Historia firmy E. Wedel

Karola Wedla, 32-letniego obiecującego cukiernika, ściągnął z Berlina do Warszawy Karol Grohnert, który w tamtych latach XIX wieku miał już małą fabryczkę słodyczy przy Danielewiczowskiej. Karol Wedel szczycił się rzadkimi jak na tamte czasy umiejętnościami. Umiał wyrabiać czekoladę. 

Niemiec już po sześciu latach rozstał się ze swoim wspólnikiem i w 1851 roku założył własny własną cukiernię i warsztat produkcyjny. Data ta nawet dziś widnieje na każdym opakowaniu wedlowskich wyrobów. Firma, marka i jej wyroby przetrwały ponad 150 lat, co w polskich warunkach zaborów, powstań i wojen, jest rzadkim osiągnięciem. Umieszczamy rodzinę Wedlów – Karola, a szczególnie jego syna Emila w gronie najwybitniejszych ludzi ziem polskich.

Firma działała przy ulicy Miodowej, róg Kapitulnej. Subiekci, wyobrażamy sobie takich jak w “Lalce” Bolesława Prusa, ubranych w surduty, oferowali karmelki, ciasta, poncz, kakao, oczywiście czekoladę twardą i do picia. 

Interes zaskoczył i dobrze się kręcił. Karol Wedel. Przedsiębiorca szybko wybudował kamienicę przy ulicy Wielkiej. Sprzedał ją, a w 1869 r. kupił od Karoliny Guzowskiej kamienicę przy Szpitalnej.

Zabudowania w głębi działki od około 1876 mieściły fabrykę wyrobów cukierniczych “E. Wedel”. W 1893 r. w narożniku działki wzniesiona została kamienica (Szpitalna 8), przez którą prowadził główny wjazd na posesję. W XX w. do posesji została dołączona tylna część działki Szpitalna 6 (należąca do ojca Emila Wedla – Karola, a następnie do jego spadkobierców), na której zostały wzniesione nowe oficyny.
Produkcja słodyczy została przeniesiona w końcu lat. 20-tych XX w. do nowej fabryki przy ul. Zamoyskiego na Pradze. Źródło: warszawa1939.pl

Karol Wedel był i uważał się za Niemca. W 1861 roku cukiernicy warszawscy ofiarowali składki na msze patriotyczne. Wedel się wyłamał, za co zdemolowano mu cukiernie. Szkody szybko usunięto, firma podjęła działalność. Incydent poszedł w  niepamięć.

Emil Albert Fryderyk Wedel, syn Karola,  został współwłaścicielem firmy w wieku 31 lat, w 1872 roku, w dniu swego ślubu z Polką – Eugenią Bőhme. W 19980 roku Wedlowie pozbyli się cukierni przy Miodowej, by całą działalność skoncentrować na Szpitalnej. Wedel rozwijał firmę od Szpitalnej w kierunku Wareckiej. Znaczną część wzdłuż ulicy Górskiego Wedel kazał obsadzić drzewami owocowymi i innymi. Wedel lubił ogrody, interesował się zielarstwem.

To w tamtym czasie powstała słynna narożna kamienica na rogu Szpitalnej wedle projektu Franciszka Baumanna. Na parterze secesyjnej kamienicy znalazł się duży sklep, który Wedel otworzył 11 listopada 1894 roku. Czynny jest do dziś.

Inny znany sklep mieścił się na Marszałkowskiej, na rogu Chmielnej. Reklamował go już nieco później neon przedstawiający chłopca z czekoladą na zebrze. Wizerunek chłopca na zebrze stworzył w 1926 roku  Leoneo Cappiello. Firma Wedel nadal wykorzystuje ten motyw. Emil Wedel przejawiał cechy nowoczesnego przedsiębiorcy. Wedlowskie wyroby zaczęto podrabiać, dlatego cukiernik szybko zabezpieczył prawnie znak towarowy będący jego podpisem. Dobrze znany także dziś:

„Od dnia dzisiejszego każda tabliczka czekolady, pochodząca z mojej fabryki, opatrzona będzie na sobie we własnoręczny mój podpis. Wszelkie zatem czekolady nieopatrzone w stemple mojej fabryki i niemające na etykiecie mojego podpisu, uważane być powinny za niepochodzące z fabryki podpisanego”.

W 1908 roku szybko rozrastająca się firma przekształciła się w Fabrykę Cukrów i Czekolady E. Wedel  i Syn, Spółka Akcyjna. Kilka lat później Wedel kupił dużą działkę przy ulicy Wołowej (dzisiejszej Zamoyskiego), aby  postawić tam nową fabrykę. 

Na przeszkodzie rozbudowy słodkiego biznesu stanęło pewnie przede wszystkim podejście Emila Wedla do interesów. Chciał znać wszystkich swoich pracowników i ich rodziny, jeść z nimi posiłki:

Nie mam chęci ani zamiaru powiększać fabryki, bo ja chcę znać naprawdę wszystkich moich pracowników, z nimi pracować, jadać i bawić się”.  

Chciał z okien swego balkonu w kamienicy na Szpitalnej widzieć przydomowy ogród. Nostalgiczne i mało ekspansywne podejście Emila ograniczało rozwój spółki. Cały ratunek w synu – Janie.

Zanim Jan przejął interes, studiował chemię, inżynierię w Niemczech i Szwajcarii. Biegle opanował niemiecki, francuski i angielski. Po powrocie do kraju nie przejął firmy od ojca, ale zaczął pracować w zakładzie jako… robotnik. Poznawał firmę od podszewki. 

Po śmierci ojca w 1919 roku Jan przejmuje fabrykę, bierze jako wspólników swoje siostry Eleonorę i Zofię i tworzy spółkę “Fabryka Czekolady E. Wedel, Spółk Akcyjna”. Zrywa z konserwatywnym podejściem rzemieślniczym podejściem do biznesu swego ojca, choć firma nadal produkowała słodycze na Szpitalnej.

Szef dbał o pracowników. Wypłacał 13. i 14. pensję oraz nagrody bożonarodzeniowe. Jedli oni posiłki w firmowej stołówce, a naw czasy wyjeżdżać do zbudowanego przez firmę ośrodka nad Świdrem. Prowadził żłobek i przedszkole dla pracowników. Pracownicy mieli dostęp do opieki medycznej na terenie zakładu. 

Jan Wedel zaczął w 1929 roku budowę fabryki na Pradze, dziś ulica Zamoyskiego. Czekolada Wedla podbiła Polskę i Europę. 

Jakość wyrobów po stronie zakupów i wyrobów gotowych była dla Jana Wedla najwyższym priorytetem. Dostawcy, którym dwukrotnie wytknięto uchybienia w jakości, byli natychmiast skreślenie ze współpracy. Prezes codziennie przemierzał wszystkie działy fabryki, osobiście dopilnowując produkcji. Raz wycofał ze sprzedaży dzienną produkcję biszkoptów, bo dopatrzył się uchybień.

Jednocześnie alergicznie reagował na marnotrawstwo, zwracając uwagę na marnujące się arkusze papieru czy nawet kawałki sznurka.

Jej szef planował zakup plantacji kakaowca, by zapewnić sobie dostęp do surowca i uniezależnić od wahań cen.Wybuch II wojny światowej zniweczył te plany. Samą wojnę spółka przeszła względnie suchą stopą. Prezes ochronił załogę przed głodem i łapankami.

Położoną na Pradze fabrykę ominęła powstańcza zawierucha 1944 roku oraz systematyczne unicestwienie miasta przez Niemców. P

Szadź 2 [RECENZJA]

Dwa, a może więcej razy podchodziłem do serialu Szadź 2. Nie dawałem rady. Już pierwsze sceny pokazują, że mamy do czynienia z poligonem filmowym. Aż w końcu ból po ekstrakcji ósemki zapewnił cichą noc, ukojoną ibuprofenem. Oszadziałem.   

Pierwszy odcinek zaczyna się od drętwych, nierealnych dialogów oskarżonego o morderstwa młodych kobiet Piotra Wolnickiego (Maciej Stuhr) z jego obrończynią Teresą Sznajder (Dominika Ostałowska), a także od rozmów ze współosadzonym Ludwikiem (Krzysztof Zarzecki). Wymiana zdań nie ma cienia odzwierciedlenia w rzeczywistości, przez co bardziej pasuje do warsztatów filmowych w liceum niż do poważnego kryminału. Naprawdę trzeba się napocić, żeby zrobić bardziej nudny i naiwny początek serialu. Z czego wynika charyzma, którą Wolnicki roztoczył na współaresztanta, by potem wykorzystywać go do realizacji swoich planów, trudno odgadnąć. Bo tak postanowili scenarzyści?. Ale żadna droga do tego nie prowadzi.

Proces sądowy oskarżonego nadaje się do “Trudnych spraw”. Infantylne mowy Wolnickiego nieoczekiwanie robią wrażenie na doświadczonych sędziach. Ostre jak zardzewiałe żelazo pytania obrońców do świadków sprawiają, że, doświadczeni oficerowi śledczy, w tym Agnieszka Polkowska (Aleksandra Popławska), gubią się, brakuje im słów, wzruszają się łatwo.

Wolnicki – jakież to zaskoczenie – wychodzi na wolność i odżywa, mordując kolejną dziewczynę. W widzu rodzą się jednak coraz natarczywe pytania i to bez kolejnego ibpuprofenu:

– Dlaczego policja, prowadząc dochodzenie, nie śledzi Wolnickiego? Zagadka kryminalna rozwiązałaby się w tydzień.

– Dlaczego oficerowie przez 4-5 odcinków nie potrafią połączyć Wolnickiego z nagle objawioną miłością z domu dziecka – Lilą Pelc (Anna Ilczuk), mimo że oboje dość często się widują?

– Dlaczego żona Wolnickiego akurat tę kobietę zatrudnia jako opiekunkę do dzieci?

– Dlaczego scenarzyści wykorzystują wyświechtane do dziur klisze: Skoro dziewczynka maluje rodzinę  bez taty, to jest bardzo niepokojące. Jakież to odkrywcze.

– Dlaczego 14-letni syn wysłuchuje mądrości dopiero co poznanej opiekunki jak prawdy objawionej i po co nastolatkowi opiekunka?

Tych “dlaczego” mogę postawić znacznie więcej. Scenariusz leży, zanim powstał.

Serialu “Szadź 2” nie ratuje też gra aktorska. Główni bohaterowie nawet nie starają się udawać, że tworzą kreacje życia, a przynajmniej sezonu.

Pewne zadatki przejawia zadziorna Roma Sośnicka (Sandra Drzymalska), ale jej rola po obiecujących początkach dryfuje na mieliznę banału. Pod pozorem odwagi chowa się krucha istota odrzucona przez ojca. Czy jakoś tak.

O ile ciekawiej byłoby, gdyby to ona dowiodła, że Wolnicki jest mordercą i opowiedziała to Polkowskiej. Ta, chcąc sobie przypisać rozwiązanie zagadki, ukradła jej zgromadzone (oczywiście w laptopie) dowody i zagroziła buńczucznej Romie, że jej chora na serce matka dowie się, że córka pracowała w domu publicznym po przeprowadzce do Warszawy. Chciała opłacić studia religioznawcze. 

Oglądanie doskwierało mniej niż ból po ekstrakcji, ale jednego i drugiego nie polecam.

Daje trzy minus w sześciostopniowej skali.

“Szadź 2”, 2021, reż. Sławomir Fabicki, Anna Kazejak, 7 odc., Akson Studio, TVN

Kołonotatnik z bohaterem

Ktoś napisał, nie pamiętam kto, że kicz to jest brak gówna. Jeśli przymierzyć owo kryterium do zdjęć na Instagramie, to 99,9 proc. podpada pod kicz. Ile można oglądać zachody słońca? Chciałbym wreszcie zobaczyć, coś obrzydliwie pięknego.

“Następny do raju” Marek Hłasko [CYTATY]

Kto mnie żałuje? Gdzie życie? Gdzie młode lata? Siedzę tutaj, daleko od Warszawy, od ludzi, od miasta. Jedyna dziwka, która myje tyłek chociaż raz na miesiąc, mieszka o pięćdziesiąt kilometrów stąd i żyje ze wszystkimi kolejarzami z powiatu. Tylko drzewo, droga i wilki.


Umilkł. Oczy lśniły mu dziko.
Kiedy? – zapytał kierowca.
Dwa dni temu. Dwa dni szukaliśmy go jak wariaci. Cud, że wilki nie rozciągnęły do tej pory W zeszłym tygodniu zwalił się jeden facet z sąsiedniej bazy. Szukaliśmy go wszyscy, a kiedy wreszcie znaleźliśmy, nie wiadomo było, jak go wrzucić do trumny, bo prawie całego zżarły. Na Sąd Ostateczny będzie się meldował bez kutasa. Potrzebne ci to?


Leśnik wskazał ręką na wóz; był już naładowany prawie po szczyty kłonic.
Starczy?
Dziewiątka pokręcił głową.
Jeszcze ze dwa kubiki.
Po cholerę to panu? Całego lasu i tak pan nie wywiezie naraz….
Drzewo jest potrzebne – rzekł Dziewiątka. – Klasa robotnicza przysłała tu najlepszych swoich synów, aby wozili drzewo. Stocznie, burdele, miasta, fabryki i ciche sioła czekają na te bale, żeby je w twórczym trudzie przerobić na wykałaczki, rączki do parasolek…

Marek Hłasko o pomyśle i pracy nad książką:

To się na pewno zaczęło owego dnia, kiedy ładowaliśmy drzewo gdzieś bardzo wysoko i w duży mróz. Tak, na pewno. Wozy stały na dukcie, a my na legarach podtaczaliśmy kłody. Trzech; jeden z jednego końca, drugi z drugiego, trzeci w środku. Jeśli puści ten w środku, to ci z boku zdążą jeszcze odskoczyć. Jeśli jednak puści któryś z bocznych – wtedy właśnie puścił jeden z bocznych i oblodzony kloc zmiażdżył mu kręgosłup, a stało się to tak szybko i tak zwyczajnie, że nie było w tym nic strasznego, nic wielkiego i nie bardzo rozumiem, dlaczego to tak dobrze pamiętam. Pamiętam, że staliśmy nad tym człowiekiem i nie można go było ani podnieść, ani przenieść, ani zawieźć do miasta, bo nie było czym, i wiedzieliśmy wszyscy, że to koniec; a on wiedział także i wrzeszczał, ile razy chcieli go przenieść z drogi w bok – aby wozy mogły jechać do tartaku. Wszyscy stali nad nim , wszyscy przestępowali z nogi na nogę, bo zimno było okropnie: silniki w samochodach pracowały bez przerwy, bo z zapuszczaniem tych starych wozów zawsze był kłopot i wszyscy się wściekali i dąsali, że to tak strasznie długo trwa, a wiadomo przecież, że i tak jest po wszystkim. Więc odchodzili w bok i odlewali się, i poprawiali silniki, i tupali, bez przerwy tupali, bo naprawdę by to wyjątkowo zimny dzień i wszyscy już mieli wszystkiego dość – i jeżeli pamiętam ten dzień, to chyba tylko dlatego, że odbywało się to wielkie tupanie; to tak, jakby złościli się na niego, a jednocześnie chcieli mu dopomóc. A potem nagle zapanowała jakaś radość i ożywienie; i wszyscy stali się dla siebie lepsi i milsi – kiedy już było po wszystkim i nareszcie można było założyć z powrotem czapki. Nie wiem, dlaczego nie napisałem tej akurat sceny w książce. Może dlatego, że chciałbym umrzeć sam, nie widząc nad sobą żadnej twarzy i nie słysząc żadnych słów ani niczego. Ale to było. (…) Boję się szpitala., zastrzyków, nocników i okrucieństwa lekarzy – więc proszę mi wybaczyć.

Ani wstęp, ani posłowie do “Następnego do raju”, Marek Hłasko