Pilch w sensie ścisłym Katarzyna Kubisiowska [NOTATKI NA MARGINESIE]

Po raz drugi nie mogę oprzeć się wrażeniu, bo po raz drugi czytam biografię tytułowego bohatera “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej, że Jerzy Pilch prowadził swe życie tak, by móc je opisywać w książkach. Zwróciła na to uwagę także Magdalena Raczkowska, była partnerka Pilcha. To ona rozpoznała się (nie było to trudne, Pilch uprzedzał) w postaci Asi Katastrofy. “To zabawne, że cechy, które na co dzień uprzykrzają życie, w literaturze Jerzego uszlachetniają i stają się interesujące” – mówiła autorce biografii.

Uparłem się na tego Pilcha, nie przepraszam. Atinę, swoją partnerkę, starał się przekonać, że jest jednostką słabą, kruchą i wrażliwą. Wymagał sił, współczucia i cierpliwości, samemu nie mając chęci tymi cechami się odznaczać. Tę samą taktykę przyjął, wpływając (nie chcę użyć czasownika “manipulować”) na bliskie osoby podczas swoich ciągów alkoholowych. Przed i w trakcie picia stawał się opryskliwy, złośliwy, niemiły, by tylko dać mu spokój i pozwolić pić. Upadając nisko we własny brud i wymiociny, dzwonił po pomoc. Wytrzeźwiawszy, dziękował za wsparcie, okazywał się człowiekiem do rany przyłóż. “Przestałam litować się nad Jurkiem, gdy poczułam, że jego picie jest w pewnym sensie szantażem emocjonalnym” – mówiła Atina w “Pilch w sensie ścisłym” Katarzyny Kubisiowskiej Atina nie chciała stać się osobą współuzależnioną, żyjącą w rytmie ciągów pijackich Jerzego Pilcha. Zrozumiała, że im częściej przychodzi mu z pomocą, tym częściej on pije. Im rzadziej zaczęła przyjeżdżać z odsieczą, tym Pilch rzadziej pił. Przez dwa tygodnie nie odbierała od niego telefonu. Udało się to tylko dzięki wyjęciu karty sim z telefonu. Po tym wydarzeniu Jerzy Pilch nie pił przez rok. Atina nie postrzega byłego partnera jedynie w czarnych barwach, wspomina jego czułość, opiekuńczość, wrażliwość, błyskotliwość. Piciu Jerzego Pilcha oraz wpływie, jaki wywoływał na bliskie osoby poświęcam tych kilka zdań dlatego, żeby uzmysłowić sobie i zwrócić waszą uwagę na to, że nas też otaczają chorzy, cierpiący, użalający się na swój los tylko w momencie rozmowy z nami. Problem w tym, że nie chodzi im o pomoc w cierpieniu i chorobie, ale rzucenie uroku, cienia na osobowość drugiej osoby, by ta poza cierpiętnikiem nie miała własnego życia. Wyjście samotne do kina, albo nie daj bóg z kimś innym ma wywoływać poczucie winy. Czy taki był Jerzy Pilch? Nie wiem. A nawet jeśli, to co? Przeżyć wystarczało mu na tematy do książek, nie starczało na życie.

Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym

Wydawałoby się – i słusznie – że felieton jest gatunkiem doraźnym. Dziennikarze wbijają szpilę kolegom po fachu, tłuką polityków słowną pałką, piętnują obyczaje tych, którzy akurat najmniej się tym przejmą, bo nie przeczytają. Najbardziej ciśnienie skacze kolegom po fachu. Kiedyś odpowiadali na zaczepki w kolejnym numerze gazety, teraz nie muszą zwlekać ani dnia. Jakość pisania na tym traci, bo polemistom brakuje dystansu i humoru.


Jerzy Pilch w wyborze felietonów “Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym” po 20 latach wciąż brzmi świeżo. Polemizuje, krytykuje, szydzi i chłoszcze teksty z pism, które właśnie kupił w kiosku, wystaw, na które się wybrał, inscenizacje, na których się wynudził. Świeżość Pilcha polega na tym, że pisarz smaga piórem sobie współczesne wydarzenia, ale jakby wszystko, co opisuje, nagle przeniosło się w czasie 20 lat wstecz. Pilch żyje i pisze poza doraźnością, poza tu i teraz. Nie myśli o jutrze. Życie pokazało jak bardzo.