Szadź 2 [RECENZJA]

Dwa, a może więcej razy podchodziłem do serialu Szadź 2. Nie dawałem rady. Już pierwsze sceny pokazują, że mamy do czynienia z poligonem filmowym. Aż w końcu ból po ekstrakcji ósemki zapewnił cichą noc, ukojoną ibuprofenem. Oszadziałem.   

Pierwszy odcinek zaczyna się od drętwych, nierealnych dialogów oskarżonego o morderstwa młodych kobiet Piotra Wolnickiego (Maciej Stuhr) z jego obrończynią Teresą Sznajder (Dominika Ostałowska), a także od rozmów ze współosadzonym Ludwikiem (Krzysztof Zarzecki). Wymiana zdań nie ma cienia odzwierciedlenia w rzeczywistości, przez co bardziej pasuje do warsztatów filmowych w liceum niż do poważnego kryminału. Naprawdę trzeba się napocić, żeby zrobić bardziej nudny i naiwny początek serialu. Z czego wynika charyzma, którą Wolnicki roztoczył na współaresztanta, by potem wykorzystywać go do realizacji swoich planów, trudno odgadnąć. Bo tak postanowili scenarzyści?. Ale żadna droga do tego nie prowadzi.

Proces sądowy oskarżonego nadaje się do “Trudnych spraw”. Infantylne mowy Wolnickiego nieoczekiwanie robią wrażenie na doświadczonych sędziach. Ostre jak zardzewiałe żelazo pytania obrońców do świadków sprawiają, że, doświadczeni oficerowi śledczy, w tym Agnieszka Polkowska (Aleksandra Popławska), gubią się, brakuje im słów, wzruszają się łatwo.

Wolnicki – jakież to zaskoczenie – wychodzi na wolność i odżywa, mordując kolejną dziewczynę. W widzu rodzą się jednak coraz natarczywe pytania i to bez kolejnego ibpuprofenu:

– Dlaczego policja, prowadząc dochodzenie, nie śledzi Wolnickiego? Zagadka kryminalna rozwiązałaby się w tydzień.

– Dlaczego oficerowie przez 4-5 odcinków nie potrafią połączyć Wolnickiego z nagle objawioną miłością z domu dziecka – Lilą Pelc (Anna Ilczuk), mimo że oboje dość często się widują?

– Dlaczego żona Wolnickiego akurat tę kobietę zatrudnia jako opiekunkę do dzieci?

– Dlaczego scenarzyści wykorzystują wyświechtane do dziur klisze: Skoro dziewczynka maluje rodzinę  bez taty, to jest bardzo niepokojące. Jakież to odkrywcze.

– Dlaczego 14-letni syn wysłuchuje mądrości dopiero co poznanej opiekunki jak prawdy objawionej i po co nastolatkowi opiekunka?

Tych “dlaczego” mogę postawić znacznie więcej. Scenariusz leży, zanim powstał.

Serialu “Szadź 2” nie ratuje też gra aktorska. Główni bohaterowie nawet nie starają się udawać, że tworzą kreacje życia, a przynajmniej sezonu.

Pewne zadatki przejawia zadziorna Roma Sośnicka (Sandra Drzymalska), ale jej rola po obiecujących początkach dryfuje na mieliznę banału. Pod pozorem odwagi chowa się krucha istota odrzucona przez ojca. Czy jakoś tak.

O ile ciekawiej byłoby, gdyby to ona dowiodła, że Wolnicki jest mordercą i opowiedziała to Polkowskiej. Ta, chcąc sobie przypisać rozwiązanie zagadki, ukradła jej zgromadzone (oczywiście w laptopie) dowody i zagroziła buńczucznej Romie, że jej chora na serce matka dowie się, że córka pracowała w domu publicznym po przeprowadzce do Warszawy. Chciała opłacić studia religioznawcze. 

Oglądanie doskwierało mniej niż ból po ekstrakcji, ale jednego i drugiego nie polecam.

Daje trzy minus w sześciostopniowej skali.

“Szadź 2”, 2021, reż. Sławomir Fabicki, Anna Kazejak, 7 odc., Akson Studio, TVN

Najlepsze filmy obejrzane w 2021 r. [RANKING] [AKTUALIZOWANY]

1. Baza ludzi umarłych, reż. Czesław Petelski

Stefan Zabawa trafia tuż po II wojnie światowej do bazy transportowej na bieszczadzki wygwizdów. Byli partyzanci, przestępcy, wyrzutki społeczne, by uniknąć więzienia, pracują tam przy transporcie drewna Wożą tony trupami aut, więc i trup ludzki ściele się gęsto. Buntują się, chcą opuścić bieszczadzką głuszę. Zabawa ma ich zatrzymać.
Scenografia bardziej teatralna niż filmowa, błyskotliwe dialogi Marka Hłaski, oszczędna, ale wyrazista gra Leona Niemczyka, Zygmunta Kęstowicza, Emila Karewicza, Teresy Iżewskiej tworzą klimat i jakość filmu. Bieszczady hartują, łamią, zmieniają.

Leon Niemczyk, Emil Karewicz, Aleksander Fogiel
Zygmunt Kęstowicz i Emil Karewicz, na organach Roman Kłosowski

– Dobry mechanik, to go tu przysłali. Niektórzy mówią, że to przez nią.
– Przez nią?
– Puściła się podobno z jakimś tam urzędasem. Chciała z nim kombinować na boku. Masz pojęcie, jaki szum powstał. Żona ważniaka i takie rzeczy. Ustrój się może od tego zawalić. Co chcesz? Dziewczyna za Niemca nauczyła się wszystkiego.

Baza ludzi umarłych

Teresa Iżewska i Zygmunt Kęstowicz w “Bazie ludzi umarłych”

Wanda jako na dobrą żonę przystało chwyta się każdego mężczyzny, poza mężem, by uciec z dziczy. Odmawia też “Warszawiakowi” z powodu jego wyglądu. Los bywa jednak okrutny i przewrotny. Okrucieństwo i perfidia losu nie spotkały finału filmu. Ten kończy się braterstwem ludzi pracy w duchu wzajemnego zrozumienia, co Marka Hłaskę zdjęło pesymizmem. Zażądał wycofania nazwiska z filmu. Słusznie?

Gdyby nie jedynie słuszne przesłanie moralne, byłby to film bardzo dobry. “Bal na gnojnej” wygrywany na organach podczas pogrzebu “Apostoła” – majstersztyk.

“Baza ludzi umarłych” opowiada o ludzkich pragnieniach wyższego rzędu: żeby wreszcie chodzić po chodniku, leciała ciepła woda w kranie i stać mnie było na garnitur z krawatem. A przynajmniej na ładną dziewczynę.

Daję cztery plus w sześciostopniowej skali. Tyle samo, co “Królowi”, ale jednak miejsce wyżej ze względu na świetne dialogi. Trochę teatralne, trochę każdy brzmi jak cytat z książki, ale czuć talent Hłaski.


2. Polowanie, reż. Thomas Vinterberg

Mads Mikkelsen gra w “Polowaniu”, jakby nie grał, więc gra rewelacyjnie. Lucas, trochę zagubiony facet po rozwodzie, wychowawca w przedszkolu, tata nastolatka, kompan w męskich rozrywkach i w polowaniach, zostaje oskarżony o molestowanie podopiecznej. Przy okazji córki najlepszego przyjaciela.

Los Lucasa odmienia się jak za dotknięciem różdżki czarownicy. Odwracają się od niego dyrektorka przedszkola, przyjaciel, kumple. Nawet kierownik i obsługa zaprzyjaźnionego sklepu reagują agresją na jego wizytę w sklepie.

Thomas Vinterberg mierzy się z dwoma mitami. Pierwszy brzmi: dzieci nie kłamią. Fraza ta często powtarza się w filmie. Potoczna obserwacja przeczy temu powszechnemu poglądowi. Drugi mit już prawdziwy: bliźni mogą obrzucić cię błotem, które przylgnie już na zawsze. Nie istnieje sposób, by brud z siebie zmyć.

Reżyser wykorzystuje tradycyjne motywy hipokryzji i małomiasteczkowego, bo tam dzieje się akcja, kołtuństwa. Rzeczywiste przestępstwa, wina lub niewinność pozostają w cieniu samosądu sąsiadów, których nie interesują dochodzenia policji i wyrok sądu. Ważne, by spotkać się w spokoju ducha na niedzielnej mszy i przekazać sobie znak pokoju.

Jesteśmy lepsi i w dobrym nastroju, gdy innych możemy znieważyć, poniżyć, obgadać. Coachingowe przesłanie “Polowania” jest bardzo czytelne.

Daję pięć w sześciostopniowej skali. Oczko niżej niż “Baza ludzi umarłych”, ponieważ nie mogę się oprzeć magii hłaskowych dialogów z “Bazy”, choć sam film nieco słabszy niż “Polowanie”.

3. Król, reż. Jan P. Matuszyński

Nigdy nie wierzyłem w mit wspaniałego polskiego dwudziestolecia międzywojennego, ani obrazu pięknej, obsadzonej pałacami magnatów i przemysłowców Warszawy. Przed wojną wystarczyło pół godziny spaceru z pełnego ukłonów Krakowskiego Przedmieścia na Tłomackie, Miłą i Żelazną, by poczuć krew, cebulę, czosnek. Z drugiej strony Wisły, z Pragi, niósł się odór zwierzęcych odchodów z zoo.

Serial “Król” Jana P. Matuszyńskiego czerpie z klimatów “Sztukmistrza z Lublina”, “Kariery Nikodema Dyzmy”, “Śmierci frajerom”. Oprowadza po Warszawie zadymionych spelun, eleganckich burdeli, bazarów, którymi trzęsie polityk i herszt przestępczej bandy Kum Kaplica (świetny Arkadiusz Jakubik) z egzekutorem Janem Szapiro (równie świetny Michał Żurawski), psychopatycznym Doktorkiem (nieco przerysowany i jednostronny Borys Szyc).

I gdyby tylko o bijatykach i haraczach była mowa, byłby to kolejny film typu „bum bum – zabili go i uciekł”, ale Matuszyński ze Szczepanem Twardochem (współscenarzysta i autor powieści, na podstawie której powstał film) pokazują po szekspirowsku, że o ile dobro w czystej postaci czasem występuje i się mnoży powoli, albo ginie od strzału z rewolweru, o tyle zło pleni się jak pleśń. Przestępcy mają kontakty z ministrami i premierami, elity – karmią się antysemityzmem i seksualnymi aberracjami, Żydzi – marzeniami o raju w Palestynie, a przynajmniej, żeby zgnoić goja. Optymistyczne przesłanie filmu pozostaje jasne i zrozumiałe: na końcu wygrywa zło.

W filmowym “Królu” wszystko się klei. Scenografia, zdjęcia, dialogi. Nie ma zbędnych słów, wypełniaczy w rodzaju zbyt długiej muzyki lub pejzaży Mazowsza. Aż chce się odwiedzić Kercelak.

Daję cztery plus w sześciostopniowej skali.

Serial “Żywioł Saszy” [RECENZJA]

Otwierasz lodówkę, a tam Magdalena Boczarska. Gra w popularnych i kasowych produkcjach ostatnich lat. Ostatnio widziałem w “Żywiole Saszy – Ogień”.

Fot. Żywioł Saszy na FB


Pani Magda wciela się tam w Saszę Załuską, policyjną profilerkę. Zaczyna się słabo.
Wprowadza się z córką do mieszkania w Sopocie, które wygląda jak scenografia filmowa. Scenografia gra scenografię.
Za chwilę wyprowadza się już bez córki do Łodzi, by pomóc tamtejszej policji rozwikłać zagadkę podpaleń w mieście. Kilka słabości wyłazi na wierzch.
– Wykształcona pani psycholog z doświadczeniem w Scotland Yardzie, as profilerów, dedukuje na poziomie późnego liceum. Na przykład: znajdź na zdjęciach z miejsc podpaleń kilka łączących je punktów wspólnych wskazujących na sprawcę.
– Rozmowy z taksówkarzami tak szeleszczą papierem, że bardziej się nie da. Najtrudniej ułożyć najprostsze dialogi.
– Do rozwikłania zagadek Sasza nie potrzebuje wtopić się łódzki tłum i odrapane kamienice. Fascynującą Łódź widzimy jak Warszawę w “M jak miłość”. Widok na Pałac Kultury i starówkę z plaży na Pradze Północ lub z mostu Świętokrzyskiego.

Magda Boczarska nie ratuje talentem swojej słabo wymyślonej i napisanej roli. Zapowiadają się dobrze Andrzej Konopka i Arkadiusz Jakubik, ale widzą w co się gra lub nie – i gasną. Którędy do kasy?

Boczarska zagrała w stylu znanym z serialu “Zbrodnia”. Dużo uśmiechu, rzucania dużymi oczyma na lewo i prawo. – Bratanku, jak ty wyrosłeś. Ciocia Magda pozdrawia z drugiego krańca stołu.

Jak to z rodziną przy stole. Raczej nic nas mocno nie zaskoczy, ale nudy też nie będzie.

Daję 3+ w sześciostopniowej skali.

“Żywioł Saszy – Ogień”, serial TVN, 2020, reż. Kristoffer Rus

“Joker” [RECENZJA]

– Tata, czego spodziewasz się po “Jokerze” – zapytał najstarszy syn przed wyjściem do kina na najnowszy film o sympatycznym klaunie.

– Chcę, żeby Joker wywrócił do góry nogami kilka mitów współczesnego świata: że ludzie w demokracji podejmują światłe wybory; że właściciele potężnych firm są zepsutymi do szpiku kości cynikami, a szaraki odznaczają się cnotami życzliwości i uczynności; wreszcie, że konsumpcjonizm i oklepane bajki o samorozwoju w epoce po Bogu wpychają ludzi w poczucie frustracji, lęki i depresję.

Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) pracuje jako klaun nawet nie w drugorzędnej firmie eventowej, bo ta jego wypożycza klaunów nie do wielkich galerii handlowych, ale do bankrutujących sklepów i szpitali. Fleck mieszka z niepełnosprawną matką w ponurym bloku. Podoba mu się sąsiadka z drugiego końca korytarza. Co jakiś czas chodzi do pomocy społecznej, bo cierpi na zaburzania psychiczne, których objawem są napady długiego i nieposkromionego śmiechu.

Nikt tego nie przyzna, ale w Jokerze odnajdzie się bez trudu połowa Ameryki, a na pewno pół Polski. Nikt z nas nie powie, że jest niepotrzebny i wyrzucony poza nawias społeczeństwa, bo przecież przedstawiciele handlowi oferują musztardę po sklepach, dziennikarze piszą teksty, sprzedawcy w marketach nabijają punkty lojalnościowe. Wielu z nich (nas) ma jednak nie dające spokoju uczucie, że od nich niewiele, oczywiście poza sprzedawaniem, zależy. O ile Arthur Fleck wciska na głowę kolorową perukę, nosi jaskrawy surdut, wkłada czerwony nos, o tyle dzisiejsi wesołkowie zakładają podkoszulki z napisem Ropucha lub owad, mają samochody z napisem Nasza musztarda jest Najsza albo notatnik o nazwie Bezfakcie.

Chcielibyśmy zrzucić te maski lub przynajmniej, nosząc je, zyskać podmiotowość. Nie każdy ma jednak tyle szczęścia, żeby cieszyć się chorobą psychiczną, bo tylko ona, próbują przekazać twórcy filmu, daje przepustkę do do uzyskania lub odzyskania sensu życia. 

Podmiotowość w “Jokerze” odbierają mieszkańcom Gotham City bogacze, cyniczni politycy, dla których problemy maluczkich są irytującą jak brzęczący komar przeszkodą do osiągania politycznych celów i pomnażania bogactwa. Na razie jednak dostaje się trzem pracownikom korporacji, których Fleck morduje w metrze. Żegnaj Arthurze, witaj Jokerze.

Czy to ja, czy cały świat coraz bardziej wariuje?

Pracownicy Żabek i Biedronek, do broni! Plastikowej, made in China. Innej u nas nie sprzedają.

W głównym bohaterze zmiany w życiu osobistym (nie streszczam fabuły) powodują zmiany osobowości lub stanowią ową – jakże dziś modną – samorealizację. Po drodze Fleck zabija słynnego showmana telewizyjnego, Murraya Franklina – szyderczego, inteligentnego, który dla słupków oglądalności posunie się do hipokryzji i ośmieszania gości w studiu. Skojarzyło mi się w Kubą Wojewódzkim. Zupełnie niesłusznie.

Joker swoimi czynami rozpala rewoltę w Gotham City. Ludzie plądrują sklepy, niszczą auta, atakują policję. Co rusz widzimy takie obrazki w telewizji, na przykład we Francji. Problem w tym, że te filmowe rozruchy wyglądają na sztucznie wykreowane na potrzeby widowiska. Nie ma w nich rzeczywistych: złości, wściekłości, długo tłumionej frustracji.
Film nie dotyka w żaden odczuwalny sposób dylematów wiary, miejsca jednostki w społeczeństwie, funkcjonowania samego społeczeństwa. Nie czerni się nawet wisielczym humorem, co było zaletą “Mrocznego rycerza”.

W “Jokerze” słońce nie wstaje nigdy, w pomieszczeniach jest ciemno, jakbyśmy wiecznie siedzieli w czworakach. Scenografia i montaż zaliczają się do atutów. Niektórzy piszą, że Joaquin Phoenix odegrał rolę życia, że przemiana Flecka w Jokera godna jest owacji na stojąco lub Oskara. Nie przyłączam się do chóru apologetów, choć Phoenix zagrał znakomicie.

Obserwowałem ludzi wychodzących z kina. Ktoś rozmawiał przez telefon, inny komentował otrzymanego smsa. Nikt nie wyglądał na specjalnie poruszonego. 

– Tata, czego ci zabrakło w filmie – pytał syn, widząc, że nie wyglądam na wstrząśniętego lub przynajmniej zmieszanego.

– Żeby Joker powiedział jakąś prawdę o widzach w kinie, która tak kogoś wkurzy, że ciśnie pudełkiem po popcornie w ekran.

Dziennikarze, sprzedawcy i przedstawiciele nie uzyskali odpowiedzi, jak (od)zyskać podmiotowość przy założeniu, że zamordowanie kogoś tymczasem nie stanowi wyboru. Katarzyna i Marek z Drawska znaleźli drogę: “Mama i jej kochanek zmuszali kilkulatków do żarcia surowego mięsa, zlizywania jogurtu z podłogi, oblewali wrzątkiem albo przetrzymywali w wannie z lodowatą wodą, zamykali na noc w bagażniku samochodu. Również wykorzystywali ich seksualnie”. (NIE, nr 40/2019)

Jeśli i ta ewentualność odpada, usłyszycie donośny rechot Jokera. W Kung-Fu Panda mistrz Shifu mówił, nie ma żadnej tajemnicy w osiągnięciu mistrzostwa Smoczego Wojownika, wystarczy wiara. 

Joker zdaje się zmienić frazę w “Nie ma żadnej tajemnicy, a wiara to gówno”. Śmiech.

Stawiam czwórkę. Ani piątki, ani szóstki nie będzie, bo nikt nie rzucił pudełkiem po popcornie w ekran.

Joker (2019), reżyseria Todd Phillips, występują: Joaquin Phoenix, Robert De Niro Robert, Zazie Beetz, Frances Conroy i inni

“Atak paniki” [RECENZJA]

Odcięty od świata ciemnym prostopadłościanem sali kinowej zanurzasz się w fotelu z dziurką na napój obok. Za dopłatą 5 zł możesz poczuć się jeszcze lepiej, bo usiądziesz na tronie VIP, który tym odróżnia się od zwykłego krzesełka, że  dopłacasz 5 zł.

Pierwsze ziarna prażonego popcornu z mega zestawu w promocyjnej cenie 32 zł spadają na podłogę. W ogóle to dziś już 28 stycznia, a ty masz 18 groszy do pierwszego, ale popcornu byś w kinie nie kupił? Co ty jakiś dziad? Lecą reklamy, więc czytasz na Facebooku: „Syn ma 5 lat (i moje nazwisko) a biologiczny ojciec ma pozbawione prawa oraz zasadzone alimenty , które płaci mi fundusz alimentacyjny. Teraz pytanko jeśli wzięła bym slub z obecnym partnerem i zmienila nazwisko swoje i syna to czy ten biologiczny nadal mial by obowiazek płacić ?” (pisownia oryginalna). Ludzie są jednak pojebani, a może tylko samotni. Ślub ślubem, miłość miłością, ale te 500 zł to jednak kluczowe by było dla sprawy i stosunków polsko-żydowskich. Z reklamy na wielkim ekranie dowiadujesz się, że kinder bueno najlepiej smakuje w wagoniku orient expressu. Przesuwasz paluszkiem, (o, różowe serduszka!), a na nim napis:

I już wiesz, że warto mieć facebooka, bo rozszerza nie tylko horyzonty, ale i gałki oczne.

Zaczyna się. Mózg na ścianie. Potem inny facet umiera w samolocie. Małżeństwo (Dorota Segda, Artur Żmijewski) siedzi obok trupa, który przed chwilą żywy gadał jak najęty. Wpadają w tytułową panikę, robaczo nieruchomieją ze strachu, nie informując obsługi. Przyszedłeś na komedię, więc się śmiejesz. Co za pojeby! Czemu oni nie poinformowali obsługi? Czego oni się boją? I przez chwilę zapominasz, że przez miesiąc robiłeś content marketing dla firmy od zbilansowanych diet i jeszcze ci nie zapłacili. Zbilansowane diety i wyciskane soki powoli zastępują religię. Kiedyś od zła świata osłaniał cię pan bóg, a teraz swoje zdrowie składasz w ręce błonnika i probiotyków.

Sympatyczna ta dziewczyna (Aleksandra Pisula) i ciekawą ma pracę. Gra w filmach akcji, bo strzela z pistoletu na naboje imitującymi spermę. Jej serial z rozbudowanym monologiem “want to cum on me” cieszy się popularnością, czego dowodzą wpłaty widzów on- line. Prawdziwe pay per view. Tylko po co to łzawe moralizatorstwo na koniec, że kobieta, pakując plecak i wyjeżdżając do Peru, czy gdzieś, ucieka od samotności i słodkich a pustych jak wata cukrowa znajomości. Nie może sobie tak popracować, zarobić, a potem spokojnie wyjść za mąż za policjanta lub biznesmena? Przecież znasz takie dziewczyny. Może kiedyś były nieszczęśliwe, bo tata pił, a mama handlowała na bazarze. I co? Nic.

Bardzo cię mało bierze numer z dorosłym facetem (Bartłomiej Kotschedoff), mieszkającym z mamusią, uzależnionym od gier komputerowych, ponieważ masz znajomą pedagożkę szkolną, która codziennie przeprowadza rozmowy w stylu:
– Dlaczego syn nie chodzi do szkoły?
– Bo zasypia i śpi do południa.
– A ma w nocy dostęp do telefonu i komputera?.
– No, ma, ale jakie to ma znaczenie?
– Proszę mu zabrać telefon.
– Ale jak mam mu zabrać?
Także ten, że tak powiem, ale to już było. Film jest właśnie o tym, że w życiu gramy. Gramy bohaterów gier strategicznych, a nie umiemy rozmawiać z matką czy szefem. Trzęsiemy się jak galareta na widok trupa w samolocie, ale nakładamy na głowę opaskę z migoczącymi uszkami i napisem “Terminator” po środku. Byle do nocy, byle do jutra. Tłucze się w tobie litania smutna. Życie to jest teatr. Ktoś kocha ciebie, ty kochasz kogoś. Czasem jesteście razem, ale bardzo często nie. I co? Nic.

Rozpisałeś się tyle o “Ataku paniki” tylko dlatego, że okazało się, że recenzenci internetowo-prasowi byli na tym samym, ale zupełnie innym filmie. Wyszedłeś na ignoranta, ponieważ, żeby docenić film Pawła Maślony powinieneś znać “Magmę” tegoż reżysera, dzieła Altmana, Andersona, Aronofsky’ego i zastępu innych (filmweb.pl) albo “11 minut” Jerzego Skolimowskiego (wpolityce.pl). “Film Maślony łatwo bowiem odczytać jako apel o wytworzenie się poczucia wspólnoty w świecie przeżartym przez zwulgaryzowaną do cna formę indywidualizmu” – – zachwyca się recenzent Dziennika.

Rzadko pociągamy za sznurki, częściej jesteśmy pacynkami. I właśnie w tej odciętej od życia i świata ciemnej sali kinowej możemy pośmiać się z innych lalek. I co? Nic.

Daję trójkę z plusem.

„Atak Paniki”, reż: Paweł Maślona

“Mother!”, czyli filmowa “Kartoteka” [RECENZJA]

Za siedmioma górami na polanie pośród nieprzebytych borów mieszka w wielkim domu małżeństwo. On (Javier Bardem) jest sławnym pisarzem podchodzącym pod pięćdziesiątkę, cierpiącym na niemoc twórczą, przeżywającym kryzys wieku średniego. Jego o kilkanaście lat młodsza żona (Jennifer Lawrence) wzięła na swoje barki wszystkie obowiązki domowe. Chodzi cichutko na paluszkach, żeby tylko na  męża spłynęła dawno niewidziana wena twórcza. 

 

Życie dwojga wpadło w koleiny rutyny, przypomina dawno uśpiony wulkan, którego wzgórza porosły drzewami i wydaje się on na zawsze wygasły. Banał, zwyczajne czynności, nawet pospolitych utarczek brak. Małżonkowie seksu nie uprawiają, co skutkuje serią uników w wykonaniu męża oraz dobrotliwych uśmiechów żony.

Ożywienie w nudną codzienność wnosi pojawienie się w domu nieznajomego (Ed Harris). Pisarz, najwyraźniej złakniony wrażeń, wylewnie wita się z gościem, proponując nocleg, ku widocznej niechęci żony. W ślad za nieznajomym, podającym się za wielbiciela twórczości pisarza, przybywa jego seksowna żona (Michelle Pfeiffer), nie pozbawiona tupetu i wygłaszająca lapidarne wnioski, niczym podsumowujący wydarzenia na scenie antyczny chór. Kobieta wprost zwraca uwagę gospodyni, że jeśli ta chce mieć seks, niech włoży seksowną bieliznę, a nie barchany na wielki mróz.

W repertuarze kinowym film został oznaczony jako horror, co jest zarówno zabiegiem marketingowym, jaki i być może reżyserskim. Marketingowym, bo gatunek horror sprzeda się lepiej niż dramat. Autorskim reżysera, bo Darren Aronofsky, posługując się trikami z horrorów (plamy krwi na podłodze, zjawy wychodzące ze ścian, skrzypiące okna), daje do zrozumienia, że absurdalne, surrealistyczne sytuacje należą do świata magii i czarów, i Wam, drodzy widzowie, nic się takiego nie przytrafi, oglądajcie, jedzcie popcorn, sączcie colę przez słomkę.

Nazwa “horror” oraz przynależne do gatunku sztuczki, zabrakło co prawda wilkołaków, ale pojawia się oddział komandosów, zapewniają frekwencję w kinach, ale zamiast filmu bardzo dobrego, a może wybitnego, otrzymujemy film dobry. Przecież miłosna para, czyli on podtatusiały pan, ona – naładowana hormonami kilkanaście lat młodsza kobieta, mogą dostarczyć ciekawego scenariusza, szczególnie, jeśli w ich życiu pojawia się nieznajomy. Jakiś czas temu Ryszard Rynkowski został zatrzymany pijany z bronią w ręku przed własnym domem. Piosenkarz, co za zbieg okoliczności, ma młodą żonę. Już te dwa lakoniczne fakty tworzą wielorakość możliwych przyczyn, dlaczego Rynkowski stał z bronią w ręku na ulicy. Naprawdę nie trzeba tu efektów specjalnych.

Frustracja, złość, irytacja głównej bohaterki “Mother!” rosną w miarę zwiększania absurdu w filmie.  Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oglądam skomercjalizowaną “Kartotekę” Tadeusza Różewicza. Sceną jest dom, a filmowy pisarz mógłby zakrzyknąć za polskim:

BOHATER z rozpaczą w głosie. Krzyczy Jestem poetą, jestem poetą!! Bohater śmieje się jestem poeta, jestem poetą, jestem… Bohater płacze

Im więcej w domu na odludziu przybywa nieproszonych gości,chaosu, kwantowej nieprzewidywalności, tym bardziej pisarz odżywa. Stworzył wreszcie olśniewający wiersz, jakby czerpał siły z innych ludzi, z własnej żony, niczym Jerzy Pilch, który wdawał się w romanse, związki, pijaństwa, by opisywać je później w swoich książkach. Główna bohaterka “Mother!” w końcu doprowadzona do kresu wykrzykuje: “nie potrafisz mnie nawet dobrze zerżnąć”.

Film opowiada o niełatwym życiu narcystycznego artysty w związku z kobietą, która pragnie posiąść go na wyłączność fizycznie i psychicznie. Obraz jest też krytyką niedojrzałości, kapryśności i niezdecydowania współczesnych mężczyzn, którzy chcieliby zachować przywileje bycia samcem (baba upierze, ugotuje, posprząta), ale zrzucić obowiązki (zarabianie, dawanie stabilności domowi, dbałość o dzieci). Tylko czy do przekazania tego przesłania potrzebne były nużące momentami sceny absurdu.

W filmowych scenach apokaliptycznej przemocy legnie w gruzach stary porządek.

I co?

Właśnie. Banalny koniec nie uzasadnia groteskowych fajerwerków, to chyba główna słabość filmu. Za pomysł, rosnące napięcie, wiodące do groteskowego, ale przekombinowanego finału daję czwórkę z plusem (4+).

Mother! (2017), reżysera Darren Aronofsky, występują: Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer