Dżanus [RECENZJA]

Elżbieta Baniewicz zakochała się namiętnością nastolatki w pisarstwie Janusza Głowackiego. Przez ponad trzysta stron krytyk teatralna twórczość dramaturga i felietonisty na tyle przenikliwie analizuje, że nie można znaleźć choćby sceptycznego słowa.

Autorka oprowadza nas po życiu Głowackiego, jakbyśmy byli w muzeum. Zaczynamy od małych sal poświęconych dzieciństwu i młodości, kierując się do większych, w których zapoznajemy się z czasami studenckimi, pracą w „Kulturze”,  felietonistyką oraz jakże słuszną wymową utworów Głowackiego.

Jak na muzeum z zakurzonymi eksponatami przystało, pełno w nim zdjęć, opisów, spod których nie widać Głowackiego człowieka – syna, birbanta, studenta, bywalca nocnych klubów. Baniewicz, na spotkaniu autorskim, lojalnie uprzedzała, że w książce nie ma co szukać tajemnic alkowy Głowackiego, że książka o pisarstwie jedynie traktuje; jednak płaskie, dwuwymiarowe przedstawienie autora „Kopciucha” niby daje uczucie sytości, a czytelnika  pozostawia głodnym, jak zjedzenie Big Maca.

Przejście do kluczowych ekspozycji o pisanym w Polsce „Kopciuchu”, nowojorskich czasach pisarza z newralgicznymi sztukami „Antygona w Nowym Jorku” oraz „Czwarta siostra” niczego w odbiorze wystawy nie zmienia. Zapoznajemy się ze streszczeniem dramatów, interpretacją Elżbiety Baniewicz, zdjęciami z prób i inscenizacji, plakatami. Autorka „Dżanusa” skrupulatnie wyłuskała recenzje. Za dobre wynagradza, za złe karze:

Zaczął sztuką powstałą w kraju, gdzie przyjęto ją dość chłodno, i tylko jeden Kisiel zauważył, że „Kopciuch” to „polski „Lot nad kukułczym gniazdem”.

Ironią potrafią bawić się naprawdę tylko arystokraci ducha i myśli – zauważa w formie aforyzmu Baniewicz, powściągliwością Głowackiego wobec świata i ludzi się zachwycając. Problem w tym, że ona sama bezpiecznej odległości do swoich krytyk nie trzyma. Rezerwy do własnych ocen i poglądów czytelnik nie uświadczy, jest albo ocierająca się o poniżanie zapalczywość sądów, albo bałwochwalczy zachwyt. Oto dowody na potwierdzenie tych ożywczych tez:

Przy pomocy ironii porozumiewają się inteligenci obdarzeni umiejętnością  abstrakcyjnego myślenia, gdy trafią na podobnie usposobionego partnera dialogu, bez właściwego odbiorcy ironia nie działa. 

Głowacki postanowił podjąć ryzyko walki o swoją wybitność.

Nasi krytycy pozostali nieprzemakalni na ironię, humor i przesłanie autora…

Głowacki zdobył pozycję cenionego dramaturga. Twórcy, którego warto słuchać, ponieważ ma nie tylko coś ważnego do powiedzenia, ale mówi to w sposób zaskakujący, artystycznie wyrafinowany.

Polskich krytyków Baniewicz chłoszcze niemiłosiernie. Nie odczytują podskórnych sensów, nie czują drugiego dna, nie wychwytują niuansów. Partactwo i prostactwo. Kołtun wychodzi z głowy.  Za to na Zachodzie umieją, rozumieją, doceniają. Czyżbym do spółki z Baniewicz tworzył oazę arystokratów słowa?

Stąd w utworach pisarza nie ma w zasadzie psychologii, wiwisekcji charakterów i przeżyć, człowiek oglądany jest behawiorystycznie, opisuje go to, co mówi i jak się zachowuje. Ironiczny dystans sprawia, że śmiech staje się maską tragedii. Ten właśnie sposób widzenia człowieka – bezwzględny, a jednocześnie liryczny, czuły, choć uwolniony od patosu oraz wszelkiej deklaratywności – sprawdza się pod każdą szerokością geograficzną.

Szkoda, że własnych słów autorka nie odnosi do siebie. Książka jest napisana giętkim językiem, droga Głowackiego udokumentowana, sztuki teatralne w chronologicznym, muzealnym porządku ułożone. Tylko wszelka deklaratywność ściele się gęsto.

Daję czwórkę. Sześć za znakomitą kwerendę, dwa za zachwyty godne gimnazjalistki.

Czytaj też...

(Wizyt: 32 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *