“Wyjazd we dwoje i inne opowiadania” Maria Mostowska [RECENZJA]

We wstępie do “Wyjazdu we dwoje i innych opowiadań” Marii Mostowskiej Jan Hartman rekomenduje książkę: “Opowiadania Mostowskiej są, owszem, i o tym, “jak do się lgną dorośli”, lecz także o innych ważnych rzeczach. O artystach i niby-artystach, o zmaganiach z biurokracją, o durnocie codzienności i codzienności uroku. O tym, jak to się w życiu coś udaje i nie udaje, coś się zapętla i powraca albo gubi bezpowrotnie. Dobrotliwie, z lekka ironicznie, stylistyką łączące jakby czeski nostalgiczny humor z angielską dowcipną przenikliwością. Każda powiastka jest miniaturką celnie i wdzięcznie oddającą mały kawałeczek życia. Życia widzianego konkretnie i z bliska, oglądanego czułym i rzeczowym okiem inteligentnej kobiety”.

 

Dzięki opinii Hartmana sięgnąłem po książkę, ale nie znalazłem w niej tego, co krakowski filozof. Najlepsze teksty autorka dała na początek, w tym tytułowy “Wyjazd we dwoje”. Realne spotkanie do tej pory wirtualnych, internetowych kochanków jak w soczewce skupia sens lub – raczej – bezsens naszych codziennych aktywności. Chodzimy do kina, studiujemy, jeździmy do spa, romansujemy w nadziei, że gdzieś za rogiem czai się istota życia, ale zamiast sedna pokazuje się wykrzywiona w szyderczym uśmiechu maska klauna. O tym samym traktuje równie dobre opowiadanie “Wszyscy kochankowie Matyldy”.  Apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale w lodówce już pusto.

“Cleanologia” ma pokazać absurdy biurokracji i nadmiaru legislacji, ale tonie w kliszach, schematach i szeleszczących papierem dialogach. “Juanita” – przekombinowana i przegadana, “Lunapark” – fajny pomysł na obraz społeczeństwa; opowiadaniu zabrakło jednak głębi ostrości, natomiast – podobnie jak “Cleanologia” – utknęło na mieliźnie stereotypów.

Na dzisiejsze standardy opowiadania Mostowskiej bardziej nadawałaby się na opowiastki blogowe niż na półkę z literaturą.
Hartman we wstępie zauważył, że  kiedyś opowiadania pisali klasycy: Gogol, Maupassant, Joyce. Mostowska przełomu nie dokonała.

 

Daję trzy w sześciostopniowej skali.

„Wyjazd we dwoje i inne opowiadania”, Maria Mostowska, Jirafa Roja, Warszawa 2011

“Ślepnąc od świateł” [RECENZJA KSIĄŻKI]

Gromkimi brawami powitajmy na scenie Jakuba Żulczyka, odkrywającego przed państwem Amerykę, świat ze skrzyżowania Mazowieckiej ze Świętokrzyską, apartamentów na Saskiej Kępie, kipiących niedyskretnym bogactwem willi w Wilanowie. Oto autor powieści “Ślepnąc od świateł”. Żulczyk się kłania, przyjmuje uściski, poklepywania i dyplomy. I gdy już odbierze nagrody, autograf złoży na stronie tytułowej egzemplarza kupionego w promocyjnej cenie, jedziemy metrem do domu i między Wierzbnem a Młocinami zagłębiamy się w lekturę. Nie bardzo jest w co się zagłębić.

 

 

Jacek, diler kokainy z Warszawy oprowadza nas po świecie swoich przemyśleń oraz szlaku handlowym. Jeśli chodzi o pierwsze, przepraszam, że się wymądrzam, na cale 520 stron powieści znalazłem zaledwie trzy cytaty godne wynotowania, przekazania bliźnim, choćby jako rekomendację do przeczytania tej książki.

Obchód po rejonie handlowym Jacka ma być trochę pretekstem do pokazania nocnego życia warszawiaków, a bardziej – do zajrzenia za kulisy przestępczego świata.
Pierwszy powód, jeśli oczywiście taki był, kończy się już na starcie, ponieważ na kartach książki nie znajdziemy nadziei, leków i zgryzot nauczycielek, hydraulików, sprzedawczyń z “Fresh marketu”, które nie mają jak wrócić do domu po 23 i że nikogo to nie obchodzi. Ostatni autobus odszedł piętnaście minut temu, cholewka znów się oderwała od buta z CCC. Chrześniak ma za tydzień urodziny, a Ewelina sama za pokój musi zapłacić, bo współlokatorka się wyprowadziła bez słowa. I pi.. telefonów nie odbiera.
Więcej o Polakach dowiedziałem się z ‘Alternatywy 4″ Stanisława Barei.

To może warszawska gangsterka mnie czymś zaskoczy. Niespecjalnie. Piotr, szef Jacka, akurat handluje kokainą, ale równie dobrze mógłby mieć hurtownię budowlaną lub sprowadzać auta z Niemiec. Trochę choleryk, trochę niby czuje się lepszy od innych, ale to pozornie, on po prostu świata innego nie zna poza swoim, więc oczywiście dziewczęta w Sopocie – tak, ale żadnych tam wycieczek niepoprawnych politycznie, że pedały, brudasy i lewaki.
Takich kolesi spotkasz, jak budujesz dom. I też dajesz sobie z nimi radę. Albo nie. Ale co w tym nowego? “Ślepnąc od świateł” odkrywa też, że nie wszystkie dziewczyny pracują w “Żabkach”. Niektóre radzą sobie znacznie lepiej i nie mieszkają ze współlokatorkami. Mają mężów biznesmenów i parkują suvy na podjeździe z kostki brukowej. Czym ich życie różni się od dziewczyn ze sklepów spożywczych? Poza kasą, rzecz jasna.

To może psychopatyczny Dario przeraża mnie czymś niemożebnie, że po nocach się pocę. Bardziej boję się wizyty u proktologa.

Kierujemy się do podsumowań. “Ślepnąc od świateł” to znakomita lektura dla wszelkich ludków z mieszkań na kredyt za pół miliona. Ostatnim szaleństwem, jakiego dokonali, jest upicie się w Turcji na all inclusive. Podpalenie dużego śmietnika z workami po weekendzie ciągle przed nimi, ale można wcielić się na chwilę we Franza Maurera czy kogoś tam, czytając “Ślepnąc od świateł”.

Przypomniał mi się żart. Siedzą dwa szczury na wysypisku śmieci.
– Dobra ta książka.
– Tak, ale film był lepszy.

O szczurzym smaku przeczytaj tutaj.

Daję trzy plus  w sześciostopniowej skali.

„Ślepnąc od świateł”, Jakub Żulczyk, Świat Książki, Kraków 2018

(ilustracją recenzji jest okładka wcześniejszego wydania powieści)

 

“Bezsenność w czasie karnawału” [RECENZJA]

Z panteonu wybitnych Polaków najbardziej tęsknię za Januszem Głowackim, Zbigniewem Nienackim i Martą o blond włosach, małych piersiach i dużym tyłku. Albo na odwrót, choć włosy rzeczywiście były blond, a na dodatek do połowy pleców. Tęsknota za Martą wydaje się oczywista i nie wymaga dodatkowych wyjaśnień.

“Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki

Z Nienackim też nie mam większych wątpliwości, bo współpracował z SB, uganiał się za nastolatkami, ale w książkach akurat o tym nie pisał. Szkoda. Bajał o harcerzach dzielnie tropiących skarby, dbających o przyrodę ojczystą i zwalczających wszelkie objawy handlu dziełami sztuki z “drugim obszarem płatniczym”. Przez chwilę zastanawiałem się, o czym dziś tworzyłby Nienacki. Nie wiem.

Porzucam myśl, bo miało być o “Bezsenności w czasie karnawału”, ostatnich zapiskach Janusza Głowackiego zebranych i opracowanych przez Olenę Leonenko-Głowacką. Ostatnich zarówno w sensie chronologicznym, jak i znaczenia – mocno osobiste pożegnanie się z czytelnikami bez podlizywania się, dziękowania i modlitwy.

Głowacki Nienackiemu do pięt nie dorasta, bo nie donosił, lubił dziewczyny i chwalił się tym w książkach. O Głowackim mógłbym powiedzieć, że jego książki “skrzą się” ironią, mienią sarkazmem i przytłaczają tragizmem. Otwierają oczy, pchają do jeszcze bardziej wzniosłych czynów, rozbudzają miłość do literatury i tego typu frazy na poziomie wczesnego liceum. Ale jest zupełnie inaczej, o czym ciut niżej. Co w ogóle nie znaczy, że mądrzej czy lepiej.

Chyba każdy spotyka w życiu jedną, a najwięcej trzy osoby, które czytają z duszy drugiego człowieka jak z otwartej księgi. Na nic zdają się kłamstwa opakowane w nic jak lejsy paprykowe, cytaty wyjęte z fejsbukowych memów i gorące zapewnienia, że cieszą cię niesamowicie małe i duże sukcesy bliźnich, kiedy akurat zawiść i zazdrość zaliczają się do twoich czołowych zalet.
Tymi wróżkami, medium może być ojciec, matka, a nawet bardziej, własna sąsiadka. Ksiądz, kochanka, żona, a w końcu – i to najbezpieczniejsza wersja: książka. Inny człowiek, to wiadomo, przeczyta duszę, niby chcę ją uleczyć, do rany przyłożyć, ale na koniec wywlecze jej tajemnice jak Adolf sekrety Pana Kleksa. Zdradzisz kochance, ile zarabiasz, ta jeszcze żonie powie i życie zmarnowane. A tak masz na podorędziu Głowackiego i Nienackiego, bo Marta wyszła za mąż, ma dzieci i torbiele na jajnikach.

Nikogo to nie interesuje, a nawet gdyby, to i tak nie zdradzę, co wyczytał we mnie Głowacki. Do dziś byłem pewien, że to ja czytam Głowackiego, ale doniosłe przemyślenia na podłodze w łazience podczas nomen omen bezsennej nocy z “Bezsennością” pozwoliły mi pojąć, że to Janusz Głowacki odczytał moje nastroje, zaniechania i tęsknoty. I żeby w końcu Lewandowskiemu noga się powinęła.

“Bezsenność w czasie karnawału” trochę przywodzi na myśl “Z głowy”. Jest w niej tyle samo sarkazmu, ironii i błazenady co w sławnej powieści, autobiografii, ale więcej wesołego tragizmu. Głowacki zabrał mnie w swoją ostatnią drogą, ale kondukt bardziej wygląda jak orszak weselny, w którym za autami  hałaśliwie ciągną się łańcuchy puszek po żubrach, lechach i dębowych. W tym przypadku są to wspomnienia o Himilsbachu i Maklakiewiczu, Tadeuszu Konwickim i innych literatach, kwiaciarce z Krakowskiego Przedmieścia, barach Nowego Jorku oraz o niegdysiejszych rozpustnicach, dziś emerytkach, co blokują wnukom mieszkania w dobrym punkcie Warszawy. Głowacki ostatnią drogę zamienia w wesołą stypę. Usiądźmy na grobie i wypijmy po jednym, bo piździ.

Tak Głowacki wspomina ostatnie chwile swojej matki, ale pasuje do kondycji człowieka w ogóle:

– Mój Boże, Janku, jak to szybko poszło.
A mówiła o osiemdziesięciu pięciu latach. Wtedy mi się to wydawało bardzo długo, teraz już nie. Powiedziała też: “Mój Boże”, choć dawno zerwała z religią, bo nie mogła wybaczyć Bogu tego, co zrobił z Hiobem. Obie koszmarne wojny jakoś mu wybaczyła. Rozstrzelanego jako zakładnika swojego ojca i zamordowaną w jakimś obozie matkę też. To, że jej mąż kochał całym sercem swoje kochanki i przez to umarł, a astma tylko pomogła, że ja wyemigrowałem z córką do Ameryki i zostawiłem ją samą – też. A Hioba nie. Taka jest przewaga mitu nad całą resztą.

Życie jest bajką. Czasem wesołą, czasem tragiczną. Farsą. Dawno temu w Ameryce ogłosili konkurs na sobowtóra Charliego Chaplina. Oryginał też się zgłosił, ale odpadł. Głowacki na swojego sobowtóra się nie zgłosi, ale następców nie widać. Szukam. Proszę o listę książek, bo tymczasem pierwsze miejsce najlepszych książek mojego życia nadal zajmuje “Z głowy”.
“Bezsenność w czasie karnawału” może by się nadawała, ale jednak widać, słychać i czuć, że to robota nie dokończona, szkic, wersja robocza. Czyli trochę jak w życiu. Kończy się ono zazwyczaj co prawda po obiedzie, ale przed deserem.

Jak każdy człowiek przyzwoity, ludzi przegranych nie lubię wprost wyjątkowo, a dobroci to już mi nikt zarzucić nie może, poza wróbelkami. A zapisuję to wszystko naumyślnie z nadzieją, że wywołam u czytających poczucie nie żeby zaraz zrozumienia, ale wyższości. To już coś, bo takie poczucie, że się jest lepszym, pomaga, daje sporo radości i nadaje sens życiu. No nie aż tak jak zemsta, chęć odwetu, nienawiść, bo one to już bardzo pomagają. I człowiek nawet nie zauważy, jak to życie przyjemnie i szybko przeleciało.

Daję cztery za treść, cztery za formę, bo choć krótkie lubię, to jednak za krótko też niedobrze. Ogólnie: cztery na sześć.


„Bezsenność w czasie karnawału”, Janusz Głowacki, W.A.B., Warszawa 2018

Najlepsze książki mojego życia [RANKING]

 

1. “Z głowy”, Janusz Głowacki

Album “Tata Kazika” Kultu, który wpadł mi w uszy na pierwszym roku studiów, zmącił mój romantyczny obraz Polaka, który jak kocha, to Polskę, jak walczy, to o ojczyznę, a jak pije, to mleko. Ostatecznie zamazała go ni to powieść, ni to autobiografia “Z głowy” Janusza Głowackiego. Książka ostatecznie, a przynajmniej do dziś, ukształtowała moje upodobania estetyczne. Niektórzy przestali się do mnie odzywać. Inni uznali tylko za wariata.

 

Profesorowie dawali temat i trzeba było coś bez dialogu zainscenizować. Ja dostałem hasło “szach królowi”, więc posadziłem faceta w kornie, a naprzeciwko dziewczynę bez majtek z rozłożonymi nogami. Mnie się to wydawało logiczne i biegło w kierunku moich zainteresowań. Ale okazało się, że prawidłowa odpowiedź to Kordian wchodzący do sypialni cara, i profesorowie się obrazili. Zresztą jestem pewien, że i tak ukończyłbym Szkołę Teatralną z wyróżnieniem, a polskie sceny by się wzbogaciły o jeszcze jednego niezdolnego aktora, gdyby znów nie dopadły mnie wątpliwości.

 

2.  Bezlitosna łaska, M. Scott Peck

Nie da ci ojciec, nie da ci matka, tego, co da ci własna… Nie, tym razem nie sąsiadka, ale książka „Bezlitosna łaska”. Lektura obowiązkowa dla wszystkich z depresją, niedojrzałością, z pretensjami do wszystkich wokół lub do siebie. Ewentualnie tylko dla tych na wirażu życia, którzy ocierają się o brak pracy, opędzają od komorników, wylewają łzy, potykają o butelki i doświadczają innych atrakcji. „Bezlitosna łaska” (cóż za niefortunny tytuł) prostuje ścieżki.

3. Antygona w Nowym Jorku, Janusz Głowacki

Czym nasze życie, ludzi, którzy budzą się pod ciepłą kołdrą przy grzejącym grzejniku i włączają „Pytanie na śniadanie”, różni się od losu bezdomnych z „Antygony w Nowym Jorku”? Tylko tym, że my śpimy w czystej pościeli i patrzymy spokojnie na Tomasza Kammela uśmiechającego się z telewizora. Tamci, gogolowscy „byli ludzie”, w sytuacji „gdy nie ma butów ani zębów, nie można nigdzie pójść”, też tworzą swój świat utkany z marzeń, realnych doświadczeń, wspomnień, gazetowej wiedzy i obiegowych frazesów.
Większość bezdomnych, głosi wyświechtana mądrość, swój los zawdzięcza alkoholizmowi, błędom w życiu osobistym, porażkom w biznesie. Często tak jest, ale nie zawsze. W perypetiach Pchełki, Saszy i Anity możemy przejrzeć się w lustrze własnych marzeń o podróży do Kenii, dużym domu z wielkim ogrodem i żeby sąsiad to jednak miał gorzej niż my. A jeśli sąsiad akurat wozi się nowym modelem Kia, to niech będą przynajmniej ci bezdomni.

„Według ostatnich danych liczba homelesów w Nowym Jorku zwiększa się. I w końcu tego roku na każdych trzystu nowojorczyków przypadać będzie jeden bezdomny. To by znaczyło, że dzisiaj w teatrze jest co najmniej jedna osoba, która niedługo znajdzie się na ulicy. I ta osoba dobrze wie, o kim mówię” 

– zwraca się w ostatnie mowie do widzów sierżant McMurphy, pełniący w „Antygonie..” rolę greckiego chóru, komentatora.

4. “Moulin Rouge”,  Pierre La Mure

To dziecko rysuje wszędzie i wszystko. Konie na wyścigach. Matkę. Ludzi wokół. Zapowiada się dobrze. Ulega jednak wypadkowi, po którym okazuje się, że chłopiec ma wadę genetyczną i przestaje rosnąć. Matka go kocha, ale nie rozumie. Ojciec poszedł dalej. Nie kocha, nie rozumie, nie akceptuje. Chłopiec ma szczęście, bo pochodzi z bogatego domu, więc matka zapewnia mu wykształcenie plastyczne, mieszkanie.
Po ukończeniu studiów mężczyzna idzie własną artystyczną drogą. Przy okazji rozpaczliwie poszukuje bezwarunkowej miłości w ramionach i łóżkach prostytutek, aktorek. Nie znajdując jej, rozpija się. Po drodze zdobywa międzynarodową sławę. Kto? Henryk de Toulouse-Lautrec.
“Moulin Rouge” Pierre’a la Mure to świetnie napisana, genialnie przetłumaczona przez Jadwigę Dmochowską, fabularyzowana biografia francuskiego artysty. W Polsce chyba niedoceniana pozycja. Lektura obowiązkowa!
W salonie przy rue des Moulins

5. Ciąg dalszy nastąpi wkrótce…

 

A jaka jest Wasza ulubiona książka?
Napiszcie w komentarzu.
Szukam literatury, która opisze to, co dobrze wiem, ale w sposób, który powali na kolana, rozśmieszy, wyciśnie łzy.