Dobry, Lepszy, Tyrmand, czyli “Dziennik 1954” [RECENZJA]

Przez ostatnie dni w każdej wolnej chwili czytałem “Dziennik 1954” Leopolda Tyrmanda. Pisarz, publicysta, muzyk jazzowy komentował w nim przeczytane książki i artykuły, filmy, własne życie towarzyskie i miłosne. Lektura dziennika kosztuje sporo wysiłku – nie z powodu słabego stylu pisarstwa Tyrmanda, ale natężenia treści. Tyrmand w jednym wpisie potrafił pisać o swojej dziewczynie Krystynie, rozmowach ze Stefanem Kisielewskim, obejrzanym filmie lub zaliczonej (tym razem) lekturze. Przede wszystkim Tyrmand biczuje, piętnuje, krytykuje komunizm, który lepi sztukę na jedno kopyto, niszczy jak nowotwór przedsiębiorczość, łamie kręgosłupy nie tylko ludziom kultury, ale i zwykłym ludziom  – wlepiając nastolatkom wieloletnie więzienie za rozklejanie “wrażych” plakatów.

 

Ale “Dziennik 1954”  trąci jakąś hipokryzją, a nawet schizofrenią.  Normalnie rzecz ujmując, Tyrmand ma rację. Polska wzięta pod sowiecki but cierpiała w latach 40. i 50. biedę, nędzę, ominął ją plan Marshalla. Zabijali i wpychali na Rakowiecką i do pałacu Mostowskich kogo chcieli. Zamknęli “Tygodnik Powszechny”. Czarne i cuchnące opary komunizmu spowiły i zatruły Polskę. Nic, tylko się zabić, a przynajmniej zapić. Ale Tyrmand – nieugięty literat z nieoficjalnym zakazem publikowania – prowadził intensywne życie. Sam, mając nastoletnią kobietę i sypiając z innymi, czytając książki spoza oficjalnego obiegu, będąc zapraszanym na premiery teatralne i filmowe, moralizował, przywoływał do pionu kolegów po fachu. Odmawiał im jeśli nie talentu, to inteligencji, a przede wszystkim kręgosłupa moralnego. Mocno dostało się Zygmuntowi Kałużyńskiemu, mniej Stanisławowi Lemowi. Spod noża krytyki uciekli Zbigniew Herbert i Stefan Kisielewski.

Ten drugi, zapoznawszy się, co Tyrmand tworzył do szuflady, podsumował przyjaciela, co ten, przyznać należy, przytoczył we wpisie z 7 marca 1954 roku:

Korzystasz ze wszystkiego, co w komunistycznej Polsce najlepsze, mieszkasz w Warszawie, jedynym wielkim mieście w tym kraju, wyposażonym we względny komfort cywilizacyjny, chodzisz na zamknięte pokazy filmowe, czytasz przemycane z zagranicy książki, masz do dyspozycji teatr, kobiety i sport w skali społecznej. I przy tym wszystkim przybierasz pozy małego Kantonka, silącego się na bezkompromisową czystość moralną, wyniosłego w poczuciu  swej niezachwianej słuszności, odrażającego swą pseudonieomylnością sądów i ocen etycznych, nade wszystko zaś potępiającego na prawo i lewo biednych, zahukanych, otępiałych literatów i artystów komunistycznych uganiających się nie mniej niż cała Polska pod ciężarem swych bzdurnych zobowiązań i dyscyplin ideowych, zmordowanych i zaszczutych wymaganiami swych kulturowych Feldfebli. Tfu! Rzygać się chce, patrząc na twoje ideowo-moralne krygowanie się!…

 

Ale mimo Tyrmandowego nieznośnego poczucia moralnej wyższości, “Dziennik 1954” rzuca nowe światło na postaci literatury, o których dziś kręcą filmy dokumentalne, a licealiści czytają w podręcznikach. Bohaterowie literatury XX wieku nie wyglądają zbyt dobrze w tym świetle. Często sami sobie winni.

Pamiętnik Tyrmanda jest też zbiorem pocztówek z warszawskich ulic, Marszałkowskiej, Nowego Światu, Woli. Dla tych obrazków Warszawy lat 50. ubiegłego stulecia warto “Dziennik 1954” przeczytać, jednak to może zainteresować jedynie warszawiaków.

Chętnie zająłbym miejsce Tyrmanda w Warszawie 1954 roku. W “Dzienniku” zrobiłbym z siebie niezłomnego twórcę,  nie idącego na kompromisy, a jednocześnie niemal codziennie chodził na obiad do Literatów. Do zobaczenia jutro o 9.00 w biurze!

„Dziennik 1954”, Leopold Tyrmand, MG, Kraków 2011