Tłumaczenie piosenki “Someone like you” Adele

Słyszałam, że się ustatkowałeś
że znalazłeś dziewczynę i jesteś żonaty
Słyszałam, że twoje marzenia się spełniły
Przypuszczam, że dała ci coś, czego ja nie umiałam

Stary przyjacielu, czemu jesteś taki nieśmiały
To nie w twoim stylu stać w tylnym rzędzie

Nie znoszę pojawiać się znikąd nieproszona
Ale nie mogę też stać z boku i nie walczyć
Miałam nadzieję, że gdy mnie zobaczysz, wszystko sobie przypomnisz
Bo dla mnie się to nie skończyło

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

Czas płynie,
A jeszcze wczoraj byliśmy królami życia
Poczęci przez słońce i dorastający w jego poświacie
Ustrzeleni niespodziewanie strzałą Amora

Nie znoszę pojawiać się znikąd nieproszona
Ale nie mogę też stać z boku i nie walczyć
Miałam nadzieję, że gdy mnie zobaczysz, wszystko sobie przypomnisz
Bo dla mnie się to nie skończyło

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

Bólu i rozpaczy nie da się porównać z niczym
Wciąż rozpamiętuję błędy i żale
Z nich utkane są wspomnienia
Tylko czemu nikt nie uprzedził, że smak tak słodko-gorzki?

Ale to bez znaczenia, bo znajdę kogoś jak ty
A jeśli ci czegoś życzę, to wszystkiego, co najlepsze
Błagam, nie zapomnij mnie, mówiłeś, że będziesz pamiętał
Trwam w miłości, choć ona tylko rani
Trwam w miłości, choć ona tylko rani i boli

Dziewczyno, nie uciekniesz od przeznaczenia, cz. III

Zawsze mu się wydawało, że życie będzie miał inne, obfitsze, bogatsze, niezwyklejsze niż wszyscy. (…) Zdawało mu się przez chwilę, że wszystko rzeczywiste odbyło się wówczas, piętnaście lat temu, a on nic o tym nie wiedział. Tyle starań i wysiłków włożył w następne lata życia, tak wyczerpały go one, i teraz dopiero dostrzega, że były one prochem. Nic mu z nich nie zostało, nawet wspomnienie ówczesnego szczęścia dzisiaj dopiero zdobył. Zobaczył jak na dłoni, że, jak się to mówi w mieszczańskich rodzinach, zmarnował się. Wielki to grzech nie umieć spostrzec własnego szczęścia.
Jarosław Iwaszkiewicz, Panny z Wilka.

– Miłość jest jedynym ludzkim dobrem, po stracie którego czujesz rozpaczliwą pustkę – pomyślał Rafał siedząc w metrze. Wracał do domu na Grochów z pracy na Mokotowie, a i po późniejszej wizycie u córeczki Zuzi. Ciekawe, czy naprawili te latarnie na Kutnowskiej, wczoraj nie świeciły.

-To znaczy czujesz pustkę nawet nie po stracie, choć na początku też, czyli przez pierwsze dwa lata. Ale jak dwa lata miną na płaczu, modlitwach i nadziei, zdajesz sobie sprawę, że rozpacz wynika ze straty nie do powetowania. Żadna inna, choćbyś spotkał się z tysiącem dziewczyn z Badoo, z Sympatii, skądś, nie wywoła huraganu w twoim życiu. Tęsknisz za  wiatrem, ale on nie nadchodzi. Już się wywiało, bryza będzie głaskać? Może wysokie fale z odejściem Marty opadły i już nie wrócą?

w tym domu przy Madalińskiego w Warszawie Marta wychodziła na balkon, żeby palić mentolowe Pall Malle

Czemu, do cholery, gadki innych kobiet wydają się Rafałowi takie jałowe? Te rozmowy na kawkach w Starbucksie. On mnie zostawił, nie płaci na dzieci i takie tam. Istnieję, bo mąż odszedł. Rafał chce wierzyć Alicji Majewskiej. Nie zgadza się, że wszystko w miłości już było i teraz patrzeć tylko wzrokiem ponurym. Dla niego życie teraz to knajpa portowa, dla niej ocean, ale gdzie ona jest, co to na morza z nią wypłynie. Co za niesprawiedliwość. Gdy Rafał był z Martą, nie było dla niego oceanów nie do przepłynięcia, lądów nie do zdobycia. Wyspy Wielkanocne, proszę bardzo.  Emocje Rafała zwiedziły już cały świat, co to się dziwić, że nudziły go kobiety, z którymi umawiał się w Starbucksie.

Wspomnienia blakną w pamięci, o czym Rafał był przekonany, bo przecież od rozstania z Martą minęło dwadzieścia pięć miesięcy i osiemnaście dni. W międzyczasie rozwiódł się z Anką, która nie zachwyciła się faktem, że jej mąż będzie miał dziecko z “ta kurwą”.
“Zanim zrozumiesz, jak bardzo kochałeś ją, ona zapomni smak twych rąk” – wyrwały go z zamyślenia słowa piosenki Varius Manx radia ZET Gold.

Na stacji “Racławicka” gitarzysta grał i śpiewał “List do M.”. Dźwięk niósł się doskonale po podziemiu.

Jego druga córeczka Zuzia skończy niedługo trzy lata, był u niej dziś na Mokotowie. Marta siedziała w kuchni. Paliła Pall Malle zielone. Okno wychodziło na Madalińskiego. Na dole zatrzymał się autobus.
– Oooo, książę się zjawił po tygodniu –  zauważyła mama Zuzi.
– Weź, po co mam przychodzić częściej, jeszcze się nadzieję na któregoś z twoich absztyfikantów.
– Tobie krowę by podstawić, to byś brał – agresywnie odparła  Marta.

Rafał z powodu “niezgodności charakterów” nie mógł z  nią mieszkać. Zresztą, co dzień oskarżała go o zdradę i chęć powrotu do żony, co utrudniało skuteczną komunikację. Poza tym sąsiedzi chcieli podsłuchiwać ich rozmowy, ale nie wysłuchiwać karczemnych awantur wzywać policję i opowiadać, co też dzieje się w mieszkaniu za tekturowymi drzwiami.

“Następna stacja “Politechnika”” powiedział megafon w pociągu metra. To było jak wczoraj. Wtedy w Mokpolu na Dąbrowskiego kupował nóżki wieprzowe w galarecie, chleb, Dębowe Mocne, mleko dla Zuzi. W cukierni Haliny Kryś brał pączki dla Marty, a w warzywniaku włoszczyznę na rosół własnej roboty na kurze, wołowym i indyku.
Dopadły go słowa “Białym latawcem”, że sen się skończył, ale nie minął. On ją woła, ona nie słyszy.

– Romuś, ty na kolegów masz czas, a do domu nie wracasz – w tym samym czasie wyrzucała Marta przez telefon nowemu partnerowi, którego jeszcze niedawno był chłopakiem jej kosmetyczki.

Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna, tym razem na Białołęce

Na poczcie w miasteczku powiatowym na literę P. w województwie lubelskim kierowniczką urzędu pocztowego jest czterdziestoletnia Izabela Wyrwał. Iza ma branie u lokalnej wierchuszki, bo cieszy się urodą dziewiętnastolatki, szczupłymi nogami, małymi cyckami z dużymi sutkami, a domu wychowała posłusznego rogacza, czyli męża Roberta.

Iza nie zarabia tak dużo jak wójt lub szef lokalnej hurtowni spożywczej Hurt-Food, a też chce szusować na nartach na austriackich stokach, wygrzewać się na plaży w Turcji, jeździć najnowszym oplem zafirą. Dlatego dorabia do pensji w taki sposób:
– Kasiu, kochaniutka, mama cierpi na raka mózgu – mówi łamiącym się głosem, łkając i ocierając tak mocno oczy chusteczką, żeby wydawały się czerwone od płaczu. Siedzi na popsutym, wytartym biurowym fotelu za koślawym biurkiem w swoim odrabanym gabineciku, a po jego drugiej stronie przycupnęła niczym na zydelku trzydziestodwuletnia kasjerka Kasia, tak szara, że bardziej niewidoczna od Kopciuszka. Nie, no, ładna i zgrabna,a le zagubiona w świecie bez miłości. Na poczcie pracuje od kwartału, właśnie dostała umowę na czas nieokreślony – Wydaję na leki całą pensję, mąż swoją, nie mamy już za co żyć – psioczy na swój krzyż pański Izka. – Zastanawiam się, czy auta nie sprzedać. Nie śmiem cię prosić o pomoc, ale czy mogę na ciebie liczyć w tych trudnych chwilach – patrzy na Kasię wzrokiem zbitego jamnika, który zrobił kupę na dywan w salonie i prosi o akceptację.
– Jasne. Jak mogę ci, kochana, pomóc – ufnie pyta Kasia.
– Jesteś bardzo dobrą pracownicą. Mogłabym cię prosić, żebyś wzięła kredyt w banku. Nie chce cię prosić o pieniądze dla siebie, ale dla mamy, która bez leków umrze.
– A ile ci potrzeba – pyta nieco mniej ufnie Kasia.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem. Te leki to studnia bez dna. Ile bank da Ci tak naprawdę? Ale jak nie chcesz, nie bierz. A przy okazji, wiesz, ta Renata z Sadowej pytała, czy nie ma u nas na poczcie pracy, bo ona by chciała na kasjerkę. Powiedziałam, na razie nie, bo dobrze pracujesz. Ale nie musisz brać tej pożyczki, ja to doskonale rozumiem.
Kasi pot występuje na czoło. Wie, że nie umie go ukryć. Po plecach leje się strużka potu wprost do stringów. – Kurwa, gdzie ja robotę znajdę w tej dziurze. Mąż nierób, dwoje dzieci. A ta mnie z roboty wywali – gonitwa czarnych myśli przetoczyła się przez głowę Kasi i spadł na nią lęk czarny jak burzowe chmury.
– Wiem, boisz się. Ale chcę, żebyś pracowała. A jeśli weźmiesz pożyczkę, co miesiąc będę ci oddawać tyle, ile wynosi rata do banku. Chcę być twoją przyjaciółką, możesz mi zaufać.
Kasia poczuła ulgę. Matka tylko zawsze na nią krzyczała, ojca wiecznie w domu nie było. A mąż tylko się drze, że ubiera się jak szmaciara.
– Ale będziesz mi oddawać?
– Nie ufasz mi – Iza chowa oczy w dłoniach. Boże, nawet Ty mi nie ufasz.
– To nie tak…
– Wiem, zostałam sama. Trudno.
– Nie, to nie tak. Tylko ja nigdy kredytów nie brałam.
– Mam ją – zatryumfowała w myślach Izka. Głośno dodała: – Weź jutro wolne, nie musisz brać nawet urlopu. Pójdź do banku spółdzielczego i zapytaj ile ci dadzą bez zgody męża. Wiesz, nie wciągaj go w to. On pije, może się wkurzyć.
Maciek, mąż Kasi, wkurzyłby się. Pić pije, ale w domu zamiecie, latem na budowach pracuje, a ostatnio to jej bransoletkę w centrum chińskim kupił. Czasem nawet dzieci ze szkoły odbierze, jak Kaśka ma drugą zmianę. Nie jest zły, ale wyrywny jak ten z “Kogla Mogla”

Kasia wzięła 20 tysięcy złotych pożyczki w miejscowym banku spółdzielczym. Mama Izy mieszka w Lublinie, jest po rozwodzie, czuje się świetnie. Wcześniej pożyczkę na chorą mamę przez kilka lat wzięło czterech listonoszy, dwie kasjerki. Iza spłacała raty przez pierwsze trzy miesiące, potem leczenie mamy okazywało się coraz bardziej kosztowne. Jeden listonosz się powiesił, drugi dostał zawału. Iza jest kochanką miejscowego prokuratora.
Kasia chciała walczyć. Inni utopieni w długi po uszy obiecali pomoc, ale gdy Kasia poszła na policję, w komendzie powiatowej skontaktowali się z prokuratorem rejonowym, który tego samego dnia dymał Izę w miłym hoteliku w Zwierzyńcu na Roztoczu. Wszyscy wskazani przez Kasię jako poszkodowani wyparli się oprócz jednego, listonosza Kazika. Ale jak prokurator akurat nie dymał żony lub Izy, wytłumaczył mu, że nie ma co składać fałszywych zeznań.
Kaśkę mąż zostawił, wyniosła się do mamy na wioskę pod Zamościem. Nie spłaciła kredytu.. Dzieci utrzymuje, robi torty na wesela. Alimenty z funduszu dostaje. Matka ją wspiera, mówiąc: – Dupę umoczyłaś podwójnie, to masz.

Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna w Białołęckim Ośrodku Kultury

Miało być o sztuce “Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna” wystawioną przez Białołęcki Ośrodek Kultury zrealizowaną przez Kompanię Teatralną Mamro. Wiejski nauczyciel Škunca organizuje “Hamleta” na zapadłej jugosłowiańskiej wsi w ponurych latach socjalizmu. Lepiej bym tego nie ujął niż filmpolski.pl, więc cytuję: “Reżyser tak obsadził role, że w życiu i charakterach wykonawców można odnaleźć wyraźne podobieństwa do odtwarzanych przez nich postaci. Przewodniczący spółdzielni i sekretarz organizacji partyjnej Bukara, wiejski dzierżymorda, krętacz i oszust, gra satrapę Klaudiusza. Pełnym wahań Poloniuszem w amatorskim przedstawieniu w Głuchej Dolnej jest przewodniczący miejscowego oddziału Frontu Narodowego Puljo, zausznik i wspólnik Bukary. Z nimi i ich poplecznikami walczy tutejszy Hamlet – młody Skoko, który chce oczyścić dobre imię swego ojca, fałszywie oskarżonego o malwersacje. Próby w wiejskim zespole stają się odbiciem jego walki o sprawiedliwość z lokalnymi kacykami, z całą skorumpowaną kliką. Chwyt “teatru w teatrze” pozwala obnażyć miałkość szermierzy idei sprawiedliwości społecznej z lat 50., potęguje założony przez Brešana efekt przemieszania wzniosłości i trywialności”.

Mamro jest świetne. Widzowie dobrze się bawią, wybuchając salwami śmiechu na każdy tik nerwowy i “szłem” Macaka. Finał napawa optymizmem, bo Joca rozwala Bukarę z kałasznikowa. Prawdziwe życie przynosi niewiele takich pełnych nadziei zakończeń. Zazyczaj Hamlet ląduje w psychiatryku, na rencie lub w kanałach wokół elektrociepłowni na Żeraniu.