“Świat bez Głowy” [RECENZJA]

Iza Bartosz wyspecjalizowała się w pisaniu o wybitnych postaciach. Popełniła książkę o Katarzynie Waśniewskiej, zabójczyni swego dziecka, oraz o Michale Pirogu, który – jak mówi – zawdzięcza sławę temu, że ogłosił się Żydem i gejem. Teraz wzięła na tapet Janusza Głowackiego, wydając wspomnienie o nim pod dobrym tytułem „Świat bez Głowy”.

https://antykwariat9pietro.pl/341,swiat-bez-glowy-iza-bartosz.html

Głowacki chyba nikogo nie zamordował, co gorsza sam nie był homoseksualnym Żydem, więc wybór tego pisarza na bohatera książki zaskakuje, a jednocześnie staje się oczywisty, bo Bartosz w pompatycznie nazwanym „Zamiast wstępu Historia pewnej przyjaźni” mianowała się przyjaciółką Janusza Głowackiego. Spotykali się w azjatyckiej knajpie na Mariensztacie, rozmawiali, przeważnie milczeli. Bartosz chciała się czegoś o Głowackim dowiedzieć, ten odparł, że wszystko napisał w „Z głowy”. Ona, że to kit.

Tym kitem Bartosz wypełniła i staranie uszczelniła swoją książkę, tworząc z niej dygresje i komentarze, omówienie do autobiograficznej powieści Głowackiego. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron lektury miałem wrażenie, że czytam „Życie na Gorąco”, numer czerwcowy. Wiadomo o czym będzie: o przetworach truskawkowych, końcu roku szkolnego i przygotowaniu apteczki na wakacje.

Bartosz się chwali, że z Januszem zaprzyjaźnili się dzięki ich zdystansowanemu, ironicznemu patrzeniu na świat, przede wszystkim na siebie. Dystanse bywają krótkie i długie. Tam, gdzie w opowieści Głowackiego można mu pozazdrościć pierwszych doznań erotycznych, w słowach Bartosz otrzymujemy przepis na „raz w tygodniu z trudem”: poprawne zdania, doprawiamy szczyptą anegdoty, zalewamy cytatami z przyjaciół autora „Antygony w Nowym Jorku”.

Nie wypuszczam słów na bezdroża czczej krytyki, bo książka Bartosz niesie ze sobą też nowe, ożywcze wspomnienia o Januszu Głowackim – Krystyny Kofty, Janusza Zaorskiego, Czesława Czaplińskiego, Kazimierza Kutza i kilku innych.

Dla niektórych koniec jest lepszy niż początek. Tak jest z książką Izy Bartosz, jakby ona,  i książka, i autorka, dojrzewały w miarę pisania, tekst na ostatnich kartach zyskuje głębię ostrości. Bartosz przywołuje wiersz Williama Butlera Yeatsa, który Głowacki często powtarzał:

„Spełniłem swe zadanie – pomyślał na starość. –
Zgodnie z dziecinnym planem całe życie zbiegło;
Choć głupcy się wściekali, wykazałem stałość
I w czymś tam osiągnąłem przecież doskonałość”;
Ale duch jeszcze głośniej zaśpiewał: „Co z tego?”.

W świecie bez Głowy nadal nie umiem się odnaleźć, bez “Świata bez Głowy” – toczyłby się dalej. Ale zawsze lepiej posadzić kolejne drzewo na stercie zapomnianych tytułów, zmielonych w sortowniach śmieci, spalonych jako biomasa. A nuż książka Bartosz nie podzieli ich losu.

Gdyby Iza Bartosz sypiała z maszynopisem jeszcze przez rok, wydałaby na  świat bardziej udane dziecko. Ale Bartosz do czegoś bardzo się spieszyła.

Daję czwórkę w sześciostopniowej skali.

„Świat bez Głowy”, Iza Bartosz, Czerwone i Czarne, Warszawa 2018

Czytaj też...

(Wizyt: 51 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

One Comment

  1. *wzięła na tapet Janusza Głowackiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *