Tomasz Jachimek “Handlarze czasem” – wieje Pilchem i nudą

Nie dość, że kolega ze studiów, to jeszcze sławny, co to satyrykiem jest, co to w “Szkle kontaktowym” rzeczywistość objaśnia, co w radiu przed mikrofonem siada. Tomasz Jachimek we własnej osobie. Gdy zobaczyłem jego – jak to się ładnie mówi – debiutancką powieść “Handlarze czasem” w bibliotece na grochowskim placu Szembeka, wypożyczyłem.


Tomek opowiada historię o rodzinie, w której żyje wuj Franciszek. Wuj wymyśla maszynę do handlu czasem. Maszyna pożyteczna jest. Dziewiętnastoletnia dresiara Paulina odmładza się o 15 lat i jako czteroletnia dziewczynka zaczyna rozkręcać karierę kompozytorską. Jej narzeczony postarzały o tyle samo zostaje zawodowym menelem, staczem, żulem, “autka popilnować”. Banalne? Inne nie bardziej zaskakujące. Pomysł na maszynę do handlu czasem niezbyt oryginalny, a ubrany w opowieści o przewidywalnym zakończeniu; że emerytka, co na pietruszce na kilkadziesiąt groszy market okantuje czasu swojego się nasprzedaje, to i wzbogaci się niemożebnie, do Paryża i Mediolanu zacznie latać, na lepszą stronę życia przejdzie.
A powieść tak przegadana, jakby Tomek na ilość pisał, jakby słowo “powieść” odpowiedniego ciężaru książki wymagało. Przez pierwsze 100 stron przebrnąłem co trzeci akapit bez straty wątku. Fragment, gdzie wieceszefowa pewnej firmy wymawia do zwalnianego pracownika słowo “wypierdalasz” jest tak rozwlekły, że w międzyczasie zapomniałem, że miało być śmiesznie.
Tomasz Jachimek napisał ponad dwustostronnicowy monolog kabaretowy, więc miałem problemy z odbiorem. A jeszcze podczas lektury odnosiłem wrażenie, że literackim idolem Tomasza jest Jerzy Pilch, bo Jachimek pisze frazami w stylu: “Tomek Jachimek “Spis cudzołożnic” z wypiekami na twarzy w młodości czytał, o podbojach miłosnych marzył, rokosze i rozkosze miłosne planował. “Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” pod kołdrą przy latarce kartkował. “Bezpowrotnie utraconą leworęczność” prawą ręką dzierżył, bo lewą pokątną literaturą erotyczną zajętą miał”.
Następnej powieści z drżącą tęsknotą nie wyglądam, nie kupię, trzydzieści złotych w kieszeni oszczędzę. Ale z biblioteki wypożyczę. Słusznie Artur Andrus na okładce “Handlarzy czasem” zarekomendował, że to książka do bibliotek. Ironizował, a wyszło jak wyszło. Jak w życiu.

Czytaj też...

(Wizyt: 23 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *