Cafe Sax w Teatrze Rampa [RECENZJA]

Spektakl “Cafe Sax” z piosenkami Agnieszki Osieckiej w Teatrze Rampa mógłby być książką, z której, niczym z lampy Aladyna, wyłaniają się scenografia i postaci: Saska Kępa, zapach kasztanów, rozmazany makijaż kochanki. Bajki w swoim życiu nie stworzysz wczasami all inclusive w Egipcie, ale utkasz ją, tu i teraz, z przeżyć w majowym deszczu, przekonuje Agnieszka Osiecka. Gdy już książkę przeczytasz, chcesz zapomnieć, że czynsz płaci się do dziesiątego.

W majowej ulewie kasztany na Paryskiej pogubiły kwiaty, płatki płaszczyły się na chodniku lub taplały się w kałużach, jakby zdziwione, że ich piękno przeminęło, zanim zdążyło kogoś zachwycić.
Maria zaparkowała seicento obok przystanku. Zadzwoniła do męża, zapytać co robi. W ćwierkaniu przypominała bawiące się wróble. Przecież mogła w tym czasie poczytać synowi „Na jagody” lub “O krasnoludkach i sierotce Marysi” Konopnickiej. Niech to diabli porwą.
Powiedziałam, że już nie zadzwonię, 
dzwoniłam. 
Powiedziałam: “Idź już lepiej do niej” – 
kręciłam. 
Powiedziałam: “Nic już nie pamiętam…” – 
a jakże! 
Powiedziałam: “Cóż, nie jestem święta!” – 
to fakt, że 
okłamałam ciebie tyle razy, 
mój miły. 
Jakoś na to nie brak mi fantazji 
i siły. 
Powiedziałam: “Już nie będę czekać” – 
czekałam… 
Bo czasami chce się do człowieka – 
ja chciałam!  
„Mówiłam żartem”

Szafki w kuchni, której okna wychodziły na ulicę, pachniały mąką, kawą i herbatą. To pewnie yunnan, pomyślał Rafał. Maria nie przyjeżdża, będzie miała mało czasu. W potłuczonym, emaliowanym rondelku odgrzewał fasolkę po bretońsku Pudliszki albo Pamapol, kto by to dziś pamiętał.
– Czemu tak długo – zapytał Rafał ze szczerym wyrzutem.
– Rafale – Maria dobrze wiedziała, że nie znosi, gdy tak się do niego zwraca – musiałam Kacpra odebrać z przedszkola.
Wtuliła się mocno w niego. Klasyczne, jasnoniebieskie dżinsy podkreślały kształt jej szerokich bioder. Obcisła nawet koszulka z przykrótkimi rękawkami podkreślała odwieczne piękno klepsydry talii i bioder.
– To ja danie dla ciebie szykuję, a Ty się spóźniasz – zdenerwowanie Rafała prysło, miał już ją przy sobie.
– Życie. Rafał?
– Tak? Nałożyć ci fasolki.
– Nie. Piwa się napiję.
– Prowadzisz.
– Wiem. Co u twojej córki?
– Dobrze,  mam wezwanie do szkoły, bo Patrycja nie była dwa ostatnie dni.
– Czemu?
– Nie wiem. Matka nie może jej ogarnąć.
Kapsel od Królewskiego odskoczył z przytłumionym syknięciem. Maria pociągnęła spory łyk. Przyjemne ciepło rozpłynęło się po dziąsłach.
Przez okno pokoju zajrzało zachodnie słońce. Na przystanku zatrzymał się 117. Kolejny łyk.
– Kocham Twój tatuaż pod łopatką. Pachnie ogrodem różanym z parku Skaryszewskiego.
Maria zmrużyła oczy. Marzyła o małym, poniemieckim domku na Mazurach, gdzieś koło Giżycka. Niech wieczory pachną czerwonymi malwami, fioletowymi bzami i skoszonymi trawami z bławatkami. Dzieci będą bawić się w błocie, ja rozwieszać pranie, a on – będzie pisał. Wysokie sosny zagrają Bacha, a gdy tak rozszumią się na dobre w lipcowe wichury muzyka przejdzie w nostalgię Czajkowskiego.

Rafał pociągnął z butelki duży łyk piwa, zagryzł paluszkiem żerańskim. Maria leżała nago na boku. Sutki jej niezbyt pięknych piersi sterczały. Piersi nie przyprawiały go o białą gorączkę, ale oprawa oczu, fryzura, kształt pupy, gdy miał ją przed sobą, sprawiały, że jego myśli zaraz zaczynały się pławić w dopaminowym sosie.

Robert, myślała, w tym czasie Maria, był wrażliwym, ale słabym psychicznie człowiekiem. Nie nadawał się na męża. Właściwie wyszła za niego z litości, bo bardzo prosił. Rafał, zaniepokoiła się, o nic nie prosił, wymagał, żądał. Czemu mu się nie oprze?
– Muszę wyjść
– Co – głos ugrzązł w gardle Marii.
– Muszę jechać po córkę do jej koleżanki.
– Rafale – rozpacz odbija się od pustych ścian.
Była dla niego laleczką,
dla drugiego, trzeciego – kto wie?
Potem skryło ją małe miasteczko,
pogrążone w roztopach i mgle.
On miał wszystko to, co chciał:
sławę, złoto, piękno ciał,
życia krusz garściami brał.
A gdy z wiru wtem się zbudził
– już nie było tamtych ludzi,
których kochał, których zwodził,
których znał.
“To nasze ostatnie bolero”

W tamten weekend majowy deszcz lał jak z cebra. Aneta sczytywała na kasie w Biedronce grill kulisty z pokrywą, raid przeciw komarom. Na chuj komu coś na komary, śmiała się w duchu dziewczyna ufarbowana na rudo-miedziany kolor, gdy jej telefon w kieszeni zaczął wibrować. Nie, nie może odebrać. Musi czekać do przerwy, pik, pik, warkocz z nadzieniem z czarnej porzeczki.
– Artura aresztowali, powiedział głos w telefonie.
Pięć lat. Szybko minie.

– To przez ciebie, kurwo – pocieszyła ją teściowa. – Prowadzałaś Arturka gdzieś po bramach i wpadł w złe towarzystwo. – Wypierdalaj stąd.
Dookoła odrapanego starego bloku na Zamoyskiego płatami odchodził tynk. Przechodzący obok budynku facet około pięćdziesiątki pomyślał, że kamienice starzeją się lepiej niż mężczyźni. Łysienie ścian ma swój urok, a facet napuchnięty od wczorajszego alkoholu z koślawymi
zaczeskami na głowie idzie nie wiadomo po co, trzyma się życia, żeby El Clasico obejrzeć lub wina Amarena się napić.
Aneta, pamięta, to miało być przeznaczenie, że imiona na literę a.
Szła w kierunku Lubelskiej. Pod wiaduktem kolejowym wypadł jej papieros. Ormianin albo Kazach albo ktoś zaproponował jej tonem popsutego kontrabasu: – Papierosów nie trzeba?
Podniosła swój. Wieczór, choć słoneczny, przeszywał chłodem. Od strony Wedla pachniało jej ulubionymi Pawełkami.
– Mamo, kiedy wrócimy do domu – dreptała za nią pięcioletnia Patrycja.
Skręciła w Lubelską, ciągnąc za rękę śpiącą córkę. Kasi, jej najlepszej przyjaciółki, akurat nie było w domu. W stronę Dworca Wschodniego obok Anety szła około trzydziestoletnia kobieta w butach na obcasach. Ciągnęła z łoskotem przypominającym turkotanie pociągu walizkę z napisem Samsonite.
Byle do nocy, byle do jutra –
Tłucze się w tobie litania smutna,
Sen cię otuli jak łaska boska
Polska Madonno, Madonno polska.
Sen ci daruje szminkę francuską,
Piersi okryje szkarłatną bluzką,
Sen ci daruje nadzieję płonną,
Polska Madonno, polska Madonno
“Polska Madonna”
Tej piosenki zabrakło w przedstawieniu „Cafe Sax”; brak odczuwam do teraz bardzo mocno. Teatrze Rampa, czemu jej nie było?

Rafał odebrał list polecony na poczcie na Francuskiej. Wieczór odurzająco pachniał kasztanami. Ulewny deszcz parował w wieczornym cieple. Iść w lewo do Paryskiej czy w prawo do Skaryszewskiego. Otworzył list. Bank wzywa do uregulowania trzech rat kredytu hipotecznego za mieszkanie, które kupił w akcie, jak się wydawało, strzelistej i wiecznej miłości.
4269 zł
– Bank wezwanie przysłał, cztery tysiące trzysta – bez nijakiego powitania powiedział ze złością do słuchawki, wolno wypowiadając i kładąc nacisk na trzy ostatnie słowa.
– Co mnie to – z agresją odparła Paulina.
– Kredyt jest wspólny.
– Ja wezwania nie dostałam. Na ciebie jest.
– Ogarnij się. Z czego mam to zapłacić?
– Zapłać alimenty na Julkę, to pogadamy.
Rozłączyła się.

Odczuwamy trochę zgagi po tym życiu – 
po tym życiu, po przepiciu i te pe, 
odczuwamy trochę kaca, 
że co było, to nie wraca, 
jak ten kochaś, który zginął w sinej mgle. 
Odczuwamy trochę żalu, 
że tak wcześnie jest po balu.
„Szpetni czterdziestoletni”

Przypomniał sobie słowa piosenki Agnieszki Osieckiej, gdy minął Francuską 31, dawną Cafe Sax, gdzie Agnieszka Osiecka rozsiewała słowa po karteczkach, serwetkach, w zeszytach. Piła dżin z tonikiem.
Niebo obniżyło się. Zapach lip, kasztanów otulił strapioną duszę Rafała. Maj, majem, ale co dalej? Z czego zapłacić te cholerne raty? Paulina jeszcze tego mieszkania nie chce sprzedać.
W Carefour tuż przed rondem Waszyngtona kupił trzy Żubry. Pomnik Żołnierzy Radzieckich okrywał się atramentowym niebem. Rafałowi wyświetlił się z przykurzonego archiwum pamięci obraz z podręcznika z podstawówki. Warszawiacy kwiatami witają radzieckich żołnierzy siedzących na czołach z czerwoną gwiazdą.

Kanały w Skaryszewskim pachniały rybami i smakiem umami. Woda stała w nich nich wysoko, bo i Wisła rozlała się majestatycznie w korycie, przypominając że człowiek jest małym orzechem laskowym w obliczu sił przyrody. Boże, o czym ja myślę, Rafał pociągnął kolejny łyk Żubra. Żubry chodzą parami czy jak to było? Z oddali dobiegał odgłosy niewyjaśnionej tajemnicy życia, rechot żabiego skrzeku.

Obok przeszła dziewczyna pachnąca perfumami owocowymi. Kołysała miarowo szerokimi biodrami, jakby elegancko kajak płynął po jeziorku Kamionkowskim.
Odczuwamy trochę żalu,
że tak wcześnie jest po balu,
kiedy noga się do tańca jeszcze rwie.
Chce się tańczyć, chce się walczyć,
a tu nagle – panie starszy,
zamykamy, zamykamy, tak czy nie?
„Szpetni czterdziestoletni”

– Cześć, co robisz – zapytał Małgosię poznaną na Sympatii. Ujęła go zielonymi, błyszczącymi pełnią życia i naturalnymi blond włosami do pół pleców.
– Robię Patrykowi kolację. A Ty?
– Sucha kostucha się spóźniła.
– Co?
– Nie wyłączyła mi prądu w środku dnia.
– Co? trzeźwy jesteś?
– Pijany życiem. Pojedziemy na dyskotekę do Wilgi – Małgośka wiedziała gdzie, to, bo mieszkała w Otwocku, a może to już Karczew.
– Nie masz auta.
– Pekaesem.
– Wariat.
Udawanie się zacznie od jutra, a na razie odpłyńmy na kutrach w tę noc.
Panie Czesiu? Jeszcze jedna pięćdziesiątka? Na koszt baru.

Spektakl nie wstrząsnął moją duszą, ale struny jej poruszył, daję 4 na 6, a indywidualnie Dorocie Osińskiej – szóstkę za wykonanie “Na zakręcie”. Krstyna Janda została zdetronizowana, co wydawało się niemożliwe.

Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna, tym razem na Białołęce

Na poczcie w miasteczku powiatowym na literę P. w województwie lubelskim kierowniczką urzędu pocztowego jest czterdziestoletnia Izabela Wyrwał. Iza ma branie u lokalnej wierchuszki, bo cieszy się urodą dziewiętnastolatki, szczupłymi nogami, małymi cyckami z dużymi sutkami, a domu wychowała posłusznego rogacza, czyli męża Roberta.

Iza nie zarabia tak dużo jak wójt lub szef lokalnej hurtowni spożywczej Hurt-Food, a też chce szusować na nartach na austriackich stokach, wygrzewać się na plaży w Turcji, jeździć najnowszym oplem zafirą. Dlatego dorabia do pensji w taki sposób:
– Kasiu, kochaniutka, mama cierpi na raka mózgu – mówi łamiącym się głosem, łkając i ocierając tak mocno oczy chusteczką, żeby wydawały się czerwone od płaczu. Siedzi na popsutym, wytartym biurowym fotelu za koślawym biurkiem w swoim odrabanym gabineciku, a po jego drugiej stronie przycupnęła niczym na zydelku trzydziestodwuletnia kasjerka Kasia, tak szara, że bardziej niewidoczna od Kopciuszka. Nie, no, ładna i zgrabna,a le zagubiona w świecie bez miłości. Na poczcie pracuje od kwartału, właśnie dostała umowę na czas nieokreślony – Wydaję na leki całą pensję, mąż swoją, nie mamy już za co żyć – psioczy na swój krzyż pański Izka. – Zastanawiam się, czy auta nie sprzedać. Nie śmiem cię prosić o pomoc, ale czy mogę na ciebie liczyć w tych trudnych chwilach – patrzy na Kasię wzrokiem zbitego jamnika, który zrobił kupę na dywan w salonie i prosi o akceptację.
– Jasne. Jak mogę ci, kochana, pomóc – ufnie pyta Kasia.
– Jesteś bardzo dobrą pracownicą. Mogłabym cię prosić, żebyś wzięła kredyt w banku. Nie chce cię prosić o pieniądze dla siebie, ale dla mamy, która bez leków umrze.
– A ile ci potrzeba – pyta nieco mniej ufnie Kasia.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem. Te leki to studnia bez dna. Ile bank da Ci tak naprawdę? Ale jak nie chcesz, nie bierz. A przy okazji, wiesz, ta Renata z Sadowej pytała, czy nie ma u nas na poczcie pracy, bo ona by chciała na kasjerkę. Powiedziałam, na razie nie, bo dobrze pracujesz. Ale nie musisz brać tej pożyczki, ja to doskonale rozumiem.
Kasi pot występuje na czoło. Wie, że nie umie go ukryć. Po plecach leje się strużka potu wprost do stringów. – Kurwa, gdzie ja robotę znajdę w tej dziurze. Mąż nierób, dwoje dzieci. A ta mnie z roboty wywali – gonitwa czarnych myśli przetoczyła się przez głowę Kasi i spadł na nią lęk czarny jak burzowe chmury.
– Wiem, boisz się. Ale chcę, żebyś pracowała. A jeśli weźmiesz pożyczkę, co miesiąc będę ci oddawać tyle, ile wynosi rata do banku. Chcę być twoją przyjaciółką, możesz mi zaufać.
Kasia poczuła ulgę. Matka tylko zawsze na nią krzyczała, ojca wiecznie w domu nie było. A mąż tylko się drze, że ubiera się jak szmaciara.
– Ale będziesz mi oddawać?
– Nie ufasz mi – Iza chowa oczy w dłoniach. Boże, nawet Ty mi nie ufasz.
– To nie tak…
– Wiem, zostałam sama. Trudno.
– Nie, to nie tak. Tylko ja nigdy kredytów nie brałam.
– Mam ją – zatryumfowała w myślach Izka. Głośno dodała: – Weź jutro wolne, nie musisz brać nawet urlopu. Pójdź do banku spółdzielczego i zapytaj ile ci dadzą bez zgody męża. Wiesz, nie wciągaj go w to. On pije, może się wkurzyć.
Maciek, mąż Kasi, wkurzyłby się. Pić pije, ale w domu zamiecie, latem na budowach pracuje, a ostatnio to jej bransoletkę w centrum chińskim kupił. Czasem nawet dzieci ze szkoły odbierze, jak Kaśka ma drugą zmianę. Nie jest zły, ale wyrywny jak ten z “Kogla Mogla”

Kasia wzięła 20 tysięcy złotych pożyczki w miejscowym banku spółdzielczym. Mama Izy mieszka w Lublinie, jest po rozwodzie, czuje się świetnie. Wcześniej pożyczkę na chorą mamę przez kilka lat wzięło czterech listonoszy, dwie kasjerki. Iza spłacała raty przez pierwsze trzy miesiące, potem leczenie mamy okazywało się coraz bardziej kosztowne. Jeden listonosz się powiesił, drugi dostał zawału. Iza jest kochanką miejscowego prokuratora.
Kasia chciała walczyć. Inni utopieni w długi po uszy obiecali pomoc, ale gdy Kasia poszła na policję, w komendzie powiatowej skontaktowali się z prokuratorem rejonowym, który tego samego dnia dymał Izę w miłym hoteliku w Zwierzyńcu na Roztoczu. Wszyscy wskazani przez Kasię jako poszkodowani wyparli się oprócz jednego, listonosza Kazika. Ale jak prokurator akurat nie dymał żony lub Izy, wytłumaczył mu, że nie ma co składać fałszywych zeznań.
Kaśkę mąż zostawił, wyniosła się do mamy na wioskę pod Zamościem. Nie spłaciła kredytu.. Dzieci utrzymuje, robi torty na wesela. Alimenty z funduszu dostaje. Matka ją wspiera, mówiąc: – Dupę umoczyłaś podwójnie, to masz.

Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna w Białołęckim Ośrodku Kultury

Miało być o sztuce “Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna” wystawioną przez Białołęcki Ośrodek Kultury zrealizowaną przez Kompanię Teatralną Mamro. Wiejski nauczyciel Škunca organizuje “Hamleta” na zapadłej jugosłowiańskiej wsi w ponurych latach socjalizmu. Lepiej bym tego nie ujął niż filmpolski.pl, więc cytuję: “Reżyser tak obsadził role, że w życiu i charakterach wykonawców można odnaleźć wyraźne podobieństwa do odtwarzanych przez nich postaci. Przewodniczący spółdzielni i sekretarz organizacji partyjnej Bukara, wiejski dzierżymorda, krętacz i oszust, gra satrapę Klaudiusza. Pełnym wahań Poloniuszem w amatorskim przedstawieniu w Głuchej Dolnej jest przewodniczący miejscowego oddziału Frontu Narodowego Puljo, zausznik i wspólnik Bukary. Z nimi i ich poplecznikami walczy tutejszy Hamlet – młody Skoko, który chce oczyścić dobre imię swego ojca, fałszywie oskarżonego o malwersacje. Próby w wiejskim zespole stają się odbiciem jego walki o sprawiedliwość z lokalnymi kacykami, z całą skorumpowaną kliką. Chwyt “teatru w teatrze” pozwala obnażyć miałkość szermierzy idei sprawiedliwości społecznej z lat 50., potęguje założony przez Brešana efekt przemieszania wzniosłości i trywialności”.

Mamro jest świetne. Widzowie dobrze się bawią, wybuchając salwami śmiechu na każdy tik nerwowy i “szłem” Macaka. Finał napawa optymizmem, bo Joca rozwala Bukarę z kałasznikowa. Prawdziwe życie przynosi niewiele takich pełnych nadziei zakończeń. Zazyczaj Hamlet ląduje w psychiatryku, na rencie lub w kanałach wokół elektrociepłowni na Żeraniu.

Nie zgadzam się! Bal w Operze w Teatrze Precedens

Bal w Operze, Teatr Precedens, 23 maja 2014 r.

Nie zgadzam się na Polskę marketami stojącą, gdzie w ostrym świetle jarzeniówek niedzielnym, bladym świtem przebrane w granatowe, zielone bluzeczki zasiadają sprzedawczynie. Kasjerki. Na dumnie wypiętych piersiach mienią się blaszki z napisem Małgorzata, Beata, Krystyna – W czym mogę pomóc.
Matki dzieciom, żony mężom, kochanki kochankom dzierżą czytnik kodów w dłoni. Pik – karkówka w marynacie, pik – piwo Tyskie, pik – filet z kurczaka, pik – cebulka, pik – kiełbasa podwawelska, pik, pik, pik…
Mężowie, dzieci, kochankowie czekają na swoje kobiety. Pik, pik, pik – płacą w marketach za piwo, lizaki, chipsy. Rodzina nie wybrała się do parku wśród lip kwitnących, na festyn święta Saskiej Kępy, mecz Legia – Ruch, badmintona na Orliku. W kościołach pustki straszą.
Kobiety wracają po 23, noc czarna, bo na autobus długo czekały, bo kasa się nie zgadzała, bo szef wpadł i się awanturował. Zmęczone, na twarz padają, zasypiają. Sen im daruje szminkę francuską, piersi okryje szkarłatną bluzką. Rano znów puder, lakier, róż. Pik, pik, pik… Kto odbierze dziecko z przedszkola? pik, pik, pik..

Dzisiaj wielki bal w Operze.

Sam Potężny Archikrator

Dał najwyższy protektorat,

Wszelka dziwka majtki pierze

I na kredyt kiecki bierze,

Na ulicach ścisk i zator,

Ustawili się żołnierze,

Błyszczą kaski kirasjerskie,

Błyszczą buty oficerskie,

Konie pienią się i rżą,

Ryczą auta, tłumy prą,

W kordegardzie wojska mrowie,

Wszędzie ostre pogotowie,

Niecierpliwe wina wrą,

U fryzjerów ludzie mdleją,

Czekający za koleją,

Dziwkom łydki słodko drżą.

Nie zgadzam się na Polskę fasady, teatralności. Jesteś szczęśliwym rodzicem małych dzieci? Gratuluję, to słodkie. Dużo zdrowia pociechom życzę. Bo na wizytę do alergologa, neurologa, kardiologa poczekasz pół roku. Ale składki do ZUS na “ubezpieczenie zdrowotne” płać dziś, teraz. Right now! Broń Boże, nie spóźnij się, bo wezwanie, egzekucja, śmierć.
No, udało się wysupłałeś 150 zł na prywatną wizytę. A to zapraszamy, dziś czy jutro? Kawa z mlekiem czy bez? Jak synek ma na imię? Kuba? Kubuś pobaw się tutaj. Lubisz rysować? Pani Ewo, proszę podać Kubusiowi kartkę. Witamy w polskiej middle class. Motłoch tłoczy się w przychodni. Bachor wrzeszczy, gruźlik kaszle, babcia pluje.

Zapiał kogut, za nim drugi,

Potem trzeci,

Na pastwiska bydło gnają

Małe dzieci.

Przetrąbiło drugie auto

Ciężarowe,

Chłop prowadzi kulejącą

Krowę.

Nie zgadzam się na Polskę na starcie zaprzepaszczonych szans. Gdzie są fabryki, warsztaty, stolarnie, zakłady metalowe, huty, stocznie? Co mają zrobić młodzi mężczyźni po szkole? Ogłada, szyk, kultura, dwa języki How are you i Guten Tag, excel, monter, elektryk, pracy brak. Zadzwonimy. Easy, take it easy. Nie przejmujcie się,. Jest Anglia, Niemcy i Holandia. A jak za daleko, zapraszamy – Biedronka, Lidl, Tesco. Codziennie niskie ceny. Tanie piwo za 2  zł. Zamracza, znieczula, życie piękniejszym czyni.

Na kościele niebijące

Wiszą dzwony.

Suche pęki ziół pod krzyżem

Ogrodzonym.

Jakiś duży wyszedł w gaciach

Przed zagrodę,

Mruży oczy i tarmosi

Ostrą brodę.

A tam dalej stoi szkoła

Murowana,

W szkole mapa, bardzo pięknie

Malowana.

Ewa Makomaska dziękuje widzom i aktorom  “Balu w Operze”.

Teatr Precedens z Domu Kultury Świat na Targówku pod uroczą i merytoryczną wodzą Ewy Makomaskiej wystawił 23 maja 2014 r. “Bal w Operze” Juliana Tuwima. Były światła ramp, piękna scenografia, głos, ruch na scenie.
Czego nie było? Niezgody na rzeczywistość nie było!
Brawa były, owacja, były, kwiaty były. I wszystko naprawdę pięknie było. Rozeszli się widzowie.

Bal w Operze trwa.

Cytaty z poematu “Bal w Operze” Juliana Tuwima.