła się ciężka czapa śniegu.

Tłumaczenie piosenki “Someone like you” Adele

Słyszałam, że się ustatkowałeś
że znalazłeś dziewczynę i jesteś żonaty
Słyszałam, że twoje marzenia się spełniły
Przypuszczam, że dała ci coś, czego ja nie umiałam

Stary przyjacielu, czemu jesteś taki nieśmiały
To nie w twoim stylu stać w tylnym rzędzie

Nie znoszę pojawiać się znikąd nieproszona
Ale nie mogę też stać z boku i nie walczyć
Miałam nadzieję, że gdy mnie zobaczysz, wszystko sobie przypomnisz
Bo dla mnie się to nie skończyło

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

Czas płynie,
A jeszcze wczoraj byliśmy królami życia
Poczęci przez słońce i dorastający w jego poświacie
Ustrzeleni niespodziewanie strzałą Amora

Nie znoszę pojawiać się znikąd nieproszona
Ale nie mogę też stać z boku i nie walczyć
Miałam nadzieję, że gdy mnie zobaczysz, wszystko sobie przypomnisz
Bo dla mnie się to nie skończyło

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

Bólu i rozpaczy nie da się porównać z niczym
Wciąż rozpamiętuję błędy i żale
Z nich utkane są wspomnienia
Tylko czemu nikt nie uprzedził, że smak tak słodko-gorzki?

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

“Gustaw i Ja” [RECENZJA]

Zmarłym bliskim stawiamy wielkie marmurowe, lub tylko z podrabianego marmuru, pomniki. Potem kładziemy wielkie wieńce ściętych roślin, w wersji ekonomicznej – kwiaty pachną plastikiem. Przed nimi stawiamy znicze z Matką Boską lub Janem Pawłem II. Przecież nie robimy tego dla zmarłych. Im jest wszystko jedno. Boimy się… własnej śmierci.
Życie wypełniamy jedzeniem śniadania w McDonaldzie, potem – liczymy, sprzedajemy, montujemy. Rodzimy dzieci. Wychowujemy, jak umiemy. Nie wiadomo kiedy światła rampy, na której występujemy, gasną jedno po drugim. Trochę to przeraża, trochę napawa niezrozumieniem. O co chodzi w życiu? Tak to przynajmniej widział Jean Paul Sartre w “L’Existentalisme est un humanisme”. Czy jestem egzystencjalistą?
Nie jest sztuką być pesymistą, widząc, jakie gówno rozlewa się wokół nas.

Gustaw i Ja, Magdalena Zawadzka

Ale gdy umiesz zachwycać się pięknym ciałem dziewczyny w okolicznościach przyrody piaszczystej wiślanej plaży, gdy potrafisz pochylić się na troskami i nadziejami przyjaciół, gdy czujesz, że “Mistrz i Małgorzata” dotyka fizycznie twojej duszy, wreszcie – gdy odczuwasz błogostan, zagryzając długie źdźbło trawy, leżąc wśród chabrów, os i zbóż, wiesz, że szczęście cię otula. Na chwilę.

We wspominaniach Magdaleny Zawadzkiej o Gustawie Holoubku i jej małżeństwie z nim – “Gustaw i Ja” – nie umiem poczuć ani bólu egzystencji, ani zatrzymania się czasu podczas upojnych chwil nad Wisłą. Dopiero pod koniec auto(biografii) Zawadzka dotknęła życia, ale wcześniej cegiełka po cegiełce stawiała dobrze już znane lukrowane pomniki.

Aktorka niemal encyklopedycznie ułożyła drogę artystyczną swoją i męża, przeplatając encyklopedię ciekawostkami z życia osobistego. Zerknięcie za kurtynę aż tak pasjonujące nie jest. Magdalena Zawadzka i Gustaw Holoubek za PRL-u nie stoją w kolejkach, nie polują na zwierzynę w “Społem”, pomarańcze i papier toaletowy. Natomiast jeżdżą po całym świecie z kolejnymi teatrami, w których grają, reżyserują (Holoubek). Nie wiem, czy im zazdroszczę, czy współczuję. Żywię się wyższymi uczuciami, więc to drugie na pewno nie. Ale to pierwsze – też nie. Biografia Holoubka i autobiografia Zawadzkiej trąci dwuwymiarowością. Poza ostatnim rozdziałem, w którym aktorka opisuje walkę Holoubka z chrobrą nerki i własne wiosłowanie przeciwko prądom życia, zalatuje banałem. Wieje i spadają liście jak w Święto Zmarłych.

Dla mnie Holoubek chyba na zawsze pozostanie Wolandem z “Mistrza i Małgorzaty”, serialu Macieja Wojtyszki.

Anna Dymna i Gustaw Holoubek w “Mistrzu i Małgorzacie” w reż. Macieja Wojtyszki
“Mistrz i Małgorzata”, Maria Probosz i Gustaw Holoubek w “Mistrzu i Małgorzacie”
Gustaw Holoubek w “Mistrzu i Małgorzacie”

Szkoda, że Magdalena Zawadzka niewiele w ten obraz wniosła.
Natomiast zachęciła mnie do przeczytania “Skiza” Zapolskiej i “Na pewno przyjdzie” O’Neilla.

Daję trójkę z plusem za solidną kwerendę drogi artystycznej Holoubka. Dlaczego nie mogę dać wyższej noty – napisałem powyżej.

„Gustaw i Ja”, Magdalena Zawadzka, Marginesy, Warszawa 2011