Ulica Tatrzańska a mydełko Luksja

Kilka lat temu pracowałem przy Belwederskiej w Warszawie, za budynkami stojącymi wzdłuż ulicy od wschodniej strony zaczyna się biegnąca prawie równolegle do Belwederskiej – krótka Tatrzańska. Nie pamiętam, wyasfaltowana czy tylko wyłożona betonowymi płytami. Pamiętam, że na rogu Tatrzańskiej i Górskiej był (jest?) sklep spożywczy, gdzie zaopatrywałem się w jogurty, serki, bułki oraz alkohole.

Dziś jest to zaciszne miejsce na Dolnym Mokotowie, pięć minut spacerkiem do Łazienek, trzy przystanki autobusem do Centrum, żyć nie umierać. Wiele osób marzy, by tam mieszkać. W obliczu standardu wielkomiejskiego, który wydaje się zdobyczą ludzkości od co najmniej tysiąca lat, tym większy szok przeżyłem, gdy wczoraj sięgnąłem po raz pierwszy od kilkunastu lat po “Boso, ale w ostrogach” Stanisława Grzesiuka.
Grzesiuk mieszkał przed wojną jako nastolatek na Tatrzańskiej i tak ją opisuje, zaczynając swoją powieść autobiograficzną: “Ulica Tatrzańska to mała uliczka, może około dwustu metrów długa, na której w okresie mojego dzieciństwa stało zaledwie kilka domów. (…) W tamtych czasach (lata trzydzieste XX wieku – dopisek blogera) nie było na niej bruku, chodników i latarni, a w domach światła i wody. Po wodę trzeba było chodzić na inną ulicę (…).
Dom był czteropiętrowy i mieszkało w nim czterdziestu pięciu lokatorów – nie licząc sublokatorów. Mieszkania były jednoizbowe i miały wymiar cztery i pół na trzy i pół metra, zajmowały je rodziny złożone z pięciu, siedmiu osób, a były i takie, gdzie mieszkało jedenaście osób.
Ustęp był nie skanalizowany, latem unosił się taki fetor, że można było udusić się. Wtedy niektórzy chodzili do pobliskiego, dziko rosnącego parku albo na puste ogrodzone place (…).
Zimą znów nie uprzątane nieczystości zamarzały tak wysoko, że niemożliwością było korzystanie z tego urządzenia”.
W ten sposób pryska mit o pięknej, eleganckiej, przedwojennej Warszawie, w której ludzie jak się bawili – to w operze, jak odpoczywali – to przechadzając się Karkowskim Przedmieściem, a jak wyjeżdżali – to tylko do Francji. Mit pryska, o ile taki był.
Dziś jest woda, mydło Dove i inna Luksja, ale niekiedy w autobusach i to klimatyzowanych ciężko wytrzymać. Strach pomyśleć, że dbałość o higienę nie zależy tylko od tego, czy jest woda w kranie.

Czytaj też...

(Wizyt: 20 razy, 1 dziś)
Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.