Teatr Niepodległości

Zacinał śnieg, dął przeszywający wiatr, więc rozgrzawszy się zimną colą dołączyłem do Marszu Niepodległości na rondzie de Gaulle’a 11 listopada 2016 roku. Średnia wieku uczestników oscylowała w granicach 25-30 lat, ale na oko większość demonstrantów stanowili uczniowie szkół średnich. Nie brakowało starszych panów w moim wieku oraz rodzin z dziećmi.

Czas „Gazety Wyborczej”, mitu KOR-u, Lecha Wałęsy i innych rekwizytów z czasów PRL-u oraz 27 lat wolności odchodzi do lamusa, pomyślałem.  Co nastąpi po niej, jasne nie jest, ale na pewno nie narodowcy, o czym napiszę parę linijek niżej.

Jeśli już o rekwizytach mowa, to niezbędnymi elementami scenografii Marszu Niepodległości były biało-czerwone flagi, opaski, race, petardy. Niektóre z nich wybuchały wśród uczestników marszu, co jest niecodzienną praktyką, by ogłuszać i narażać na uszczerbek zdrowia członków własnej imprezy. Karetki na sygnale podjeżdżały co najmniej dwa razy. Jeden z miotaczy petard, pewnie Rumun, zdążył dotrzeć na mecz Rumunia-Polska do Bukaresztu, bo obok Roberta Lewandowskiego wybuchła petarda. Piłkarz padł jak rażony piorunem, kilka minut odzyskiwał słuch.

Zanim Lewandowski przyczynił się no narodowego zwycięstwa nad Rumunią 3:0, na warszawskim moście Poniatowskiego dowiedziałem się, że należy jebać TVN i popędzić czerwoną hołotę. Nie załapałem się na demonstracje PRL-u, ale nic straconego, hasła zawsze są te same. Tylko ZOMO brakowało, pewnie ku rozpaczy narodowców, bo co to za bohater, co przynajmniej pałą nie dostanie.

Nad marszem krążył policyjny śmigłowiec, na Wiśle pływały motorówki, tak zwane oddziały prewencji trzymały się w niewidocznej odległości. W okolicach Stadionu Narodowego doszło do jakiejś małej scysji, więc niektórzy krewcy narodowcy założyli maski i ruszyli na pomoc prawdziwym Polakom.  Alarm okazał się fałszywy.  W zastępstwie pozostawało oddawanie czci Żołnierzom Wyklętym, a także Bogu, honorowi i ojczyźnie.

Na błoniach Stadionu Narodowego ze sceny wykrzykiwali hasła różni ludzie, niektórzy ochrypli. Powtarzały się te same slogany, co na moście.  Z przemów i okrzyków do listy wrogów obok TVN-u i czerwonej hołoty dołączyli imigranci i Facebook. Najwięcej czasu, mam wrażenie, poświęcono Facebookowi. Narodowcy podziękowali mu za zablokowanie strony marszu i profili narodowców, bo dzięki temu wieść o marszu rozeszła się po Polsce.  W ramach wdzięczności spalono flagę portalu, a gość ze sceny wyraził ubolewanie, bo myślał, że będzie się dłużej palić. Pewnie chiński materiał. Polski płonąłby jak. No, bez porównań. Dostało się też innym korporacjom, ale znaczna część młodych uczestników robiła zdjęcia samsungami, lg, applami. Stopy grzały buty nike, adidas, new balance. W polskich butach źle się protestuje.

W marszu wzięło udział 100 tysięcy ludzi, według organizatorów lub – 75 tys., według policji. Sporo. Czemu tak dużo? Pisałem o tym w poście “25 lat wolności”. Szło tak:  „Jeździmy gruchotami sprowadzonymi z Niemiec. Nawijamy przez telefony komórkowe, ale nam, Polakom, brakuje najważniejszego w codziennym życiu:  poczucia bezpieczeństwa i nadziei na lepsze jutro. Brakuje stałej pracy, prorodzinnej polityki państwa, a przychodzi mocno zmagać się z rzeczywistością spod znaku kredytów hipotecznych, płatnej służby zdrowia, braku miejsca w przedszkolach dla dzieciaków. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jedynymi poważnymi beneficjentami zmian w Polsce są zagraniczne koncerny: sieci handlowe, telekomunikacyjne, banki”.

Diagnozę potwierdza 25-letnia Adrianna Gąsiorek z ruchu narodowego w rozmowie z NaTemat.pl, serwis przytoczył jej słowa:  “Przyznaje, że większość ludzi w ONR to zazwyczaj osoby około 20-letnie: rocznik 90′, trochę wcześniejszy lub trochę późniejszy. One wzrastały już w Polsce po upadku komunizmu, w czasie przemian. Nie wszyscy byli beneficjentami tych zmian. W swoich materiałach ONR często podkreśla, jak rzekomo zgubny dla Polski był Okrągły Stół i jak Polska została w ostatnich latach wyprzedana. – Jesteśmy pokoleniem kłamstwa, pogardy i manipulacji – tymi słowami zaczyna się zamieszony na YouTube film zachęcający do wstąpienia w szeregi Obozu”.

Brak nadziei i perspektyw napędza ruch narodowy. Elity wolnej Polski same do tego doprowadziły, bo stworzyły hybrydę. Z jednej strony powstał kapitalizm, gdzie każdy ma odpowiadać za siebie, walczyć o byt, odgrodzić się od sąsiada, czego symbolem są otoczone siatką osiedla, a z drugiej strony państwo zastawiło cały aparat przymusu  z obowiązkowymi daninami  z podatkami, opłatami na ZUS. 15 czerwca każdego roku zaczynamy pracować na siebie, wyliczyło Centrum im. Adama Smitha. Do tej daty orzemy na państwo. Co dostajemy w zamian? Każdy odpowie sobie sam. Niesprawiedliwie skonstruowany ład społeczny napędza narodowców.

Co to ma wspólnego z dążeniem do narodowego państwa? Niewiele. Polska jest dziś państwem w miarę jednolitym etnicznie, a mniejszości narodowe jak Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, Czesi nie mają wpływu na bieżącą politykę, choć – tu podzielam zdanie narodowców – należy dbać o integralność granic, ale – co mnie od nich różnić – w ramach przestrzegania polskiego prawa. Jeśli nie jest ono przestrzegane lub interpretowane niesprawiedliwie, dowodzi to słabości państwa oraz sprzyja poczuciu krzywdy. I jesteśmy u źródeł. Brak nadziei budzi poczucie krzywdy, a ono karmi się poszukiwaniem winnych.

Zanim na błoniach Narodowego zaczęła się cześć artystyczna, narodowcy  rozchodzili się do domów. Po drodze ustawili się na Targowej w kolejkach do sklepów „alkohole 24” oraz barów “kebab” prowadzonych przez Turków. Tylko w lokalu u Wietnamczyków świeciły pustki. O ile się nie mylę, pod Wiedniem dokopaliśmy Turkom, muzułmanom przy okazji, więc powinniśmy raczej jeść sajgonki.

Kręte są ścieżki narodowości, skoro do Stambułu można dolecieć szybciej niż dojechać autem z Warszawy nad Bałtyk.

Czytaj też...

(Wizyt: 57 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.