Koszary

Spacerując ostatnio po Warszawie zrozumiałem, że współczesne budownictwo mieszkaniowe, bloki i szeregówki, bardziej przypominają biurowce, niż strefę komfortu, mieszkania i wrażeń estetycznych.

  • Drzwi wejściowe – przeszklone, otwierane na kartę “pi, pi”, jak w naszym ulubionym biurze;
  • Klatka schodowa – szaro-biała, też wygląda znajomo;
  • Balkony – proste metalowe sztachetki lub pleksi, luksus pełną gębą;
  • Najbliższe okno naprzeciwko – 100 metrów albo bliżej, pół biedy, gdy w oknie pręży się atrakcyjna dziewczyna;
  • Rabaty i przestrzeń zielona – jak na dziedzińcu kochanego Mordoru.

Nie stawia się dziś domów z wyszukanymi fasadami, gzymsami i dachami. Nikt nie zaprząta sobie głowy wstawianiem drewnianych drzwi wejściowych, rzeźbami na drewnianych poręczach klatek schodowych. Dlaczego wielu bohaterów polskich seriali mieszka w starych kamienicach? Bo te są po prostu atrakcyjne artystycznie i wizualnie.

Mam przekonanie, że ładniej budowano dla robotników w XIX wieku, niż dziś stawia się klocki dla klasy średniej XXI wieku. Ba, nawet socjalistyczne osiedla na Bródnie prezentują więcej ładu przestrzennego i użyteczności publicznej niż na przykład nowe budownictwo na warszawskiej Białołęce.

Deweloperzy nie budują osiedli, budują koszary.

W koszarach i każdym baraku z osobna mamy się czuć wiecznie w pracy, wiecznie w korporacji, firmie. Architektura mieszkań nie może odbiegać od wzorca przemysłowego, żebyśmy nie zapomnieli, gdzie nasze miejsce. Wiecznie zwarci, gotowi, niezdolni do zapomnienia.

I jeszcze każemy stawiać sobie płoty wokół osiedli. Słusznie. Jak się zniewolić, to tylko dobrowolnie. Za minimum 500 tys. zł.