Katastrofa smoleńska – zamach (na zdrowy rozsądek)

 

Dla jasności wywodu. Nie wiem, nie potwierdzam, nie zaprzeczam, czy 10 kwietnia 2010 r. Rosjanie dokonali zamachu na polskiego tupolewa z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Polska nie ma kluczowych dowodów: wraku samolotu i oryginalnych zapisów z czarnych skrzynek. Rzymska maksyma mówi: Czyja korzyść, tego czyn. I to jedyny komentarz.

Feralnego dnia tupolew wystartował z warszawskiego Okęcia z dużym opóźnieniem. Nad Smoleńskiem “wyszła” mgła, o czym uprzedzał kolegów POLSKI pilot POLSKIEGO Jaka-40. Dodał, że rosyjski Antonow czy Ił polecieli na lotnisko zapasowe. Rosyjscy kontrolerzy sprowadzali prezydencki samolot do lądowania, informując pilotów, że są “na ścieżce i kursie”. Pomylili się? Wprowadzili w błąd? Nie dopełnili obowiązków? Może wszystko. Ale nadal w kokpicie tupolewa siedzieli polscy lotnicy wojskowi, nie zaś rosyjscy agenci.
Od rosyjskich kontrolerów, żołnierzy wrogiego nam państwa, trudno oczekiwać, żeby w jakiś szczególny sposób odnosili się do naszych maszyn. Pewnie gdzieś w tyle głowy tliła się myśl: – Kazali nam przyjść na dyżur, przyjąć polski samolot. Coś tam będą obchodzić, nawet nie wiadomo co. Jest mgła, chcą, niech lądują. Nie nasza broszka.

I nasi podchodzili do lądowania. Nieistotne, czy mgłę rozpylili Rosjanie, czy pojawiła się sama. Wiem, że prowadząc samochód samemu, nie mówiąc o wiezieniu dzieci, nie zdecydowałbym się na jazdę przy widoczności mniejszej niż 50m i to na nieprzyjaznym terenie. Polska załoga pokpiła sprawa. Nikt nie bronił kapitanowi statku powietrznego Arkadiuszowi Protasiukowi powiedzieć: – Panie Prezydencie, przykro mi, nie wylądujemy przy obecnych warunkach.
A potem doszło do wypadku (zamachu). Niepotrzebne skreślić.

Premier Donald Tusk bratał się z premierem Putinem. Inicjatywę w sprawie śledztwa walkowerem oddaliśmy Rosjanom, bo oni się “zmienili” i chcą się z nami przyjaźnić. Wrak i czarne skrzynki nadal są w Rosji.

Niemniej Polacy sami są sobie winni. Kancelaria premiera Tuska nie umiała przygotować fachowo wizyty prezydenta, a prezydent chciał – niezależnie od rządu – prowadzić własną politykę zagraniczną, jawnie antyrosyjską.
Teraz mamy pretensję do Rosjan, jak za 1944 r. Że podczas powstania warszawskiego stali na praskim brzegu Wisły i nie pomagali, że Stalin blokował zrzuty alianckiej pomocy, że patrzył na niszczoną Warszawę. Załatwiał swój interes.

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Katastrofa smoleńska powtórzyła tę smutną prawdę.

Czytaj też...

(Wizyt: 3 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.