Fakty o koronawirusie [AKTUALIZOWANY]

1. Łatwo o zakażenie w zamkniętych pomieszczeniach, ale…

Badania opublikowane w “Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America” pokazują, że koronawirus przenosi się nie tylko podczas kaszlu czy kichania. Krople, które wydostają się z ust podczas mówienia, pozostają w powietrzu ponad 10 minut.

Badacze z National Institute of Diabetes and Digestive zamknęli w pokoju jedną osobę i kazali jej powiedzieć jedno krótkie zdanie: “Stay healthy” (“Bądź zdrów”). Podświetlili pokój laserem, dzięki któremu okazało się, że kropelki wody, śliny etc pozostawały w powietrzu aż 12 minut.

Każda minuta mówienia na głos może przyczynić się do “stworzenia” 1000 kropli skażonych wirusem, który utrzymuje się w powietrzu kilkanaście minut. [1]

Silną zaraźliwość COVID-19 można tłumaczyć właśnie jego łatwym rozprzestrzenianiem się przez mówienia. Badanie rzuca też światło na powstawanie w Polsce ognisk zakażeń wcześniej w domach opieki, a w maju 2020 r. w kopalniach.

Ogniska COVID-19 wybuchają zwykle w zamkniętych pomieszczeniach, gdzie osoby przebywają blisko siebie. Uważa się, że szansa na powstanie ognisk epidemii zapoczątkowanych przez wydarzenia na wolnym powietrzu jest raczej znikoma.
Japońscy badacze wskazują, że szansa na zachorowanie jest 19 razy wyższa w zamkniętych pomieszczeniach niż na otwartej przestrzeni. Dotychczas zaobserwowane ogniska COVID-19 wybuchły na pokładach statków wycieczkowych, w domach opieki społecznej, fabrykach przetwórstwa mięsnego, kościołach, restauracjach, szpitalach czy więzieniach. [2]

 

2. Przynajmniej połowa się nie zaraża

Na statku wycieczkowym „Diamond Princess” NIE zakaziło się 81% osób, pomimo że przez ponad dwa tygodnie chorzy i zdrowi pasażerowie i załoga mogli swobodnie się ze sobą spotykać, a potem wszyscy przebywali na jednym statku do końca epidemii. https://en.wikipedia.org/wiki/COVID-19_pandemic_on_Diamond_Princess

W call-center w Korei Południowej NIE zakaziło się 56,5% pracowników z 11. piętra, pomimo że pracowało tam 216 osób i 94 chorowało, więc wszyscy musieli mieć regularny kontakt z co najmniej kilkoma chorymi osobami. Co ważniejsze, NIE zachorowało 84% osób, z którymi chorzy mieszkali! Nie zachorowała też żadna z 4 osób z rodzin 4 chorych bezobjawowych ani żadna z 11 osób z rodzin chorych zakażonych, u których objawy wystąpiły później (chociaż uważa się, że najbardziej zakaźna jest właśnie faza przed-objawowa). https://wwwnc.cdc.gov/eid/article/26/8/20-1274_article?fbclid=IwAR0jx2NO11Pd5WCCxkSgjqT7cTRi2rxqnni_lcto8zbX7Y5um34XTM7Jxvg#r3

[3]

3. Zaszczepieni na gruźlicę chorują łagodniej, rzadziej umierają

Amerykanie stwierdzili na przykład, że społeczeństwa, które były regularnie szczepione na gruźlicę, mają czterokrotnie mniejszą zapadalność na SARS i szesnastokrotnie mniejszą śmiertelność wśród chorych. (…) Szczepienie żywymi prątkami stymuluje układ odpornościowy. Kraje, które tych szczepień nie miały – Włochy, USA, Belgia, Holandia – mają najwyższą śmiertelność. Polska wprowadziła szczepienia w 1926 roku i z przerwą na II wojnę światową cały czas je egzekwowała. WHO zalecało szczepienie po urodzeniu, a my szczepiliśmy się też w 6, 12., i 18. roku życia. Nikt inny tego w Europie nie robił. (…) To szczepienie kiepsko chroni przed gruźlicą, ale podwyższa odporność na infekcje wirusowe. (…) Może dzięki temu mieliśmy 100-200 osób na respiratorach, a inne kraje – tysiące.

“Morowe powietrze”, rozmowa Jacka Żakowskiego z pulmonologiem, profesorem Tadeuszem Zielonką, “Polityka”, nr 23, 2020

 

4. Lockdown i w efekcie czyste powietrze ocaliło życie przynajmniej 3 tysiącom Polaków

Zanieczyszczone powietrze odpowiada za 50 tys. zgonów w Polsce. Lepsza jakość powietrza w Polsce przedłużyła życie 4 tys, Polaków. Dla porównania w styczniu 2017 roku pojawiło się mnóstwo alarmów smogowych, liczba zgonów skoczyła o 12 tys. w stosunku do średniej wieloletniej.

Na podstawie: “Morowe powietrze”, rozmowa Jacka Żakowskiego z pulmonologiem, profesorem Tadeuszem Zielonką, “Polityka”, nr 23, 2020

 

5. Wczorajsza grypa, dzisiejszy koronawirus

Proszę zwrócić uwagę, że zachorowalność na grypę gwałtownie i niewytłumaczalnie spadła dokładnie w momencie wybuchu paniki z powodu zagrożenia koronawirusem. We wszystkich latach krzywe zachorowań na grypę niemal się pokrywają. Ale od marca 2020 krzywa ta gwałtownie spada w trudny do wytłumaczenia sposób. Tak, jakby ludzie przestawali zapadać na grypę lub… zamiast rozpoznawanej dotychczas grypy zaczęto rozpoznawać inną infekcję – COVID-19. Wytłumaczenia mogą być co najmniej dwa.
Albo w ubiegłych latach były także infekcje wywołane wirusami z grupy „korona”, te wirusy przecież atakują nas już od dziesiątków lat. Tylko nikt wówczas nie robił z tego problemu. Albo teraz pacjentów, wykazujących typowe objawy grypowe, bada się pod kątem koronawirusa i stwierdza się jego obecność w badaniach, których dokładność jest niejednokrotnie podważana i zamiast grypy rozpoznaje się zakażenie COVID-19. No bo co się stało nagle z zachorowaniami na grypę od marca 2020? Dlaczego ich liczba gwałtownie spadła? Jeśli to co mamy teraz, to zupełnie inny rodzaj infekcji, to ilość zachorowań na grypę powinna pozostać na porównywalnym poziomie jak w ubiegłych latach. [4]

 

 

 

 

 

[1] opracowano na podstawie “Die Welt”

[2] Prezes PAN o stanie epidemii w Polsce: uwaga na superzarazicieli i ogniska zarazy, Wyborcza.pl, 25.05.2020 r.

[3] Jesteśmy bardziej odporni niż myślimy, chorujemy rzadziej niż pokazują testy, Dziennik, 16.06.2020

[4] COVID-19 – komu zależy na WZBUDZANIU STRACHU? Uspokajam negatywne emocje, SE.PL, 15.06.2020

KORONAWIRUS! STOP ZŁUDZENIOM! Zarazi się 70-90 proc. społeczeństwa

Koronawirus jest mocno zaraźliwy. Jeden zakażony może przekazać go, nawet nie kaszląc czy kichając, dwóm, trzem kolejnym osobom. Za kilka miesięcy, gdy szczyt epidemii minie, nadal będzie obecny wśród ludzi.

Oficjalnie śmiertelność na powodowaną przez wirusa chorobę COVID-19 wynosi 3,4%, ale ponieważ większość przypadków nie jest diagnozowana, można założyć, że śmiertelność wynosi 1%. Sądzę, że w dużych skupiskach ludzkich i w państwach uczestniczących w globalizacji, ożywionych stosunkach handlowych, społecznych zarazi się około 70%. W Polsce będzie to około 27 milionów ludzi. Umrze około 270 tysięcy.

Nikt nie wie, ile procent ludzi zakaziło się wirusem w tym pierwszym rzucie. Musielibyśmy zrobić światowe badania serologiczne, żeby zobaczyć, ilu ludzi ma przeciwciała. Bo dopóki nie zachoruje 80-90 proc. populacji, to wciąż będą ogniska infekcji.
Wirus SARS-CoV-2 nie zginie latem, rozmowa z dr. n. med. Pawłem Grzesiowskim, Wyborcza.pl, 31.03.2020 r.

 

Czy ci ludzie zginą z powodu koronawirusa. I tak, i nie.
Tak, bo wirus przyspieszy śmierć głównie osób starszych i często schorowanych. Nie, bo ci ludzie i tak by umarli za rok, dwa, pięć. W skali społeczeństwa proces będzie niemal niezauważalny, w rodzinach dojdzie do łez i dramatów. Oczywiście, znikną też ludzie młodzi albo w swoich pięknych latach trzydziestych, czterdziestych. Teraz też umierają. Nie mówimy o tym, bo wszystkie światła jupiterów są zwrócone na jedną chorobę.

– Stan zagrożenia będzie na pewno przez dwa miesiące, czyli marzec i kwiecień. Do tej sytuacji będziemy pomału się przyzwyczajać. Przyzwyczaimy się do licznie umierających pacjentów. Liczby zakażonych też już nie będą robiły na nas wrażenia. W maju prawdopodobnie nastąpi wygaszanie epidemii. I wtedy będzie decyzja, czy już zdejmujemy obostrzenia, czy nie. Jeżeli zdejmie się je przedwcześnie i przy warunkach klimatycznych sprzyjających rozprzestrzenianiu się wirusa, może dojść do ponownego wzrostu liczby zakażeń – mówi prof. Robert Flisiak, Prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych w rozmowie z Dorotą-Wysocką Schnepf (Wyborcza.pl, 19 marca 2020).

Spółka ExMetrix, która zajmuje się prognozowaniem społecznym i gospodarczym, ocenia, że Polska szczyt epidemii osiągnie około 20 kwietnia 2020 roku, a oficjalnie zarazi się 9 tysięcy osób. Sama epidemia zaś potrwa około trzech miesięcy. Czyli do końca maja.

Rząd polski, ale też wiele innych na świecie, wprowadzając ostre ograniczenia w przemieszczaniu się, tylko kupuje czas, samego wirusa nie zatrzyma. Trudno się nie godzić, że widok hal sportowych, lotnisk zamienianych na kostnice nie wygląda zbyt korzystnie. Rozłożenie liczby trumien w czasie na nikim nie zrobi wrażenia i życie potoczy się dalej. Tylko nie wiadomo jak i dokąd.

Na dłuższą metę, dłuższą niż kwartał, zatrzymanie gospodarki doprowadzi do bezrobocia, biedy, wyraźnego spadku poziomu życia, może nawet załamania się cywilizacji w dzisiejszym kształcie. Dlatego kolejnym krokiem władz polskich powinno być , gdy szczyt epidemii minie za około miesiąc, przywracanie życia do normalności przy jednoczesnym izolowaniu lub zaostrzonych środkach ostrożności dla starych, słabych lub po prostu schorowanych ludzi.

Lekarz, czyli kapłan, szaman i bóg w jednym

Byłem wczoraj u lekarza, więc teraz podaję post o nich – medykach, kapłanach, szamanach i bogach w jednym. Bóg, sztafeta genów naszych przodków, tryb życia, względny dobrobyt Europy, wybierzcie co chcecie, spowodowały, że organizm człowieka ma gwarancję na około 40 lat bezawaryjnego życia. Potem zaczynają się problemy. Zgadzacie się?

Nie wiem, jak szczegóły przedstawiają się u kobiet, ale u mężczyzn mogą pojawiać się następujące awarie:

– nadciśnienie

– problemy z zawieszeniem, po ludzku – prostata

– problemy z pompką, bez której żaden związek nie przetrwa 🙂

– problemy z silnikiem i układem paliwowym, czyli sercem i układem pokarmowym

Naprawdę muszę wspominać o zębach?

Co ważnego pominąłem?

Zwlekam zatem swoje ciało i zaciągam je do lekarza. Pobyt w przychodni ma coś z wizyty w kościele ze spowiedzią i komunią włącznie. Już na starcie jestem na przegranej pozycji, bo ze względu na dolegliwość czuję się gorszy niż kapłan, przepraszam, lekarz, do którego w dodatku nie zwracam się “pani Iksiński”, “panie Malinowski”, ale “doktor”. Poczucie słabego ciała w konfrontacji z tym tytułem naukowo-medycznym już stawia mnie w narożniku, na klęczkach, z pokorą przystępuję do spowiedzi. Obraziłem własne działo następującymi grzechami, tu mnie boli, tam strzyka, ówdzie ciągnie, a jako chęć poprawy przedstawiam plik wyników badań siki, krew, kupa, zdjęcie kiszek.

Lekarz jak ksiądz wysłuchuje moich żalów, ogląda albo nie wyniki badań, bada mnie albo nie, po czym orzeka: nadciśnienie, hemoroidy, wrzody, albo, nie daj bóg, ciążą (w wersji damskiej). Mając nazwaną jednostkę chorobową, czyli grzechy naszego organizmu, czuję się jeszcze mniejszy niż w poczekalni. Psychicznie i fizycznie stoją nagi przed lekarzem, który, wydaje się, wie o mnie wszystko.

Nagle choroba staje się czymś żyjącym moim kosztem, zaczynam traktować ją jak obce wojsko, chcę z nią walczyć, odeprzeć atak, przejść do kontrofensywy.

Lekarz, DOKTOR, który zdiagnozował problem, staje się powoli Bogiem. Trudno się dziwić, że lekarzy uznaje się często za arogantów zadzierających nosa. Poznał moje ciało lepiej niż matka, gdy byłem dzieckiem i kobieta, gdy się rozbieraliśmy przed sobą. Stałem się podobny do eksponatu w szkole medycznej z żylakami, halluksami, skoliozą. Lekarz jak ksiądz, mistyk, przewodnik sekty nie tylko odkrył chorobę, ale jakby wejrzał w głąb Ciebie: No, tak, nadciśnienie, pewnie dużo pije. Mój los średnio go interesuje, ale wiem, że dla niego przez chwilę stałem się alkoholikiem.

Dobrze. Rozpoznanie grzechów dokonało się. Lekarz w białych szatach, otoczony często jak modlący się Żyd w synagodze wieloma księgami staje się współczesnym szamanem wioskowym. Zamiast kolorowych szmat ma na sobie biały kitel, zamiast kadzidełek – stetoskop, zamiast ziół – recepty na leki.

Wchodząc do przychodni, wkraczam w świat wiedzy, racjonalizmu, czystości, ale jednocześnie, i wiem o tym doskonale – w krainę niedopowiedzeń, nieracjonalności, błędnych hipotez.

Lekarz, wypisując nam pokutę w formie recepty, staje się Bogiem, zmazującym nasze grzechy.

Każde nam odprawiać zdrowaśki trzy razy dziennie po jednej tabletce.

Pamiętajmy jednak, ze tak jak w przypadku grzechów nie chodzi o pacierz lub wizytę w częstochowskim klasztorze, ale o naprawienie złych uczynków, tak w przypadku tabletek nie chodzi, by to one nas wyleczyły, lecz tak naprawdę my sami!!!

Na terapeutyczny efekt wpływa nie tylko pozytywne nastawienie do lekarza i ordynowanej przez niego terapii, lecz także inne, zdawałoby się mało istotne czynniki, jak choćby kształt i kolor tabletki.

Interesujące wydają się w tym kontekście wnioski, do jakich doszli kanadyjscy naukowcy z Pacific Parkinson’s Research Center w Vancouver. Zdaniem badaczy, najlepiej jest poinformować pacjenta, iż posiada on ok. 75 proc. szans na wyleczenie. W tym momencie pojawia się silna motywacja. Przekazanie pacjentowi informacji o 100 proc. szans wydaje się antyskuteczne. W psychice chorego nie powstają żadne istotne reakcje motywacyjne.

Wszystko tkwi w potędze naszych słów i naszej wiary. Pamiętajmy o tym, dzwoniąc szósty raz na recepcję do przychodni, ale te pipy pewnie znowu odłożyły słuchawkę.

Kinsey Wolanski wygrała Ligę Mistrzów

Oglądałem finał Ligii Mistrzów Tottenham-Liverpool na mieście. Nudziłem się straszliwie. Widowisko uratowała Kinsey Wolanski, wbiegając w skąpym stroju na boisko. Szybko zaczęło jej przybywać fanów na Instagramie. Nie cieszyła się długo, bo portal zablokował jej konto. Ale i tak pani przejdzie do historii.
Może nie jestem tak atrakcyjny jak pani Wolanski, ale gdzie dziś jest jakiś mecz?

Na marginesie: Liverpool wygrał 2:0.

Źródło zdjęcia: Rzeczpospolita

Pociągnąć do zaniechania

Nie mogę się zdecydować, mam być maszynistą, dziennikarzem czy nauczycielem niemieckiego. Sprzątnijmy z mózgu te nędzne dylematy. Do dziś nie wiedziałem, że moim powołaniem jest praca w Radzie Reklamy, ze szczególnym uwzględnieniem komórki o nazwie Komisji Etyki Reklamy. Ten kluczowy dla gospodarki element rozpatruje bowiem skargi oburzonych konsumentów na treść i formę reklam, które naruszają, obrażają, wprowadzają w błąd. Szczęśliwy pracownik jednostki zapoznaje się z takimi pismami oburzonych przedstawicieli suwerena:

 

Reklama płatków Cini Minis promuje kanibalizm. Płatek śniadaniowy zjada drugi płatek śniadaniowy tego samego rodzaju. Reklama promuje również złe zachowania takie jak lizanie drugiej osoby bez jej zgody, kruszenie podczas lizania oraz bekanie.

 

Reklama piwa Żywiec, czerwona litera Ż na białym tle. Podpis “Tu się gra o Ż” została opublikowana w momencie, kiedy prezydent Gdańska Paweł Adamowicz walczył o życie. (…) Mniej więcej godzinę po publikacji reklamy prezydent Adamowicz zmarł.

 

W związku powyższymi naruszeniami fundamentów zdrowej tkanki reklamowej rodzą się następujące pytania, wnioski i postulaty:

– Skąd reklama piwa Żywiec wiedziała, że prezydent Adamowicz umrze i kto za tym stoi. Bo kto, to wiadomo, ten w mundurze Wehrmachtu na okładce “Sieci”, ale dlaczego jest to ukrywane?

– Szefem egzekutywy reklamowej jest mój kolega ze studiów Jarek Kończak. Nieładnie tak zapominać o starych kolegach i nie zaproponować im harówy od świtu do nocy polegającej na czytaniu postulatów Polek i Polaków za marne jakieś 10 tys. zł miesięcznie plus Opel Insignia w pakiecie.

– Proponuję Komisji Etyki Reklamy odłożyć na chwilę pochylanie się nad reklamami środków na grzybicę pochwy, popuszczanie siku i kredytów na 900% RRSO. Oto pojawiło się prawdziwe zagrożenie – załączona reklama daje do zrozumienia, że śniadanie składające się z bagietek posmarowanych Ramą mam zjeść w towarzystwie kurwy.

 

To już nie ma porządnych kobiet? Zwykłem spożywać śniadanie w towarzystwie mojej żony Grażyny i są to najwspanialsze chwile poranka, toteż wyrażam głębokie oburzenie treścią reklamy i domagam się pociągnięcia Ramy do zaniechania. Prośbę swą uzasadniam tym, że z kurwami nie jadam śniadań. Tamarę odwiedzam wyłącznie popołudniami i tylko, jak żona ma drugą zmianę.

 

Źródło cytatów i inspiracji: NIE, nr 17-18, 2019

Kwiaty Polskie

Podsumowanie eksperymentu społecznego. W zeszłym roku wystawiłem na klatkę na piętrze u mnie w bloku kilka kwiatków na starym drewniano-metalowym stojaku.
Najpierw zniknął aloes, co wytłumaczyłem sobie, że może sok z rośliny uratuje komuś życie, pomagając zagoić rozbabraną ranę.

Kilka dni temu nóg dostał stojak. Dał radę w okresie Sturm und Drang mojego życia i kilku przeprowadzkom. Przegrał z “wziąłem, bo stało, więc co miałem nie wziąć”.

A dziś rano rozpłynął się kwiat w dużej doniczce.

Na przyblokowym skwerku posadziłem dwa świerki. Te zaraz uschną bynajmniej nie od suszy, bo je podlewam, ale pod naporem psich sików, przy czym nie odnoszę się tu do psów.

Pooooooooooolska, biało-czerwoni!

Źródło grafiki: NIE, nr17-18/2019

Postanowienia noworoczne 2019

1 stycznia 2019 roku w przyblokowej Żabce oraz okolicznych stacjach BP hitem sprzedaży były piwo Romper Strong i wódka żołądkowa gorzka. To znaczy, że postanowienie noworoczne nr 34 już obowiązuje, czyli mniej alkoholu w Nowym Roku.

Po 10-dniowym obżarstwie i piciu, ocuceni po sylwestrowym kacu, przystępujemy do realizacji innych postanowień. Pierwsze miejsce od lat okupuje odchudzanie. Facebook roi się od diet, soków, potraw fit. Ludzie chcą schudnąć siedem, pięć, a przynajmniej trzy kilogramy, oczywiście siedząc na kanapie i wpierdzielając lays. No, jedna paczuszka, promocja była 1+1. Znaczy dwie paczuszki.
Opróżniwszy aluminiowy woreczek przystępujemy do realizacji postanowień. Blendujemy te zielone warzywa, bo one szybciej spalają, a czerwone dowalamy – bo one mają te no antyoksydanty i polifenole, więc nie umiera się na zawał i raka, a przynajmniej nie tak szybko.
No, wypiliśmy to świństwo z obrzydzeniem, wmawiając sobie, że to dla zdrowia. A Małgosia przyniosła dziś do pracy sernik wiedeński. Nie, no, powiedziałam, że jestem na diecie sokowej. Super, tak, trzeba się za siebie wziąć z Nowym Rokiem, ale jeden kawałek ci nie zaszkodzi.
Do innych postanowień noworocznych zaliczają się:
– zacząć biegać, ale jak tu biegać, jak na dworze taki wygwizdów.
– nauczyć się angielskiego, ale chyba kurs musiałby być między 23 a 1 w nocy, bo tak to nie ma kiedy. A dzieci kto dopilnuje?
– spotykać się częściej z przyjaciółmi, ja chcę, ale oni daleko mieszkają
– częściej się uśmiechać, ale weź się uśmiechaj, jak cię wątroba boli.Gdzieś około Trzech Króli, gdy wszyscy już zapomną o playbackach z imprezy TVP w Zakopanem, zapomnimy i my o naszych postanowieniach, tym bardziej, że waga się popsuła i ni chuja nic nie pokazuje mniej, a nawet więcej. Przecież ktoś te resztki świąteczno-noworoczne musi dojeść.
W macu znowu są kupony. Kupię big maca z frytkami za dychę. Najwyżej pójdę na spacer później.

Sylwester 2018

Nadchodzi Sylwestrowa noc i Nowy Rok 2019.
Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zakazał pokazu głośnych fajerwerków podczas zabawy sylwestrowej w Warszawie. Psy się boją. Lidl też rzucił się współczująco w łapy naszych czworonożnych przyjaciół i wprowadził do oferty baterię 150-strzałową Don Bomber za 169 złotych. Pewnie między innymi od huku tej katiuszy na osiedlu na Żeraniu drżą szyby w bloku. Okolicznych psów prezydent Trzaskowski nie objął ochroną.
Los psów podkulających ogon  wisi na afiszu przez około tydzień w roku. Dokładnie tak samo długo obchodzi niektórych Polaków karpi, które – okazuje się – hodowane są w nieludzkich, właściwie nierybich warunkach, zabija się je w nierybiomunitarny sposób tłuczkiem nad wanną, a powinno w zakładzie przetwórstwa. Karp sprzedawany na styropianowej tacce najlepiej z napisem “eko” lub ‘bio” jest rybą ze słusznego uboju. Odrzućmy żarty na bok, bo Wigilia minęła aż tydzień temu i los karpia każdy ma właśnie tam.
Dziś większość z nas spędzi Sylwestrową noc pykając między koncertami na TVP, TVN i Polsacie. Między jednym a drugim kieliszkiem wina musującego dokonujemy podsumowań. Wiele spraw się udało, nowy samochód, remont kuchni i wakacje all inclusive w Turcji, podwyżka w pracy, czyli rzeka życia spokojnie płynie w korycie. Ale nalewając piąty, a może siódmy kieliszek wina na chwilę zawieszamy się, czy to o ten spokojny nurt chodzi. I czujemy że czegoś zaniechaliśmy, zaprzepaściliśmy i życie przecieka między palcami, ale nie bardzo wiadomo o co chodzi, a telewizji właśnie leci “Niech żyje wolność i swoboda”, więc rzucamy się w wir tańca, zapominając o powodzi, a przynajmniej podpaleniu śmietnika na rogu Kruczej i Alei.
23-letni Krzysiek z Legionowa jest kaleką. Chodzi o kulach. Ostatnie lata spędzał  w czyimś towarzystwie na warszawskich miejskich sylwestrach, ale teraz nie ma z kim iść. Dał ogłoszenie na Facebooku, że może ktoś z nim pójdzie.
Nikt się nie zgłosił.

Sylwester 2018

Nadchodzi Sylwestrowa noc i Nowy Rok 2019.
Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zakazał pokazu głośnych fajerwerków podczas zabawy sylwestrowej w Warszawie. Psy się boją. Lidl też rzucił się współczująco w łapy naszych czworonożnych przyjaciół i wprowadził do oferty baterię 150-strzałową Don Bomber za 169 złotych. Pewnie między innymi od huku tej katiuszy na osiedlu na Żeraniu drżą szyby w bloku. Okolicznych psów prezydent Trzaskowski nie objął ochroną.

Los psów podkulających ogon wisi na afiszu przez około tydzień w roku. Dokładnie tak samo długo obchodzi niektórych Polaków karpi, które – okazuje się – hodowane są w nieludzkich, właściwie nierybich warunkach, zabija się je w nierybiomunitarny sposób tłuczkiem nad wanną, a powinno w zakładzie przetwórstwa. Karp sprzedawany na styropianowej tacce najlepiej z napisem “eko” lub ‘bio” jest rybą ze słusznego uboju. Odrzućmy żarty na bok, bo Wigilia minęła aż tydzień temu i los karpia każdy ma właśnie tam.

Dziś większość z nas spędzi Sylwestrową noc pykając między koncertami na TVP, TVN i Polsacie. Między jednym a drugim kieliszkiem wina musującego dokonujemy podsumowań. Wiele spraw się udało, nowy samochód, remont kuchni i wakacje all inclusive w Turcji, podwyżka w pracy, czyli rzeka życia spokojnie płynie w korycie. Ale nalewając piąty, a może siódmy kieliszek wina na chwilę zawieszamy się, czy to o ten spokojny nurt chodzi. I czujemy że czegoś zaniechaliśmy, zaprzepaściliśmy i życie przecieka między palcami, ale nie bardzo wiadomo o co chodzi, a telewizji właśnie leci “Niech żyje wolność i swoboda”, więc rzucamy się w wir tańca, zapominając o powodzi, a przynajmniej podpaleniu śmietnika na rogu Kruczej i Alei.

23-letni Krzysiek z Legionowa jest kaleką. Chodzi o kulach. Ostatnie lata spędzał w czyimś towarzystwie na warszawskich miejskich sylwestrach, ale teraz nie ma z kim iść. Dał ogłoszenie na Facebooku, że może ktoś z nim pójdzie.
Nikt się nie zgłosił.

Ciemna masa

Cztery dni temu na moście Poniatowskiego w Warszawie zginęła 17-letnia rowerzystka. Ktoś płacze, wspomina chwile z nią, projektuje, co z niej by wyrosło. Może jest inaczej. Nie wiem, co nie znaczy, że nie wiem, czym jest rozpacz. 

 

Pod ten smutny dla rodziny wypadek podłączyła się żałośnie, żenująco i w ogóle do bani pełnej szerszeni Warszawska Masa Krytyczna, która w miejscu wypadku postawiła symboliczny biały rower.

Gdyby stawiać symboliczne auto w miejscu każdego wypadku, ulice zamieniłyby się w złomowiska. Przy okazji Masa (mam nadzieję nie Ciemna) dodała, że Poniatowski jest “śmiertelnie niebezpieczny” dla rowerzystów, bo są tam samochody i po chodniku, o zgroza, jak oni śmią, idą ludzie. Oczywiście, zdaniem jakiegoś Bartka, nietrzeźwi.

Masa uważa, że nieuregulowanie ruchu rowerowego na moście doprowadzi do kolejnej tragedii. Tragedią jest jednak komentarz Masy.

Rowerzystów w ogóle uważam za największą plagę Warszawy. Uogólnienie, jak to uogólnienie, może zawierać twierdzenie nieprawdziwe, ale fakty są następujące:

1. Ilekroć szedłem Poniatowskim, tylekroć rowerzyści łomocą dzwonkami, żeby im zejść, zniknąć, zdematerializować się, bo oni jadą na rowerze i uprawiają zdrowy tryb życia. Zejść trzeba pod koła pędzących aut? Czy wówczas rowerzyści ustawią kościotrupa z plastiku w ramach żałoby?

2. Rowerzyści jadą jak szaleni po ścieżkach rowerowych, uważając, ze na nich są świętą krową i żadne zasady, w tym uważanie na skrzyżowaniach z chodnikami i ulicami ich nie obowiązują. Nieraz o mało nie zginąłem po kołami. Roweru.

3. Nagminnie przejeżdżają na przejściach dla pieszych, będąc przekonanymi, że nałożenie kasku, obciskających nogo leginsów i bucików jak u giermków rycerskich zwalnia ich z jakichkolwiek ograniczeń ruchu drogowego.

Wymieniać dalej?

Reasumując, kocham jeździć na rowerze (mniej niż trzymać ręce na damskich cyckach), ale oprócz mnie na ulicach i chodnikach są piesi, samochody oraz inni pedałujący.

To, co prezentuje w wypowiedzi Masa Krytyczna, nastawia mnie jeszcze bardziej wrogo do tych klaksoniarzy z mostu Poniatowskiego.