Najbardziej seksowne polskie aktorki [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

 

1. Dorota Kamińska

“Karate po polsku” oglądałem oczywiście dla Leona Buczkowskiego w roli lokalnego rzezimieszka, ale przede wszystkim dla Doroty Kamińskiej.  Warto trenować karate, żeby zaimponować takiej kobiecie.

 

2. Dominika Kachlik

Też chciałbym być Pawłem Zduńskim albo Piotrkiem. Ganz pomada. Mogę też być sobą.

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

uczę się tekstu do m jak miłość

Post udostępniony przez Dominika Kachlik (@dominika.kachlik)

Dominika Kachlik, źródło: Instagram

 

 

3. Anna Cieślak

Emitowany właśnie (maj 2020 r.) w TVN serial “Szadź” trąci ostrym banałem. Jeśli bohaterem jest psychopata, to oczywiście ulizany, pedantyczny, władczy – wykładowca akademicki Piotr Wolnicki. Występującemu w tej roli Maciejowi Stuhrowi do Hopkinsa brakuje kilku lat świetlnych. Policjantka (Aleksandra Popławska) gra tę samą melodię co w “Watasze”. Oczywiście zmaga się z uzależnieniem alkoholowym i próbuje nawiązać na nowo relacje z córką. Motyw bije po oczach oryginalnością jak dialogi z “M jak miłość”.

Serial ratuje żona psychopaty (Anna Cieślak). Doskonale odgrywa miłość, przywiązanie, strach, podejrzliwość, złość, nienawiść.  Naprawdę trudno zrozumieć, co jej mąż widzi w nudnych dwudziestoletnich blondynkach. I  one w nim. Oczywiście, oprócz miejsc zajmowanych na drabinie społecznej. Seksistowskie! Maseczki, włóż! 😉

 

 

4. Maria Probosz

Maria Probosz pewnie złamała serce niejednemu mężczyźnie. Jeden się zapił, drugi zbankrutował, trzeci… Nieważne. Nie ma co gdybać. Bo Maria seksapilem, erotyką, wyuzdaniem wręcz mogła pokonać wielu mężczyzn. Ją pokonał rak. W “Mistrzu i Małgorzacie” w reżyserii Macieja Wojtyszki grała Helę, kobietę – wampira. Któż by nie chciał, by naga, ponętna przyszła w nocy?

indeks

Aktorka uważana za seksbombę lat 80. Pojawiła się m.in. w „Tulipanie”, „07 zgłoś się”, „Porno” Marka Koterskiego i w „Pograniczu w ogniu”. Była żoną Marka Probosza, aktora „M jak miłość”. Zmarła 14 grudnia 2010 roku. W mediach informacja o jej śmierci pojawiła się dopiero przy okazji pogrzebu na łódzkim cmentarzu Zarzew. [1]

0363886

 

5. Maria Quoos

Za dotknięcie jej ciała z czasów polskiego horroru “Powrót Wilczycy” dałbym się pokroić. Nie wiem, czy na ten zabieg skusiłbym się dziś, ale dwoistość urody pani Marii, anielsko-diabeliczna, kusi.

 

6. Joanna Kulig

joanna kulig w zimnejk wojnie

Pani Joanna na pewno (s)kusi niejednego mężczyznę. W “Zimnej wojnie” Zula skusiła Wiktora (Tomasza Kota). Dziwię się, bo – co prawda – zagrała świetnie, ale zupełnie jakby bez energii, bez seksapilu, bez napięcia erotycznego, bez seksualnej grawitacji, która wisi w powietrzu i każdego samca homo sapiens przyciąga. Niby femme fatale, ale trochę naciągana.

[1] Te polskie gwiazdy zmarły w zapomnieniu, Fakt.pl, 14.04.2015

Cafe Sax w Teatrze Rampa [RECENZJA]

Spektakl “Cafe Sax” z piosenkami Agnieszki Osieckiej w Teatrze Rampa mógłby być książką, z której, niczym z lampy Aladyna, wyłaniają się scenografia i postaci: Saska Kępa, zapach kasztanów, rozmazany makijaż kochanki. Bajki w swoim życiu nie stworzysz wczasami all inclusive w Egipcie, ale utkasz ją, tu i teraz, z przeżyć w majowym deszczu, przekonuje Agnieszka Osiecka. Gdy już książkę przeczytasz, chcesz zapomnieć, że czynsz płaci się do dziesiątego. 

W majowej ulewie kasztany na Paryskiej pogubiły kwiaty, płatki płaszczyły się na chodniku lub taplały się w kałużach, jakby zdziwione, że ich piękno przeminęło, zanim zdążyło kogoś zachwycić.
Maria zaparkowała seicento obok przystanku. Zadzwoniła do męża, zapytać co robi. W ćwierkaniu przypominała bawiące się wróble. Przecież mogła w tym czasie poczytać synowi „Na jagody” lub “O krasnoludkach i sierotce Marysi” Konopnickiej. Niech to diabli porwą.
Powiedziałam, że już nie zadzwonię, 
dzwoniłam. 
Powiedziałam: “Idź już lepiej do niej” – 
kręciłam. 
Powiedziałam: “Nic już nie pamiętam…” – 
a jakże! 
Powiedziałam: “Cóż, nie jestem święta!” – 
to fakt, że 
okłamałam ciebie tyle razy, 
mój miły. 
Jakoś na to nie brak mi fantazji 
i siły. 
Powiedziałam: “Już nie będę czekać” – 
czekałam… 
Bo czasami chce się do człowieka – 
ja chciałam!  
„Mówiłam żartem”

Szafki w kuchni, której okna wychodziły na ulicę, pachniały mąką, kawą i herbatą. To pewnie yunnan, pomyślał Rafał. Maria nie przyjeżdża, będzie miała mało czasu. W potłuczonym, emaliowanym rondelku odgrzewał fasolkę po bretońsku Pudliszki albo Pamapol, kto by to dziś pamiętał.
– Czemu tak długo – zapytał Rafał ze szczerym wyrzutem.
– Rafale – Maria dobrze wiedziała, że nie znosi, gdy tak się do niego zwraca – musiałam Kacpra odebrać z przedszkola.
Wtuliła się mocno w niego. Klasyczne, jasnoniebieskie dżinsy podkreślały kształt jej szerokich bioder. Obcisła nawet koszulka z przykrótkimi rękawkami podkreślała odwieczne piękno klepsydry talii i bioder.
– To ja danie dla ciebie szykuję, a Ty się spóźniasz – zdenerwowanie Rafała prysło, miał już ją przy sobie.
– Życie. Rafał?
– Tak? Nałożyć ci fasolki.
– Nie. Piwa się napiję.
– Prowadzisz.
– Wiem. Co u twojej córki?
– Dobrze,  mam wezwanie do szkoły, bo Patrycja nie była dwa ostatnie dni.
– Czemu?
– Nie wiem. Matka nie może jej ogarnąć.
Kapsel od Królewskiego odskoczył z przytłumionym syknięciem. Maria pociągnęła spory łyk. Przyjemne ciepło rozpłynęło się po dziąsłach.
Przez okno pokoju zajrzało zachodnie słońce. Na przystanku zatrzymał się 117. Kolejny łyk.
– Kocham Twój tatuaż pod łopatką. Pachnie ogrodem różanym z parku Skaryszewskiego.
Maria zmrużyła oczy. Marzyła o małym, poniemieckim domku na Mazurach, gdzieś koło Giżycka. Niech wieczory pachną czerwonymi malwami, fioletowymi bzami i skoszonymi trawami z bławatkami. Dzieci będą bawić się w błocie, ja rozwieszać pranie, a on – będzie pisał. Wysokie sosny zagrają Bacha, a gdy tak rozszumią się na dobre w lipcowe wichury muzyka przejdzie w nostalgię Czajkowskiego.

Rafał pociągnął z butelki duży łyk piwa, zagryzł paluszkiem żerańskim. Maria leżała nago na boku. Sutki jej niezbyt pięknych piersi sterczały. Piersi nie przyprawiały go o białą gorączkę, ale oprawa oczu, fryzura, kształt pupy, gdy miał ją przed sobą, sprawiały, że jego myśli zaraz zaczynały się pławić w dopaminowym sosie.

Robert, myślała, w tym czasie Maria, był wrażliwym, ale słabym psychicznie człowiekiem. Nie nadawał się na męża. Właściwie wyszła za niego z litości, bo bardzo prosił. Rafał, zaniepokoiła się, o nic nie prosił, wymagał, żądał. Czemu mu się nie oprze?
– Muszę wyjść
– Co – głos ugrzązł w gardle Marii.
– Muszę jechać po córkę do jej koleżanki.
– Rafale – rozpacz odbija się od pustych ścian.
Była dla niego laleczką,
dla drugiego, trzeciego – kto wie?
Potem skryło ją małe miasteczko,
pogrążone w roztopach i mgle.
On miał wszystko to, co chciał:
sławę, złoto, piękno ciał,
życia krusz garściami brał.
A gdy z wiru wtem się zbudził
– już nie było tamtych ludzi,
których kochał, których zwodził,
których znał.
“To nasze ostatnie bolero”

W tamten weekend majowy deszcz lał jak z cebra. Aneta sczytywała na kasie w Biedronce grill kulisty z pokrywą, raid przeciw komarom. Na chuj komu coś na komary, śmiała się w duchu dziewczyna ufarbowana na rudo-miedziany kolor, gdy jej telefon w kieszeni zaczęł wibrować. Nie, nie może odebrać. Musi czekać do przerwy, pik, pik, warkocz z nadzieniem z czarnej porzeczki.
– Artura aresztowali, powiedział głos w telefonie.
Pięć lat. Szybko minie.

– To przez ciebie, kurwo – pocieszyła ją teściowa. – Prowadzałaś Arturka gdzieś po bramach i wpadł w złe towarzystwo. – Wypierdalaj stąd.
Dookoła odrapanego starego bloku na Zamoyskiego płatami odchodził tynk. Przechodzący obok budynku facet około pięćdziesiątki pomyślał, że kamienice starzeją się lepiej niż mężczyźni. Łysienie ścian ma swój urok, a facet napuchnięty od wczorajszego alkoholu z koślawymi
zaczeskami na głowie idzie nie wiadomo po co, trzyma się życia, żeby El Clasico obejrzeć lub wina Amarena się napić.
Aneta, pamięta, to miało być przeznaczenie, że imiona na literę a.
Szła w kierunku Lubelskiej. Pod wiaduktem kolejowym wypadł jej papieros. Ormianin albo Kazach albo ktoś zaproponował jej tonem popsutego kontrabasu: – Papierosów nie trzeba?
Podniosła swój. Wieczór, choć słoneczny, przeszywał chłodem. Od strony Wedla pachniało jej ulubionymi Pawełkami.
– Mamo, kiedy wrócimy do domu – dreptała za nią pięcioletnia Patrycja.
Skręciła w Lubelską, ciągnąc za rękę śpiącą córkę. Kasi, jej najlepszej przyjaciółki, akurat nie było w domu. W stronę Dworca Wschodniego obok Anety szła około trzydziestoletnia kobieta w butach na obcasach. Ciągnęła z łoskotem przypominającym turkotanie pociągu walizkę z napisem Samsonite.
Byle do nocy, byle do jutra –
Tłucze się w tobie litania smutna,
Sen cię otuli jak łaska boska
Polska Madonno, Madonno polska.
Sen ci daruje szminkę francuską,
Piersi okryje szkarłatną bluzką,
Sen ci daruje nadzieję płonną,
Polska Madonno, polska Madonno
“Polska Madonna”
Tej piosenki zabrakło w przedstawieniu „Cafe Sax”; brak odczuwam do teraz bardzo mocno. Teatrze Rampa, czemu jej nie było?

Rafał odebrał list polecony na poczcie na Francuskiej. Wieczór odurzająco pachniał kasztanami. Ulewny deszcz parował w wieczornym cieple. Iść w lewo do Paryskiej czy w prawo do Skaryszewskiego. Otworzył list. Bank wzywa do uregulowania trzech rat kredytu hipotecznego za mieszkanie, które kupił w akcie, jak się wydawało, strzelistej i wiecznej miłości.
4269 zł
– Bank wezwanie przysłał, cztery tysiące trzysta – bez nijakiego powitania powiedział ze złością do słuchawki, wolno wypowiadając i kładąc nacisk na trzy ostatnie słowa.
– Co mnie to – z agresją odparła Paulina.
– Kredyt jest wspólny.
– Ja wezwania nie dostałam. Na ciebie jest.
– Ogarnij się. Z czego mam to zapłacić?
– Zapłać alimenty na Julkę, to pogadamy.
Rozłączyła się.

Odczuwamy trochę zgagi po tym życiu – 
po tym życiu, po przepiciu i te pe, 
odczuwamy trochę kaca, 
że co było, to nie wraca, 
jak ten kochaś, który zginął w sinej mgle. 
Odczuwamy trochę żalu, 
że tak wcześnie jest po balu.
„Szpetni czterdziestoletni”

Przypomniał sobie słowa piosenki Agnieszki Osieckiej, gdy minął Francuską 31, dawną Cafe Sax, gdzie Agnieszka Osiecka rozsiewała słowa po karteczkach, serwetkach, w zeszytach. Piła dżin z tonikiem.
Niebo obniżyło się. Zapach lip, kasztanów otulił strapioną duszę Rafała. Maj, majem, ale co dalej? Z czego zapłacić te cholerne raty? Paulina jeszcze tego mieszkania nie chce sprzedać.
W Carefour tuż przed rondem Waszyngtona kupił trzy Żubry. Pomnik Żołnierzy Radzieckich okrywał się atramentowym niebem. Rafałowi wyświetlił się z przykurzonego archiwum pamięci obraz z podręcznika z podstawówki. Warszawiacy kwiatami witają radzieckich żołnierzy siedzących na czołach z czerwoną gwiazdą.

Kanały w Skaryszewskim pachniały rybami i smakiem umami. Woda stała w nich nich wysoko, bo i Wisła rozlała się majestatycznie w korycie, przypominając że człowiek jest małym orzechem laskowym w obliczu sił przyrody. Boże, o czym ja myślę, Rafał pociągnął kolejny łyk Żubra. Żubry chodzą parami czy jak to było? Z oddali dobiegał odgłosy niewyjaśnionej tajemnicy życia, rechot żabiego skrzeku.

Obok przeszła dziewczyna pachnąca perfumami owocowymi. Kołysała miarowo szerokimi biodrami, jakby elegancko kajak płynął po jeziorku Kamionkowskim.
Odczuwamy trochę żalu,
że tak wcześnie jest po balu,
kiedy noga się do tańca jeszcze rwie.
Chce się tańczyć, chce się walczyć,
a tu nagle – panie starszy,
zamykamy, zamykamy, tak czy nie?
„Szpetni czterdziestoletni”

– Cześć, co robisz – zapytał Małgosię poznaną na Sympatii. Ujęła go zielonymi, błyszczącymi pełnią życia i naturalnymi blond włosami do pół pleców.
– Robię Patrykowi kolację. A Ty?
– Sucha kostucha się spóźniła.
– Co?
– Nie wyłączyła mi prądu w środku dnia.
– Co? trzeźwy jesteś?
– Pijany życiem. Pojedziemy na dyskotekę do Wilgi – Małgośka wiedziała gdzie, to, bo mieszkała w Otwocku, a może to już Karczew.
– Nie masz auta.
– Pekaesem.
– Wariat.
Udawanie się zacznie od jutra, a na razie odpłyńmy na kutrach w tę noc.
Panie Czesiu? Jeszcze jedna pięćdziesiątka? Na koszt baru.

Spektakl nie wstrząsnął moją duszą, ale struny jej poruszył, daję 4 na 6, a indywidualnie Dorocie Osińskiej – szóstkę za wykonanie “Na zakręcie”. Krstyna Janda została zdetronizowana, co wydawało się niemożliwe.

Krystyna Janda w Centrum Premier “Gazety Wyborczej” [RELACJA]

Spotkanie z Krystyną Jandą w Centrum Premier „Gazety Wyborczej” zapowiadało się pomyślnie. Tuż przed jego rozpoczęciem staruszek upadł na schodach prowadzących do siedziby gazety. Pani około pięćdziesiątki, udając, że tego nie widzi, mówiła do telefonu: – Gdzie ty jesteś? Stoję przed drzwiami. Znalazła się inna, co akurat nie miała nic do przekazania do słuchawki i pomogła siwemu panu się podnieść.

Przy wejściu stał stolik, przy którym można było kupić książki „Pani zyskuje przy bliższym poznaniu”, rozmowa Katarzyny Montgomery z Jandą i druga – najnowsza – „Dziennik 2000-2002”, której ukazanie się było pretekstem do mityngu nałogowych wielbicieli aktorki. Książka kosztowała 30 zł za sztukę, czyli 15 zł mniej od ceny okładkowej. I tak sporo, skoro pani Krystyna zaznaczyła, że czytanie wpisów sprzed lat jest okropne.
Zebranie zaczęło się punktualnie, mimo tłumów ludzi na miejscu i wciąż napływających kolejnych. Arkadiusz Jakubik odczytał z ekranu fragmenty dziennika, co wydało się mniej ciekawe niż chwilę później wyrecytowana przez Jandę pieśń pochwalna ułożona przez internautów na jej cześć:
Doszło do dyskusji, co kryje się za epitetem „prababcia skoczka”. Ktoś przytomnie zauważył, że może chodzi o czeskiego sportowca Jakuba Jandę. – No, tak, jak skakali, kibicowałam mu – przypomniała sobie aktorka.
Janda siedziała na fotelu w eleganckich butach. Naprzeciwko publicyści „Gazety Wyborczej”, Ewa Wieczorek, redaktor naczelna „Wysokich Obcasów Extra”, i Michał Nogaś, dziennikarz działu kultura „Gazety Wyborczej”, w butach raczej sportowych zadawali pytania, swoje dołożyli internauci, nie wiadomo, w jakim obuwiu.
Kogo z umarłych brakuje Jandzie?
Andrzeja Wajdy, bo dzwoniła do niego, gdy napadały ją artystyczne wątpliwości.

Dlaczego dąb to pani ulubione drzewo?
Jak chcę, to się wyłączam (telefon – J.P.), zamykam. Miałam dostać pieniądze z ministerstwa na „Danutę W.” i wylądowałam akurat w Kazimierzowie. Czekałam na telefon w tej sprawie i chodziłam, szukając sygnału. Pewien pan wskazał mi dąb, pod którym złapię zasięg. I stałam tak pod dębem trzy godziny.
Która rolę filmową wspomina pani najlepiej?
Chyba „Kochanków mojej mamy”. Praca z tym chłopcem była fantastyczna. Pokazywałam mu, jak grać. Jego mama robiła mu śniadania, a ja je zjadałam.
Która pani rola teatralna była najtrudniejsza?
Niewątpliwie „Danuta W.”. Zaprzyjaźniłam się z Danusią Wałęsą. Dała mi całkowitą wolność. Sama wybrałam fragmenty do 70-stronicowego scenariusza z ponad 600 stron tekstu jej książki. Ona powiedziała, że nie będzie czytać, tylko zobaczy w teatrze. Myślałam, że oszaleję.
Premiera przebiegła planowo, bo Janda, widząc na widowni panią Danutę z prezydentem Wałęsą, zacięła się na wątku urodzin synów Wałęsów. Prezydent odkrzyknął: – Niech się pani nie przejmuje, ja też nie pamiętam, kiedy się urodzili.
Aktorka otarła łzy, grała dalej. Opowiadała, że po premierze pani Danuta Wałęsowa często do niej dzwoniła a to ż życzeniami, a to żeby zapytać o przepisy na świąteczne dania. Ostatni rok za sprawą „Bolka” i tragedii osobistych uciszył telefon, martwiła się aktorka.
W międzyczasie puszczali filmy. Producent z teatru Jandy opowiadał, że szefowa zajmuję się totalnie wszystkim, nawet brakującym mydłem w dozownikach. Pachnie cholerykiem. Artur Barciś zdradził, że Janda używa brzydkich słów. Czemu mnie to nie dziwi? Pachnie cholerykiem na kilometr. Dziennikarka zapytała też przechodniów, z czym się im kojarzy Krystyna Janda. Jakiejś dziewczynie z kosmetykami, co sala nie wiedzieć czemu przyjęła salwami śmiechu.
Czy pamięta pani swój pierwszy dzień w teatrze?
Byłam w ciąży. Zadzwonił Grzegorzewski z Teatru Ateneum. Pytał, czy zagram w zastępstwie. Miałam przejść przez scenę z piłką. Zza jednej kulisy przez scenę i na drugą stronę. I przeszłam. A on zadumany: „Dobrze. Idzie pani interesująco. Zagadkowo. Ale wie pani co, mam taki pomysł, żeby przeszła teraz pani bez piłki”.
Na koniec prowadzący poprosili Jandę o wykonanie „Na zakręcie” Agnieszki Osieckiej:

21 kwietnia 2017 roku, Krystyna Janda w Centrum Premier Czerska 8/10

Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna, tym razem na Białołęce

Na poczcie w miasteczku powiatowym na literę P. w województwie lubelskim kierowniczką urzędu pocztowego jest czterdziestoletnia Izabela Wyrwał. Iza ma branie u lokalnej wierchuszki, bo cieszy się urodą dziewiętnastolatki, szczupłymi nogami, małymi cyckami z dużymi sutkami, a domu wychowała posłusznego rogacza, czyli męża Roberta.

Iza nie zarabia tak dużo jak wójt lub szef lokalnej hurtowni spożywczej Hurt-Food, a też chce szusować na nartach na austriackich stokach, wygrzewać się na plaży w Turcji, jeździć najnowszym oplem zafirą. Dlatego dorabia do pensji w taki sposób:
– Kasiu, kochaniutka, mama cierpi na raka mózgu – mówi łamiącym się głosem, łkając i ocierając tak mocno oczy chusteczką, żeby wydawały się czerwone od płaczu. Siedzi na popsutym, wytartym biurowym fotelu za koślawym biurkiem w swoim odrabanym gabineciku, a po jego drugiej stronie przycupnęła niczym na zydelku trzydziestodwuletnia kasjerka Kasia, tak szara, że bardziej niewidoczna od Kopciuszka. Nie, no, ładna i zgrabna,a le zagubiona w świecie bez miłości. Na poczcie pracuje od kwartału, właśnie dostała umowę na czas nieokreślony – Wydaję na leki całą pensję, mąż swoją, nie mamy już za co żyć – psioczy na swój krzyż pański Izka. – Zastanawiam się, czy auta nie sprzedać. Nie śmiem cię prosić o pomoc, ale czy mogę na ciebie liczyć w tych trudnych chwilach – patrzy na Kasię wzrokiem zbitego jamnika, który zrobił kupę na dywan w salonie i prosi o akceptację.
– Jasne. Jak mogę ci, kochana, pomóc – ufnie pyta Kasia.
– Jesteś bardzo dobrą pracownicą. Mogłabym cię prosić, żebyś wzięła kredyt w banku. Nie chce cię prosić o pieniądze dla siebie, ale dla mamy, która bez leków umrze.
– A ile ci potrzeba – pyta nieco mniej ufnie Kasia.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem. Te leki to studnia bez dna. Ile bank da Ci tak naprawdę? Ale jak nie chcesz, nie bierz. A przy okazji, wiesz, ta Renata z Sadowej pytała, czy nie ma u nas na poczcie pracy, bo ona by chciała na kasjerkę. Powiedziałam, na razie nie, bo dobrze pracujesz. Ale nie musisz brać tej pożyczki, ja to doskonale rozumiem.
Kasi pot występuje na czoło. Wie, że nie umie go ukryć. Po plecach leje się strużka potu wprost do stringów. – Kurwa, gdzie ja robotę znajdę w tej dziurze. Mąż nierób, dwoje dzieci. A ta mnie z roboty wywali – gonitwa czarnych myśli przetoczyła się przez głowę Kasi i spadł na nią lęk czarny jak burzowe chmury.
– Wiem, boisz się. Ale chcę, żebyś pracowała. A jeśli weźmiesz pożyczkę, co miesiąc będę ci oddawać tyle, ile wynosi rata do banku. Chcę być twoją przyjaciółką, możesz mi zaufać.
Kasia poczuła ulgę. Matka tylko zawsze na nią krzyczała, ojca wiecznie w domu nie było. A mąż tylko się drze, że ubiera się jak szmaciara.
– Ale będziesz mi oddawać?
– Nie ufasz mi – Iza chowa oczy w dłoniach. Boże, nawet Ty mi nie ufasz.
– To nie tak…
– Wiem, zostałam sama. Trudno.
– Nie, to nie tak. Tylko ja nigdy kredytów nie brałam.
– Mam ją – zatryumfowała w myślach Izka. Głośno dodała: – Weź jutro wolne, nie musisz brać nawet urlopu. Pójdź do banku spółdzielczego i zapytaj ile ci dadzą bez zgody męża. Wiesz, nie wciągaj go w to. On pije, może się wkurzyć.
Maciek, mąż Kasi, wkurzyłby się. Pić pije, ale w domu zamiecie, latem na budowach pracuje, a ostatnio to jej bransoletkę w centrum chińskim kupił. Czasem nawet dzieci ze szkoły odbierze, jak Kaśka ma drugą zmianę. Nie jest zły, ale wyrywny jak ten z “Kogla Mogla”

Kasia wzięła 20 tysięcy złotych pożyczki w miejscowym banku spółdzielczym. Mama Izy mieszka w Lublinie, jest po rozwodzie, czuje się świetnie. Wcześniej pożyczkę na chorą mamę przez kilka lat wzięło czterech listonoszy, dwie kasjerki. Iza spłacała raty przez pierwsze trzy miesiące, potem leczenie mamy okazywało się coraz bardziej kosztowne. Jeden listonosz się powiesił, drugi dostał zawału. Iza jest kochanką miejscowego prokuratora.
Kasia chciała walczyć. Inni utopieni w długi po uszy obiecali pomoc, ale gdy Kasia poszła na policję, w komendzie powiatowej skontaktowali się z prokuratorem rejonowym, który tego samego dnia dymał Izę w miłym hoteliku w Zwierzyńcu na Roztoczu. Wszyscy wskazani przez Kasię jako poszkodowani wyparli się oprócz jednego, listonosza Kazika. Ale jak prokurator akurat nie dymał żony lub Izy, wytłumaczył mu, że nie ma co składać fałszywych zeznań.
Kaśkę mąż zostawił, wyniosła się do mamy na wioskę pod Zamościem. Nie spłaciła kredytu.. Dzieci utrzymuje, robi torty na wesela. Alimenty z funduszu dostaje. Matka ją wspiera, mówiąc: – Dupę umoczyłaś podwójnie, to masz.

Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna w Białołęckim Ośrodku Kultury

Miało być o sztuce “Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna” wystawioną przez Białołęcki Ośrodek Kultury zrealizowaną przez Kompanię Teatralną Mamro. Wiejski nauczyciel Škunca organizuje “Hamleta” na zapadłej jugosłowiańskiej wsi w ponurych latach socjalizmu. Lepiej bym tego nie ujął niż filmpolski.pl, więc cytuję: “Reżyser tak obsadził role, że w życiu i charakterach wykonawców można odnaleźć wyraźne podobieństwa do odtwarzanych przez nich postaci. Przewodniczący spółdzielni i sekretarz organizacji partyjnej Bukara, wiejski dzierżymorda, krętacz i oszust, gra satrapę Klaudiusza. Pełnym wahań Poloniuszem w amatorskim przedstawieniu w Głuchej Dolnej jest przewodniczący miejscowego oddziału Frontu Narodowego Puljo, zausznik i wspólnik Bukary. Z nimi i ich poplecznikami walczy tutejszy Hamlet – młody Skoko, który chce oczyścić dobre imię swego ojca, fałszywie oskarżonego o malwersacje. Próby w wiejskim zespole stają się odbiciem jego walki o sprawiedliwość z lokalnymi kacykami, z całą skorumpowaną kliką. Chwyt “teatru w teatrze” pozwala obnażyć miałkość szermierzy idei sprawiedliwości społecznej z lat 50., potęguje założony przez Brešana efekt przemieszania wzniosłości i trywialności”.

Mamro jest świetne. Widzowie dobrze się bawią, wybuchając salwami śmiechu na każdy tik nerwowy i “szłem” Macaka. Finał napawa optymizmem, bo Joca rozwala Bukarę z kałasznikowa. Prawdziwe życie przynosi niewiele takich pełnych nadziei zakończeń. Zazyczaj Hamlet ląduje w psychiatryku, na rencie lub w kanałach wokół elektrociepłowni na Żeraniu.

Miss HIV, czyli grzechy główne mają się dobrze

Ludzie są zdolni do wzniosłych czynów, w którym kierują się cnotami zawiści, próżności, kłamstwa. Zaś głupi umierają na AIDS. O tym jest sztuka “Miss Hiv” Macieja Kowalewskiego wystawiona przez Teatr CoMeta, którą obejrzyliśmy w Białołęckim Ośrodku Kultury. 

Trwa finał konkursu Miss Hiv. Na scenie występuje artysta wieczoru Dennis, a za kulisami cztery dziewczyny szykują się do końcowego występu. Wróżbiarka Irina (Magdalena Rejtczak) cynizmem, bezpośredniością, żywiołowością przekłuwa balon świętoszkowatości i hipokryzji, w którym, jej zdaniem, tkwi Urszula (Kinga Rębkowska-Gryzek). Bo Irina to HIV złapała prowadząc barwne życie w Azji, a Urszula to nawet chora nie jest i żeruje na pamięci zmarłej na AIDS siostry. Siostra niby zakaziła się przypadkiem podczas misji humanitarnej w Afryce, a tak naprawdę przeleciał ją zakażony murzyn. Urszula nigdy nie zdradziła męża, bo tylko raz i to z katolickim profesorem, który włożył jej do połowy. Czyli się nie liczy.

Irina nakłania Urszulę, by przyznała się do zdrady męża.

Maturzystka Julia (Renata Abłam) złapała HIV na jednodniowym gigancie, ucieczce z domu. Koło dworcowej budki z piwem zagadnąło ją i koleżankę dwóch kolesi. Koleżanka nie skorzystała z okazji konstruktywnego spędzania czasu i wróciła do domu, a Julka wypiwszy z kolegami pierwszy w życiu alkohol, oddała się cieleśnie koledze. Bo jej podobał. Na skutek tych wydarzeń Julka zapragnęła zostać artstyką estradową i aktorką, uznawszy, że dobrze odegrała pierwszą, ważną życiową rolę.
Czasem coś powie Klara (Anna Szafrańska). Zaraził ją mąż, z którym ma dwoje dzieci oraz HIV. To drugie małzonek przyniósł do domu od partnerów homoseksualnych. Urszula mówi na to, że nie wyobraża sobie, żeby mąż ją zdradził. – To masz ubogą wyobraźnię – ripostuje Irina, czym wzbudza uzasadniony entuzjazm widzów w teatrze.

Już za chwilę zacznie się końcowe show, coś jak Mam Talent albo Taniec z Gwiazdami. Jak pojawi się tabliczka “brawa” – klaskać, “współczucie” – buczeć., “aplauz” – mocno klaskać i wyć. Program porowadzi reżyser Rafael przebrany za tranwestytę.
Dochodzi do najważniejszego pytania: – Jak się zaraziłaś?

Córeczka umarła na moich rękach – opowiada wzruszona Irina

Julia już nie zaraziła się podczas przypadkowego seksu czy gwałtu, ale okrutny narkoman wbił jej strzykawkę w brzuch. Wyznaniem wzbudza współczucie publiczności. Irina też złapała HIV inaczej: wysysając krew z rany adpotowanej córeczki, blond piękności, która umarła na jej rękach. Publiczność przed telewizorami łka.
Urszula popełnia błąd i powtarza jak mantrę swoją mało telewizyjną wersję, a już Klara zupełnie nie wyczuwa konwencji, mówiąc: “Nie powinnam brać udziału w tych wyborach. To wszystko jest ohydne, te wybory, te kamery, wy wszyscy jesteście obrzydliwi i godni pożałowania. Chcę tylko powiedzieć, że nie można normalnie żyć z HIV. Życie z HIV jest nienormalne i nigdy normalnym nie będzie. Równie dobrze moglibyście urządzić wybory Miss Epilepsji. Rzygać mi się chce”. A mężowi to chuj w dupę. Ten popis desperacji (czytaj: krańcowej głupoty) prowadzący i Urszula próbują tłumaczyć… rozpaczą z powodu konającego męża.

Drugą wicemiss głosami wysyłających smsy widzów zostaje Julia, pierwszą – Urszula, a miss HIV – Irina. Koniec programu. Gasną światła w studiu. Obsługa w pośpiechu zdziera dziewczynom szarfy i korony. Te bezradnie protestują.

Nasuwają się wnioski optymistyczne. Bezczelność, kłamstwo i tupet popłacają w życiu na tyle, że można zostać miss HIV, nie mając HIV. Następna radosna konkluzja brzmi, że nawet mając HIV, ale kłamiąc i robiąc z siebie ofiarę podstępnych ludzi lub okrutnego losu, można zrobić karierę artystyczną (Julia).
Jeśli zaś nie umiesz się posługiwać kłamstwem, manipulacją i nie masz charyzmy, do osiągnięcia sukcesu potrzebujesz konsekwencji w działaniu (Urszula).
A jak chcesz prowadzić tak zwane normalne i uczciwe życie, to nie dość że twój mąż okaże się homoseksualistą, to jeszcze zarazi cię chorobą, na którą sama umrzesz (Klara).

Inny napawający otuchą wniosek brzmi, że ciężko chorzy potafią tak manipulować otoczeniem, by świat się kręcił wokół nich, bo umierają, bo wymagają opieki. A jak nie ma rzeczywistej choroby, to hipochondria zostaje doskonałą metodą do osiągnięcia tego samego celu.
Irina i Julia w inscenizacji CoMety są świetne, Urszula – mogłaby być w swoim katolicyzmie bardziej wyrazista, a Klara – bardziej zasadnicza. Najsłabiej zagrał Rafael. Siedziałem na przedstawieniu i myślałem, kto też mógłby go zagrać lepiej. A to niedobre myśli u widza. Świetnie pasuje mi do roli Krzysztof Ibisz. Teatrze ComeTa, zaproś go!

Po przedstawieniu przypomniał mi się wywiad z laureatem którejś edycji Mam Talent czy X Factor, który powiedział, że po dwóch tygodniach od zwycięstwa świat o nim zapomniał.
“Cóż, sława to jest, proszę was zabawa lub paskudna gra” – śpiewał Zespół Reprezentacyjny w piosence Georgesa Brassensa. Wygląda na to, że jedno i drugie. Szczególnie dla grających i szulerów.

Program Miss Hiv. W rolii Julii na BOK-u wystąpiła Renata Abłam, choć zdjęcie powyżej i trailer poniżej pokazują jej poprzedniczkę: W programie jest ta właściwa:

Nie zgadzam się! Bal w Operze w Teatrze Precedens

Bal w Operze, Teatr Precedens, 23 maja 2014 r.

Nie zgadzam się na Polskę marketami stojącą, gdzie w ostrym świetle jarzeniówek niedzielnym, bladym świtem przebrane w granatowe, zielone bluzeczki zasiadają sprzedawczynie. Kasjerki. Na dumnie wypiętych piersiach mienią się blaszki z napisem Małgorzata, Beata, Krystyna – W czym mogę pomóc.
Matki dzieciom, żony mężom, kochanki kochankom dzierżą czytnik kodów w dłoni. Pik – karkówka w marynacie, pik – piwo Tyskie, pik – filet z kurczaka, pik – cebulka, pik – kiełbasa podwawelska, pik, pik, pik…
Mężowie, dzieci, kochankowie czekają na swoje kobiety. Pik, pik, pik – płacą w marketach za piwo, lizaki, chipsy. Rodzina nie wybrała się do parku wśród lip kwitnących, na festyn święta Saskiej Kępy, mecz Legia – Ruch, badmintona na Orliku. W kościołach pustki straszą.
Kobiety wracają po 23, noc czarna, bo na autobus długo czekały, bo kasa się nie zgadzała, bo szef wpadł i się awanturował. Zmęczone, na twarz padają, zasypiają. Sen im daruje szminkę francuską, piersi okryje szkarłatną bluzką. Rano znów puder, lakier, róż. Pik, pik, pik… Kto odbierze dziecko z przedszkola? pik, pik, pik..

Dzisiaj wielki bal w Operze.

Sam Potężny Archikrator

Dał najwyższy protektorat,

Wszelka dziwka majtki pierze

I na kredyt kiecki bierze,

Na ulicach ścisk i zator,

Ustawili się żołnierze,

Błyszczą kaski kirasjerskie,

Błyszczą buty oficerskie,

Konie pienią się i rżą,

Ryczą auta, tłumy prą,

W kordegardzie wojska mrowie,

Wszędzie ostre pogotowie,

Niecierpliwe wina wrą,

U fryzjerów ludzie mdleją,

Czekający za koleją,

Dziwkom łydki słodko drżą.

Nie zgadzam się na Polskę fasady, teatralności. Jesteś szczęśliwym rodzicem małych dzieci? Gratuluję, to słodkie. Dużo zdrowia pociechom życzę. Bo na wizytę do alergologa, neurologa, kardiologa poczekasz pół roku. Ale składki do ZUS na “ubezpieczenie zdrowotne” płać dziś, teraz. Right now! Broń Boże, nie spóźnij się, bo wezwanie, egzekucja, śmierć.
No, udało się wysupłałeś 150 zł na prywatną wizytę. A to zapraszamy, dziś czy jutro? Kawa z mlekiem czy bez? Jak synek ma na imię? Kuba? Kubuś pobaw się tutaj. Lubisz rysować? Pani Ewo, proszę podać Kubusiowi kartkę. Witamy w polskiej middle class. Motłoch tłoczy się w przychodni. Bachor wrzeszczy, gruźlik kaszle, babcia pluje.

Zapiał kogut, za nim drugi,

Potem trzeci,

Na pastwiska bydło gnają

Małe dzieci.

Przetrąbiło drugie auto

Ciężarowe,

Chłop prowadzi kulejącą

Krowę.

Nie zgadzam się na Polskę na starcie zaprzepaszczonych szans. Gdzie są fabryki, warsztaty, stolarnie, zakłady metalowe, huty, stocznie? Co mają zrobić młodzi mężczyźni po szkole? Ogłada, szyk, kultura, dwa języki How are you i Guten Tag, excel, monter, elektryk, pracy brak. Zadzwonimy. Easy, take it easy. Nie przejmujcie się,. Jest Anglia, Niemcy i Holandia. A jak za daleko, zapraszamy – Biedronka, Lidl, Tesco. Codziennie niskie ceny. Tanie piwo za 2  zł. Zamracza, znieczula, życie piękniejszym czyni.

Na kościele niebijące

Wiszą dzwony.

Suche pęki ziół pod krzyżem

Ogrodzonym.

Jakiś duży wyszedł w gaciach

Przed zagrodę,

Mruży oczy i tarmosi

Ostrą brodę.

A tam dalej stoi szkoła

Murowana,

W szkole mapa, bardzo pięknie

Malowana.

Ewa Makomaska dziękuje widzom i aktorom  “Balu w Operze”. 

Teatr Precedens z Domu Kultury Świat na Targówku pod uroczą i merytoryczną wodzą Ewy Makomaskiej wystawił 23 maja 2014 r. “Bal w Operze” Juliana Tuwima. Były światła ramp, piękna scenografia, głos, ruch na scenie.
Czego nie było? Niezgody na rzeczywistość nie było!
Brawa były, owacja, były, kwiaty były. I wszystko naprawdę pięknie było. Rozeszli się widzowie.

Bal w Operze trwa.

Cytaty z poematu “Bal w Operze” Juliana Tuwima.