Czerwony Kapturek [dla dorosłych]

W niedzielny poranek miarowym tempem autobus 720 przesuwał się w kierunku Warszawy.  Śnieg rozłożył się po polach jak stare, dziurawe prześcieradło, spod którego tam i ówdzie wystawały kikuty brązowych brzydkich krzaków. Wyglądały jak rozpłaszczone wałkiem do ciasta skrzydła wron. Siąpił deszcz na zmianę ze śniegiem. 

Po lewej stronie leniwie uczepiła się gruntu fabryka lodów Grycan, lody jagodowe sezonowe smakują lipcowym, wilgotnym lasem o poranku pełnym komarów. Krople deszczu chwytały się rozpaczliwie brudnych szyb autobusu, rozmazując na nich ślady spalin, piachu, olejów samochodowych. Michał zmęczył się patrzeniem na zatartą rzeczywistość. Wyobraził sobie, że autobus jest kucykiem na karuzeli w wesołym miasteczku wirującym wokoło własnej osi. Zwierzęciu wydaje się, że świat kręci się wokół niego, a tymczasem to inne plastikowe figury tkwią nieruchomo, wyginając grubo pomalowane szminką usta w martwym uśmiechu. A może, pomyślał Michał, świat ludzi jest właśnie taką karuzelą. Chodzimy do pracy, decydujemy kupić pepsi czy colę, siedzieć lub nie siedzieć na Facebooku i mamy poczucie decydowania o własnym życiu i kontroli nad planetą.
A tak naprawdę jest ona wytworem kaprysu jakiejś siły wyższej, która nie odznacza się ani boskimi cechami, ani specjalna dobrocią. Wprawiła w ruch wesołe miasteczko i czeka aż prąd się skończy, i huśtawki zatrzymają się z głuchym zgrzytem. Zardzewieją.
Ziemię stworzył na podobieństwo gry Sims informatyk z innej cywilizacji, haker. Napisał program i zapomniał wyłączyć komputer. Więc my się tu już sami bawimy w chowanego, płodzimy, wywołujemy wojny, pijemy szampana, przekąszając go truskawkami.

Michał zbierał się do wyjścia na przystanku Trawiasta, gdy na siedzeniu zobaczył zeszyt z niemiecką flagą na okładce i napisem „Niemiecki”. Odruchowo podniósł go, otworzył, na pierwszej stronie w rubryce na imię i nazwisko kulał w prawą stronę napis „Zosia Zakrzewska”. Przekartkował, dużo zdań, daty, pamiętnik.

Do restauracji „Do Syta”, gdzie umówił się z Martą, dotarł dwadzieścia minut przed czasem. Zmarznięty zamówił czarną kawę, rozejrzał po dobrze znanym, ale pustym teraz wnętrzu, nie było na kim oka zawiesić, więc zaczął czytać ostatni wpis z zeszytu. Z wczoraj, dziewczyna pewnie zostawiła zeszyt w autobusie.

4 lutego 2017 r.
Help, to jedyny dzień w tygodniu, kiedy można pospać, a matka mnie obudziła o jedenastej, że trzeba zapylać do babci, bo imienny Joanny, a babcia jest taka ważna. Nie czaję, czemu ona obchodzi je w lutym, skoro Aśki obchodzą je kiedyś tam. Siedzi u nas 6 dni w tygodniu, a jak są jej imieniny, to udaje chorą, i trzeba ją odwiedzać.

Matka sama leży jeszcze w łóżku, a się wymądrza. Słyszałam przez sen, że oglądała w swoim  pokoju „M jak miłość” czy „Pytanie na śniadanie”. Zwlokłam się o jedenastej trzydzieści, ledwie weszłam do łazienki, a po dwudziestu minutach matka wrzeszczy:
– Zośka, wyłaź, wymoczysz się dokumentnie.
– Już wychodzę – odburknęłam z fochem numer 101 oznaczającym w rozwinięciu „beznadziejna matka”.
– Lekcje odrobiłaś?
Matka, co z tobą? Jakie lekcje? Jest środek nocy, a ta mi o lekcjach. I to na poniedziałek.
– Masz klasówkę z geografii w poniedziałek. Jak wrócisz od babci, ucz się.
– Dobrze.
Matka, co z tobą. Poniedziałek jest dopiero w poniedziałek. Wykąpałam się, uczesałam, wyszłam z łazienki, szczerząc zęby do mamy:
– Co tam, mamo?
– Zosia, szykuję ci prezenty dla babci. Szarlotkę, wino wermut i miód malinowy.
Co mnie to, pomyślałam, patrząc co tam nowego w fejsbukowych grupach. W jednej to jestem osiemnastką. Pokażę duży dekolt swoich cycków i mam 200 lajków jakichś staruchów. Jeden zaczepił mnie w 720 jak jechałam do Zuzi. I gada:
– Najuprzejmiej panią przepraszam, czy byłaby pani tak miła i dała zaprosić się na kawę.
Dałam. W Macu w Wesołej opowiadał, że jest samotny od kilku lat, dzieci nie widział od dwóch  i gdy tylko mnie zobaczył, poczuł, że jego życie właśnie się odmieniło. Powiedziałam mu, że w promenadzie jestem umówiona z koleżanką. To że ona pojedzie ze mną. Powiedziałam, że też bardzo mi się podoba, to kupił mi czerwoną bluzkę w bochomazy w Croppie.

– A wiesz – matka wyrwała mnie ze wspomnień – dziś w „Pytaniu na Śniadanie” pokazali, jak ślimaki ujędrniają skórę, łażąc po buzi. Mają alantoinę czy coś, taki śluz.
– Super, zrobisz sobie tak, mamo?
– Może.
– Zrób. Będziesz tak wspaniale i cudownie wyglądać – powiedziałam matce, bo chciałam żeby mi ze dwie dychy kopsnęła, jak już mnie do tej babci posyła.
Matka, jak mi brat opowiadał, to jest nieszczęśliwa mała dziewczynka opuszczona przez ojca. Że chce miłości ale od niej ucieka. Nie wiem, o co chodzi, ale komplementy, zachwyty i kasa rozmiękczają ją jak gówno. Ja pierdolę. Nigdy taka nie będę. Tamten w promenadzie mi bluzkę kupił, ale matka to z czwartego już ma.

– Zosia, kupię pestki dyni, bo trzeba jeść, jakaś babka  w „Pytaniu” mówiła – słyszałam matki głos z kuchni jak jadłem serek. Boże, jak ona się do wszystkiego zapala. A po godzinie zapomina.
– Mówię Ci ruchał mnie w nocy, zapewniał, że kocha, a dziś skurwiel mi sms przysyła, cześć Aniu. No, żeś ty kurwa, ja Cię załatwię, bo wiem, gdzie mieszka. Jak skurwiel żonę ma, to jeszcze jej wizytę złożę – ekscytowała się matka pewnie tym Tomkiem co był wczoraj, bo Janusz na polowanie pojechał. Opowiadała o tym swojemu Samsungowi, trzymając go ramieniem przy uchu.
Dopiero co mówiła o Januszu do koleżanek, że opiekuje się nią, taki czuły, dobry, że zawsze  podjeżdża kiedy chce, że wysłuchuje, że nigdy nie brakuje mu czasu, żeby ją wysłuchać. Spotkała mężczyznę, z który jest jak brat, a jednocześnie seks jest taki wspaniały. Ups, omg.
Ten Janusz to mieszkał przystanek od babci Joanny, a ta parę przystanków od nas w Lipowie. Podobno, matka mówiła, jest myśliwym i babcie zna, bo z dziadkiem Zenkiem razem chodzili na dziki czy inne świnie.

Kuba co się we mnie zabujał i jeszcze, kolejne nieszczęście, książki czyta, przyniósł mi wczoraj „Mechaniczną pomarańczę”. Obiecałam, że przeczytam i nawet zaczęłam pierwsze zdanie. Łat, wtf, coś było że wieczór był chujnia mrok ziąb sukinkot choć suchy. Dziś o trzynastej jak wychodziłam z domu w  Żanęcinie było tak samo, tylko sucho nie było. No, i ten Kuba to, matka mówi, że biedak koszmarny, bo ona zna jego matkę, ona w tym sklepiku w Pęclinie czy gdzieś robi. I żeby z biedakami się nie zadawać, żebym miała w życiu lepiej niż ona. Ale trzeba się szanować i czekać na wielką miłość. Szanuję się, Kubie dałam tylko potrzymać. I dobrze, skoro miłości z tego nie będzie. Z mamusią jestem tak zżyta, że aż mi płakać się chce i nigdy mnie nie oszukała. Mamusia była ostatnio u wróżki Teodozji, że mamusia pozna dużo starszego mundurowego bruneta. Janusz był brunetem, a raz w mundurze myśliwego przyjechał, więc mamusia powiedziała, że całe życie na taką miłość czekała.

W 720 jak zwykle śmierdziało zjełczałym brudem, skarpetami i perfumami z Biedronki. Tak samo  śmierdziało w kurniku, kiedy tata zbił mamę deską i powiedział, że kurwę zostawi. Ale ja tatę kocham, bo jak miałam trzy latka, to obiecał, że mnie do cyrku zabierze, ale koledzy namówili go na wódkę i nie poszliśmy.

Babcia mieszka w Lipowie i jest najwspanialszą babcią na świecie, kocha mnie bardzo, dzwoni codziennie do mamy i do mnie. Nawet dziesięć razy. A jak byłam mała siedziałam u niej, kupowała mi zabawki, kiedy mama pracowała na stołówce, bo tatę koledzy namówili, żeby pić wódkę, ale mama mówi, że Tadek, znaczy tatuś, najlepszy był. I że wszyscy faceci po nim to chuje.

– Babciu, jak się czujesz – naprawdę się wzruszyłam, patrząc jak siwa babusia kuleje na jedną nogę, bo nie miała pieniążków na operację na chore biodro. – Babciu po co wstawałaś, przecież otworzyłabym sobie drzwi.
– Zosiu, kochana, przecież wiesz, że muszę się ruszać, bo umrę za życia.

Wręczyłam babci koszyk, nie trzeba było córeczko, babcia zapytała, jak w szkole, że ok, czy masz chłopaka, coś ty, babciu, uczę się dużo. Zaraz przyjedzie pan Janusz, wiesz, leśniczy. Ogarnęło mnie podniecenie z obrzydzeniem. Przyjeżdżał do nas zielonym terenowym samochodem. Mama się chwaliła do koleżanek, że to jej narzeczony. Wielki mi narzeczony, jak mnie pukał, jak matki akurat nie było.

– Dzień dobry, pani Joasiu – bez pytania i pozwolenia leśnik wszedł do domu. Przez okno widziałam jego starą terenówkę.
– Dzień dobry, panie Januszu, na pana zawsze można liczyć, że pan pamięta – wyrwała się przed szereg babcia.
– Do usług, pomyślności wszelkiej, pani Joasiu – ucałował babcię trzy razy w policzki, udając że mnie nie widzi.
– Moja wnuczka przyjechała, ciasto i wino przywiozła. Napije się pan?
– Samochodem jestem.
– A nie człowiekiem – cholera jasna, wyrwała mi się głupia, banalna uwaga, byłam zła. Nienawidziłam go za to, co mi robił na siedzeniu tego auta z japońską nazwą, ale lubiłam, bo odrabiał za mnie lekcje, kupował ubrania i zabierał do kina, jakby co jestem jego kuzynką. Emila to mówiła, że go kocham, ale ja go nienawidziłam. Bo mówił, że kocha mnie i mamę i jego pojemne serce mieści miłość do obu wspaniałych kobiet.
– Panie Januszu, kieliszek, przecież policja tu pana nie zatrzyma, a do domu ma pan z kilometr.
– Jeden kieliszek.
Babcia otworzyła wino, które mama kupiła wczoraj w Lidlu w Starej Miłosnej. Pili. Siedziałam na fejsbuku, żeby gdzieś wyrwać się dziś wieczorem. Do Julki do Zakrętu na domówkę.

– Przenoszę się w Bory Tucholskie – wyłapałam słowa Janusza. – Większy las, więcej odpowiedzialności – udałam, że nic mnie to nie obchodzi i nadal patrzyłam w telefon
– Jezu, to kto mi teraz pyszną szyneczkę z dzika będzie przynosił.
– Przekażę następcy, żeby zadbał, miły chłopak spod Ciechanowa się sprowadza.
– To nie to samo. Panie Januszu, niech pan przemyśli.

Przypomniało mi się. Podsłuchałam rozmowę mamy z Martą. Mówiła jej, że okres jej się spóźnia już dwa tygodnie i chyba jest w ciąży  z człowiekiem lasu.
– Babciu, ja już muszę iść – poderwałam się jak poparzona, nie zwracając uwagi na Janusza.
– Już, co się stało?
– Umówiłam się z koleżanką na naukę angielskiego.
– To leć, tylko zadzwoń, jak już będziesz w domu. Zadzwonię do mamy zaraz.
– Nie, babciu, ja już teraz dzwonię.

Na dachu terenówki leżał śnieg.

– Mamo, Janusz wyjeżdża gdzieś do pracy, babci mówił.
– Jaki Janusz – mama źle maskowała nerwy.
– No, twój?
– Mój myśliwy czy tam leśniczy?
– Tak.
– Boże!
– Co?
– Nic. Gdzie jesteś?
– Wyszłam od babci.
– Przyjedź szybko do domu.

Michał nie zauważył wchodzącej do lokalu Marty.
– Co ty tam czytasz?
– Znalazłem pamiętnik jakieś dziewczyny w autobusie.
– O czym?
– O koniku na karuzeli.
– Co?
– Nic. Świat się kręci, a my z nim. Głodna jesteś?

Czytaj też...

(Wizyt: 65 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

One Comment

  1. Strasznie gorzka opowieść o upośledzonych kobietach (małej i dużej), które ktoś ciągle wykorzystuje (co jest wybitnie podłe, z racji, że są upośledzone). Amen
    Koncept i wykonanie – świetne! Podobasieee 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *