Historia firmy E. Wedel

Karola Wedla, 32-letniego obiecującego cukiernika, ściągnął z Berlina do Warszawy Karol Grohnert, który w tamtych latach XIX wieku miał już małą fabryczkę słodyczy przy Danielewiczowskiej. Karol Wedel szczycił się rzadkimi jak na tamte czasy umiejętnościami. Umiał wyrabiać czekoladę. 

Niemiec już po sześciu latach rozstał się ze swoim wspólnikiem i w 1851 roku założył własny własną cukiernię i warsztat produkcyjny. Data ta nawet dziś widnieje na każdym opakowaniu wedlowskich wyrobów. Firma, marka i jej wyroby przetrwały ponad 150 lat, co w polskich warunkach zaborów, powstań i wojen, jest rzadkim osiągnięciem. Umieszczamy rodzinę Wedlów – Karola, a szczególnie jego syna Emila w gronie najwybitniejszych ludzi ziem polskich.

Firma działała przy ulicy Miodowej, róg Kapitulnej. Subiekci, wyobrażamy sobie takich jak w “Lalce” Bolesława Prusa, ubranych w surduty, oferowali karmelki, ciasta, poncz, kakao, oczywiście czekoladę twardą i do picia. 

Interes zaskoczył i dobrze się kręcił. Karol Wedel. Przedsiębiorca szybko wybudował kamienicę przy ulicy Wielkiej. Sprzedał ją, a w 1869 r. kupił od Karoliny Guzowskiej kamienicę przy Szpitalnej.

Zabudowania w głębi działki od około 1876 mieściły fabrykę wyrobów cukierniczych “E. Wedel”. W 1893 r. w narożniku działki wzniesiona została kamienica (Szpitalna 8), przez którą prowadził główny wjazd na posesję. W XX w. do posesji została dołączona tylna część działki Szpitalna 6 (należąca do ojca Emila Wedla – Karola, a następnie do jego spadkobierców), na której zostały wzniesione nowe oficyny.
Produkcja słodyczy została przeniesiona w końcu lat. 20-tych XX w. do nowej fabryki przy ul. Zamoyskiego na Pradze. Źródło: warszawa1939.pl

Karol Wedel był i uważał się za Niemca. W 1861 roku cukiernicy warszawscy ofiarowali składki na msze patriotyczne. Wedel się wyłamał, za co zdemolowano mu cukiernie. Szkody szybko usunięto, firma podjęła działalność. Incydent poszedł w  niepamięć.

Emil Albert Fryderyk Wedel, syn Karola,  został współwłaścicielem firmy w wieku 31 lat, w 1872 roku, w dniu swego ślubu z Polką – Eugenią Bőhme. W 19980 roku Wedlowie pozbyli się cukierni przy Miodowej, by całą działalność skoncentrować na Szpitalnej. Wedel rozwijał firmę od Szpitalnej w kierunku Wareckiej. Znaczną część wzdłuż ulicy Górskiego Wedel kazał obsadzić drzewami owocowymi i innymi. Wedel lubił ogrody, interesował się zielarstwem.

To w tamtym czasie powstała słynna narożna kamienica na rogu Szpitalnej wedle projektu Franciszka Baumanna. Na parterze secesyjnej kamienicy znalazł się duży sklep, który Wedel otworzył 11 listopada 1894 roku. Czynny jest do dziś.

Inny znany sklep mieścił się na Marszałkowskiej, na rogu Chmielnej. Reklamował go już nieco później neon przedstawiający chłopca z czekoladą na zebrze. Wizerunek chłopca na zebrze stworzył w 1926 roku  Leoneo Cappiello. Firma Wedel nadal wykorzystuje ten motyw. Emil Wedel przejawiał cechy nowoczesnego przedsiębiorcy. Wedlowskie wyroby zaczęto podrabiać, dlatego cukiernik szybko zabezpieczył prawnie znak towarowy będący jego podpisem. Dobrze znany także dziś:

„Od dnia dzisiejszego każda tabliczka czekolady, pochodząca z mojej fabryki, opatrzona będzie na sobie we własnoręczny mój podpis. Wszelkie zatem czekolady nieopatrzone w stemple mojej fabryki i niemające na etykiecie mojego podpisu, uważane być powinny za niepochodzące z fabryki podpisanego”.

W 1908 roku szybko rozrastająca się firma przekształciła się w Fabrykę Cukrów i Czekolady E. Wedel  i Syn, Spółka Akcyjna. Kilka lat później Wedel kupił dużą działkę przy ulicy Wołowej (dzisiejszej Zamoyskiego), aby  postawić tam nową fabrykę. 

Na przeszkodzie rozbudowy słodkiego biznesu stanęło pewnie przede wszystkim podejście Emila Wedla do interesów. Chciał znać wszystkich swoich pracowników i ich rodziny, jeść z nimi posiłki:

Nie mam chęci ani zamiaru powiększać fabryki, bo ja chcę znać naprawdę wszystkich moich pracowników, z nimi pracować, jadać i bawić się”.  

Chciał z okien swego balkonu w kamienicy na Szpitalnej widzieć przydomowy ogród. Nostalgiczne i mało ekspansywne podejście Emila ograniczało rozwój spółki. Cały ratunek w synu – Janie.

Zanim Jan przejął interes, studiował chemię, inżynierię w Niemczech i Szwajcarii. Biegle opanował niemiecki, francuski i angielski. Po powrocie do kraju nie przejął firmy od ojca, ale zaczął pracować w zakładzie jako… robotnik. Poznawał firmę od podszewki. 

Po śmierci ojca w 1919 roku Jan przejmuje fabrykę, bierze jako wspólników swoje siostry Eleonorę i Zofię i tworzy spółkę “Fabryka Czekolady E. Wedel, Spółk Akcyjna”. Zrywa z konserwatywnym podejściem rzemieślniczym podejściem do biznesu swego ojca, choć firma nadal produkowała słodycze na Szpitalnej.

Szef dbał o pracowników. Wypłacał 13. i 14. pensję oraz nagrody bożonarodzeniowe. Jedli oni posiłki w firmowej stołówce, a naw czasy wyjeżdżać do zbudowanego przez firmę ośrodka nad Świdrem. Prowadził żłobek i przedszkole dla pracowników. Pracownicy mieli dostęp do opieki medycznej na terenie zakładu. 

Jan Wedel zaczął w 1929 roku budowę fabryki na Pradze, dziś ulica Zamoyskiego. Czekolada Wedla podbiła Polskę i Europę. 

Jakość wyrobów po stronie zakupów i wyrobów gotowych była dla Jana Wedla najwyższym priorytetem. Dostawcy, którym dwukrotnie wytknięto uchybienia w jakości, byli natychmiast skreślenie ze współpracy. Prezes codziennie przemierzał wszystkie działy fabryki, osobiście dopilnowując produkcji. Raz wycofał ze sprzedaży dzienną produkcję biszkoptów, bo dopatrzył się uchybień.

Jednocześnie alergicznie reagował na marnotrawstwo, zwracając uwagę na marnujące się arkusze papieru czy nawet kawałki sznurka.

Jej szef planował zakup plantacji kakaowca, by zapewnić sobie dostęp do surowca i uniezależnić od wahań cen.Wybuch II wojny światowej zniweczył te plany. Samą wojnę spółka przeszła względnie suchą stopą. Prezes ochronił załogę przed głodem i łapankami.

Położoną na Pradze fabrykę ominęła powstańcza zawierucha 1944 roku oraz systematyczne unicestwienie miasta przez Niemców. P

17 stycznia 1945 r. – wyzwolenie Warszawy

Podczas wojny Niemcy zamienili w gruz 85 proc. budynków, 90 proc. zakładów przemysłowych, 30 proc. urządzeń podziemnych, wszystkie mosty. Stolica to było 20 mln metrów sześciennych gruzu, mnóstwo min i niewybuchów.

Warszawa wolna! – poszło w świat 17 stycznia 1945 r. Zaczęli wracać mieszkańcy.

***

Pojawił się pomysł, żeby zostawić Warszawę taką, jaka była. Niech będzie świadectwem niemieckiego barbarzyństwa. Stolicę przenieść gdzieś indziej. Może do Łodzi? Tam przetrwała większość przedwojennych zabudowań.

Jednak Stalin powiedział: odbudować. [Pytałem w tygodniku “NIE” o źródło tej informacji. Odpisali: “Informacja, że to Stalin kazał odbudować Warszawę jest oczywiście legendą”.]

Wzmianka na ten temat pojawiła się natomiast w tygodniku “Przegląd” nr 11/2020: “”Marszałek Stalin uważa, że Warszawa powinna być jak najszybciej odbudowana i ze swej strony pragnie przyjść nam z jak najbardziej wydajną pomocą. To przesądza dla nas sprawę, że Warszawa będzie siedzibą rządu”, relacjonował na posiedzeniu rady ministrów 21 stycznia 1945 r. Bolesław Bierut”.

***

Choć nikt na świecie nie odbudowywał tak zniszczonych miast. W lutym 1945 r. Krajowa Rada Narodowa przyjęła rezolucję. Gdyby wiernie odtworzono to, co było,  Marszałkowska wyglądałaby jak dzisiejsza Poznańska: wąsko i ciasno. Wiedziano to już za prezydentury Stefana Starzyńskiego. Powojenne plany odbudowy oparto na założeniach z tamtych lat.

***

W Biurze Odbudowy Stolicy, ukonstytuowanym w lutym 1945 r, pracowało 1400 osób o różnych poglądach politycznych.

***

Najsłynniejszym  przodownikiem pracy jest Wincenty Pstrowski. Wydobył w trakcie szychty rekordową ilość węgla. Naśladowały go włókniarki z Łodzi i murarze z Warszawy.  (…) Mimo najlepszej opieki, włącznie z konsultacjami u specjalistów we Francji, zmarł na białaczkę. “Chcesz iść szybko na Sąd Boski? Pracuj jak Wincenty Pstrowski” – rymowali ludzie. (…) Pstrowski dostał ulicę w Warszawie, która stracił na rzecz Zgrupowania AK “Kampinos”. [nie brał udziału w odbudowie Warszawy – dopisek J.P.]

***

Marzec 1945 r.: z gruzów udało się oczyścić 45 km ulic. Kwiecień 1945 r.: zaczęła działać elektrownia na Powiślu. Czerwiec 1945.: pojechały tramwaje na Pradze. Lipiec 1945 r.: popłynęła woda ze Stacji Filtrów. Lipiec – 1946 r.: ruszył pierwszy stały most – Poniatowskiego. (…)

W 1948 r. przyszedł czas na Muranów. Zgodnie z koncepcją prof. Lacherta nie wywożono gruzów. Wyrównano je, na tym przez 5 lat stawiano budynki z prefabrykatów robionych na miejscu z mielonego gruzu. Dlatego Muranów położony jest wyżej niż pozostałe dzielnice.

Szyld “Pierwsza kawiarnia” pojawił się w bramie kamienicy przy Marszałkowskiej 77. 2 czajniki na kozach, papierowe obrusy, szpan.

***

Kościół na Lesznie pw. Najświętszej Marii Panny powinien zostać rozwalony. Przeszkadzał w tworzeniu nowej arterii. Jednak przeważył pogląd, żeby oszczędzić zabytek. Wycięto fundamenty, wstawiono w to miejsce żelbetowe rusztowanie, pod niego rolki z szynami. Ludzie rękami przeciągnęli świątynię. Cud, biorąc pod uwagę to, ile waży taka budowla.

Dawny most Kierbedzia wychodził na plac Zamkowy. Tworzono trasę WZ, trzeba było przebić tunel na zachód. Metoda? Łopaty. Gruz i ziemia jechały kolejką na składowisko przy Stadionie Dziesięciolecia.

Popękał kościół pw. św. Anny. Co zrobić, żeby nie zsunął się ze skarpy? Prof. Romuald Cebertowicz postawił na utrwalenie gruntu palami żelbetowymi. Uratowali.

***

Do największych osiągnięć biura należą bezsprzecznie odbudowa Starego Miasta i Traktu Królewskiego, budowa trasy W-Z, mostów Poniatowskiego i Śląsko-Dąbrowskiego, Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej. [Przegląd, nr 11/2020]

Widok z góry na Trasę W-Z od strony ul. Targowej w kierunku Wisły, 1955, fot. Siemaszko Zbyszko, źródło: NAC

Slogan “Cały naród odbudowuje stolicę” jest prawdziwy. Każdy, niezależnie od poglądów, musiał oddać 1 proc. pensji  Potrącenie było widoczne na pasku odbieranym z wypłatą. (…) Biuro Odbudowy Warszawy rozwiązano w 1952 r. Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy w 1965 r.

Czytaj więcej…

W wyborach samorządowych 2018 zagłosuję na… [ŻERAŃ]

Zbliżają się wybory samorządowe. Od pięciu lat, czyli całą kadencję samorządową z okładem, jestem mieszkańcem Żerania.  Za czasów przenosin osiedle było sielskim zadupiem. Anastazego Kowalczyka przejechał jeden samochód na godzinę, ulicę spowijały egipskie ciemności. Na Orlik na Krzyżówki chodziłem z dziećmi o każdej porze, bo niemal zawsze był wolny. Nad Kanałem Żerańskim rozwijał się pięknie las.

Co się zmieniło?

– Na Żeraniu wokół ulic Kowalczyka, Krzyżówki, Morelowej wyrastają nie tylko pojedyncze bloki, ale całe osiedla (Atal Marina, Port Żerań). Przyznaję, początkowo cieszyłem się z nowych sąsiadów, ale po zbudowaniu na Krzyżówki dziewięcioblokowego osiedla Atal Marina i zaczęciu budowy ośmioblokowego Portu Żerań uznałem, że sprawy idą w bardzo złym kierunku. Na Białołęce nikt nie panuje nad deweloperką. Nikt nie kontroluje, nie egzekwuje, czego przykładem jest wycięcie ponad 600 drzew nad Kanałem Żerańskim pod osiedle budowane przez Dom Development. Do dziś nie wiadomo, czy było to zgodne z prawem. Żerań przypomina Dziki Zachód w swojej pionierskiej fazie.
Pomijam fakt, że bloki, z oszczędności miejsca i chęci maksymalizacji zysku, buduje się równolegle do siebie. Ludzie więc patrzą sobie w okna, widzą jaką kto ma bieliznę i co ogląda w telewizji. Luksus za 500 tys. zł! Ale jak ktoś chce, nie można mu zabronić.
Bloki, sklepy spożywcze i długo nic. Nowe szkoły – brak, apteki – brak, przychodnie – brak.
Żółta kartka dla władz dzielnicy!

– Zmiana nazwy ulicy z Anastazego na Jana Kowalczyka w ramach wzmożenia dekomunizacyjnego zaszkodziła jej, bo ruch zrobił się na niej niemiłosierny, a ona sama z osiedlowej ma stać się autostradą, bo za chwilę do bloków Portu Żerań wprowadzi się kilka tysięcy ludzi, którzy będą chcieli wyjechać na Modlińską, a tu:

– Komunikacja do centrum Warszawy leży. Autobusy linii 509 o każdej porze dnia uginają się pod ciężarem własnej niemożności, a dojazd do metra Marymont aczkolwiek istnieje, to dostanie się do pociągu metra w godzinach porannego szczytu graniczy z cudem. Żółta kartka dla ZTM!

– Budowa rury gazowej nad Kanałem Żerańskim spowodowała wycięcie kilku tysięcy drzew. Z nadal niejasnych powodów nie dało się jej poprowadzić po drugiej dzikiej i przemysłowej stronie kanału. Łatwiej i szybciej poszło ogołocenie terenu z producentów tlenu. Idzie zima, pojawi się problem smogu. W tej sytuacji tlen nie jest potrzebny. 😉 Żółta kartka dla władz dzielnicy!

– Pozytywną zmianą na Białołęce będzie budowa parku nad Kanałem Żerańskim, ale przy obecnym tempie zabudowy w całej dzielnicy, potrzeba bardziej drugiego Skaryszewskiego, niż skwerku.  Na sam park można było przewidzieć więcej miejsca. Patrz punkt wyżej.

– Ze składowiska i przetwórstwa śmieci na ul. Zarzecze śmierdzi coraz bardziej. Czasem odór niesie się w promieniu 1-2 km. Nie ma siły na eksmisję tej firmy? Żółta kartka dla władz dzielnicy!

Dobijając do brzegu.

Żerań potrzebuje dziś:

  • Ławek!!! Na Żeraniu nie ma dokąd wyjść, usiąść na ławce i poczytać książkę.
  • Zrównoważonego rozwoju, takiego, żeby za kolejnymi blokami szła infrastruktura ułatwiająca życie, a więc szkoły, tereny rekreacyjno-sportowe, apteki, przychodnie.
  • Lepszej komunikacji. Priorytetem powinno być przedłużenie linii tramwajowej z Żerania FSO na Modlińską. Dopóki ona nie powstanie: stworzenie dodatkowej linii autobusowej łączącej Żerań z węzłem przesiadkowym na rondzie Starzyńskiego, bo tam, a nie na Żeraniu przesiada się większość ludzi jadących Modlińską w kierunku Pragi Północ i Południe.
  • Bezpośredniego połączenia autobusowego Żerania z metrem Młociny
  • Parku nad Kanałem Żerańskim. To już “się” realizuje, ale można obiecać park a la Morawiecki
  • Kolejnego dużego parku. Piekiełko wydaje się idealnym miejscem.

Jeśli coś przeoczyłem, proszę zaproponować.

Kto podpisuje się pod tymi postulatami, na tego zagłosuję. Wiem, co prawda, na kogo chcę zagłosować, znam tych ludzi osobiście,  ale zawsze mogę zmienić zdanie.

Dom Development buduje nad Kanałem Żerańskim, aktualizacja: 25.08.2017

W trójkącie między ulicami Kowalczyka, Modlińską a Kanałem Żerańskim Dom Development postawi siedem bloków mieszkalnych.

To kolejna po planowanym położeniu rury gazowej inwestycja, która zmieni krajobraz okolic Elektrociepłowni Żerań. Przed rozpoczęciem obu pod topór pójdą setki drzew. Budowa domów zacznie się po wydaniu pozwolenia na budowę przez białołęcki urząd dzielnicy.

Plan osiedla w rejonie Kowalczyka i Modlińskiej

W siedmiu budynkach znajdzie się do 850 mieszkań. Wzdłuż osiedla przebiegał będzie pasaż handlowy wraz z ogólnodostępną, równoległą do Modlińskiej ulicą. Dom Development ma zamiar wybudować z własnych środków, a następnie odsprzedać miastu za symboliczne 123 zł brutto. Dom Development jest gotów także wybudować rondo przy wjeździe w planowaną ulicę, które znacznie udrożni ruch kołowy na ulicy Kowalczyka –  informuje spółka w przesłanym komunikacie.
Bliżej Kanału Żerańskiego Dom Development chce zrealizować i przekazać miastu tereny zielone w postaci placu miejskiego oraz ścieżki rekreacyjnej prowadzącej bezpośrednio nad kanał”. Realizacja projektu uzależniona jest jednak od decyzji urzędu dzielnicy – zastrzega firma.

Na południowy-zachód od bloku na Kowalczyka 16 stanie siedem budynków mieszkalnych Dom Development. Znaczna część tych drzew zniknie

Pod planowaną inwestycję Dom Developerski wytnie około 600 drzew. W zamian mają pojawić się nasadzenia zastępcze:
1. około 232 drzew, między innymi klon polny, klon zwyczajny, grab pospolity,
2. około 100 sztuk jarzębu pospolitego o obwodzie około 18 centymetrów
2. 50 sztuk dębu błotnego, jarzębu pospolitego, świdośliwia; 50 sztuk dębu szypułkowego o obwodzie minimum 16 cm
3. 80 sztuk lipy holenderskiej „Pallida”o obwodzie minimum 35 cm

– Część nasadzeń, jak wspomniane dęby szypułkowe, będziemy nasadzać na tym samym terenie, a część na terenie dzielnicy Białołęka. Najbardziej okazałe, dorosłe dęby szypułkowe (6 szt.) będziemy przesadzać w miejsce niekolidujące z inwestycją, ale znajdujące się na tym samym terenie – mówi Radosław Bieliński, rzecznik prasowy Dom Development.

Wycinka drzew pod rurę gazową ma się zacząć jeszcze tej zimy.

Aktualizacja 29 czerwca 2017 r.

Władze Białołęki nie będą już blokować budowy kolejnego osiedla na Żeraniu. W zamian deweloper zobowiązał się m.in. wyłożyć pieniądze na projekt szkoły w pobliżu.
– Wynegocjowaliśmy z inwestorem, że zapłaci 300 tys. zł i pokryje koszt projektowania szkoły przy pobliskiej ulicy Spedycyjnej – wylicza Ilona Soja-Kozłowska.
W zamian za topole i klony wycięte na działce Dom Development został zobowiązany do posadzenia kilkuset sporych drzew. Dzielnica ustala z inwestorem konkretne miejsca nasadzeń.

Źródło” “Gazeta Wyborcza”, 28.06.2017

Aktualizacja 25 sierpnia 2017 r.

Teatr Niepodległości

Zacinał śnieg, dął przeszywający wiatr, więc rozgrzawszy się zimną colą dołączyłem do Marszu Niepodległości na rondzie de Gaulle’a 11 listopada 2016 roku. Średnia wieku uczestników oscylowała w granicach 25-30 lat, ale na oko większość demonstrantów stanowili uczniowie szkół średnich. Nie brakowało starszych panów w moim wieku oraz rodzin z dziećmi.

Czas „Gazety Wyborczej”, mitu KOR-u, Lecha Wałęsy i innych rekwizytów z czasów PRL-u oraz 27 lat wolności odchodzi do lamusa, pomyślałem.  Co nastąpi po niej, jasne nie jest, ale na pewno nie narodowcy, o czym napiszę parę linijek niżej.

Jeśli już o rekwizytach mowa, to niezbędnymi elementami scenografii Marszu Niepodległości były biało-czerwone flagi, opaski, race, petardy. Niektóre z nich wybuchały wśród uczestników marszu, co jest niecodzienną praktyką, by ogłuszać i narażać na uszczerbek zdrowia członków własnej imprezy. Karetki na sygnale podjeżdżały co najmniej dwa razy. Jeden z miotaczy petard, pewnie Rumun, zdążył dotrzeć na mecz Rumunia-Polska do Bukaresztu, bo obok Roberta Lewandowskiego wybuchła petarda. Piłkarz padł jak rażony piorunem, kilka minut odzyskiwał słuch.

Zanim Lewandowski przyczynił się no narodowego zwycięstwa nad Rumunią 3:0, na warszawskim moście Poniatowskiego dowiedziałem się, że należy jebać TVN i popędzić czerwoną hołotę. Nie załapałem się na demonstracje PRL-u, ale nic straconego, hasła zawsze są te same. Tylko ZOMO brakowało, pewnie ku rozpaczy narodowców, bo co to za bohater, co przynajmniej pałą nie dostanie.

Nad marszem krążył policyjny śmigłowiec, na Wiśle pływały motorówki, tak zwane oddziały prewencji trzymały się w niewidocznej odległości. W okolicach Stadionu Narodowego doszło do jakiejś małej scysji, więc niektórzy krewcy narodowcy założyli maski i ruszyli na pomoc prawdziwym Polakom.  Alarm okazał się fałszywy.  W zastępstwie pozostawało oddawanie czci Żołnierzom Wyklętym, a także Bogu, honorowi i ojczyźnie.

Na błoniach Stadionu Narodowego ze sceny wykrzykiwali hasła różni ludzie, niektórzy ochrypli. Powtarzały się te same slogany, co na moście.  Z przemów i okrzyków do listy wrogów obok TVN-u i czerwonej hołoty dołączyli imigranci i Facebook. Najwięcej czasu, mam wrażenie, poświęcono Facebookowi. Narodowcy podziękowali mu za zablokowanie strony marszu i profili narodowców, bo dzięki temu wieść o marszu rozeszła się po Polsce.  W ramach wdzięczności spalono flagę portalu, a gość ze sceny wyraził ubolewanie, bo myślał, że będzie się dłużej palić. Pewnie chiński materiał. Polski płonąłby jak. No, bez porównań. Dostało się też innym korporacjom, ale znaczna część młodych uczestników robiła zdjęcia samsungami, lg, applami. Stopy grzały buty nike, adidas, new balance. W polskich butach źle się protestuje.

W marszu wzięło udział 100 tysięcy ludzi, według organizatorów lub – 75 tys., według policji. Sporo. Czemu tak dużo? Pisałem o tym w poście “25 lat wolności”. Szło tak:  „Jeździmy gruchotami sprowadzonymi z Niemiec. Nawijamy przez telefony komórkowe, ale nam, Polakom, brakuje najważniejszego w codziennym życiu:  poczucia bezpieczeństwa i nadziei na lepsze jutro. Brakuje stałej pracy, prorodzinnej polityki państwa, a przychodzi mocno zmagać się z rzeczywistością spod znaku kredytów hipotecznych, płatnej służby zdrowia, braku miejsca w przedszkolach dla dzieciaków. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jedynymi poważnymi beneficjentami zmian w Polsce są zagraniczne koncerny: sieci handlowe, telekomunikacyjne, banki”.

Diagnozę potwierdza 25-letnia Adrianna Gąsiorek z ruchu narodowego w rozmowie z NaTemat.pl, serwis przytoczył jej słowa:  “Przyznaje, że większość ludzi w ONR to zazwyczaj osoby około 20-letnie: rocznik 90′, trochę wcześniejszy lub trochę późniejszy. One wzrastały już w Polsce po upadku komunizmu, w czasie przemian. Nie wszyscy byli beneficjentami tych zmian. W swoich materiałach ONR często podkreśla, jak rzekomo zgubny dla Polski był Okrągły Stół i jak Polska została w ostatnich latach wyprzedana. – Jesteśmy pokoleniem kłamstwa, pogardy i manipulacji – tymi słowami zaczyna się zamieszony na YouTube film zachęcający do wstąpienia w szeregi Obozu”.

Brak nadziei i perspektyw napędza ruch narodowy. Elity wolnej Polski same do tego doprowadziły, bo stworzyły hybrydę. Z jednej strony powstał kapitalizm, gdzie każdy ma odpowiadać za siebie, walczyć o byt, odgrodzić się od sąsiada, czego symbolem są otoczone siatką osiedla, a z drugiej strony państwo zastawiło cały aparat przymusu  z obowiązkowymi daninami  z podatkami, opłatami na ZUS. 15 czerwca każdego roku zaczynamy pracować na siebie, wyliczyło Centrum im. Adama Smitha. Do tej daty orzemy na państwo. Co dostajemy w zamian? Każdy odpowie sobie sam. Niesprawiedliwie skonstruowany ład społeczny napędza narodowców.

Co to ma wspólnego z dążeniem do narodowego państwa? Niewiele. Polska jest dziś państwem w miarę jednolitym etnicznie, a mniejszości narodowe jak Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, Czesi nie mają wpływu na bieżącą politykę, choć – tu podzielam zdanie narodowców – należy dbać o integralność granic, ale – co mnie od nich różnić – w ramach przestrzegania polskiego prawa. Jeśli nie jest ono przestrzegane lub interpretowane niesprawiedliwie, dowodzi to słabości państwa oraz sprzyja poczuciu krzywdy. I jesteśmy u źródeł. Brak nadziei budzi poczucie krzywdy, a ono karmi się poszukiwaniem winnych.

Zanim na błoniach Narodowego zaczęła się cześć artystyczna, narodowcy  rozchodzili się do domów. Po drodze ustawili się na Targowej w kolejkach do sklepów „alkohole 24” oraz barów “kebab” prowadzonych przez Turków. Tylko w lokalu u Wietnamczyków świeciły pustki. O ile się nie mylę, pod Wiedniem dokopaliśmy Turkom, muzułmanom przy okazji, więc powinniśmy raczej jeść sajgonki.

Kręte są ścieżki narodowości, skoro do Stambułu można dolecieć szybciej niż dojechać autem z Warszawy nad Bałtyk.

Efes Kebab Francuska 1

Z zewnątrz bardzo zachęca. I od środka też:

Gdzie by tu usiąść? Kanapa czy krzesło. Dobra, krzesło z widokiem na Francuską:

Kelnerka bardzo miła. Karty menu cisnęła na stół, jakby przegrana odchodziła od pokera i wściekła rozrzuciła karty na stół.
Ale zamówienie przyjmuje sprawnie i równie rzutko je realizuje.

Sułtan Kebab niebo w gębie. Mięso pachnące i dobrze przyprawione, otulone sosem pomidorowo-paprykowym z kulką świeżego jogurtu. Sprosta oczekiwaniom najbardziej wyrafinowanych podniebień.

Kebab na talerzu. Mięso baranio-cielęce marynowane według starej tureckiej tradycji, opiekane i ścinane w cienkie plasterki z kebabu, podawane z surówką i z pieczywem tureckim. Przepyszne, choć surówka do specialite de la masison nie należy, nudnawa i bez wyrazu.

Turecki jogurt Ajran pyszny! Wspaniale gasi pragnienie w upalny letni wieczór.